(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Biodiversity Heritage Library | Children's Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Pamitniki z lat 1857-1865, poprzedzone wspomnieniami osobistemi Tabeusza Korzona, oraz opatrzone przednow i przypisami"

Pamiętniki 
a' óba gieysztora 



■^.m 




PAMIĘTNIKI JAKÓBA GIEYSZTORA. 




Jakób Gieysztor 

(fot. z ostat. lat życia). 



PAMIĘTNIKI 

JAKÓBA GIEYSZTOEA 

Z lat 1857 — 1865. 

POPRZEDZONE WSPOMNIENIAMI OSOBISTEMI 

prof. TADEUSZA KORZONA 

ORAZ 

OPATRZONE PRZEDMOWĄ I PRZYPISAMI. 



TOM II. 



WILNO. 

Biblioteka Pamiętników. 1913. 
Nakładem To w. Udz. „Kur jer Litewski". 




Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie. 



ROZDZIAŁ VI. 

W WIRZE WALKI, 
(marzec, kwiecień, maj — połowa czerwca 1863 r.) 

Czynności i posiedzenia Wydziiału. — Wiadomość o dykta- 
turze Langiewicza (10 marca n. st.). — Wezwanie urzędni- 
ków do dymisji. — Stosunki z Warszawą i Petersbur- 
giem. — Misja Józefa hr. Zamoyskiego. — Nadzieje kwiet- 
.niowe. — Partyzanci: Narbutt, Dłuski — Jabłonowski, ks- 
Mackiewicz i inni. — Przybycie Sierakowskiego. — Jego 
plany, — Działania wojenne w gub. Kowieńskiej — Poraż- 
ka pod Birżami i ujęcie Sierakowskiego. — Sprawy wi- 
leńskie. — Powrót Kieniewicza, — Przybycie Murawje- 
wa. — Pierwsze egzekucje w Wilnie (ks. Iszory, ks. Zie- 
mackiego i in. — Sprawa gien. Frołowa. — Przekształcenie 
„Wydziału zarządzającego" na „Wydział wykonawczy". — 
Charakterystyka tej zmiany. — Komisarz Rządu Du Lau- 
rens d kilka szczegółów o nim. — Aresztowanie Aleksandra 
Oskierki, Antoniego Jeleńskiego, Franciszka Dalewskie- 
go. — Śnnierć Sierakowskiego (15 czerwca 1863 r.). 

Cały marzec przeszedł na przygotowaniach: organi- 
zowano Litwę, pisano odezwy, gotowano się do walki. 

Zbieraliśmy się codzień na posiedzenia Wydziału z 
kolei u któregoś z nas, pisaliśmy wszystko sami, w prze- 
pisywaniu zaś papierów pomagała nam młodzież, nawet 
kobiety. Zaraz w marcu przybyła do Wilna i już z niego 
nie wyjeżdżała zacna kobieta, największa moja przyja- 
ciółka, Tekla Syruciówna. Jej bytności zawdzięczam 



6 — 



mój spokój i bezpieczeństwo. U niej głównie przecho- 
wywałem swoje papiery, u niej też spotykałem codzien- 
nie w porannych godziinach potrzebnych mi ludzi. Dzień 
mój wogóle się zaczynał od mszy Św., na którą szedłem 
wcześnie po herbacie, a czasem i na czczo, a piłem póź- 
niej ją u Tekli, potem szedłem na codzienną sesję, widy- 
wałem różne osoby i zwykle od godziny 9 — 10 rano do 




Tekla Syruciówna. 



6-ej byłem na nogach. Rzadko kiedy obiad się zjadło w 
zwykłej porze, po 6-ej zaś codzaeń szedłem do p. Wy- 
rzykowskiej i tam bawiłem do 9-ej, poczem wracałem 
do domu. Tu do późna, chodząc po pokoju, zdawałem 
sobie sprawę z dnia dzisiejszego i na drugi snułem 
•projekta. Pokój miałem obszerny, wesoły, było gdzie 
chodzić i często dzień już był, gdym się kładł. Wiado- 
mą była wszystkim godzina, w której byłem u siebie, 



— 7 



jak godziny u Tekli i u Wyrzykowskiej. Mieszkałem po- 
czątkowo w hotelu Poznańskiego, potem na ulicy Sa- 
wicz w jednym domu z Oskierką, ale najdłużej w do- 
mu Zawadzkiego u p. Weyssenhoffowej. Pomimo ciąg- 
łych rewizji jakoś tak się z tem oswoiliśmy, że gdyśmy 
widzieli przez okno u Oskierki, że idzie policja do domu 
naprzeciwko, nic nam to nie przeszkadzało w naszej 
czynności. U Jeleńskiego, Dalewskiego, Oskierki i Ło- 
pacińskiego były kobiety, ja zaś mieszkałem sam. Gdy 




Olgierd Wagner, 

Sekretarz Wydziału. 



Karol Wagner, 



potem sekretarzem Wydziału został Olgierd Wagner, 
zbieraliśmy się z kolei i u niego. W czasie sesji u Łopa- 
cińskiego zacny, zasłużony starzec St. Szumski, zawsze 
pilnował, by kto nam nie przerwał, i zabawiał gości. 
Nasze zebrania między innemi zastanawiały i starego 
Wagnera Kar., ojca Olgierda. Bierze raz na stronę 
Szumskiego i mówi: „Nasi synowie coś myślą i dobrze, 
lecz dlaczegóż nas nie wezwą, to lepiej i bezpieczniej, jak 
te kobiety?".. Zacny ten starzec ze łzami prawie nas wi- 



— 8 



tal i błogosławił. Patrząc na tych dwuch ludzi w takim 
wieku, a tak jeszcze pełnych poświęcenia, trudno było 
nawet na chwilę żałować własnej ofiary z życia i spo- 
koju nawet naszych rodzin. 

Tylko co rozpoczęliśmy naszą czynność, a tu nam 
błysnęła nadzieja: w Królestwie Langiewicz objął 
dyktaturę. 

Wyżej wymieniłem naszą odezwę „Głos obywatela"; 
w niej wyraźne było nasze żądanie jawnego rządu. We- 
szliśmy wprawdzie do tajemnego działania, bo inaczej 
być nie mogło, lecz z radością witało się jakby nowy 
okres — otwarte wystąpienie. 

Trzeba wiedzieć, że jedną z pierwszych, a bardzo 
przykrych czynności nasizych, była odezwa do urzęd- 
ników wyższych, mianowicie marszałków i pośredników, 
by się usuwali od obowiązków. Początek temu dał Sta- 
rzeński. On, zawsze uganiając się za rozgłosem, gdy 
powstanie wybuchło i sam się podał do dymisji i innych 
namawiał; starał się też zaraz, aby o tern i w gazetach 
zagranicznych napisano, podając jako fakt spełniony. Z 
Warszawy więc Rząd przysłał nam rozkaz, byśmy prze- 
prowadzili tę ogólną dymisję. Pogodzić usunięcie się 
urzędników z obojętnością dla powstania szlachty Kró- 
lestwa, nie biorącej udziału i zachowującej się biernie 
wobec wojny marodowej, to zrozumiałe, ale u nas! Pośred- 
nicy mieli wielki wpływ już na lud, oni byli naturalnymi 
przywódcami tego ludu, a z nich przeważn/ie brało się 
naczelników powiatowych, okręgowych i t. p. Jako urzęd- 
nicy, mieli oni prawo rozjazdów po wsiach, oprócz mo- 
ralnego wpływu, wywierali też i ten, który daje władza. 
Gdy się usuną, zwrócą na siebie uwagę rządu rosyj- 
skiego i dobrowolnie pozbędą się wpływu swego na lud. 
Tylko ludzie zaślepieni, próżni, lub złej woli, mogli tego 
nie rozumieć. Zaraz po odebraniu rozkazu odpisaliśmy 
najszczegółowiej do Rządu narodowego, wykazując, że 
to zabije organizację, sparaliżuje czynność naszą, narazi 
ludzi najużyteczniejszych. Ja np. byłem członkiem Ko- 



mitetu gub., już i tak czasowo przyaresztowanym, a 
obecnie miałem jeszcze się przypominać, Oskierka też 
był członkiem w zarządzie wileńskim, i teraz mógł je- 
cliać do Petersburga, na co łatwo było zyskać pozwolenie, 
posiadając ufność gubernatora, a potem?.. Lecz nic nie 
pomogło. Rząd, motywując, że cofnąć rozkazu raz wy- 
danego nie może, bo już wielu usłuchało, ponowił sta- 
nowczo swój poprzedni rozkaz; a więc i my rozpisaliś- 
my też wezwanie nasze do pośredników, a ja i prywat- 
ne listy do wielu. Ogólne oburzenie, krzyk na głupotę 
Rządu (narodowego i Wydziału, były skutkiem tego roz- 
porządzenia. Ja otrzymałem list z Kowna, zaczęty przez 
Wal. Janczewskiego, a skończony przez Ad. Medekszę, 
w którym bardzo dobitnie powtarzają to, co i dla nas 
zbyt było jasnem. Lecz, gdy wyjaśniliśmy powody na- 
szego rozkazu, usłuchano prawie wszędzie. Inaczej być 
nie mogło. Gdyby Wydział zmieniał rozporządzenia 
Rządu, wojewódzcy Wydziału, powiatowi wojewódzkich, 
byłoby jeszcze gorzej. Lecz czy mogła dobrze iść pracą 
przy takiej znajomości kraju? 

Dalewski chciał, aby który z nas pojechał do War- 
szawy i poznał (skład Rządu, ja temu się oparłem. „Po- 
jechać i, jeśliby można było, wyrzucić przez okno ludzi 
nie znających potrzeb kraju, a innych postawić, to do- 
brze, gdy zaś zrobić tego niepodobna, — lepiej niech bę- 
dzie tajemnicą dla nas ten Rząd, niż odkryć może wcale 
nie zasługujące na zaufanie osobistości". Trzeba wie- 
dzieć, że odezwę naszą do Warszawy zawiózł Wacław 
Przybylski, jadący tam z Petersburga, który już po- 
został w Warszawie w charakterze naszego ajenta przy 
Rządzie ^). On też pośredniczył w stosunkach Warszawy 
z Petersburgiem i nam powiedział o zanominowaniu 
Ohryzki komisarzem w Petersburgu. Aleks. Oskierka 



1) W. Przybylski niezaprzeczenie był zdolnym bardzo, 
rzutkim, ale mie znał dokładnie stosunków kraju, był więcej 
teoretykiem; mie powinien zaś był dopuścić Rządu do wydania 
pierwszego rozkazu dymisji. 



— 10 — 

w marcu, wkrótce po utworzeniu u nas Wydziału, po- 
jechał do Petersburga, by się porozumieć z kolegami, po- 
stanowiliśmy, by i młodzież z uniwersytetów i wojskowi 
przyjeżdżali dopiero wtedy, gdy ich wezwiemy. Wzoro- 
we i piękne było posłuszeństwo większości studentów 
Petersburga i Moskwy, czekali oni spokojnie wezwania — 
w Petersburgu głównie, dzięki wpływowi Zygmunta 
Sierakowskiego, choć nde brakło tam i innych 
ludzi poświęcenia dla sprawy i zdolnych, a za- 
stęp wojskowych, pragnących pośpieszyć na po- 
le walki był liczny.. Zygmunt, jak mi opowia- 
dała jego żona, gdy zobaczył Aleks. Oskierkę,. 
zrozumiał, o co idzie, powiedział, że ten mu śmierć przy- 
niósł. Lecz, naturalnie, Zygmunt nie mógł i chwili się wa- 
hać, jak nam powiadał. „Z waszej strony (mojej i Oskicr- 
ki) nieprzyjęcie udziału w powstaniu byłoby dowodem 
braku patryjotyzmu, lecz z mojej nikczemnością". Wi- 
dział on niewczesność wybuchu, wiedział, że idzie na 
pewną zgubę, ale ani chwili się nie wahał. Uczestnictwo 
Ohryzki, więcej mię zastanowiło. Był to człowiek na 
pozór zimny, zdawało się, że głównie myśli o wyniesie- 
niu się; przeciwnie nigdy nie sądziłem, aby Włodzi- 
mierz Spasowicz, który za czasów uniwersyteckich na- 
leżał do zapaleńszych, pozostał na strome. I w samej 
rzeczy, tylko usilne nalegania kolegów powstrzymywały 
go do czasu w nawpół biernem zachowaniu się i szczęśli- 
wie się złożyło: ocalał człowiek niiepospolity, który sam 
do siebie nigdyby nie zastosował wstrętnej teorji „cy- 
namonu". To pewna, że przy najmniejszem powodzeniu, 
przy pewności jakiejbądź zewnętrznej pomocy i tacy 
ludzie, jak jenerał Stan. Gieczewicz, i wielu innych czyn- 
ny wzięliby udział. Jednakże i w obecnej chwili nie za- 
brakło ludzi, którzy, mając przed sobą najświetniejszą 
przyszłość, wszystko poświęcili. Dość wspomnieć, obok 
Sierakowskiego, młodego Haukego. Zresztą nikt w Pe- 
tersburgu z ludzi zacnych, tak jak i na Litwie, nie stał 
zupełnie na uboczu. Na zjeździe w Kownie w styczniu 



— 11 — 

moźeby nawet i kilku nie znalazło się zwolenników po- 
wstania rychłego, lecz ci sami, po fakcie spełnionym, w 
marcu, wszyscy poddali się woli narodu. 

Oskierka z Petersburga przywiózł wiadomości naj- 
lepsze, że oficerów nam nie zabraknie. Wiedzieliśmy, że 
ludzi w kowieńskiem gotowych tysiące. Szło głównie o 
broń; o tę pisaliśmy do Warszawy, a ja do Bron. Zale- 
skiego. 

Otóż w takich to warunkach, w czasach najlepszych 
dla powstania, przybywa do Wilna hr. Józ. Zamoyski, 




Bronisław Zaleski. 

widza się ze mną i Aleks. Oskierka, przywożąc zale- 
cenie organizacji białej łączenia się z powstaniem. Gdy 
oświadczyliśmy, że my to już dawniej zrobiliśmy, hr. 
Józef okazał swe zdziwienie, że bez skomunikowania się 
z nimi i wbrew wydanemu adresowi. Właśnie też adres 
Korony przyśpieszył nasze przystąpienie, bo uważaliśmy 
go jako niegodny szlachty polskiej. Zamoyski pytał o 
skład Wydziału, i o ile nas dotyczyło, przed nim oie ro- 
biliśmy tajemnicy, a na zapytanie, kogobyśmy z Litwy 
życzyli mieć przy Langiewiczu, tak jak jest tam Bent- 



— 12 — 

kowski z Poznania, odpowiedź odłożyliiśmy do dnia 
następnego. Zamoyski przytem oświadczył, że oni w 
Warszawie pragną, aby wybór padł na hr. Starzeń- 
skiego. 

Nazajutrz, stosownie do postanowienia Wydziału, 
przedstawiliśmy Zamoyskiemu do wyboru dyktatora 
trzecłi, mianowicie: Gieysztora, Oskierkę i Stan. Soł- 
tana O, dodając przytem, że Wydział, każdy rozkaz i 
każdą nominację dyktatora przyjmie, lecz prosi, aby nie 
narzucał ludzi, którym kraj nie ufa. Zamoyski przytem 
zakomunikował nam radę organizacji białej, aby prosić 
dyktatora o wydanie rozkazu, do wszystkich właścicie- 
li ziemskich, by ci osobiście udziału w powstaniu nie 
brali, a to w celu ochronienia kraju od konfiskaty. Po- 
dobna odezwa dyktatora okazywałaby u steru całą 
słabość i brak wiary w powstanie: stanowczo więc od- 
rzuciliśmy ten projekt, Zamoyski, jako człowiek nie- 
zaprzeczenie zdolny, zrozumiał logiczność naszych za- 
rzutów. 

Równocześnie z ogłoszeniem dyktatury i przyjaz- 
dem Zamoyskiego do Wilna, wiara w powstanie roz- 
szerzyła S(ię i zaczęło się ubieganie o urzędy. Nie znam 

prawie człowieka, któryby w tych czasach 

krótkich, nie chciał należeć do organizacji. Z odległych 
gubernji przyjeżdżali ludzie, ubiegający się choćby o 
mandat okręgowego, lub zbieranie podatku narodowego. 
W tym charakterze jeździł hr. Edw. Czapski do Rygi, 
i to rzeczywiście jedyna jego wina. Marsz. Ad. Plater 
najuprzejmiej mię prosił o wyrobienie mu paszportu za 
granicę. Hr. Adolf Czapski także piśmiennie o to się 
do nas zgłosił. Wówczas wszyscy nas słuchali i prawie 
wszyscy łudzili się — oprócz nas kilku. A chwilowo pew- 
ne nadzieje nawet i nas ożywiły, bo z Paryża pisał hr. 



1) Właściwie pragnęliśmy wezwania Sfan. Sołtana, bo 
ani ja ani też Al. Oskierka nie mogliśmy opuszczać Wilna — 
byliśmy tam potrzebni. 



13 — 



Stanisław Zyberg-Plater pod umówioną przenośnią, że 
Napoleon na serjo zająJ się sprawą polską. Wogóle 
kwiecień na Litwie był miesiącem nadziei i ułudy, mło- 
dzież licznie wracała z uniwersytetów i z zagranicy, 
śpiesząc pod sztandary powstania. Jarosław Kossakowski 
wrócił z Paryża i ze zdrową logiką, która go zawsze wy- 
różniała, mówił mi, że on nie wierzy w interwencję, że 
nie wierzy w dobry skutek naszych poświęceń, lecz jak 
stał na stronie w czasie demonstracji, tak dziś nie mo- 
że być bezczynnym. Krótki czas był on przy mnie w 
Wilnie, lecz nie mogłem go dłużej zatrzymywać, pośpie- 




Wincenty Koziełł-Poklewski. 

szył na pole walki, aby dowieść, jak mówił, że dzisiejsi 
Kossakowscy są inni od dawnych. Daleko dłużej przy 
mnie był Stan. Montwiłł, ten, niemniej zdolny a pra- 
cowity młody człowiek, bardzo mi był użyteczny, jeź- 
dził do Dyneburga, w celu ułatwienia ucieczki uwięzio- 
nym, lecz i jego długo nie mogłem zatrzymać. Gorętsza 
młodzież sama śpieszyła na pole walki, obojętniejszych 
na każdym kroku spotykały żarty niewiast, a nawet 
przycinki uliczników. I miiie tak się serce rwało do obozu, 
do walki otwartej; lecz sumienie na to nie pozwalało, 
i zresztą z powodu niezdroiwia mógłbym być im tylko 
zawadą. Jednym z najwcześniej przybyłych z wyższych 



14 — 



oficerów był pułkownik Duchiński, z dawnej emigracji, 
przybył on do nas z rekomendacją z zagranicy, na- 
stępnie nadeszło i polecenie go od Rządu z Warszawy. 
Trzeba mu było dać wyższe jakieś dowództwo, i on 
chciał Kowna. Aleks. Oskierki nie było jeszcze z powro- 
tem z Petersburga; ja go chwilowo zastępowałem w 
wydziale wojny i uważałem za najwłaściwsze wysłać 
Duchińskiego do Grodna, do rozporządzenia Kalinow- 
skiego. 

Jednym z najgorętszych w tych czasach okazywał 
się Mieczysław Jeleński; znosił się on nawet z krańco- 
wymi, narzekając na opieszałość Wydziału, i sam się 
wybierał do partji, jako lekarz, mogąc być bardzo uży- 
tecznym. Raz gdym żartem mówił, że dla mnie najwięk- 
szą prywacją w obozie byłby brak herbaty, Jeleński 
mi odparł, że on jako lekarz w obozie mieć ją zawsze 
dla mnie będzie. 

W tym także czasie, był u mnie Konst. Gieczewicz; 
tu znowu popełniłem błąd, nie wzywając go do Wydzia- 
łu, nie ustępując mu prezydencji. Wobec dyktatury Lan- 
giewicza (która zresztą tak rychło upadła) i przystą- 
pienia obywatelstwa w Koronie do powstania, prawie 
pewny jestem, że onby nie odmówił. Jednocześniie, nale- 
żało wezwać i Starzeńskiego lub oddać mu wojewódz- 
two grodzieńskie, a Mieczysławowi Tukalle wileńskie. 
Gdybym się rządził zimną polityką, co jest obowiązkiem 
ludzi, stojących u steru, korzystałbym z chwili ogólnego 
zapału, wywołanego powodzeniem, przystąpienie czynne 
takich panów, ogromnieby powiększyło siły powstania, 
ale ja przytem oglądałem się na to, co będzie dalej, — 
a nie wierząc sam w powodzenie, obawiałem się, że ci 
panowie, gdy okaże się bezskuteczność naszych usiło- 
wań, pierwsi opuszczą ręce. Był to jednak mój wielki 
błąd, Gieczewicz, Starzeński, Tukałło nigdyby sprawie 
nie zaszkodzili, trzeba tylko było unikać takich ludzi, 
jak Miecz. Jeleński et consortes. 

W tym miesiącu poznałem wielu przyszłych dowód- 



— 15 — 

ców powstania: Winc. Kozielic, brata Jana (wyżej wspom- 
nianego członka Komitetu ruchu), bardzo zacną oso- 
bistość,, dwuch Laskowskich, zdolnycli i pełnych poświę- 
cenia oficerów; Stan. Okdzkiego, krewnego Konr. Chmie- 
lewskiego, z którym do mnie przyszedł i obu nas daleko 
gorętszym patryjotyzmem przewyższył, (drugi raz wi- 
działem go z Zyg. Sierakowskim, już daleko rozważniej- 
szym, nim w chwili wystąpienia, zanadto okazał się 
oględnym); Jelskiego, który zginął w aleksandrowskiem 
i piękną postać artysty-żołnierza Dmochowskiego, ko- 
misarza w dziśnieńskiem; Horodeńskiego, zacnego do- 
wódcę w wilenskiem. 




Stanisław Olędzki. 

Trudno dziś z pamięci odtwarzać te czasy, a wów- 
czas nie godziło się najmniejszych robić notatek. Bardzo 
liczny i prawie kompletny zbiór druków z czasu po- 
wstania, starannie przechowany przez Teklę Sy- 
ruciównę, już po moim powrocie z Syberji — przesłałem 
A. Oillerowi do Lwowa przez Kamillę Orwidównę. Jak 
wyżej wspomniałem, prawie wszystkie odezwy były 
pióra Ign. Łopadńskiego lub mojego, jedną z najenergicz- 
niejszych była odezwa, wzywająca do broni w dniu 
19(31) marca. Wydawaliśmy też „Wiadomości z pola 
bitwy", starając się unikać wszelkiej przesady. 



— 16 — 

Oprócz oddziału Rogińskiego, który wkroczył na 
Litwę z Korony i oparł się aż na Polesiu, z właściwie 
litewskich oddziałów najwcześniejszym był Narbutta, 
Narbutt to legiendowa postać, żyć on będzie zawsze w 
pamięci Litwinów. Od początku wystąpienia aż do zgo- 
nu zawsze pełen energji, wytrwały, a przytem umieją- 
cy ocenić i poświęcenie innych. Korewa w d. 21 marca 
śmiercią swoją w Kownie, rozpoczął szereg skazanych. 
Opisywać czynmości wojennych nie mogę, a sądzę, że 
obowiązkiem tych, którzy ocaleli, poprostu, a szczerze 
swoje wspommienia zapisać. Opis szczegółowy wypadków 
inflanckich, bez przesady skreślony w czasie powstania 
z danych, przesłanych nam z Inflant, po franc. przez ba- 
ronową Brunowtową, z domu Potocką, przesłaliśmy za 
granicę. 

Pisząc szczerą prawdę, nie mogę pominąć przykrej 
wzmianki o nieposłuszeństwiie ludzi, skądinąd wielce 
krajowi zasłużonych. Gdy objęliśmy władzę z woli Rzą- 
du narodowego, Dłuski- Jabłonowski był na Źmujdzi, jako 
członek Komitetu, miał tam urządzać powstanie. Wy- 
dział nic o tern nie wiiediział, nie będąc przez Komitet, 
zdający nam swoją czynność, o tem uwiadomiony. 
Komisarzem więc wojewódzkim zamianowany Józ. Koś- 
ciałkowski zakomunikował Dłuskiemu i ks. Mackiewi- 
czowi, formującym oddziały, rozkaz Wydziału z ozna- 
czeniem dnia powstania, lecz obaj oni nie usłuchali przed- 
stawień komisarza i kilku dniami wcześniej powstali. To 
lekceważenie jedynej władzy prawej na Litwie, było wiel- 
ką winą i zaraz ukazały się zgubne skutki tej samowoli. 
Ks. Mackiewicz odczytał manifest, wzywający lud do 
broni i razem nadający własność, w Surwiliszkach, ks. 
Szlager w Świętobrościu. Okoliczni obywatele, wiedzą- 
cy o terminie późniejszym powstania, obecnymi w koś- 
ciele nie byli, manifestu o uwłaszczeniu nie ogłaszali i 
nie namawiali włościan do powstania. Żona moja była 
jedna w kościele, i gdy razem potem wszyscy gospo- 
darze z Łajwiszek przyszli do dworu, w mojem imię- 



— 17 — 

niu oznajmiła im, że uwłaszczenie uważa za fakt doko- 
nany. Prawie cała młodzież wiejska oświadczyła się z 
cłięcią iść do partji, leoz rząidca Smiarowski, stosownie 
do rozkazu komisarza, zapowdedział, że jeszcze nie po- 
ra, nauczyciel zaś moicti dzieci Miecz. Ambrożewicz po- 
szedł z dwoma młodymi parobkami. Poczciwy Smia- 
rowski w dniu naznaczonym podążył też do oddziału, lecz 




Ks. Antoni Mackiewicz. 

także zaledwiie z dwoma toiwarzyszami. Mały to, ale wy- 
mowny przykład, jakie skutki wywarło nieposłuszeństwo. 
I wszędzie powtarzały się podobne nieporozumienia. Przy 
usposobieniu, ogólnie dobrem, ludu litewsko-żmujdzkie- 
go, gdyby odezwy Rządu narodowego jednocześnie 
wszędzie przy obecności obywateli w kościołach ogła- 
szano, młodzież szlachecka isama stanęła na czele, a 
starsi przyznali własność ludowi i uszlachcenie biorą- 
„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 2 



— 18 — ■ 

cych udział z bronią w ręku, wypadki odrazu innyby 
charakter przybrały. I nie jedyna to była wina tego nie- 
pospolitego żołnierza i człowieka. Dłuski należał do licz- 
by tych, którzy jak najgoręcej pragnęli rychłego powsta- 
nia, przeważnie liczył na lud i miał z kosami zdobywać 
sztucery, a z temi później armaty. Lecz po pierwszej 
utarczce pod Nowoberżami, jako doświadczony żołnierz, 
przekonał się, że nie liczba, ale wybór ludzi oraz ich 
uzbrojenie stanowi prawdziwą siłę oddziału, i zaraz 
wpadł w drugą ostateczność. Otaczał się przeważnie 
dzielną młodzieżą szlachecką, a lekceważył kosy. Jako 
energiczny i zdolny dowódzca pozyskał on cześć i 
ślepe zaufanie podwładnych i może w całej Polsce naj- 
lepszym był dowódcą oddziałowym, lecz rewolucjonizo- 
wania ludu i czytania manifestów zaniechał i władz 
rewolucyjnych nie uznawał. Wydział jednak, oceniając 
w nim bohaterskiego dowódcę z pod Popielan z reskryp- 
tem uznania przesłał mu nominację na pułkownika. 
Dłuski, zgnębiony chorobą, pierwszy z dowódców na 
Litwie rozpuścił swój oddział i sam wyszedł zagranicę. 
Niezaprzeczenie gorący to patryjota, człowiek prawy i 
niepospolity żołnierz, był jednak mimo swej wiedzy, jed- 
nym z tak licznych u nas przedstawicieli osławionego 
„liberum veto". Na nieszczęście, ipraiwie wszyscy zwolen- 
nicy ruchu, jak pierwiej nieoględnie popchnęli kraj do 
powstania, tak też rychło przekonawszy się o niemo- 
żebności walki, oczekiwali pomocy zagranicznej, o któ- 
rej samo wspomnienie uważali dawniej za zbrodnię. 

Ks. Mackiewicz, który razem z Dłuskim rozwinął 
przedwcześnie sztandar powstania, wytrwał do końca, 
jako prawdziwy głosiciel idei narodowo-ludowej. Dłuski 
był zimny, w sobie zamknięty, żołnierz zwyciężył w 
nim rewolucjonistę. Mackiewicz — organizacja nerwowa, 
unoszący się, gwałtowny — sam pełen wiary, umiał nią 
natchnąć lud i lud mu wierzył na ślepo. Mackiewicz, 
zaprawdę, był duchem ożywczym powstania na Żmu- 
dzi. Gdy partję rozbiją, klęska dotknie powstańców, 



19 



Mackiewicz uda się nad Niewiażę do swojej Laudy, — 
przemówi do ludu i już nowe seciny prowadzi do od- 
działów. Jak Piotr pustelnik prowadził prized wieki sfa- 
natyzowane tłumy, tak Mackiewicz wiódł Żmudzi- 
nów Jeśli Dłuski był w ro- 
ku 1863 ideałem żołnierza - partyzanta, — to 
ideałem powstańca rewolucjonisty — był Mackiewicz. Nie 
podaję go jako wzór kapłana, mamy dzięki Bogu inne 




Zygmunt Cytowicz. 



idealnie piękne postaci, odpowiadające wszelkim warun- 
kom kapłana-obywatela; ale pamięć Mackiewicza, ota- 
cza już na zawsze urok legendowy. Jak Narbutt, tak też 
i Mackiewicz żyją w pamięci ludu, co więcej, lud nie wie- 
rzy dotąd w ich śmierć 

Mackiewicz też wytrwał do 

końca 

Daremnie szukać usterek w jego działaniach wojsko- 
wych, sądzić go jako wodza: to pewna, że na Żmudzi 



— 20 — • 

Świętej nie można było marzyć o powstaniu, bez udziału 
księżjs a imig ks. Mackiewicza w 1863 r. poważną tam 
gra rolę. 

Na Żmudzi pierwsza utarczka odbyła się w moich 
rodzinnych stronach, a nawet na ziemi do mojej rodziny 
należącej. Źołdactwo wpadło do Zacisza, majątku Ign. 
Zawiszy. Bezbronnego kucharza przebito bagnetem; Za- 
wisza sam zaledwie ocalał. W wielu miejscach na Litwie 
żołnierze podobnie postępowali. Nadmienić muszę, że ra- 
niony kucharz po wyzdrowieniu poszedł do partji, o czem 
przedtem nie myślał. W następnej bitwie, pod Lencza- 
mi, zginął Mieczysław Ambroźewicz, były student 
moskiewskiego uniwersytetu, nauczyciel moich dzieci. 
Był to młody człowiek pełen zapału i poświęcenia, nie- 
pospolitej też odwagi — koledzy go bardzo lubili, a lud 
po jego zgonie żmudzką piosenkę o nim śpiewał. W bitwie 
pod Cytowianami zginął młody obywatel Cytowicz, dy- 
misjonowany oficer. Był on jednym z najczynniejszych 
członków naszej organizacji, gorący, żądny walki, krwią 
swoją miłość dla sprawy przypieczętował. Na Żmudzi 
oddziały się mnożyły, rozbite znowu się zbierały, bo lu- 
dzi nie brakło. Jeden z najzacniejszych i rozumnych oby- 
wateli kowieńskich, Zyg. Orużewski, mówił mi, odwie- 
dzając w Wilnie: „ile dacie broni, tyle mieć będziecie 
ochotników na Żmudzi". 

W innych województwach szło trudniej, lud był 
obojętny, oddziały formowały się z młodzieży obywatel- 
skiej i oficjalistów. Winc. Koziello w wilejskim powiecie 
zaraz po wystąpieniu uległ przeważnej siile, sam zginął 
i z nim wybór młodzieży. Klęskę Koziełły opisał Konst. 
Gieczewicz piórem ognistem, jakby we krwi maczanem. 
Również klęska dotknęła w dziśnieńskiem oddział pod do- 
wództwem Hen. Dmochowskiego, który był komisarzem 
powiatowym i przypadkowo zastępował dowódcę. Hen. 
Dmochowski, b. emigrant, znakomity rzeźbiarz, który 
miał wznieść pomnik dla Syrokomla, należał do liczby 
najzacniejszych obywateli kraju. W powiecie wileńskim 



— 21 — 

niedługo też trwało powstanie, dowodził tam Kieżgajło 
(Horodeńsl<;i) i ten zgiinął na ozele aldziału. Podobny los 




Zygmunt Sierakowski. 



spotkał Jelskiego, dowódcę powstania w nowoaleksan- 
drowskiem. Na miejsce jednak rozproszonych oddziałów, 



— 22 — 

choć powoli, formowały się nowe, najwięcej w trockim 
powiecie. 

W wielkim tygodniu, jak zwykle w Polsce, tak i wów- 
czas przygotowywały się ważniejsze wj^padki. Do Wilna 
zebrało się kilku przyszłych dowódców województw: 
dwaj bracia Laskowscy, Stan. Olędzki., przybył i Zyg. 
Sierakowski. Sierakowski miał paszport za granicę, ra- 
zem z nim przybyła i jego żona. Entuzjazm Zygmunta 
i wiara w przyszłość narodu, pomimo ciężkiego położe- 
nia kraju, oddziaływały na wszystkich; lecz i on, pomimo 
młodzieńczego zapału, nie mógł niepospolitym swoim ro- 
zumem , nie widzieć, że dla nas osobiście niema przj'-- 
szłości, a tem bardziej dla niego, jako już znanego ofi- 
cera w służbie rosyjskiej. Snuliśmy z nim projekta wal- 
ki, obliczaliśmy wszelkie możliwe szanse powodzenia, lecz 
zwykle poufną na cztery oczy rozmowę kończyliśmy ser- 
decznym uściskiem, dobrze wiedząc, że, gdy się rozsta- 
niemy, to już raz na zawsze! Na ogólnem zebraniu z 
wojskowymi Zygmunt, po wysłuchaniu sprawozdania 
Wydziału o stanie prowincji, ze zwykłą sobie bystrością 
ułożył projekt działania, przyjęty przez wszystkich, jako 
jedyny, dający jakieś szanse powodzenia. 

Plan Zygmunta Sierakowskiego był następujący: 
ponieważ w kowieńskiej gub. usposobienie ludu było naj- 
lepsze, Zygmunt miał się tam udać, zorganizować w 
każdym powiecie miejscowe powstanie, na granicy pru- 
skiej przyjąć broń, na którą pieniądze wysłaliśmy, po- 
tem zostawiając wszędzie w powiatach małe oddziałki, 
na czele 5000 najmniej, wkroczyć do gub. wileńskiej, aby 
z kolei i tu na wiiększą skalę rozwinąć powstanie. Stosow- 
nie do tego planu Zygmunta, mieli i inni wojewódzcy 
o ile można w swoich miejscowoścach podtrzymywać 
powstanie, nim się uda Zygmuntowi zebrać poważniej- 
sze siły. Poufnie zaś Zygmunt mówił ze mną i z Franc. 
Dalewskim o potrzebie jawnego rządu, dającego więcej 
gwarancji narodowi. Zygmunt nie był ambitnym, ale mu- 
siał widzieć, jak nietrafne były rządy tajemne warszaw- 



— 23 — 

skie. Wszyscy członkowie Wydziału przyrzekali Zyg- 
muntowi, jak uprzednio pomiędzy sobą, że jeśli kogo 
los ocali, pamiętać będzie o rodzinach tych, którzy zgi- 
nęli. W przeddzień odjazdu w pouinej rozmowie do póź- 
na, żegnaliśmy się z przekonaniem, że już się nie spot- 
kamy, nazajutrz Zygmunt z żoną pojechał do Kowna do 
mojego mieszkania, a stamtąd już sam do Poszumie- 
rza Wieliczki, skąd początkowo z kilkunastu tylko to- 




D-r Ignacy Trzaskowski. 

warzyszami wyruszył w pole, stałym jego towarzyszem 
był zacny dr. Ign. Trzaskowski. 

Tak ten mąż, 

znany nietylko w Rosji, ale i zagranicą, jako zdolny 
młody wojskowy, szedł na pewną śmierć, ale z głęboką 
wiarą, ! Sie- 
rakowski kochał lud nie słowy tylko, lecz całą duszą, 
więc nigdy nie dzielił narodu na stany i nie cierpiał 
demagogji. Jako biegły wojskowy, nie łudził się, że 
kijem i kosą zdobędzie armaty — , lecz uszanował i tę 



24 



broń narodową kosę — i ludu prostego, garnącego się do 

siebie, nie odpędzał. Sieral^owski 

otaczał się uroczystością przy ogłoszeniu 

woŁności ludu, a gdzie on poszedł, tam imię jego zo- 
stało drogiem ludowi. Matki i starcy przyprowadzali 
do niego swe dzieci, z całą serdecznością wszystkich 
przyjmował: siwobrodego starca - starowiera, który mu 
syna przyprowadził do obozu, prosił o błogosławień- 
stwo, a całe jego postępowanie tak było szczere, że po- 
zyskiwało ogólnie serca. Zarzucają Sierakowskiemu, że 
za mało był surowym i sprężystym, przez szpary patrzał 
na przewinienia w obozie — i zaprawdę, było to aniel- 
skie serce, a przytem wiedział on dobrze, że młodzież 
ta, która się do niego garnęła, było to czoło narodu. 
Młodzież ta szła na śmierć pewną, — a głównem zada- 
niem Zygmunta było to właśnie, aby w jednym łań- 
cuchu wspólnych poświęceń, na wieki spoić lud ze 
szlachtą. W broszurach, wydanych zagranicą, najsprzecz- 
niejsze i dziwne są sądy o wyprawie Sierakowskiego. 
Jeden zarzuca Wydziałowi, że, jakoby zazdroszcząc 
sławy Sierakowskiemu, wysłał go na pewną śmierć w 
Kowieńskie, że trzeba było go zatrzymać w Wilnie dla 
kierowania powstaniem! Ten pan zapewne nie wiedział, 
że Dalewski był jego szwagrem, ja najbliższym przyja- 
cielem, Oskierka towarzyszem z uniwersytetu. Gub. ko- 
wiieńska na całej Litwie jedna tylko przedstawiała pew- 
ne szanse powodzenia i jeśli niezaprzeczenie pewności 
i tam dla osoby nie dawała, to z,apewne również przynaj- 
mniej (jeżeli nie więcej) niebezpieczne były i nasze sta- 
nowiska w Wilnie! Inni, na pozór mogą mieć więcej 
racji, wręcz przeoiiwinie twierdząc, że Sierakowskiego 
wysłano do Kowna z powodu blizkich stosunków z człon- 
kami Wydziału. Ci wielcy ludzie, umiejący tak dzielnie 
krytykować błędy nawet wojskowych, choćby sami o 
wojskowości pojęcia nie mieli, zarzucają Sierakowskiemu 
brak wyższych zdolności-^ich zdaniem, nietylko Dłuski, 
ale Kołyszko i Wysłouch byli odpowiedniejszymi. Za- 



— ws- 
pominają jednak, że Wydział, naznaczając dowódców, 
musiał się kierować opinją, jaką przybywający do partji 
na naczelników pozyskali sobie przeszłem życiem, a 
nie mógł mieć jasnowidzenia przyszłych gienjuszów. 
Któż więcej był znany od Sierakowskiego? Biedny to 
naród i zaprawdę niedojrzały do niezależnego bytu, gdy 
nie umie ocenić poświęcenia, a tylko, jak ślepy, to widzi, 
czego ręką dotknąć może! Tacy ludzie jiak Sierakowski, 
Hauke, Dłuski, którzy w każdym narodzie pozyskaliby 







^^ 














^^^p 


^^ ■ ■' *J 






^^ 


Hł 






W0 


^^*is| 


1 




s 


■i^^jg^ 


I 


1 


^mt 




^ 


i 


^S 


■^^^^1 


1 


■ 


^^^^^^^ 




B^^ 


\^ 


^^^^^■MH||j||«^ 




H^^^R 


', 


^^^^ffl 




P^ 





^^^^''SfSI 




^ >S:s 



Bolesław Kołyszko, 

(Wizenunek ze współcz. ilustr. francuskiej). 



uznanie i doszliby w wojsku do najwyższych stopni, a 
ginąc staliby się chlubą narodu, u nas idą ,na stos ofiarny 
razem z prostym ludem, a ciemne i zazdros^ne glosy 
chciałyby ich z tym tłumem w niepamięci zagrzebać po- 
piele! Zaprawdę, ofiara życia każdego obywatela jest 
cenną, ale biada narodowi, który nie umie wyróżnić tych, 
co się nad tłum wynoszą nie pyszałkostwem, nie ty- 
tułem, lub majątkiem, lecz rozumem i poświęceniem. 
W Wilnie dnia 6 kwietnia byliśmy już zawiadomieni. 



— 26 — 

że Sierakowski szczęśliwie stanął w gub. kowieńskiej i 
oddział jego z każdym dniem się powiększa. Wyjątkowo 
ten dzień spędziliśmy w kółku bliższem. Jakaś nadzieja 
wstąpiła w serca, a Aleks. Oskierka, jako naczelnik mia- 
sta, zażartował, że żałuje, iż nie kazał iluminować Wilna, 
jako w dzień moich urodzin i przyjścia dobrych wieści. 
Przed Wielkanocą z Wilna wyjechali dwaj moi bracia 
cioteczni Sztengelmejerowie; Edmund liczył lat szesna- 
ście, Ignacy — piętnaście. Ody mię żegnali, zauważyłem 
ich wzruszenie i zapytałem, czy myślą już nie wrócić? 
Otrzymałem odpowiedź twierdzącą, uścisnąłem malców, 
mówiąc, że jeśli matka pozwoli, niech Edmund idzie, Ignaś 
powinien zostać i uczyć się, bo jeszcze dzieciak. Ale mat- 
ka nie umiała oprzeć się życzeniu synów i obu pobłogo- 
sławiła. Dzieci te Litwy, choć z dziada Niemca, umiały 
swój kraj kochać, boć z macierzyńskiej krwi Zawiszów 
czerpały poczucie obowiązków, gdy ci, co całe wieki 
z kraju tego ciągnęli korzyści, umieli tylko krytykować 
innych działania i bezpiecznie się chronić pod opiekę 
władzy, albo też zagranicy. Młody Otton Zawisza 
również udał się do partji, ale z powodu nadzwyczaj sła- 
bego wzroku długo w niej być nie mógł. Na Litwie wo- 
góle nawet zamożniejsza młodzież obywatelska poszła 
do partji. Jarosław Kossakowski przekonał, że w dzisiej- 
szych Kossakowskich poczciwa krew płynie. Młodzi — 
Montwiłł St., Kozakowski St., Chrypcewicz, Minejko, Ko- 
mar, Pusłowski i seciny innych — śpieszyli do oddziałów. 
Jakże inaczej działo się za Niemnem! Tam, gdy żona 
moja u Zenona Gieysztora opowiadała, jak w naszej stro- 
nie młodzież śpieszy do obozu, pani M. z zadziwieniem 
zawołała: „Jakto, idą do powstania synowie obywateli? 
u nas tylko sama szlachta bierze w niem udział". Na to 
żona moja oburzona odparła: „Nie wiedziałam, że bracia 
pani nie szlachta". Ta pani miała sześciu braci, z których 
osobliwie jeden był bardzo gorącym patryjotą, ale stygł 
widocznie w miarę zbliżania się niebezpieczeństwa. Wa- 
wer miał zamiar temu panu wsypać kilkadziesiąt bizunów 



— 27 — 

nie potrzebowałby może roz- 
ścielać kobierca. Z Gieysztorów zaniemeńskich żaden 
udziału w walce mie wz-iął. 

Inaczej u nas się działo: Emil, najstarszy syn Stefana, 
był czynnym w organizacji ; Czesława, wracającego z za- 
granicy, rząd pruski przyaresztował ; Bolesław, Broni- 




Zygmunt Minelko („Borowy"). 

Podczas pobytu w Turcji- 



sław i Józef poszli do powstania. Napróżno stary ojciec 
chciał Józiaka, siedmnastoletniego chłopca, zatrzymać; 
poczucie konieczności przemogło miłość synowską. Ol- 
gierd Wagner miał tylko jednego syna i gdy, sam będąc 
w Wydziale, na pewną się śmierć narażał, słusznie żądał, 
aby syn pozostał w domu, i wszyscy razem z szanownym 
dziadkiem wstrzymaliśmy młodzieńca od walki. 



— 28 — 

Inaczej się działo z Jeleńsl^imi. Antoni Jeleński miał 
sześciu synów, z nich dwuch dorosłych, a żaden z nich 
nie poszedł. Wilno na to sarkało, ale ani rodzice nie mieli 
dość odwagi synów wyprawić, ani też oni sami iść za 
przykładem swoich towarzyszów i krewnych. 

Wkrótce przyjechał do Wilna Boi. Gieysztor po broń, 
potem zaś B. Swolkień przybył od Sierakowskiego z 
pierwszym raportem o utarczce pod Ginetyniami. Siera- 
kowski połączył się z Kołyszką, który zręcznym marszem 
potrafił zmylić przeciwnika, za co publiczną wobec wojska 
otrzymał pochwałę. Od Swolkienia dowiedzieliśmy się, 
że Zygmunt przez powiat wiłkomierski śpieszy do Bir- 
żańszczyzny. Wyjeżdżającemu Sierakowskiemu, jak i in- 
nym dowódcom wojskowym, nigdy nie dawaliśmy szcze- 
gółowych instrukcji co do ich obrotów wojennych. Nie 
pochodziło to z braku między nami wojskowego z wyż- 
szem wykształceniem, ale że sam rozum dyktuje, iż do- 
wódcom partyzanckim trzeba zostawić wszelką swobo- 
dę działania. Obowiązkiem naszym było dostarczać ofi- 
cerów, ludzi, broni i zawiadamiać o ruchach wojsk rosyj- 
skich. Sierakowski więc nie z rozkazu Wydziału, ale z 
własnego przekonania, chcąc dość licznem wojskiem 
wpłynąć na usposobienie niebardzo przychylne ludu w 
tamtych stronach, tu skierował swoją wyprawę. Mając 
za pośrednictwem ks. Aleksandrowicza i innych wiado- 
mość o przeważających tam siłach rosyjskich, pisaliśmy 
przez Swolkienia, ostrzegając Zygmunta i zalecając, jak 
było uradzone, udać się na Żmudź po odbiór broni. Swol- 
kień, wracając z Wilna, oddał papiery pani B.„ sam zaś 
samowolnie udał się do swego folwarku pod Szatami. 
Pani B. podobno gorliwie zajęła się odszukaniem obozu, 
ale wręczyła papiery Laskowskiemu już po klęsce bir- 
żańskiej i uwięzieniu Sierakowskiego. Na nieszczęście, 
jak niżej wspomnę, własnoręczne notatki Zygmunta 
spłonęły. 

Słyszałem od naocznych świadków, jakoby Kołysz- 
ko radził uderzyć na nieprzyjaciela w wigilję, nie czeka- 



— 29 — 




Stefan Gieysztor. Czesław Gieysztor. 




Emil Gieysztor. 



Bronisław Gieysztor. 



— 30 — 

jąc napadu, lecz, źe Sierakowski rady nie usłuchał; zresz- 
tą niewiadomo, jaki byłby i z tego rezultat. To pewna, że 
w czasie bitwy ks. Mackiewicz ze St. Kozakowskim do- 
skonale słyszeli strzały i Kozakowski, jako wojskowy, 
koniecznie nalegał, aby iść z pomocą. Mackiewicz zaś^ 
nie mając sam rozkazu, rad podwładnego nie uwzględnił. 
Przybycie w czasie walki znacznego oddziału, jeśli nie 
zmieniłoby porażki w zwycięstwo, to zapewne obroni- 
łoby od zupełnej klęski, jaka tego dnia i nazajutrz spotka- 
ła nasze wojsko. Powtarzam, że nie będąc wojskowym, 
zdanie swoje o działaniach wojennych daję tylko, jako 
przypuszczenie, o tem wszakże nie wątpię, że klęska bir- 
żańska była kresem poważniejszego powstania na Litwie. 
Później szły już tylko krwawe demonstracje, dogorywa- 
nie przedwcześnie zapalonego ognia, który nie mógł już 
ogólnym płomieniem objąć kraju całego. 

Zaraz potem śmierć Narbutta, w którą długo nie 
chciano wierzyć, nowym ciosem dotknęła powstanie li- 
tewskie. Pod Birżami zginęła wyborowa nasza mło- 
dzież d wielu ze znaczniejszych wojskowych; ja tam stra- 
ciłem brata Józefa. Boleść ojca po stracie tego syna była 
nie do opisania. Bronisław otrzymał ranę w boku i prze- 
strzeloną miał rękę, St. Montwiłła kula nawskroś prze- 
szyła, Chrypcewicz (z Wodakl) miał całą twarz pora- 
nioną — wszyscy trzej ciężkim ranom zawdzięczają swo- 
je ocalenie. Ody p. Ildefonsowa Kościałkowska (mieszka- 
jąca w Krosztach) wypędziła ich z domu, a biedny leśnik 
przygarnął, zacny miejscowy asesor, bez ich wiedzy, 
podał ich do amnestji. Bronisław, ponieważ cała rodzina 
była skompromitowaną, został wysłany do Rosji, 
Montwiłł i Chrypcewicz powrócili do domu. Stefanowa 
Gieysztorowa, wracając z pod Birż, z grobu jednego sy- 
na, a od łoża drugiego, gdy w Wilnie weszła do mego 
mieszkania, nie witając się, rzuciła się na kolana przed 
obrazem Najświętszej Panny, wołając: „Matko Boska, 
Królowo nasza, przyjm moją ofiarę! Straciłem syna, Ty, 
przyczyń się za nami 



— 31 — 

Jedną z największych klęsk po birżańskiej porażce 
było ogólne przygnębienie, wywołane stratą najliczniej- 
szego oddziału i uwięzieniem Sierakowskiego. Ciężko 
ranny, schronił się on do majątku Skrobiszki, Komorow- 
skich. Właścicieli nie było. Napróżno Jarosław Kossakow- 
ski i kilku innych, a także stary sługa Syruciów, Leopold, 
nalegali na niego, by uciekał; lada chwila bowiem cze- 
kano oddziałów rosyjskich. Zygmunt był zmęczony i cięż- 
ko ranny, a żadnego powozu w Skrobiszkach nie było, 
posyłano dwa razy do Kościałkowskich, ale daremnie. 
Zygmunt chciał, aby Kossakowski sam jechał do Ratkun, 
coby go, jako ciotecznego brata Komorowskiej, ocaUło, 
ale Kossakowski nie chciał opuścić swego wodza. Wkrót- 
ce nadeszli Rosjanie i obu ich zaaresztowali. Słuszność 
każe tu dodać, że na p. Kościałkowską za niedanie po- 
wozu krzyki były niesprawiedliwe; jedyny powóz, jaki 
mieli, zabrał d-r Kościałkowski przed kilku godzinami, 
udając się właśnie na poszukiwanie Zygmunta, a tego do- 
ktora Kościałkowskiego na drodze zatrzymano i aresz- 
towano. 

W Wilnie porażka Sierakowskiego na wszystkich 
moono wpłynęła. Gdym poszedł do Tyzenhauza, ten, mó- 
wiąc o tej klęsce, nie mógł się od łez wstrzymać, cho- 
ciaż zaprzeczał, jakoby płakał z tego powodu, dowodząc, 
że ma silną chorobę nerwową. Trzeba wiedzieć, że Ty- 
zenhauz jeden tylko nie płacił narodowego podatku. Nie 
posyłaliśmy do niego zwykłych poborców; poszedł tam 
Ant. Jeleński, jako członek zarządzający kasą, ale nic nie 
dostał. Wkrótce przybył do Wilna Edw. Romer, który 
oprócz zwykłego podatku, przywiózł od żony złoty łań- 
cuch. Wiedząc, jak Tyzenhauz szanuje Romera, uprosi- 
łem go, aby się udał z perswazją do Tyzenhauza, ale i 
ten nic nie wskórał. Po niejakim czasie, gdym poszedł 
już sam do Tyzenhauza, on pierwszy poruszył kwestję 
podatku, żartując z przysyłania Romera. Wreszcie sta* 
nowczo powiedział: „Mówisz, że potrzebujecie pieniędzy 
na broń, a czyście otrzymali jaki transport i czy masz 



— 32 — 

pewność, że ona przyjdzie? Jeśli broń będzie, masz sło- 
wo honoru, że na twoje zapewnienie, ile tylko będzie 
trzeba pieniędzy, — ja ci dam". Na tern skończyła się 
rozmowa: broń nie przyszła, a ja pieniędzy brać już nie 
potrzebowałem. 

Z Kazania powrócił towarzysz Kieniewicza — Czer- 
niak i udał się zaraz do powstania w Trockie. Wkrótce 
potem powrócił i sam Kieaiiewicz, i my wyprawiliśmy go 
do Warszawy, jako członka Rządu od Litwy. Warszawa 
po kilka razy żądała od nas wysłania kogoś zaufanego, 
lecz żaden z nas nie mógł odjechać i niełatwo było zna- 
leźć odpowiedniego człowieka. Hieronim podobno nie 
podobał się Warszawianom. 

Tymczasem wskutek wydania manifestu, a więcej 
jeszcze pod wrażeniem klęski birźańskiej, wielu powstań- 
ców broń składało, a 8-go maja (s. s.) Oanecki wszedł 
tryumfalnie do Wilma, przyprowadzając więźniów i w 
ich liczbie, Sierakowskiego. Zygmunt, jako ranny, zo- 
stał umieszczony w szpitalu. 



Pogłoski o zmianie generał-gubernatora sprawdziły 
się, 14 maja przyjechał do Wilna gen. Murawijew. Na- 
zimow, tak niegdyś przez Wilno wyczekiwany i słusznie 
lubiony, z rozkazu Cesarza musiaJ Wilno opuścić. Jak 
pisały niektóre gazety rosyjiskie, wojna była skończona. 
Zaczęły się czasy kary, zemsty, strasznego teroryzmu; 
zjawił się Murawjew, a z nim ko- 
misja śledcza. We dwa dni 'po przyjeździe kazał nowy 
gubernator rozstrzelać ks. Iszorą. Kapłan ten, będąc wi- 
kariuszem, odczytał manifest i wyszedł razem z partją, 
lecz, gdy się dowiedział, że za odczytanie manifestu za- 
aresztowano proboszcza, sam się zjawił. Nazimow miał 
go wysłać do Rosji, Murawjew kazał rozstrzelać. Naza- 
jutrz po egzekucji, na murach Wilna pokazała się krótka, 
energiczna, ale pełna godności odezwa Wydziału, wzywa- 
jąca naród do wytrwałej, walki wobec tej śmierci. Mu- 



— 33 — 

rawjew zdziwiony przekonał się, że tu, w samem Wilnie, 
Wydziat egzystuje i ma drukarnię. W parę dni potem 
odbyły się egzekucje: ks. Ziemackiego, Laskowicza, a 
później i Leśniewskiego. Na egzekucji ks. Ziemackiego 
byłem obecny i wziąłem z sobą siedmioletniego synka 
Tadeusza, aby dziecko przygotować, bo może w taki spo- 
sób i ojca stracić. Na malca silne wywarło wrażenie ta 
egzekucja; dostał nerwowego drżenia, a dziwiła go ta 
ciekawość tłumu. 

Z przybyciem M^urawjewa, policja stała się daleko 
czujniejszą. Rozeszła się pogłoska,, że Murawjew wie o 
składzie Wydziału litewskiego od gen. Frołowa obywa- 
tela powiatu diziśnieńskiego, członka zarządu gubernjal- 
nego włościańskiego ze strony rządu. Miasto dopominało 
się wyroku śmierci na tego Frołowa. Za pierwszym ra- 
zem to się odwlekło, lecz w dni kilka A. Oskierka iponowił 
żądanie miasta, wymagając koniecznej aecyzji. Zawiąza- 
ła się ożywiona dyskusja; ja stanowczo byłem prze- 
ciwny skazaniu; mówiłem, że widzę w tem nietylko nie- 
potrzebną zbrodnię, ale omyłkę polityczną. Nie zaprze- 
czałem, że Frołow był Polakom niechętny, a, jako od- 
dawna wśród nas zamieszkały, może dawać Murawje- 
wowi szczegółowe i pewne informacje; lecz, aby osoby 
wydawał, na to nie mamy dowodu; mojem więc zdaniem 
niepodobna tylko wskutek samego podejrzenia skazywać 
go na śmierć. Zresztą, mojem izdaniem, nie można 

Rosjanina tak surowo sądzić, gdy wiemy 

sami dobrze, że są Polacy, nietylko niechętni, ale też 
dający wskazówki nieprzyjaciołom: 

Dodałem przytem, że, o ile znam charakter nasz naro- 
dowy i skład naszej organizacji, to wyrok ten nie zosta- 
nie wykonany, podkopie tylko powagę Wydziału i bę- 
dzie błędem politycznym. Zażądano głosowania. Jeden 
tylko Franciszek Dalewski poszedł za mojem zdaniem, 
Aleksander Oskierka, Antoni Jeleński, Ignacy Łopaciński 
i Du Laurens głosowali za wyrokiem. Musiałem go więc 
„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 3 



— 34 — 

podpisać, ale, jak przewidywałem nie został on wy- 
konany. 

Tu zaznaczyć muszę, że wszystkie odezwy, wyroki 
i pisma Wydziału oprócz .pieczęci powinny były być za- 
opatrzone moim znakiem, jako prezesa Wydziału. Znak 
ten wybrany przezemnie były to dwie litery L. S. zwią- 
zane razem, tak, że przypomnały formą lit. G. miało to 
znaczyć połączenie ludu ze szlachtą w jedną Polskę, 
przytem dla mnie te cyfry L. S. były początkowemi li- 
terami imion rodziców. Podobno i po mojem uwięzieniu 
Konst. Kalinowski tego samego używał znaku; zresztą 
bardzo często kładą go zamiast pieczęci (locus sigilli). 



Los Zygmunta nietylko nas, ale i całe Wilno prawie 
interesował. Biedna żona próbowała wszelkich dróg, lecz 
nie było żadnej nadziei ułaskawienia; zostawała jedynie 
ucieczka. Tę najstaranniej, aż do granicy pruskiej urzą- 
dziliśmy; ze szpitalem była ciągła komunikacja, wyjście 
z niego możliwe, potrzeba było tylko, aby Zygmunt miał 
dosyć siły, aby zejść przebrany na żołnierza ze schodów. 



Tymczasem gdy tak na Litwie wszystkie nadzieje 
runęły i z Warszawy, wskutek zmian w rządzie, przyszły 
i do nas wcale nie w porę i niewłaściwe przepisy zmian, 
wydano pliki druków, sążniste instrukcje, urządzanie róż- 
nych działów administracji, wiele pisaniny, gdy w ta- 
kich czasach instrukcje powinny być krótkie i jak naj- 
mniej zmian wprowadzające. Nasz „Wydział zarządza- 
jący" jakby rząd miejscowy na Litwie, co też było ko- 
nieczne, zmieniono na „Wydział wykonawczy", które- 
go prezesem miałem być ja i czterech członków do czte- 
rech sekcji, przytem komisarz rządu jakby „prokuror" 
rosyjski, który właściwie byłby wszystkiem. Miał on 
sobie przyznaną oddzielną pieczęć i mianował wszyst- 



— , 35 — 

kich komisarzy wojewódzkich i powiatowych, niezależnie 
i bez wiedzy Wydziału. Wszyscy ci panowie komisarze 
mieli sobie wyznaczone dosyć znaczne pensje, oprócz 
tego, każdy z nich stosownie do zajmowanej posady, 
miał prawo wymagać zaliczeń pieniężnych, z których 
juź po użyciu zda rachunek. W czasie więc kiedy po- 
trzeba było najwięcej energji i jedności, noiwe rozporzą- 
dzenie rządu szczepiło niezgodę. Du Laurens dotychczas 
był istotą bierną, nic prawie nie robił, a tylko żył wy- 
godnie. Po odczytaniu wszystkich papierów, a zajęło to 
prawie całą sesję, poprosiłem kolegów, aby wieczorem 
drugi raz się zebrali. Jakoż wieczorem odczytałem im 
mój krótki raport do rządu, że wobec tego, co się dzieje 
na Litwie, mojem zdaniem, zmiany wprowadzane są 
zgubne, proszę więc o uwolnienie mię od obowiązku i 
wskazanie jak najrychlejsze, komu mam zdać moją czyn- 
ność. Koledzy wszyscy jednogłośnie uprosili mię, abym 
osobistą prośbę cofnął, a podał ją jako ogólne żądanie 
całego Wydziału. Tak się też i stało. 

Piszę bez względu na osoby, sympatję dla nich, lub 
ich przekonania, ale tak, jak mi się wydawały ich postępki 
wówczas i co dziś o tem sądzę. 

Zmiany ówczesne w Warszawie, zorganizowanie 
władz może tam były właściwe i na miejscu, ale nie zna- 
no położenia Litwy i nie zdawano sobie sprawy, co to 
jest w czasie poczynającej się walki, przeprowadzać raz 
po raz zmianę w organizacji. Przytem Królestwo całe 
obszarem swym zaledwie równało się dwom guberniom, 
i inna tam była łatwość komunikacji, zresztą stronnictwa 
tam się jaskrawiej odznaczały. U nas, gdy Komitet wi- 
leński ruchu nie miał siły i możności powstania zorgani- 
zować, zdał władzę Wydziałowi; wszyscy ludzie, ko- 
chający kraj, znaleźli się w jednym obozie; byli zapew- 
ne jeszcze obojętni i egoiści, ale i ci poszli za ogólnym 
prądem, paraliżujących organizację narodową nie było. 
Wszakże ludzie, którzy w 1831 r., nie mając jeszcze lat 
trzydziestu, uciekali do Wilna, aby nie brać udziału w 



36 



powstaniu, obecnie już z górą pięćdziesięcioletni, przyjmo- 
wali choć podrzędne posady okręgowych. Przy takich 
odległościach, jak na Litwie, zmieniać organizację, nie- 
dawno wprowadzoną i posiadającą zaufanie kraju, i gdy 
komisarzami byli ludzie nam znani z poświęcenia, dozwa- 
lać zmieniać ich przez człowieka lekkomyślnego i nie- 
znającego kraju, byłoby zbrodnią. Wprowadzilibyśmy za- 
męt, nieporozumienie i praca sumienna zmarnowałaby się. 
Dotychczas też żadnych pensji nie było, niet3iko my i 
wyżsi urzędnicy organizacji żadnej pomocy nie potrze- 
bowaliśmy, ale najbiedniejsi z młodzieży, wysyłani z po- 
leceniami, wyrachowywali się najsumienniej z każdego 
grosza. Taka była delikaitność tych młodych ludzi, że 
musieliśmy wyszukiwać sposobów pobocznych, aby im 
najskromniejsze zapewnić utrzymanie. Jednemu komisa- 
rzowi (Du Laurens) na jego żądanie dość znacznych 
udzielihśmy zasobów. Teraz zmieniaio się wszystko: jak 
komisarz główny, tak wojewódzcy i powiatowi mieli na- 
znaczone stałe i dość znaczine płace, oprócz tego i Wy- 
dział w Wilnie i władze na prowincji obowiązywała no- 
wa organizacja do wydawainia sum na żądanie komisa- 
rzy do określonej wysokości z tem tylko zastrzeżeniem^ 
że żądający nowej zaliczki muszą zdać rachunek z 
poprzednio otrzymanej. 

Obejmując zarząd Litwy jako Wydział, pamiętali- 
śmy zawsze, że jeśli z jednej strony jesteśmy nomino- 
wani przez Rząd warszawski, to jednocześnie, jako wy- 
brani z naszych prowincji musimy godzić interesa miej- 
scowe z rozporządzeniami władzy. Uczucie obowiązku 
kazało nam odrazu zaniechać dziecinnych sporów o po- 
wiaty dawniej składające Obwód Białostocki, i nawet 
proponowaliśmy w Warszawie, aby cała gub. grodzień- 
ka wprost z Warszawy otrzymywała rozkazy, jeśli to 
ma być dogodniejszem. Żaden z nas, wobec walki nie 
uważał za właściwe podnosić kwestji litewskiego sepa- 
ratyzmu. Dotknięci nieznajomością stosunków naszych, 
gdy wydano rozporządzenie z Warszawy, aby wszyscy 



— 37 — 

urzędnicy z wyboru podali się do dymisji, po kilkakrot- 
nych przedstawieniach musieliśmy ulec, co jednak bar- 
dzo zaszkodziło organizacji i sile powstania. Obecnie, 
po upadku Sierakowskiego, nie mogliśmy na Litwie ma- 
rzyć o rządzie jawnym, dającym gwarancję znajomości 
kraju i posiadającym jego zaufanie; ale obowiązkiem 
było naszym jasno wypowiadać, że wprowadzenie zmian 
żądanych będzie zgubne i Wydział bez wyjątku prosi o 
zostawienie dawniejszej organizacji lub o ogólną dymisję, 
bo my, jako posiadający zaufanie kraju, nie możemy 
ręki przyłożyć do zniszczenia swojej pracy. Najniebez- 
pieczniejszem ze wszystkiego było nadanie wielkiej wła- 
dzy Du Laurens'owi, człowiekowi bardzo lekkiemu. W 
dawniejszej organizacji on był zależny od nas i czas 
wesoło spędzał, bawiąc się tylko w energję i odwagę w 
słowach, chociaż po wypadku w mojem mieszkaniu 
znacznie stracił na fantazji. Obecnie od niego zależało- 
by mianowanie komisarzy na całej Litwie. 

Wypadek, o którym wyżej wspomniałem z Du 
Laurens'em, tak się przedstawia. Wobec ciągłych re- 
wizji obowiązkiem naszym było, o ile można ochraniać 
organizację, zamiast więc codziennych sesji Wydziału, 
członkowie w naznaczonych godzinach oddzielnie przy- 
chodzili do mnie z papierami, które dotyczyły ich czyn- 
ności; tylko w raziie gdybyśmy się z sobą w zdaniu róż- 
nili, lub w ważniejszych interesach zbierałem cały kom- 
plet. Du Laurens nazj^ał to szlacheckiem tchórzostwem. 
Pewnego dmia spotkałem w mieście obywiatela powiatu 
kowieńskiego Stan. Nieławickiego. Ten mi powiedział, 
że papiery przywiezione już Wiręczył, lecz chciał osobiś- 
cie ze mną pomówić. Ponieważ czasu miałem niewiele, 
bierzemy dorożkę i przyjeżdżamy do mego mieszkania. 
Na dziedzińcu wiidzimy kilkudziesięciu żołnierzy, spoty- 
kamy żołnierzy w sieniach i na schodach, wyraźnie ko- 
goś szukają... Wobec żołnierzy otwieram mieszkanie; 
wchodzimy i ja oia klucz je zamykam. Wiedziałem, że 
w domu nic zabronionego niema, obaj więc byliśmy spo- 



— 38 — 

kojni. Lecz gdym zajrzał do sypialni, spostrzegłem tam 
komisarza Du Laurens'a i łir. Mich. Platera, bladycli i 
przerażonych, „to nas szukają", powiedział Du Laurens. 
Czy masz co przy sobie? zapytuję. Du Laurens wyjmu- 
je paczkę papierów, które w tej chwili palę, a dając bie- 
liznę i ubranie swoje polecam Du Laurens'owi, by jak 
najśpieszniej przebierał się. Du Laurens bowiem zawsze 
chodził w czerwonej koszuli. Plater bierze kapelusz Nie- 
ławickiego; oddaję im klucz i obaj wychodzą, zamyka- 
jąc mieszkanie. Żołnierze byli pewni, że to ci sami pano- 
wie, których widzieli przechodzących, a ponieważ w 
całym domu i ogrodzie nikogo iUie znaleźli, wkrótce ode- 
szli. Co się okazało? Oto Du Laurens z Platerem space- 
rowali w Botanicznym ogrodzie i tam spotkali jakąś 
młodą damę, jasno ubraną, którą z tego powodu tak 
żartami bardzo niewłaściwemi napastowali, że ta wyszła 
z ogrodu, a na nieszczęście tych panów, spotkała żoł- 
nierzy, wracających z łaźni i tym powiedziała, aby ją, 
majorową, bronih; nasi panowie, jak tylko zobaczyli żoł- 
nierzy, sami zaczęli uciekać, ulicą Zamkową, zaułkiem 
do domu Zawadzikiego i do mego mieszkania. Na szczęś- 
cie, poczciwy Wawrzyniec, mój służący, miał drugi klucz 
od mieszkania, znajomych wpuścił, zamknął, a gdy po- 
tem żołnierze i do tych drzwi zbliżyli się powiedział, że 
pana niema i z sobą klucz zabrał, a tu wkrótce i ja z 
kluczem przychodzę. W godzinę potem już miałem n 
siebie zwykłą sesję. Po tej awanturze, w której okazała 
się cała lekkomyślność Du Laurens'a, już węcej o odva- 
dze nie mówił. 

Tymczasem aresztowano fotografa Korzona z powo- 
du wykrycia małego składu broni i obiegały pogłoski, 
że Korzon wydaje. Dnia 31 maja rano, jeszcze byłem w 
łóżku, gdy przybiegł Wieniawski z oznajmieniem, że w 
nocy aresztowano Aleks. .Oskierkę wraz z matką. Fabia- 
nem Kurkowskim i całą służbą. Ubrałem się, poszedłem 
do mieszkania Oskierki, lecz znalazłem je zamknięte i 
szyldwachów przy drzwiach. 



— 39 — 

Zobaczyłem się z Dalewskim i z Du Laurens'em, by- 
liśmy pewni, że u Oskierki znaleziono pieczęć i wszyst- 
kie papiery, dotyczące miasta. W parę godzin zachodzę 
znowu i znajduję matkę Oskierki i służbę już uwolnione, 
pozostali w areszcie Aleksander i Kurkowski. Tu muszę 
dodać, że Kurkowski, po blizko całorocznem więzieniu, 
wysłany został do Krasnoufimska, chociaż żadnej mu nie 
dowiedziono winy, tylko, że mieszkał z Oskierką i był 
naszym kolegą uniwersyteckim. Zacna Oskierczyna ze 
łzami minie przywitała i odrazu uspokoiła mówiąc, że 
pieczęć i papiery ocalone. Stało się to dziwnie szczęśli- 
wym wypadkiem, -papiery te zwykle na noc brała matka 
do siebie; gdy więc przyszła rewizja, (3skierczyna się 
ubrała i miała je przy sobie, rewizję odbyto najściślej 
we wszystkich pokojach i u służby — nad rankiem powie- 
dziano, że wszyscy mają jechać do więzienia. Oskierczy- 
na wyszła do swego pokoju, aby wziąć okrycie, a z nią 
zaufana służąca, kucharka; tej Oskierczyna oddała pa- 
kiet, z którym też ona dla ubrania się poszła do kuchni, 
żołnierz dodany stanął we drzwiach, a kucharka miała 
czas zręcznie rzucić duży pakiet do pustego kuchennego 
pieca. Po powrocie do mieszkania pakiet znaleziono nie- 
tknięty. Prosiłem Oskierczynę, aby te papiery wręczyła 
osobie, która przyjdzie z moim pierścieniem, ale praw- 
dziwa dawnych cnót polskich niewiasta z wyrzutem po- 
wiedziała mi: „Czy ja, tracąc syna 

nie mam równych obowiązków ? Ciebie 

lada chwila może też spotkać areszt, a dziś u mnie po 
odbytej rewizji te papiery są najbezpieczniejsze". W sa- 
mej rzeczy ina parę dni tam one zostały, potem wręczyła 
je Małachowskiemu, jako nowemu naczelnikowi miasta. 
Przy rewizji zabrano wszystkie papiery Oskierki, z któ- 
rych chociaż nic nie znaleziono dotyczącego powstania, 
mieli wiele materjałów do poznania naszych stosumków 
przed wybuchem i do organizacji obywatelskiej. 

Od Oskierczyny dorożką pojechałem na Pohulankę 
do Jeleńskiego, już dojeżdżając do jego domu, mówi mi 



— 40 — 

poczciwy dorożkarz: „Panie, dom otoczony, tam rewizja, 
czy mijać?" Kazałem stanąć i wszedłem do mieszl^ania. 
Rewizja już była skończoną, Jeleńskiemu kazano zabie- 
rać rzeczy do więzienia. Siostra Jeleńskiej p. Fabjanna 
rekomenduje nmie Sobolewskiemu, głównie odbywają- 
cemu rewizję, a ten usłyszawszy moje nazwisko mówi: 
„A wiem, pan mieszkałeś w hotelu Poznańskiego, później 
z p. Oskierką, obecnie zaś w domu Zawadzkiego". Po- 




Karol Falewicz, 

Sekretarz Wydziału (II-go składu). 

Żegnaliśmy Jeleńskiego, wśród płaczu żony i dzieci, a 
po półgodzinnym pobycie i ja pośpieszyłem do miasta, 
w tem przekonaniu, że i mnie zaaresztują. Jednak Ko- 
rzon, który mię może najlepiej znał, wymieniając, jako 
ludzi wpływowycli i sprzyjającycłi powstaniu Oskierkę 
i Jeleńskiego, mnie pominął. Minęło kilka dni spokojnie, 
z Warszawy przyszła odpowiedź, powołująca się na na- 
sze uczucie patryjotyczne, na konieczność jednostajnej 
organizacji w całym kraju, a więc nie uwzględniająca 



41 



naszego przedstawienia. Wobec uwięzienia dwuch ludzi 
wpływowych i strat na prowincjach, tern niebezpieczniej 
było wprowadzać zamęt w naszą litewską organizację; 
wezwałem czasowo Małachowskiego na naczelnika mia- 
sta. Morykoni wszedł też do Wydziału, Wagner objął 
czynność Jeleńskiego, t. j. kasę, Kar. Falewicz sekre- 
tarjat. Ponowiliśmy przedstawienie o zostawienie Litwie 
dawnej organizacji i pisaliśmy o niebezpieczeństwie, gro- 
żącem z powodu agitacji Domejki, o adresie. Ucieczki 
Sierakowskiego, urządzonej inajoględniej, w czem głów- 
nym pomocnikiem był Mich. Podbereski, musieliśmy za- 
niechać z powodu słabości Zygmunta, nie miał on bo- 
wiem siły zejść ma dół sam, przebrany. 

Najczynoiiejszymi w tych smutnych chwilach będąc 
z Franciszkiem, całe ranki najczęściej we dwuch zała- 
twialiśmy wszelkie roboty. Du Laurens już na swoją rę- 
kę naznaczał komisarzy o nazwiskach nawet często nam 
nie mówiąc; ze zgrozą widzieliśmy konieczną dezorgani- 
zację i to wobec takich klęsk, jak śmierć Narbutta, klęska 
birżańska i nasze areszty. 

Około 10 czerwca był u mnie, jak zwykle, Franci- 
szek. Odczytaliśmy odezwy z Warszawy i raporta z 
prowincji, na miejscu daliśmy na pilniejsze odpowiedź, 
między innemi mandat dla Gajewskiego, oficera, który 
wychodził ze szpitala i jechał do partii w Kowieńskie z 
mojem \yłasinoręoznem pismem do naczelnika miasta 
Kowna, Kulikowskiego. Ten Gajewski miał ciotkę 
mniszkę przy szpitalu Sawicz, dobrą znajomą Dalew- 
skich, u której iprzechowywali oni nawet część mniej 
ważnych papierów. Ciotka ta namówiła Gajewskego, aby 
szedł do partji, i zaznajomiła z Franciszkiem. Dalew- 
ski wyszedł ode mnie z częścią papierów i dość znaczną 
sumą pieniędzy na potrzeby miasta, a razem i z zasił- 
kiem dla Gajewskiego. 

Była wówczas w Wilnie żona moja z dziećmi i Ce- 
zary Orwid. Po wyjściu Franciszka, chłopcy czytali 
wiadomości z pola bitwy, gdy w godzinę może wpad? 



— 42 — 

zacny stary Tom. Bułhak i z przerażeniem oznajmił, że 
Franciszek aresztowany. Widział go u Małachowskiego, 
któremu dał pieniądze i część papierów, ale jeszcze sporo 
opakowany poszedł do domu zajezdnego Sikorskiej, w 
którym mieszkał Gajewski, a tam już czekała nań policja. 
Gajewiski nikczemnie go zdradził. W tej chwili ipobiegłem 
do mieszkania Dalewskich, tu, mimo smutku z powodu 
aresztu brata, uspokojono mię, bo Franciszek, idąc od 
Małachowskiego do zajezdnego domu, mimo swojego 
mieszkania, jakby tknięty przeczuciem wszystkie papie- 
ry zostawił w domu. Ody w kilka minut dano znać, że 
go aresztowano, panina Tekla Dalewska^) wszystko, co by- 
ło niebezpiecznego już wyniosła; jakoż, wychodząc od 
Dalewskich, spotkałem p. Teklę wracającą do domu. Re- 
wizja, odbyta tegoż dnia u Dalewskich, mic nie odkryła. 
Ale w szpitalu znaleziono przechowane blankiety i dru- 
ki, skutkiem tego i zeznań nikczemnego Gajewskiego, 
aresztowano jego ciotkę, kilka mniszek i Teklę Dalew- 
ską. Nie tracąc chwili trzeba było zaraz do Kowna po- 
słać ostrzeżenie, aby Gajewski mając wiadome sobie 
adresa, tam nie pokompromitował. Tegoż dnia do Kow- 
na pojechała Tekla Syruciówna i ostrzegła Chmielew- 
skiego. Tak więc i wyprawa Gajewskiego do Kow- 
na się nie udała. 

Pozostałem właściwie sam jeden z pierwszego składu, 
bo Łopaciński i Wagner stosownie do rozporządzeń 
Murawjewa, powinni byli mieszkać na wsi. 'p tem, co 
zaszło, napisałem już po raz trzeci do Warszawy, żąda- 
jąc ostatecznej decyzji. 

Tymczasem w Wilnie ludzie gorętsi nie mogli po- 
godzić się z myślą zostaiwienia na ofiarę Sierakow- 
skiego; koło dość licznej młodzieży postanowiło napaść 
na szpital i z ocalonym uchodzić w lasy trockie do 
partji. Z tym projektem przyszedł do mnie Kaz. Szla- 
gier, lecz niepodobieństwo wykonania było widoczne. 



1) Późniejsza Jenikowa. 



— 43 — 

Nadszedł więc dzień 15 czerwca, w wigilję odwie- 
dzała żona Zygmunta, nic nie wiedząc o zapadłym de- 
krecie. Od samego rana ructi w mieście niezwykły, po- 
tem muzyka wojenna z (piszczałkami oznajmiła Wilnu 
o egzekucji. Rodzina i żona Sierakowskiesgo na ten 
dzień nie mogli wychodzić z domu — ja uważałem za 
swój obowiązek pójść na plac stracenia, aby go po- 
żegnać, Poszliśmy 

na Łukiszki z Teklą Syruciówną i umieściłem się przy 
jakimś płocie. Tłumy plac zaległy, wojska pod bronią 
otaczały szczuplejsze pole z szubienicą w środku, władze 
z audytorjatem. Rozległy się głosy „jedzie, jedzie". Od 
Pohulanki, drogą wiodącą ze szpitala wieziono Sierakow- 
skiego, bladego, który, stojąc wpatrywał się w tłumy, 
jakby szukając kogoś blizkiego, znanego. Gdy wjeżdżał 
już w środek smutnego placu, oczy jego się zaświeciły, 
ręką i głową przesłał powitanie i tłumy zwróciły się w 
tęż stronę. Nie będąc panem siebie, gdy podjeżdżał i 
patrzał w moją stronę, stojąc na płocie, chustką dałem 
mu znak, wzrok się nasz spotkał, ale w tejże chwili, uczu- 
łem silne targnięcie i niebawem byłem już daleko od miej- 
sca pierwszego, machinalnie przesuwany, aby nie zwró- 
cono na mnie uwagi. 

Spojrzałem: czytano dekret; po odczytaniu Sie- 
rakowski protestował przeciwko karze śmierci przez 
powieszenie, chciał mówić, nie dano; zerwał koszulę — 
ale uległ przemocy. Ostatnie słowa słyszane przez bli- 
żej stojących były „bądź wola Twoja", w kilka chwil 
już zawisł na... drzewie szubienicy — ulubiemiec niegdyś 
młodzieży... 

Zarzucano mi, że na mojem stanowisku niewłaściwie 
postąpiłem, dając znak o sobie, ale stało się to bez na- 
mysłu. Żadnych papierów przy sobie nie miałem, a z 
Zygmuntem najbliższe i serdeczne zawsze nas łączyły 
stosunki. Nieraz różniliśmy się w zdaniach, ale nigdy 
ani na jeden dzień nie rozeszliśmy się osobiście na sie- 
bie zażaleni. 



ROZDZIAŁ VII. 

NAJCIĘŻSZE CZASY. 
(Koniec czerwca, lipiec r. 1863). 

Osamotnienie. — Nowi ludzie: Morykoni, Józef Kalinow- 
ski, Małachowski. — Poiwtórna (dłuższa) charakterystyka 
Konst. Kalinowskiego. — Falewicz. — Instrukcje i pro- 
jekta warszawskie. — Życie osobiste i ważniejsze na jego 
tle wydarzenia: obawa rewizji, spalenie notat Zygmunta 
Sierakowskiego i Bolesława Świętorzeckiego; stosunki 
pieniężne — osobiste i publiczne. — Zatarg z Du Lau- 
rens'em. — Nieporozumienia w łonie „Wydziału". — Za- 
targ z Rządem warszawskim. — Projekt utworzenia „Ko- 
mitetu rządzącego Litwą". — Przybycie nadzwyczajnego 
komisarza z Warszawy Głowackiego. — Przybycie Oskara 
Awejde, — Sprawa adresu Domejkd. — Wyrok na Domej- 
kę. — Zamach (30 lipca 1863 r.). — Aresztowanie Jakóba 
Gieysztora (31 lipca 1863 r.). 

Po aresztowaniu Oskierki, Jeleńskiego i Fr. Dalew- 
skiego, oraz po egzekucji Sierakowskiego, — najcięższe 
zaczęły się dla mnie czasy. Byłem zupełnie sam. Rząd 
przysłał mi nominację na prezesa i oddzielną pieczęć dla 
mnie, drugą dla Wydziału Wykonawczego i cztery man- 
daty dla czterech członków Wydziału do mego uznania. 
Niedosyć na tem: przesłał nominacje i kwity do nowo 
mającej się urządzić pożyczki narodowej z serdecznem 



— 45 — 

i energicznem wezwaniem, abym wobec opustoszenia 
Wydziału, swoim patryjotyzmem za- 
pełnił bolesne braki. Położenie moje było rozpaczliwe; 
upadek ducha wśród obywateli kompletny; jak przed 
dwoma miesiącami wszyscy garnęli się do organizacji, 
tak dziś jednych poaresztował rząd, inni sami opuszczali 
ręce. Gdyby, nie mówię, wiara w powodzenie sprawy. 




Lucjan Morykoni, 

Członek Wydziału (II-go składu). 



ale przynajmniej wiara w zacne jej prowadzenie była we 
mnie, mógłbym wynaleźć ludzi poświęcenia, którzy na 
moje słowo poszliby na pewną osobistą zgubę. Lecz wi- 
działem na każdym kroku zgubne następstwa nowych 
przepisów. Du Laurens, sam lekki, z zasady nie lubiący 
obywateli, wyszukiwał komisarzy sobie podobnych, a lu- 
dzi użytecznych starał się zbałamucić i od nas odciągnąć. 



_ 46 — 

Był wówczas w Wilnie jeden z najzacniejszych ludzi, 
Mich. Oskierka, jako komisarz z województwa mińskie- 
go, otóż ten przyszedł do mnie mówiąc, że go Du Laurens 
mianował, ale zaledwo na energiczne zapowiedzenie 
przez Oskierkę, że i mandatu nawet nie przyjmie, zgodził 
się, aby Oskierka poszedł do mnie. Oskierka, sam czło- 
wiek rozumny i poświęcenia, z obawą przewidywał, ja- 
kie mogą być następstwa takiego postępowania. Przytem 
opowiedział jeden z faktów na nieszczęście nieraz powta- 
rzających się, którego był świadkiem. 

Archiwum nasze główne było u Wizytek w klasz- 
torze. Parę kobiet: Fabjanna Dybowska, Morykonio- 
wa, tam chodziły. Otóż Du Laurens potrzebował jakichś 
paipierów i prosił Morykoniego, aby jego żona te papie- 
ry wydostała. Morykoniowa znała z widzenia Du Lau- 
rens'a, przychodzi do jego mieszkania, lecz nie znajduje 
w domu, a jeden z pomocników Du Laurens'a każe jej 
przyjść za godzinę. Za godzinę więc wraca, wówczas ten 
młokos zaczyna nieprzyzwoite żarty, że może on Du 
Laurens'a zastąpić, i kiedy Morykoniowa oburzona wy- 
chodzi, mówi do Oskierki „niechże hrabiny choć raz nam 
posłużą". Oburzony Oskierka zbeształ błazna, lecz gdy o 
tem powiedział Du Laurens'owi, ten tylko się roześmiał. 

Kasę Wagner zdał Morykoniemu. M o r y k o n i 
był to niegdyś bardzo bogaty obywatel kowieńskiej gub. 
człowiek prawy, uczony, naturalista, ale niepraktyczny i 
cały fundusz niewidocznie jakoś stracił; ale pełen pa- 
tryjotyzmu, z chęcią na propozycję Łopacińskiego jego 
zastępstwo przyjął i sumiennie wypełniał, a dzięki Bo- 
gu ocalał, jak Wagner i Łopaciński. Człowiek delikatny, 
miękki, wypełniał swój obowiązek kasjera, napisał, gdy 
■co było potrzebne, ale energicznie nigdy się nie stawiał. 

Z Warszawy przyjechał Józ. Kalinowski, on to mi 
przywiózł pieniądze i mandaty i razem propozycję od 
Riządu, abym, gdy uznam za właściwe, mianował go człon- 
kiem do wydziału wojny. Józefa Kalinowskiego 
-znałem od dziecka, jako kuzyna i kochałem, jako jednego 



47 



Z najzacniejszych ludzi. Kto go jednalc poznał, musiał się 
dziwić, że ten czlowiel^ przez Rząd narodowy mógł być 
mianowanym w wydziale litewskim ministrem wojny! 
Umysł światły, co umiał, to dokładnie, człowiek wysoce 
sumienny, pracy wytrwałej, ale stworzony raczej na bis- 
kupa kościoła katolickiego, niż na człowieka rewolucji. 
Małachowski, naczelnik miasta, inżynier, człowiek 




Józef Kalinowski, 

Członek Wydziału (II-go składu), 
(późn. O. Rafał karmelita). 



zdolny, jeśli z usposobienia trochę lekki i dotrzymujący 
czasem towarzystwa Du Laurens'owi, to przytem i pe- 
łen inicjatywy, energji i poświęcenia. Sam odważny do 
nieostrożności, wymagał od podwładnych posłuszeństwa 
i energji, tylko, na nieszczęście, często wierzył słowom 
młodych, a niewypróbowanych zapaleńców. On to raz, 
wracając z obiadu w hotelu Niszkowskiego, idąc kory- 
tarzem, żandarmowi, stojącemu na straży, przy nume- 



— 48 — 

rze, w którym odbywała się rewizja, zręcznie wyciągnął 
rewolwer i pod płaszczem wyniósł. Na naczelnika mia- 
sta nie był to właściwy postępek, ale Małachowski ni- 
gdy też nie tracił przytomności i odwagi. 

Konst. Kalinowski, o którym parokrotnie już 
wzmiankowałem, zasługuje na szczegółowe wspomnienie 
i dlatego na tem miejscu raz jeszcze podaję jego charak- 
terystykę^). 

Syn niebogatego szlachcica z gubernji gro- 
dzieńskiej, kończył nauki w Petersburgu i, przy 
gorącym patryjotyizmie, odznaczył się krańcowemi 
teorjąmi, kochał lud, w nim widział przyszłość Polski, 
ale za surowo sądził szlachtę, znając ją więcej z pism 
krańcowo-demokratycznych i rosyjskich pisarzy, niż z 
życia. Wytrwałości niezrównanej, jak i osobistego po- 
święcenia, był najpiękniejszym, najczystszym przedsta- 
wicielem niezrównanego spiskowca; ten jeden człowiek 
wystarczał za seciny, bo umiał pracować, poświęcać się 
i ukrywać. Teorje jego nieraz zbyt jaskrawe i nieprak- 
tyczne, logika skrzywiona, a gwałtowna, ale potęga i 
prawda uczucia wielka; przezywano go chamem, on sam 
to miano podnosił i jakby się niem szczycił, występując 
ostro przeciwko szlachcie. Był on kolegą Awejdy z Pe- 
tersburga, jednym z najczynniejszych członków komi- 
tetu ruchu w Wilnie. Z pod jego pióra wychodziły pisem- 
ka dla ludu. Gdy powstanie wybuchło, przeważnie on z 
Rządem warszawskim spierał się o powiaty zachodnie 
gub. grodzieńskiej, bo Kalinowski był przytem separa- 
tystą do pewnego stopnia. Pomimo należnego uznania i 
czci dla jego charakteru, powinienem, szczerze pisząc, 
wypowiedzieć, że Kalinowski był niepospolitym, a u nas 
może jedynym komisarzem, człowiekiem wielkiego po- 



^) Pomimo, iż w charakterystyce poniżej niektóre szcze- 
góły są powtórzeniem tegio, co autor mówił wyżej (w rozdzia- 
le V, i I), nie chcąc zmieniiać zamiaru autora, podajemy je 
w całości. (Red.). 



— 49 — 

święcenia, ale zupełnie bral^lo mu szerszego poglądu i 
politycznego zmysłu. Sama polemika w czasie walki o 
granice Litwy i Polski już dowodzi drobiazgowości, w 
te] chwili — nawet zgubnej. Również przy pierwszem 
mojem poznaniu z Kalinowskim u Dalewskiego, uderzy- 
ła mię boleśnie jego teorja o przyszłem na Litwie po- 
wstaniu. Zdaniem Kalinowskiego, tylko na lud polski 
liczyć można, szlachtę więc trzeba zostawić na 




Władysław Małachowski, 

„naczelniik m. Wilna". 

tronie, a 

,;eśli chce ona także należeć do walki, to musi iść służyć 
w szeregach powstańczych w innych powiatach, gdzie 
jest nieznaną. Gdyby podobne zdanie wygłaszał miesz- 
kaniec Ks. Poznańskiego lub Kongresówki, byłoby to 
smutnem, ale zawsze nie tak rażąco pozbawionem wszel- 
kiej podstawy, bo każdy myślący człowiek musi przy- 
znać, że polskość na Litwie, Białorusi, Ukrainie i Woły- 

„B. P." Pamiętnibi Gieysztora. Tom II. 4 



— 50 — 

niu przeważnie przedstawia szlachta. Lud może zacho^ 
wywać pamięć lepszych polskich czasów, ale pociągnąć 
do ofiar i walki może tylko przykład poświęcenia i pa- 
tryjotyzmu obywateli i szlachty. Kalinowski na kolanach 
zaklinał Dalewskiego do łączenia się z Komitetem ruchu. 
Dla mnie poznanie Kalinowskiego, bądź co bądź nieza- 
przeczenie najwybitniejszego z Komitetu, było powodem 
do niezgadzania się bezwarunkowo na połączenie Komi- 
tetu z Wydziałem. Ody Rząd narodowy, widząc bezsil- 
ność Komitetu, wezwał naszą organizację obywatelską 
do objęcia władzy jako Wydział, Kalinowski napisał do 
Rządu ostrą odezwę, wymawiając, że szlachcie powierza 
losy powstania. Jednak początkowo w zarządzie miasta 
wielką był pomocą Al. Oskierce. 

Wkrótce potem, gdy Stan. Sołtan nie przyjął nomi- 
nacji na wojewódzkiego grodzieńskiego, a Hofmejster 
mieszkał w dalszych powiatach, zastępca zaś Zabłocki 
za mało był czynny, wysłałem, jako komisarza do gub. 
grodzieńskiej Kalinowskiego. Charakterystyczną wów- 
czas była nasza rozmowa. Dałem mu szczegółowe in- 
strukcje, on po wysłuchaniu robił swoje uwagi. Słuszność 
niektórych zaraz przyjąłem, ale stanowczo powtórzy- 
łem to, co uważałem za zasadnicze, mianowicie, aby ni- 
gdzie pod żadnym względem nie obudzano antagonizmu 
między obywatelami, a innemi warstwami. Zgadzałem się, 
aby niezaprzeczoną apatję i ociężałość szlachty porusza- 
ły młodsze siły, ale nigdy, aby kierunek wszedł na drogi 
demagogiczne. Aby spór przeciąć, zapytałem w końcu, 
czy uznaję potrzebę sprężystej władzy. Kalinowski po- 
twierdził. „A więc wymagam, abyś ściśle ,zastosował się 
do rozkazów, które daję, jako prezes Wydziału, swemu 
komisarzowi". Kalinowski podał mi rękę i sumiennie za- 
stosował się do instrukcji. Jak wszyscy krańcowi, nie lu- 
bił on opozycji, a więc otaczał się ludźmi, którzy na 
ślepo z nim się zgadzali. W wyborze więc osób był bar- 
dzo nieszczęśliwym; tacy: Zabłocki, ks. Czajewicz, Mi- 
lewicz, Parfianowicz, d-r Dzierzkowski były to jego krea- 



— 51 — 

tury ^), krwiożercze w teorji, a nikczemne, gdy się spot- 
kały z prześladowaniem. Kalinowski we- 
zwany do Wydziału, razem z Małachowskim dawali rę- 
kojmię większej energji, oni w części podzielali wiarę 
w niektóre rozkazy warszawskiego Rządu, ale i Ka- 
linowski sam w ciągu kilkumiesięcznej walki przekonał 
się, jak jego początkowe zasady były mylne. 

Później wspomnę o jego udziale i fakcie charaktery- 
stycznym, że u nas teroryzm tylko w słowach. Tu muszę 
dodać, że po mojem uwięzieniu dość rychło wszystko już 
na jednym Kalinowskim się oparło. Od 1 sierp. 1863 r. 
do zaaresztowania w styczniu 1864 Kalinowski był ożyw- 
czym duchem dogorywającej krwawej litewskiej demon- 
stracji. On mógł uciekać z Wilna, ale nigdy tego ani 
przypuszczał, bo uważał za swój obowiązek, jak był 
pierwszym spiskowcem na Litwie, tak też zostać ostat- 
nią ofiarą teroryzmu Murawjewa. Przez pół roku 
ścigany, skrywając się wciąż jednak dawał znaki życia 

sam ścigany, na każdej 

egzekucji był obecnym. Po zaaresztowaniu odpowiadał 
z całą godnością, mieniąc się dyktatorem Litwy, a jeśli- 
by prawdą było, że wyrzekł na ostatnich w komisji ze- 
znaniach, iż umiera spokojny, bo w znacznej części do- 
piął swego celu „Lud ma ziemię, a szlachty o połowę się 
zmniejszyło", dowodziłoby to, że został wierny sło- 
wom, które mi mówił u Franciszka. Ja jednakże, zna- 
jąc go bliżej, sądzę, że to komisja zmieniła jego słowa, 
myślą jego pewno było, że nadal po uwłaszczeniu już tyl- 
ko będzie naród bez różnicy szlachty i ludu— naród pol- 
ski, 

Wszyscy ci wymienieni członkowie Wydziału byli 
wezwani przezemnie tymczasowo do otrzymania odpo- 



^) Co do nazwisk pcwyższych, — to trudno jest z tekstu 
rękopisu wyrozumieć, jak należy czytać: „ks. Czopowicz" czy 
też „ks. Czajewiez", oraz „Dr. Dziczkowski" czy też „Dr. 
Dzierzkowski (por. rozdział V, t. I). (Red.). 



— 52 — 

wiedzi z Warszawy, bo i oni podzielali moje zapatrywa- 
nia co do niewłaściwoścd zaprowadzonych zmian; żad- 
nemu z nicii nawet nominacji nie wręczyłem. Sekreta- 
rzem Wydziału został inżynier Karol Falewicz, człowiek 
bardzo zdolny, w 1860 r. już nam pomocny przy ukła- 
daniu ustawy Towarzystwa Rolniczego. Falewicz, przy 
niezaprzeczonym paitryjotyzmłe i dostatecznej energji, 
obdarzony zimnym rozumem, widział też jasno całą 
tragiczność położenia i dziwne zaślepienie Rządu war- 
szawskiego. 

Warszawa wślad za zmianą organizacji, przysłała 




Tekla z Daleckich Jenikowa. 

różne nowe instrukcje i projekta. Wymagano przede- 
wszystkiem przeprowadzenia organizacji ludu! Wszyscy, 
nawet Ko*nst. Kalinowski, widzieliśmy, że to chyba wy- 
jątkowo może gdzieś udać się, ale nigdy wejść w życie 
na całej Litwie. Potem przysłano rozkaz i instrukcje do 
zorganizowania żandarmerii i sądów na zdrajców i 
opieszałych. Niezaprzeczenie koniecznością acz smutną, 
w czasach walki była potrzeba sądów; ale ten sąd po- 
winien był być wyższym nad wszelkie namiętności i 
stronnictwa, powinien był złożony być w ręku najwię- 
cej szanowanych i bezstronnych ludzi. Kto przyjmuje, 
zmuszony wypadkami, władzę w czasie powstania, po- 



— Oó 



winien pamiętać, że przyjmuje też i najcięższe obowiązki, 
że musi nieraz nakazać milczenie sercu, a spełniać to, 
co każe bezpieczeństwo kraju. Instytucja żandarm.ów 
powstańczych, u nas na Litwie zupełnie była niepotrzeb- 
ną, a zaprowadzona tylko ujemne dała rezultaty. Ody 
przeczytano przysłane instrukcje, zwróciłem uwagę, że 
kazano ją codziennie żandarmom odczytywać, a to z 
tego powodu, że większa część żandarmów będzie zło- 
żona z ludzi mało wykształconych. „A więc takim ciem- 
nym ludziom dajecie prawo życia i śmierci!? bo in- 
strukcja wyraźnie mówi, że każdemu żandarmowi służy 
prawo karania śmiercią, gdy widzi zdradę!" Napróżno 
Konst. Kalinowski bronił instrukcji, zmieniliśmy ją pra- 
wie jednogłośnie w wielu miejscach, a przeważnie zosta- 
wiono żandarmom prawo i obowiązek wykonywania tyl- 
ko z góry przysłanych im wyroków. Wobec tej dwoisto- 
ści przekonań w Wydziale, naturalnie sprawa cier- 
piała, chociaż na prowincji o tem nie wiedziano. 

Korespondencje iz gubernjami urządzone były re- 
gularnie, wszystkie one skupiały się w ręku Zyg. Cze- 
chowicza, a ten już do Wydziału oddawał. Wojewódzcy 
mieli sobie wskazane adresa, ale Kowno przeważnie 
bardzo często nie pilnowało się przepisów i znajomi do 
mnie wprost odnosili raporta i pieniądze. Nic nie pom.a- 
gały pokilkakiotne napomnienia, obawa osobista prze- 
mogła. Niebezpieczeństwo w tem było już nietylko dla 
mnie, ale i dla sprawy — ^nieraz wpadał ktoś w rozmaitej 
porze, często przed samą dziewiątą, gdy już wyjść z do- 
mu nie mogłem i zostawiał mi ważne i kompromitujące 
papiery. Na to jedyny był sposób, w tym samym domu 
znaleźć pewne schronienie. Mieszkałem w domu Za- 
wadzkich, najmując duży (pokój od zacnej p. Weyssen- 
hoffowej. Oiprócz niej u nikogo z zasady w tym domu nie 
bywałem, bo, przewidując pierwiej czy później katastro- 
fę, nie chciałem znajomością swoją ludziom kłopotu 
sprawiać. Wiedziałem dobrze, że p. Zawadzka nawet żal 
do mnie miała z tego powodu, ale ja i w mieście, oprócz 



— 54 — 

koniecznych odwiedzin, zaniedbywałem i dobrycli zna- 
jomych. Póki sprawa szła świetnie, był o to żal do 
mnie; sądzę, że ipóźmej słusznie oceniono moje postępo- 
wanie. 

Otóż w tymże domu mieszkała marszałkowa ko- 
wieńska Kupściowa z córkami. Najstarsza p. Wanda, 
gorliwa patryjotka była opiekunką wszystkich niewczes- 
nych posyłek. U p. Kupściowej nie bywałem, ale przy 
mnie zawsze choć jeden zostawał synek i ci biegali do 
Kupściów — oni to przenosili w książkach zachowane pa- 
piery, które nazajutrz znowu któraś z siostrzyczek p. 
Wandy odnosiła. Najczęściej i posyłki nawet dość znacz- 
ne do Kowna przez moje przechodziły ręce, gdy przy- 
jezdny oświadczał stanowczo, że nie ma czasu, albo 
wprost, że oie chce iść do mikogo innego. Tu znajomość 
osobista i często biizki stosunek paraliżował konieczną 
energię działania, a osobliwie pod koniec, gdy się wszyst- 
ko rwało i trzeba było cenić choć względme poświęcenie. 

Jako mały przykład, przytoczę postępek Napoleona 
Klimańskiego, jednego z najporządniejszych obywateli. 
Klimański przywiózł mi papiery od Chmielewskiego i 
prosił, aby nazajutrz na godziinę piątą była odpowiedź. 
Na ten czas przygotowałem papiery i sporą paczkę 
druków: Klimański przyszedł do mnie, wręczyłem mu 
ją, rozmawialiśmy i razem z nim i z Małachowskim wy- 
szliśmy do miasta. Wracam przed dziewiątą, — ^malec 
mój także już wrócił od Jeleńskiego, ale swoim zwy- 
czajem długo piłem herbatę, co się czasem przy troskach 
i myśli o jutrze przeciągało do białego dnia. Po niejakim 
czasie przypadkiem zwracam uwagę na paczkę leżącą 
na krześle, była to przesyłka, dana iKlimańskiemu do 
Kowna! Wśród nocy, niemożna przesyłać jej do p. 
Wandy, wziąłem więc pod poduszkę i szczęśliwie noc 
przeszła bez rewizji. Nazajutrz zjawił się Klimański i z 
najzimniejszą krwią dowodził, że gdy, będąc u mnie, 
namyślił się nie jechać w nocy, uważał za właściwsze 
u mnie zostawić, niż brać do hotelu. Zaledwie przekona- 



— 55 — 

łem go, że nic mi nie mówiąc o tern, mógł nietylko 
mnie, ale i wielu izaszkodzić, zbyt dbając o swoją osobę. 

Z rewizjami, karami i nawet myślą o śmierci, człek 
się oswiajał, ale gryzło i spać nie dawało uczucie nie- 
pokoju, niecierpliwości i słusznego gniewu na zaślepie- 
nie Warszawy; czuło się, że, idąc na zgubę, jakby z 
piasku bicz się ikręciło. Parę razy w nocy w domu Za- 
wadzkiego odbywano rewizję, osobliwie w drukarni. 
Zacna p. Weyssenhoffowa zaraz mnie budziła, ozinajmiia- 
jąc, że dom otoczony, i dziwiła isię mocno, gdy po 
skończeniu rewizji, znowu stukała do drzwi i dowie- 
działa się, że ja najspokojniej w tym czasie spałem. 

Charakterystyczne zapisuję znalezienie się księgarza 
Orgelbranda, którego żona w demonstracjach brała 
udział, a opinja patryjotyzmu pomagała do dobrego 
prowadzenia interesu. Zawadzki bral udziaJ w 
organizacji. Zawadzka bardzo była czynna wśród ko- 
biet, ale Zawadzki nie chciał kompromitować firmy, Or- 
gelbrand więc, gdy mu zaproiponowano, za dobrą zapła- 
tę przyrzekł sprowadzić nam potrzebną ilość regula- 
minów dla piechoty i jazdy. Jakoż gdy przyszły, pew- 
nego wieczora w mieszikaniu znajduję cały stół zawalony 
książeczkami. Idę nazajutrz do p. Orgelbranda, tłu- 
maczę niewłaściwość postępku, mówi, że to bez jego woli 
i wiedzy się stało; chociaż ja z nim samym umówiłem 
się i nikt o tem wiedzieć inie był powinien, a po przyjściu 
posyłki miał mi oznajmić, aby ktoś przyszedł i odrazu 
do upatrzonego zaniósł składu. Ale to wybaczam. W ty- 
dzień przychodzi paka map, i znowu w nocy znajduję 
je u siebie. Wówczas już, nie zważając na obecność po- 
mocnika w księgarni, nazwałem jego postępek, jak za- 
sługiwał, żydowszczyzną i powiedziałem, że będzie uwa- 
żany, jaiko człowiek, sprawie narodowej szkodliwy. 

Raz tylko byłem chwilowo bardzo zaniepokojony. 
Tekla Syruciówna mieszkała na Wielkiej ulicy, obok do- 
mu, w którym mieścił się sztab główny, w głębi dzie- 
dzińca na piętrze. Na dole mieszkała jakaś Rosjanka; 



— 56 - 

jednego poranku wchodzę na dziedziniec, zbliżam się 
do drzwi prowadzącycłi na schody i widzę w oknie na- 
de mną stojącego żandarma, na dole zaś we drzwiach tę 
Rosjankę. Niemożna się było cofać, idę zwolna na scho- 
dy, chociaż pamiętałem, że nic nie mam przy sobie, obej- 
rzałem jednak kieszenie, a słyszę głośną rozmowę w 
mieszkaniu Tekli. W sieni, z której były dwa wejścia, 
znajduję żandarma, witamy się grzecznem skinieniem 
głowy, odmykam drzwi do przedpokoju i widzę w pierw- 
sym Teklę, swobodnie rozmawiającą iz Jurjewiczem, jej 
szwagrem. Jednakże Tekla z twarzy mej wyczytała jakiś 
niepokój i pyta, co to jest. „Co znaczy ten żandarm w 
sieni?" — ja pytam z kolei. — „Ach to moja wina, że cię 
nie ostrzegłam, przychodzi on co parę dni do gospodarza, 
mieszkającego przez sień, aby mu dać wiedzieć o bliz- 
kim jego krewnym uwięzionym; poczciwy to żołnierz 
i chętny do usług dla nas". 

W tych czasach ponieśliśmy wielką i niepowetowa- 
ną stratę z powodu zresztą dość wytłumaczonej obawy 
rewizji. Z kolei mieliśmy posiedzenie u Falewicza, miesz- 
kającego przy ulicy Zawalnej w głębi dziedzińca. Obok 
mieścił się szitab żandarmerji. Otóż razu jednego, siostrze 
Falewicza, zacnej p. Ułasewiczowej, dają wiedzieć, że 
przychodzi dwuch żandarmów. W oczekiwaniu sesji było 
u niej przygotowanych sporo papierów przyniesionych od 
Wizytek. Tylko tyle miała czasu p. Ułasewiczowa, aby 
zbiec do kuchni i wrzucić do ognia, który zawsze mie- 
liśmy na pogotowiu, cały pakiet. Wraca na górę, spoty- 
ka żandarmów, ci pytają: Czy tu jest żandarmska kwa- 
tera? Byli to dwaj żandarmi z prowincji nie znający 
Wilna, przywieźli jakiegoś więźnia i po zdaniu do więzie- 
nia, musieli być u swej władzy. W godzinę potem przy- 
szliśmy na sesję, dowiedzieliśmy się o spaleniu papierów 
i okazało się, jaką kraj poniósł stratę. Oprócz części 
zwykłych druków, spalono małą książeczkę z pugila- 
resu Zyg. Sierakowskiego, którą on całą ołówkiem za- 
pisał, strzeszczając działania na Litwie, klęskę birżań- 



57 



ską, swoje opinje i serdeczne słowa pożegnania dla kra- 
ju z wiarą niezłomną w lepszą prz^-szłość. Pisane to 
było pobieżnie, ale w nich malował się cały jego cha- 
rakter, kto go znał, zdaje się, że go mówiącego i słyszał. 
Strata ta wielka nie była jedyną, razem spalono dość 
spory sekstern, także własnoręczny Boi. Świętorzeckie- 
go. Był to jakby dziennik, z całej czynności w mimowol- 
nej partyzantce ^), pisany nawet czasem ołówkem, bez 
żadnej pretensji do stylu i literackiej wartości, a jednak 
właśnie tem mający niezwyczajny wdzięk prostoty, cza- 
sem humoru lub rzewności, słowem, będący odbiciem 
tego, co czuli i przecierpieli towarzysze jego i on. Zapew- 
ne, gdy niema już ani nadziei, aby choć w części tę stra- 
tę odzyskać, bo jeśli nawet Świętorzecki zostawił pamięt- 
niki, to w mch nigdy nie byłoby tej życiowej prawdy, ja- 
ką daje skreślenie wrażeń wnet po wypadku, a więc i 
moje słowa mogą się wydać przesadą. Powiem jednak, 
że strata tego pamiętnika jest stratą w swoim rodzaju 
arcydzieła, inie dającego się z niczem znanem porównać. 
Była tam i prostota opowiadań Paska, i silne poetyczne 
uczucie, słowem, odzwierciedlona praw^da. 

W lipcu jeszcze zjawiali się z Petersburga opóźnieni 
niektórzy z oficerów Polaków, radząc się, co mają po- 
cząć. Z sumiennego przekonania wysyłając do partji 
tych, którzy zjawili się, wprost chcąc służyć sprawie, bez 
względu, czy jest jaka nadzieja; pytającym o radę, uwa- 



-) Według: wyjaśnień, łaskawie udzielonych przez p. 
Apolinarego Świętorzecbiego (autora pamiętników „Ze 
wspomnień wygnańca"— wyd. ,przez Zof ję Kowalewską) p a r- 
t y z a n t k a Bolesława Ś więtorzecbiego była m i m o w o 1 n a 
Będąc komisarzem cywilnym, — miał prowadzić sprawy or- 
ganizacyjne wyłącznie; skompromitowany wszakże w oczach 
rządu zajściem na st. Lady, skutkiem którego jeden z trzech 
oficerów rosyjskich, przybyłych tam do powstania życie sobie 
odebrał, — md m o w^ o li ukryć się musiał, jako partyzant 
w słynnej partji Stanisława Laskowskiego, — która, skutkiem 
tego, otrzymała nawet nazwę „partji Świętorzeckiego" i za- 
słynęła szeroko w gub. mińskiej. (Red.). 



— 58 — 

Żąłem za obowiązek wskazywać, jako właściwsze, oczeki- 
wanie do wiosny. Było to zgodne z tern, co pisałem do 
Warszawy i z położeniem Litwy, w której wywołanie 
w jesieni próby pospolitego ru/szenia, nie mając przytem 
zapasu broni, było niedajrowanem szaleństwem. Taką 
radę dałem między innymi Kiersnowskim i Nieławickie- 
mu. Stary Montwiłł, którego syn Stanisław był ranny 
pod Birżami, przyjeżdżał też do mnie, radząc się, czy 
ma dozwolić młodszemu synowi Aleksandrowi iść do 
partji, a był to jeszcze prawie dzieciak. Montwiłł wów- 
czas zapytywał też, ozy osobiście nie potrzebuję pożycz- 
ki, podziękowałem mu. 

Dziwniejszym był postępek p. Aleks. Downarowicza. 
Człowiek ten, o którym uprzednio pisałem^), nie cieszył 
się dobrą opinją i nasze stosunki były bardzo obojętne, 
pomimo iż z bratem jego Stanisławem łączyła nas 
prawdziwa z^ażyłość. Otóż p. A. Downarowicz już w po- 
łowie lipca, gdy nikt się nie łudził, aby nam mogło się 
powodzić, aidres był na podpisamiu, a wywożono jego 
przeciwników, jakiż więc czekał mnie los? zjawia się 
u mnie i po bardzo przyjacielskiej pogawędce, otwar- 
cie mnie pyta, jakie jest moje położenie majątkowe? Nie 
uważałem za właściwe robienia tajemnicy i szczerze mu 
powiedziałem, że, wobec mojego stanowiska w Wydziale, 
jakkolwiek byłem przeciwnikiem powstania i takowego 
nie wywołałem, lecz stanąwszy na jego czele, powo- 
łując innych obywateli do udziału, musiałem przyczynić 
się tem samem do ruiny przez konfiskatę niejednego 
funduszu. Otóż, chociaż komu tylko mogłem, radziłem 
i dopomagałem w zabezpieczeniu przyszłości jego rodzi- 
ny, sam żadnego kroku nie zrobiłem, aby nikt nie śmiał 
powiedzieć, że ja, oddając się na służbę krajowi, zabez- 
pieczyłem przyszłość mej rodzinie, gdy inni wszystko 
tracą. P. Downarowicz pyta, co mam obecnie przy sobie, 
co zostawię rodzinie i proponuje mi pożyczkę 3000 rs. 



1) Por. t. I, str. 68. (Red.)- 



59 



Zdziwiony, tłumaczę mu że, jak on wie, obecnie żadnego 
zapewnienia dać na pożyczkę nie mogę i prawdopodob- 
nie życie moje jest zagrożone, więc pieniądze jego by- 
łyby stracone. Jednakże Downarowicz nalega, mówiąc: 
„Jeśli pan żyć będziesz, jestem pewny że i pieniądize 
moje nie zginą, a w każdym razie, panie Jakóbie, gdy pan 
i życie i fundusz i przyszłość rodziny poświęcasz, czyż 
mnie nie wolno i małej ponieść ofiary i to jeszcze z 
przekonaniem, że Bóg może dozwoli panu te pie^niądze 
mi zwrócić". Poruszyła mię ta iniespodziaina w tym czło- 
wieku gotowość pomocy, ale nie mogłem z niej korzystać, 
będąc przekonany, że tycli peniędzy mie będę mógł zwró- 
cić, i gdy przytem mc nas dawniej nie łączyło. Trzeba 
wiedzieć, że właśnie taka suma była mi potrzebną, aby 
umrzeć spokojnie, bo były długi, zaciągnięte na słowo, 
o których wiedziałem, że rząd, konfiskując rrtajątek, ich 
nie popłaci. 

Pisałem do Jana Zawiszy, jako jednego z najbliż- 
szych krewinych i "do Tyzenhauza, jako magnata, będą- 
cego ze mną w blizkich stosunkach. Prawda, że oby- 
dwom, prosząc o te peniądze, otwarcie mówiłem, w 
jakiem jestem położeniu, i że gdy zginę, to ich pienią- 
dze przepadną, -nie mogę siię więc dziwić, że na takie 
ryzyko obaij nie pożyczyli! A jednak p. Downarowicz 
sam dobrowolmie uważał za obowiązek pożyczkę propo- 
nować. Bogu zaś niech będzie chwała! te 3000 rs. po 
powrocie do kraju, dzięki zacnej Orwidowej wypłaciłem 
ludziom, którzy mi na słowo wierzyli! W ostatnich 
czasach odwiedzał mię pan Kozakowski Józef, co także 
zapisuję, bo wówczas, jakby czując trupa, niejeden się 
usuwał. 

Z Petersburga dla porozumienia się przyjeżdżał wy- 
słany przez Ohryzkę Baraniecki, z Poznania Kętrzyński, 
a całą pomocą i otuchą w ciężkich chwilach była mło- 
dzież: Tytus Dalewski, Mołochowiec, Politowski, Su- 
listrowski, którzy spełniali swoje obowiązki sumiennie i, 
jako młodzi, mieli jeszcze nadzieję, że się sprawa pod- 



— 60 — ■ 

niesie. Laskąrys, chwiilowo przybyły z partii, jeden z 
najzapaleńszych niegdyś, obecnie dopytywał o interwen- 
cję. Andriolli, nie tracąc fantazji, udał się do Kowna. 
Dr. Bron. Mackiewicz, choć bardzo rozważny, pełen był 
poświęcenia. 

Co do sum, iakiemi rozporządzaliśmy, zaznaczam, 
że pierwszy raz wysłaliśmy 25,000 rb. przez Hier. Kienie- 




Tytus Dalewski. 



wicza zagranicę na broń, następnie takąż sumę przez 
młodą Emilję Siwicką, trzecią zaś, również 25,000 już w 
ostatnich czasach przez Nieławicką Barbarę. Wiem, że 
te wszystkie • litewskie pieniądze, rajzem 75.000 rb. do- 
szły rąk Bron. Zaleskiego, ale za nie broni nie otrzy- 
maliśmy. Później czytałem o gorszącym procesie o 
sumy, wysyłane z kraju. Mamy w tern przykład, jak lu- 
dzie najzacniejsi, dozwalając obok siebie odegrywać nie- 



^ 61 — 

właściwą rolę figurom nie zasługującym na z-aufanie, 
szkodzą narodowej sprawie. Czystszego, przy wielkicłi 
zdolnościach człowieka, od Bron. Zaleskiego, nie zna- 
łem; a jednak nie bez winy to jego inasze interesa ucier- 
piały. 

I u nas w Wilnie, z wprowadzeniem nowej organiza- 
cji, niezawsze pieniądze odpowiednio wydawano. Z tego 
powodu doszło do jawnego nieporozumienia z Du Lau- 
rens'em. Przysyła on do mnie jednego ze swych pod- 
władnych, prosząc o danie 1000 rb.; odpowiadam, że,, 
ponieważ z uprzednio mu wydanych pieniędzy jeszcze 




Emilja Siwicka, 

(jako siostra Miłosierdzia). 

nie zdał rachunku, nowej zaliczki nie otrzyma. Następnie 
otrzymuję na piśmie formalne żądanie tej sumy z wy- 
mienieniem, że pieniądze są nagle potrzebne i że, nie 
dając takowych, narażam sprawę, o czem on napisze do 
Rządu. Na to również urzędowo odpowiedziałem, że po- 
stępuję właśnie w myśl organizacji nowej, która, aczkol- 
wiek zaleca wydawanie pieniędzy na zapotrzebowanie 
komisarza bez pytania, na co mianowicie ma onych 
użyć, lecz jednocześnie określa wysokość sumy i stwier- 
dza, że nim. me wyrachuje się komisarz z płerwiej wy- 
hianych pieniędzy, nie ma prawa żądania dalszych za- 
liczek. Du Leurens, nie widząc się ze mną, wyjechał do 



~ 62 — 

Warszawy, a jak mi powiedziano, — przeważnie, aby mię 
przed Rządem oskarżyć. W tym celu wyjął z archiwum 
uprzedni protest przeciwko objęciu Wydziału, podany 
mu przez Konst, Kalinowskiego i pewny był, że tu w 
Wilnie przez część Wydziału zostanie poparty. ' 

Jakoż we dwa dni po jego wyjeździe, na ogólnem 
naszem zebraniu, pierwiszy Wład. Małachowski wy- 
stąpił z zarzutem, że obecna czynność Wydziału jest 
tylko jakby wegetacją, spełniamy machinalnie czynno- 
ści, a nie umiemy natchnąć kraju potrzebną energją do 
dalszej walki i ofiar. Zdanie Małachowskiego podzie- 
lali wszyscy. Ja w izabranym głosie przedstawiłem po- 
krótce całą naszą czynność, aż do wyjśca dekretu Rzą- 
du, zmieniającego organizację i wszyscy, nie wyjmując 
Kalinowskiego, przyznali mi, że w tej epoce robiliśmy, 
co można i wywołaliśmy stosunkowo dość silne powsta- 
nie na całym dawnym obszarze Litwy. Następnie wspom- 
niałem, jak energicznie odpisał Wydział do Rządu o 
zgubnym wpływie nowych zmian, o kilkakrotnem już i 
w nowym składzie odzywaniu się i o moim osobistym 
raporcie, w którym, wyraźnie mówiąc, że pozostawienie 
u steru władzy mnie, nie podzielającego sposobu widze- 
nia Warszawy, jest iszkodliwe, że gdy ja w sumieniu 
swojem i wobec obowiązków dla kraju, nie mam prawa 
samowolnie rzucać niebezpiecznej posady, to rozkaz Rzą- 
du ustąpienia komuś odpowiedniejszemu przyjmę nietyl- 
ko posłusznie, ale i z tem przekonaniem, że to jest dla 
dobra sprawy, — nie pojmuję bowiem, jak wierząc nawet 
w patryjotyzm człowieka, można mu poruczać kierunek 
sprawy, gdy ten kierunek w jego przekonaniu jest szko- 
dliwy dla prowincji, którą przedstawia. 

Po wysłuchaniu mego głosu, znowu ogólnie podzie- 
lano moje zdanie, że wina bezczynności ma źródło w 
Warszawie, a Małachowski zawołał: „Dość więc tej bier- 
nej roli. Warszawa nie rozumie naszych potrzeb, sami 
powinniśmy radzić nad dobrem Litwy, postanowiliśmy 
wszyscy tu zebrani raz zerwać tę zależność, która nas 



— 63 — 

gubi". To mówiąc, rzuciJ na stół odbitkę nowej pieczęci, 
na której było wyrżnięte nad herbem Litwy „Komitet 
rządzący Litwa". Obecni byli oprócz mnie: Józ, i Konst. 
Kalinowscy, Luc. Morykoni, Wład. Małachowski, Ign. 
Łopaciński i Kar. Falewicz. Następnie odczytano już 
ułożony projekt nowego stosunku władz Korony i Litwy. 
Podług tego projektu „Komitet Litewski" był właściwie 
niezależnym od Warszawy Rządem, komisarz z War- 
szawy miał głos w nim doradczy i pośredniczył w sto- 
sunkach z Warszawą, jak również komisarz Litwy miał 
w tymże charakterze udać się do Warszawy. 

Zdumiony tą przygotowaną rewolucją i udziałem w 
niej wszystkich członków, nawet najumiarkowańszych, 

zap5'tałem czy zastanowili się, że wobec walki 

taki separatyzm jest po prostu zdradą. Zakrzyczeli, że 
bezczynność i rozdział dziesiejszy niemniej są szkodliwe, 
ale przytem okazało się, że wszyscy, nie wyłączając 
Konst. Kalinowskiego i Małachowskiego, nietylko nie 
myślą przeciwko mnie działać, ale liczą i nadal na moje 
poparcie. Znając jedynie moje przekonanie o obowiąz- 
kach, chcieli przyjść z rzeczą gotową, z faktem spełnio- 
nym, aby mnie pozyskać i prawie zmusić. Dziękując za 
osobiste zaufanie, za wyraźną wszystkich życzliwość, 
powiedziałem, że ja stamowczo na ten krok, mojem zda- 
niem, rewolucyjny, a przytem niepatryjotyczny, nie zgo- 
dzę się; chociażbym miał zginąć, to pieczęć jak Wydziału 
tak i moja, jako prezesa, jest w pewnych rękach, i bę- 
dzie wydany protest w imieniu tej części Litwy, która 
uważa siebie za złączoną na zawsze z Polską, przeciwko 
rozdzielaniu prowincji i władzy wobec walki. Wszakże 
wszyscy oni dobrze wiedzą, że już kilka miesięcy temu 
uznawałem niedołęstwo Warszawy i nieznajomość na- 
szych stosunków, ale nie można podawać środków jeszcze 
szkodliwszych nad to, co dziś mamy. 

Wtenczas to zabrał głos Konst. Kalinowski, w ener- 
gicznem przemówieniu, potępiał Rząd Warszawski, a 
przeważnie Du Laurens'a, traktując go, jak blagiera, bez 



— 64 — 

zasad, który pierwszy przyczynił się do upadku pierw- 
szego Komitetu Litewskiego, przyznał się, że Du Lau- 
rens, jadąc do Warszawy, aby mnie zaskarżyć, liczył 
na poparcie Kalinowskiego i Małachowskiego. Otóż omy- 
lił się, Kalinowski przez te kilka miesięcy poznał mnie 
bliżej i teraz uważa mój udział w Rządzie Litewskim 
za konieczny, pracę dotychczasową za korzystną, widzi 
on we mnie reprezentanta całej szlachty w jej części lep- 
szej, patryjotycznej ; ale dodał: „Pan masz głos, jako 
reprezentant Litwy, i sądzę, że nic nie będziesz miał 
przeciwko naszemu projektowi, gdy na to Rząd w War- 
szawie się zgodzi" — „Ale to być nie może" — odparłem.— 
„Tak jest jednak" — powiedział Kalinowski, bo Du Lau- 
rens, wyjeżdżając urzędowo zdał mi władzę, a ja, jako 
komisarz pełnomocny Rządu, projekt tu podany przyj- 
muję i pieczęć komisarza przyłożę". 

Już moje uprzednie przemówienie podziałało na in- 
nych członków Wydziału. Wszyscy widzieli lekkomyśl- 
ność Du Laurens'a, zrażeni byli do Warszawy za lekce- 
ważenie naszych przedstawień; ale rozumieli, że ko- 
rzystanie z pieczęci komisarza, do upoważnienia w imię 
Rządu projektu tak separatystycznego, było też nadu- 
życiem. Przyjęto więc mój projekt, aby zaraz zwrócić 
się do Warszawy, szczegółowo opisać, co się stało, 
przedstawiając, do czego doprowadziło dotychczasowe 
Rządu postępowanie; przesłać projekt, jaki był przez 
wszystkich członków i zastępcę rządowego komisarza, 
oprócz mnie, przyjęty; postawić wreszcie ultimatum: 
że, jeśli w ciągu kilku dni ostateczna rezolucja nie przyj- 
dzie, projekt ten wejdzie w życie. Do odezwy tej, ja 
przyłożyłem pieczęć Wydziału. Jednakże równocześnie 
z moją pieczęcią załączyłem osobisty mój raport, w któ- 
rym również przedstawiając zgubne skutki postępowania 
Rządu, jak również lekceważenie rady mojej co do adre- 
su, dodawałem jednak, że ja osobiście do składu nowego 
komitetu nie wejdę, a usunę się na stronę, nie mogąc po- 
dług swego przekonania i sumienia służyć użytecznie 



65 



ojczystej sprawie. Naturalnie, to moje oświadczenie nie 
było tajemnicą dla kolegów, którzy jednak byli tego prze- 
konania, że Rząd wobec naszej odezwy stanowczo uzna 
swoją dotychczasową omyłkę. 

Nazajutrz po wysłaniu papierów do Warszawy przy- 
był od Rządu nadzwyczajny komisarz Głowacki. Przy- 
jechał on na skutek przedstawień Du Laurens'a i, jakkol- 
wiek ten starał się mnie obwinie i przedstawił Rządowi, 
że jednocześnie i Wydział prawie cały podziela jego 
opinję, Rząd w bardzo grzecznej odezwie powołuje mię 
do Warszawy do składu swego, a poleca zdać władzę 
na Litwie na ręce KonsŁ Kalinowskiego. Przysłany z 
Warszawy ajent był to człowiek bardzo sympatyczny 
i rozsądny. Zdziwił się w pierwszej chwili, znalazłszy na 
miejscu zupełnie co innego, niż przedstawiono Rządowi, 
ale w parę godzin dowiedziawszy się, cośmy napisali do 
Warszawy, uznał za słuszne jak najrychlej powracać 
i osobiście zdać sprawę z tego, co znalazł. Konst. Kali- 
nowski stanowczo nam zapowiedział, że nie przyjmuje 
swej nominacji, a ode mnie żąda, abym pozostał w 
Wilnie, i czeka odpowiedzi na nasze pismo. Ja odpisa- 
łem, że stosownie do wolj Rządu władzę mi powierzo- 
ną złożę Kalinowskiemu, i tylko ponieważ on jej obec- 
nie nie przyjmuje, muszę do czasu, aby nie było niepo- 
rządków, zajmować się dalej sprawami Wydziału. Co 
zaś do wezwania do Warszawy, stanowczo uważam 
bytność tam moją za niepodobieństwo. Paszportu dostać 
nie mogę, jechać zaś pod obcem nazwiskiem i przebra- 
nemu tam przebywać przy moim charakterze jest zupeł- 
nie niemożliwe, znam bowiem siebie i wiem dobrze, że 
i kilku dni nie potrafiłbym wytrwać w przybranej roli. 
Zresztą proszę, aby Rząd raczył się zastanowić o ile mój 
udział w Warszawie w Rządzie, w dzisiejszej chwili był- 
by użytecznym. Jeśli ja mam rację i moje przedstawie- 
nia o stanie Litwy są słuszne, to najwłaściwsze dla mnie 
miejsce w Wilnie, aby, co projektuję, przeprowadzić. Je- 

„B P," Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 5 



66 



żeli mylę się i nie znam położenia kraju, to jakże będę 
mógł je^o potrzeby w Warszawie reprezentować? 

Pan Głowacki odjechał, a w kilka dni przybył z 
Warszawy jeden z inajczymniejszych członków Rządu^ 
Oskar Awejde, ,pod nazwiskiem Szmita, ostrzyżony i 
wyfarbowany. Człowiek to był młody, bardzo zdolny, 
ambitny, zasadami więcej zbliżony z Konst. Kalinowskim, 
którego był kolegą z uniwersytetu, lecz niezaprzeczenie 
z szerszym poglądem od Konstantego, ale też mniej 
sympatyczny, daleki od tej szorstkiej szczerości Kali- 
nowskiego, która jeśli raziła, to razem była cechą sil- 
nego i prawego charakteru. Awejde powiedział, że Du 
Laurens powołany do odpowiedzialności, nas zaś chce 
on, Awejde, doprowadzić do porozumienia z Warszawą, 
zostawiając nadal ten sam skład osób. Awejde widział 
dobrze, że w krytycznej chwili, ja jeden w Wilnie przed- 
stawiałem rząd .naroidowy, broniłem go i nie miałem 
żadnych dążności oddzielnych dla Litwy, ale za to róż- 
niłem się z Rządem w zapatrywaniu na żandarmerię i 
możność przeprowadzenia organizacji wśród ludu, jako 
też powołania w tym roku pospolitego ruszenia. Orga- 
nizację dawniejszą nam nareszcie zostawiono, komisarze 
wracali do zależności od Wydziału, komisarz główny 
byłby tylko, jak dawniej, łącznikiem prowincji. Ja stanow- 
czo obstawałem przy danej mi dymisji, mówiąc, że słu- 
żyć będę w podrzędnej jakiejbądź roli, tylko nie w 
Wydziale, skoro mój sposób widzenia odrzucają, aby w 
tym roku oszczędzać jak można ofiar, organizację ener- 
giczną skupić w najmniejszej ilości osób, a wszelkich do- 
łożyć starań do zdobycia broni i po zimie, na wiosnę 
1864 r., znowu w gub. kowieńskiej, wileńskiej, grodzień- 
skiej i części mińskiej poruszyć powstanie. Kalinowski 
więcej podzielał zapatrywanie Warszawy, ale, oprócz 
niego i Małachowskiego, inni członkowie Wydziału byli 
mego zdania, a żaden z nich i wielu z poza Wydziału 
nie chciało przyjmować miejsca w organizacji, jeśli ja 



— 67 — 




68 



się z niej cofnę. Sam Kalinowski i Małachowski na 
wszystko mię zaklinali, abym ich nie opuszczał. Lecz 
ja bezwarunkowo postanowiłem, jeśli nie przełamię upo- 
ru Warszawy, cofnę się, starając się jednak dopomóc do 
urządzenia najwłaściwszego Rządu Litewskiego, gdy wy- 
padki dawno przewidziane, a zewnętrzne wszystko zmie- 
niły. Muszę teraz obszernie, bo to rzecz dla Litwy waż- 
na, opowiedziieć smutne dzieje adresu. 

Projekt adresu od przyjazdu Murawjewa był przed- 
miotem ogólnych rozmów w Wilnie, Wiedzieliśmy, że 
Murawjew go żąda, początkowo nikt nie spodziewał się, 
aby się znalazło wśród Litwinów, choćby kilkunastu lu- 
dzi więcej znanych, którzyby do tego rękę przyłożyli. 
Teroryzm, upadek powstania, utrata nadziei na pomoc 
zagraniczną, zwiększając liczbę egoistów i niechętnych 
powstaniu, i możność adresu czyniły prawdopodobną. Je- 
dyną osobą, której przeszłość dozwalała przypuszczać, 
że może być narzędziem w tej sprawie był marszałek 
gub. wileńskiej, Domejko. Były uczeń uniwersytetu wi- 
leńskiego, obywatel zamożny, znanym był zawsze, jako 
przeciwnik wolności ludu, zwolennik szlacheckich przywi- 
lejów bez rachowania się, jakie one za sobą pociągają 
obowiązki, uważał siebie, jako marszałek szlachty, za 
bezwarunkowego obrońcę interesów tej klasy. Zajmowa- 
ły go dobrobyt, zachowanie stanowiska przodowniczego, 
a nie moralna wyższość tej klasy. Wyżej widzieliśmy, 
jak postępował w Organizacji („białych"), obecnie nie- 
zaprzeczenie wiedział dobrze jak o składzie pierwszego 
naszego Wydziału, tak i o późniejszych kombinacjach. 
W początku powstania, gdy chwilowo błysnęła nadzieja, 
i Domejko w poufnej rozmowie nie taił się ze swemi 
patryjotycznehii uczuciami, i podatek opłacił. Gdy na- 
dzieje upadały, Domejko, mówiąc, że trzeba ratować, co 
można, w myśl Murawjewa zaczął agitować za adre- 
sem. Było to jeszcze za czasów, kiedy był w komplecie 
nasz Wydział, który uważał za obowiązek posłać do nie- 



— 69 — 

go odezwę, stanowczo zabraniając pod karą infamji i wy- 
roku śmierci podania adresu; na ten wyrok wszyscy 
bezwarunkowo zgodziliśmy się. Odezwę Domejko 
otrzymał. 

W czerwcu agitacja adresowa wzmagała się. Pi- 
sałem do Warszawy, aby Rząd w zagranicznycłi pismacłi 
poruszył tę kwestję, i aby jak najdobitniej wszędzie, 
gdzie można, traktowano podanie adresu, jako zdradę 
kraju. Warszawa uważała za niewłaściwe poruszanie tej 
kwestji za granicą, pisząc pateitycznie, że Litwa Kościusz- 
ki i Mickiewicza nigdy tak nizko nie upadnie, że liczy na 
patryjotyzm i energję Wydziału, a drukowanie obaw w 
zagranicznych gazetach byłoby już ubliżeniem Litwie. 
Pomimo ponownego 'przeze mnie podniesienia tej kwestji, 
ze zwykłym uporem Warszawa nie użyła tak skuteczne- 
go w sferach naszej pseudo-arystokracji wpływu opinji 
prasy zagranicznej. 

Że w lipcu adres będzie podany, nie było wątpli- 
wości. Domejko -miał pewną liczbę satelitów na począ- 
tek dostateczną lecz szło o re- 
dakcję adresu. Murawjew stanowczo żądał już nie wy- 
znania uczuć wiernopoddańczych dla Monarchy, .nie po- 
tępienia powstania, i współbraci walczących 

ale stanowczego wyparcia siQ przeszłości, wyznania wo- 
bec świata, żeśmy zawsze byli Rosjanami i niemi być 
chcemy. Nic dziwnego, że nawet Domejko, jakiś czas 
próbował wpłynąć na zmianę woli Murawjewa. Nieza- 
przeczenie jak wszyscy ci, co podpisali adres, Domejko 
i nieodłącznie od niego pod pióro cisnący się Kirkor, byli 
też Polakami. Poczciwy Nazimow przed wyjazdem ode- 
zwał się: „nie łudźmy się, w tym kraju nie mamy szcze- 
rze życzliwych, są uczciwi i nikczemni, ale Rosjan 
(wśród Polaków) tu niema". Niektórzy dodają, jakoby 
miał jeszcze powiedzieć: „Wszakże i Domejko i Kirkor 
Polacy". Domejko wobec groźby zniszczenia mienia oby- 
wateli, a nie wiem jakich nadziei, przyjął nareszcie re- 



— 70 — 

dakcję Murawjewa, w której brzmiało „że my od wieków 
— „iskoni" — z Rosją byliśmy jednem ciałem^). 

Chodziło teraz o podpisy. Wobec represji Mu- 
rawjewa, z jednej strony, który groził, że każdy nie pod- 
pisujący adiresu będzie wyrwany z łona rodziny i wy- 
słany do Rosji, a uczucia, z drugiej, już nie tylko patry- 




Leon Sulistrowski (1863). 



jotyzmu, ale godności człowieka, nie dozwalającej na 
wyparcie się przeszłości, zaczęła 



1) Stwierdzić tu należy, iż urzędowo — już po zamachu 
na Domejkę — ogłoszony tekst adresu, podpisanego przez Do- 
nie jkę i 251 z pośród szlachty, („Wileński j Wiestnik" — „Ku- 
rjer Wileński" z d. 3 sierpaiia Nr. 86) inkryminowanych przez 
Gieysztora wyrazów „od wieków" (,yiskom") i „byliśmy" — 
nie zawiera. Pierwszą wiadomość o podpisaniu adresu i wrę- 
czeniu giiełi -gub. Murawjewowi w d. 27 lipca podał wymie- 
niony organ w Nr. 84 z d. 30 lipca (dzień zamachu). Niebawem 
liczba podpisów zwiększyć się miała znacznie. (Red.)> 



71 



się straszna walka. Kto nie był wówczas w Wilnie, ten 
nie może wyobrazić sobie, co się tam działo. Pomimo 
obawy ludzie nawet mało znani, spotykając się na ulicy, 
pytali, co słychać — czy adres podpisany? co robi Rząd? 
czy żyje Domejko? kto wysłany? Marsz, trocki Lud. 
Jeleński przy zupełnej bierności wyszedł ze swej roli 
deklamatora poezji Krasińskiego i napisał inny adres. Z 
tym adresem był u mnie. Naturalnie, z uśmiecliem po- 
wiedziałem mu, że zapewne ten adres nie jest taki 

jak Domejki, ale niech on sam znajdzie 

nazwę dla tego adresu, gdy w nim przy uczuciach wier- 




Kazimierz Skirmunt. 



nopoddańczych potępia nas wszystkich, którzy z bronią 
w ręku, lub w organizacji występujemy do walki . . . 

Dodałem, że poparcia u nas nie- 

tylko nie znajdzie, ale, że ten adres surowiej jeszcze po- 
tępimy, bo łacniej ludzi słabych pociągnie. 

Jeleński na zebraniu u Domejki czytał swój adres, 
lecz Domejko stanowczo zapowiedział, że Murawjew in- 
nego, jak proponuje, nie przyjmie i tłumaczył zebranym 
konieczność podpisania, jako jedyny ratunek obywateli. 
A gdy Jeleński swoim zwyczajem cytował jakieś ustępy 
poetyczne, Domejko powiedział: „Pan, panie marszałku, 



— 12 — 

jesteś egzaltowany". Jeleński biorąc za czapkę i wycho- 
dząc, odrzekł: „Tak, ja może jestem egzaltowany, ale do- 
żyję tego, że Rosjanie sami powiedzą temu, kto podpi- 
sze adres: „stupaj won podlec". Skąd Murawjew 
wiedział o opozycji Jeleńskiego, niewiadomo, ale naza- 
jutrz wywieziono Jeleńskiego wgłąb Rosji. Ten sam los 
spotkał marszałka wilejskiego Miecz. Tukałłę, który też 
stanowczo odmówił podpisu. Tukałło w czasie całego 
powstania, jakkolwiek był mu przeciwny, postępował jak 
.... Polak, a i teraz dał przykład niezależności cha- 
rakteru. Za niepodpisanie adresu, między innymi wy- 
słano z gub. witebskiej Leona Sulistrowskiego; z mińskiej 
Kaz. Skirmunta, Szczęsnego Oskierkę, Jana Wiszniew- 
skiego; z grodzieńskej : Jelskiego i wielu innych . . . 

'). 

Wywiezienie marszałków tembardzdej poruszyło 
umysły, bo wiedziano, że każdego to czeka, kto nie pod- 
pisze. Ze strony Murawjewa był teroryzm, a Rząd nasz 
był bezczynny. Wszyscy wiedzieli o tem, że Domejko 
otrzymał ostrzeżenie pod karą śmierci, Domejko jednak 
miał odwagę podpisywać, agitował i chodził bezkarnie; 
obawy więc kary ze strony Rządu powstańczego nie 
było. Jednego dnia na ulicy Zawalnej, spotykam małą, 
skuloną figurkę A. E. Odyńca; wydał mi się jeszcze 
żółtszym i szczuplejszym. Gdy go mijam, wpatruje się, 
chwyta mnie i, biorąc pod rękę, nie zważając, że to było 



^) Według urzędowych wiadomości, adres mińskii, wrę- 
czony gien.-gubernatoix)wi Murawjewowi w d. 25 września 
1863 r. przez marszałka Prószyńskiego i deputację szlachty 
podpisało 2744 osoby („Kur jer Wileński" z r. 1863 Nr. 110); 
adres podobny grodzieński, przedstawiony 29 września 1863 r. 
przez marszałka Krzywickiego i deputację — podpisało 1600 
szlachty („Kurjer Wileński" z r. 1863 Nr. 111); adres witebski— 
został doręczony przez p. o. marszałka witebskiego gien. Kor- 
win-Kurkowskiego na czele deputacji, — z 1914 podpisami 
(„Kurj. Wileń." z r. 1863 Nr. 120); mohylewski, podany 27 paź- 
dziernika — z 2560 podpisami („Kurj. Wil." z r. 1863 Nr. 123) 
Jeszcze przedtem adres kowieński z 1071 podpisami doręczył 
d. 25 sierpnia marsz Karp' (por. t- I, str. 308), (Red.). 



73 



na ulicy, zaczyna szczere, a bolesne zwierzenie: „Dro- 
gi panie, dobrze, że cię spotkałem, powiedz, co będzie? 
Byt u mnie Domejko, zaklinał na znajomość naszą od 
lat najmłodszych, na interes kraju, abym podpisał adres. 
Pan drogi wiesz, boś mnie odwiedzał, gdy wszyscy na 
mnie napadali za mój wiiersz, com napisał. Może po- 
stąpiłem wówczas mylnie, ale w najlepszej myśli; dziś 
jednak podpisać wyrzeczenie się przeszłości naszego na- 
rodu, — nie, do tego ja ręki nie przyłożę — ale drogi panie, 
ratujcie nas!" Uścisnąłem serdecznie tę trzcinę chwiejącą 
się od wiatru, a jednak teraz znajdującą w sercu dość 
siły odpornej. 

Drugiego dnia również na ulicy spotyka mię pośred- 
nik wileński Wojnicki, zaledwie z widzenia mi znany, 
ciągnie do mieszikania, wktórem znajduję marszałka By- 
strama i obaj ze łzami w głosie wołają: „Ratujcie kraj 
od hańby, bo gdy Domeiko bezkarnie podpisze, tylko wy- 
jątki zdobędą się na potrzebną energję, aby iść na ofia- 
rę dla świętości przekonania". Zacytowałem tylko te 
dwa przykłady, a ileż podobnych ja sam miałem roz- 
mów, a ile moi koledzy! 

Nie mogę jeszcze pominąć jednego epizodu, cho- 
ciaż on już miał miejsce po podpisaniu adresu. Do miesz- 
kania mojego wpada bratowa moja Orwidowa, kobieta 
jakich niewiele nawet w naszym kraju spotykać można, 
wzór matek i niewiast, serdeczna, rozumna, i z gniewem 
woła: „Ody wśród was mężczyzn niema nikogo, ktoby 
zgładził tego wyrodika, co się w imieniu szlachty wy- 
rzeka przeszłości narodu — daj mi rewolwer, ja ci przy- 
sięgam na miłość mego Adasia, że go zgładzę. Ty chyba 
nie wiesz, Jakóbie, że oni wszyscy, ci nasi obywatele, 
pójdą za tym przykładem, okryją hańbą nas i dzieci 
nasze". Było to już po fakcie spełnionym; porywczej, ale 
przytem rozumnej kobiecie zdołałem wytłumaczyć, że 
obecnie, to już będzie karą, a nie uprzedzeniem czynu, i 
że, mojem zdaniem, karę dziejom zostawić potrzeba. 



— 74 



Wydział jednomyślnie 

wydał odezwę do Domejki, skazując go na śmierć, gdy- 
by cłiciał podpisać adres, wyrok ten i ja podpisałem. Nie 
ulega najmniejszej wątpliwości, że, gdyby nie zaszły 
zmiany w organizacji, przy pewności o zatwardziałości 
Domejki, wyrok byłby wykonany i adresuby nie było, 
a gdy innej osobistości również oddanej rządowi (z prze- 
konania, że tem pomaga szlachcie) na Litwie nie było, 
obawa śmierci pewniej przeważałaby obawę wywiezie- 
nia. Ale zaprowadzono, na mocy zarządzeń warszaw- 



ió 



skich, wbrew naszej woli, żandarmerię powstań- 
czą i jej to było już powinnością wykonywać dekreta. 
Tymczasem, jak przewidywałem, ci po większej części 
ludzie bez charakteru, jak bez moralnej wartości, za po- 
bieraną płacę mogli zgładzić kogoś podrzędnego zbójec- 
kim sposobem, ale sami na pewną zgubę za pieniądze iść 
nie chcieli. To ocaliło Domejkę. Brać zaś na osobistą 
swoją odpowiedzialność, nietylko śmierci Domejki, ale 
co ważniejsza, śmierci i tego, coby szedł z poczucia obo- 
wiązku, jako wykonawca dekretu, ja nie chciałem. 

Nie brakło ludzi poświęcenia, którzy, widząc, czem 
grozi adres Domejki, gotowi byli na ofiarę. D-r Bron. 
Mackiewicz przyszedł do mnie, mówiąc, że jest kółko, 
które tylko czeka mego zezwolenia, aby ciągnąć losy, 
który z nich ma spełnić wyrok. Byli to ludzie młodzi, 
wszyscy nawet znani z umiarkowanych przekonań, ale 
tak przejęci zgrozą jego kroku, że się decydowali zostać 
wykonawcami wyroku. Niezaprzeczenie spełniłby ten 
czyn straszny także i Tytus Dalewski, który przyszedł 
też do mnie, żądał dekretu i mówił, że pójdzie do Do- 
mejki, zgładzi go, dekret położy, a uciekać próbować na- 
wet nie będzie, ani też sobie życia odbierać 

Niezaprzeczenie więc ode 

mnie zależało wykonanie kary. Wobec jednak ogólnego 
rozstroju, a przeważnie, gdy mieliśmy w samem Wilnie 
kilkunastu przez Rząd narodowy płatnych żandarmów, 
nie mogłem ja, będący tylko już władzą zastępczą, brać 
na swe sumienie, wbrew nawet instrukcjom Rządu, tego 
postępku. Prawda, kochałem ja Tytusa, ale w innych wa- 
runkach nie zawahałbym się dać mu swojego zezwole- 
nia. Przytem Kalinowski, Małachowski, jedyni z Wy- 
działu obrońcy żandarmerii, codzień zapewniali, że wy- 
rok wykonany będzie. 

Wobec tych zapewnień i okoliczności, niech przyszłe 
pokolenie osądzi, czy to było słabością z mej strony, żem 
najszlachetniejszych z młodzieży na pewną zgubę nie 
posłał. Proszę przytem przypomnieć, że to się działo jed- 



76 



nocześnie z wyżej opisaną intrygą Du Laurens'a, projek- 
towanemi zmianami, gdy wszystko było w zawieszeniu. 
W przededniu podpisu, Małachowski przychodzi i mówi: 
„mam pewnego człowieka nie z żandarmerii, ale który 
sam dobrowolnie, uznając gwałtowną potrzebę, ma speł- 
nić wyrok". Kalinowski pyta, kto to taki. Ody Małachow- 
ski wymienił nazwisko, mnie nieznane, a na nieszczęście 
dziś zapomniane, odzywa się: „Za tego ja ręczę, że wy- 
konałby, ale my nie możemy na to zezwolić". Małachow- 
ski pyta: „Dlaczego?" Kalinowski powiada: „To czło- 
wiek, który ma żonę i kilkoro dzieci, a my do wykony- 
wania wyroków mamy żandarmów". W tej chwili ja pod- 
szedłem do Konstantego, serdecznie go ucałowałem, mó- 
wiąc: „A mójże ty drogi szlachcicu!" Kalinowski zmie- 
szany pyta, co to jest? A ja wśród śmiechu wszystkich 
kolegów, ale serdecznego i pełnego sympatji dla Kali- 
nowskiego, tłumaczę, że tę słabość, czyli raczej szlachet- 
ne serce, które on wogóle szlachcie zarzuca, i on sam ma 
w wysokim stopniu, gdy wzgląd na to, że człowiek ma 
rodzinę, wstrzymuje od posłania go na ofiarę. I zaprawdę, 
ta słabość, mojem zdaniem, jest chlubą narodu, teroryzm 
nasz wyraża się po większej części tylko w słowach, lu- 
dzie nikczemni zdarzają się i u nas, z nich mogą być 
zbiry, lecz to jednocześnie nie przeszkadza, aby w razie 
prawdziwej potrzeby, nie znalazł się człowiek, kierowa- 
ny nie złotem, ale przekonaniem 

Nazajutrz Małachowski, rozwścieczony na swoich 
żandarmów, a było to już w dzień podpisu, podaje roz- 
paczliwy projekt, byśmy sami ciągnęli losy. Ja pierwszy 
wyznałem, że nie czuję, abym mógł to spełnić, a gdy 
adres już podpisany, to, mojem zdaniem, po fakcie speł- 
nionym, kara na zbrodniarzów już od dziejów należy. 
Adres więc był podpisany. 

Dnia następnego rano u mnie, gdy radziliśmy z Awej- 
dą, co robić w dzisiejszem położeniu, odmykają się drzwi 
i wchodzi w pełnym mundurze Małachowski i raportuje, 
że Domejko w tej chwili zabity. Wykonał dekret przy- 



I 



// — 



były z Warszawy Bieńkowski; Małachowski o tem do- 
wiedział się, wracając od generał-gubernatora, a wiedząc, 
że w tej godzinie u ,mnie musi być Awejde, przyszedł nam 
oznajmić i prosi, abym jaknajrychlej przysłał 500 r. dla 
Bieńkowskiego. W tej cłiwili przybiega z wiadomością o 
śmierci Domejki Tekla Syruciówna, którą wnet wysyłam 
do Morykoniego po pieniądze. Awejde został u mnie, 
przez niego miałem pieniądze odesłać Małactiowskiemu, 
mówimy o następstwacli tego wypadku. Awejde cieszył 
się, że dekret został wykonany, ja, nie żałując Domejki, 
uważałem, że cliociaż ta kara powstrzymać może dalsze 
adresy, to zawsze fakt .... podania adresu speł- 
niony. 

Zacna Tekla niespełna w godzinę wraca z pieniędz- 
mi, ale razem i wiadomością, że Domejko żyje, tylko lek- 
ko ranny. Zmieniało to znacznie położenie. Radziłem, aby 
Awejde, nie zwlekając ani chwili, opuszczał Wilno, ale 
on lekko traktował moją radę, zbyt pewny siebie, co zgu- 
biło nietylko jego, ale i setki przez niego wydanych ludzi. 
Tegoż dnia Małachowski oświadczył, że musi w nocy 
opuścić Wilno, jakoż, gdyby nie zemknął, byłby areszto- 
wany. Wyjeżdżając pytał mię, komu ma zdać urząd na- 
czelnika miasta Wilna, podając dwuch kandydatów: 
Orzeszkę i Zdanowicza. Stanowczo wyznaczyłem Zda- 
nowicza, nie chcąc widzieć Orzeszki. Jeszcze przedtem 
poruszona była myśl kontradresu, z którym zagranicę 
miało wyjechać z każdej gubernji po kilku obywateli zna- 
nych, a więcej skompromitowanych, aby tam zaprote- 
stować i wykazać, jaką drogą adres rządowy był zbie- 
rany. Postanowiliśmy wydać dekret, skazujący imiennie 
na infamię tych kilkunastu ludzi, którzy pierwsi adres 
z Domejką podpisali. Ja zażądałem, aby nie umieszczano 
Tyzenhauza, mniej przez wzgląd na jego osobę, jak, że 
jego nazwisko mogło właśnie innych słabych do czynu 
podobnego skłaniać. 

Nazajutrz rano, 31 lipca, z Dominikańskiego kościoła 
poszedłem na herbatę do Tekli. W pół godziny przybiega 



— 78 — 

Wyrzykowska, oznajmiając, że moje mieszkanie otoczo- 
ne, wkrótce potwierdzają inni tę wiadomość, dodając, że 
straż u drzwi zostawiona. Nie było wątpliwości, miałem 
być aresztowany. Pierwszy przybył Ign. Łopaciński, 
ofiarując mi sto półimperjałów i jeden z paszportów, któ- 
re mieliśmy zawsze w pogotowiu z braterską radą, abym 
kraj opuszczał; był tylko wówczas on i Tekla Syruciów- 
na. Po chwilowym namyśle i krótkiej modlitwie — po- 
wiedziałem im stanowczo, że, ile znam siebie, ucieczka 
dla mnie jest trudna, a wewnętrzne przekonanie nie po- 
zwala na nią. Przyjmując obowiązek, wiedziałem, co mię 
czeka,, proszę ich, aby więcej nie nalegali, ale mi pomogli 
innych w tem przekonaniu utwierdzić. Jakoż Wyrzy- 
kowska, Berkmanowia, ozłonkowie Wydziału, którzy 
przychodzili, aby choć pokrótce się porozumieć, co dalej 
robić, wszyscy radzili ucieczkę, lecz napróżno. Najbliżej 
był ze mną poczciwy Tytus Dalewski, u którego zosta- 
wiłem i pieczęć Wydziału dla oddania Kalinowskiemu. 
Tytus odrazu zrozumiał moje postanowienie; jednem sło- 
wem perswazji nie odezwał się. Zdaniem wszystkich, 
które, przyznaję, i ja podzielałem, areszt mój był skutkiem 
zamachu na Domejkę; byliśmy pewni, że to on, wiedząc 
dobrze o mnie, wydał mię rządowi. 

Ze wszystkich oznak współczucia, najwięcej poru- 
szyło mię znalezienie się rządcy domu, w którym miesz- 
kała Tekla S. Mówiąc, że ma pilny interes, prosi on mnie 
na chwilę do siebie i tam, gdy nikogo więcej nie było, 
rzecze: „Panie, niech pan ucieka, ja jestem starym miesz- 
kańcem Wilna i sumiennie zaręczam, że kilka dni prze- 
chowamy tak pana, że nikt nie znajdzie". Gdy mu po- 
dziękowałem, mówiąc, że to jest zwykły areszt, on mnie 
przerywa: „Panie, nietylko ja, ale i wielu mnie podob- 
nych w Wilnie, wiemy, kim pan jesteś, i tu czuwaliśmy 
nad panem. Pan nie masz prawa iść na pewną śmierć, 
zaufaj nam, mieszkańcom Wilna, a my cię ocalimy" 
Raz powziąwszy stały zamiar pozostania w kraju, po- 
wiedziałem o tem stanowczo zacnemu człowiekowi, ser- 



79 



decznie go uścisnąwszy. Niemożna już było odwlekać. 
Wszystko, com mógł, załatwiłem, poszedłem więc do 
swego mieszkania. Przy drzwiach była straż, a w pół 
godziny zjawili się policjanci ze świadkami, odbyli szcze- 
gółową rewizję, spisali protokół, w czasie tego przyszły: 
p. Weysenhoffowa, Wyrzykowska i Tekla Syruciówna, 
a poczciwy mój Wawrzyniec nastawił samowar. W cza- 
sie więc odbywania rewizji, piliśmy herbatę rozmawiając, 
a miejscowy poHcjant żartował, że oficer Rosjanin, który 
początkowo nie chciał pić herbaty, sądząc pewno, że jest 
zatruta, sam parę szklanek wychylił. 

Po rewizji zostałem aresztowany. W ten sposób za- 
kończył się mój czynny udział w ruchu. 



ROZDZIAŁ VIII. 

W WIĘZIENIU I NA WYGNANIU W UFIE. 
(sierpień — grudzień r. 1863). 

Wrażenia więzienne (w cytadeli i przy kość św. Piotra). — 
"W policji. — Policmajster Saranczow — Pożegnanie z ro- 
dziną i wyjazd z Wilna. — Charakterystyka pamiętników.— 
Pogląd na całokształt wypadków. — W Petersburgiu. — 
Droga do Ufy. — Współwygnańcy w Ufie. — Spostrzeże- 
nia d stosunki — Areszt ponowny i wyjazd z powrotem 

do Wilna. 

Zawieziono mię do cytadeli, do komendanta Wiatki- 
na. Zdziwiłem się, że ten powitał mię, jak znajomego, bo 
tylko raz ooś widziałem go u Nazimowa. „A i ty tu, gdzie 
ciebie posłać? za co cię aresztowali? No, jedź do św. Pio- 
tra, tam wesoło, tam jest i twój towarzysz Szetkiewicz". 
Wiatkin oddawna służył w Wilnie, był że tak powiem, 
nieoskrobany... tykał wszystkich, łajał nawet kobiety, ale 
wyraźnie był jednym z poczciwszych w tych czasach. 

Zawieziono mię do św. Piotra, umieszczono w du- 
żym pokoju, gdzie było kilkunastu więźniów i jedno wol- 
ne łóżko, opróżnione, jak się dowiedziałem, po d-rze Jó- 
zefie Kościałkowskim. Ze znajomych nikogo nie znala- 
złem, Szetkiewicz, Malewski i kilku innych mieścili się 
w kilku innych celach. Ale zanim powiedziałem moje na- 



— 81 — 

zwisko usłyszałem już szepty: Gieysztor, Gieysztor. 
Wkrótce poznałem wszyvStkicłi, był tam kamieniarz So- 
bolewski, bardzo czynny jeszcze za Aleksandra Oskierki 
w organizacji miejskiej, którego nawet spotykałem, ale 
moją zasadą było, nigdy nie pytać o nazwiska osób bez 
koniecznej potrzeby. Ten mi powiedział, kim był, że do- 
brze mnie zna, ale dodał, co gorzej: „prawie miema tu 
osoby, któraby nie wiedziała, kim pan jesteś. Z tego po- 
wodu areszt pański wszystkich obchodzi, ale gdy pana 
przysłano do św. Piotra, widocznie rząd nic nie wie. Tu 
umieszczeni tylko tacy, którzy albo są już po wyroku, 
albo na administfacyjnem wysłaniu do Rosji. Lecz co- 
dzień i stąd przeprowadzają do cytadeli i do Dominika- 
nów, i dziś wzięto dwuch braci Rewkowskich". 

Poznałem między innymi Klimontowicza z partji 
Narbutta, już osądzonego do ciężkich robót i d-ra Wład. 
Symonowicza, któremu, gdy mnie powiedział swoje na- 
zwisiko, szepnąłem: „ze Słonima", bo sam dałem mu no- 
minację na naczelnika miasta. I Symonowiicz miał być 
tylko administracyjnie wysłany, a dopiero później wsku- 
tek denuncjacji w organizacji grodzieńskiej, na powrót 
do Wilna przywieziony. Symonowicz szczegółowo mnie 
opowiedział o całym przebiegu organizacji i powstania 
Słonimskiego, jak w początkach oficerowie rosyjscy 
kwaterującej tam artyleryjskiej baterji nam sprzyjali, 
i wymienił nazwisko Gogiela, młodziutkiego oficera, któ- 
ry mu prochu dostarczał. Tam się też zapoznałem z tak 
zwanym panem Karolem z wyprawy do Świeczek, czy 
on się nazywał rzeczywiście Malickim, i dziś napewno 
nie wiem. Ponieważ pomimo niezaprzeczonych wielkich 
zdolności, był to i niepospolity blagier, wszyscy go w wię- 
zieniu nietylko nie lubili, ale i obawiali się. Miał on po- 
czątkowo dosyć pieniędzy i, jak mi mówiono, rzucał nie- 
mi nieoględnie, obecnie był zupełnie bez środków, tak na- 
wet, że nie miał co palić, a źle będąc z kolegami, od żad- 
nego nic nie przyjmował. Zbliżyłem się z nim, poznałem, 
,,B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 6 



82 



że grunt nic jest zły, tylko wyraźnie rozpieszczony ży- 
ciem i nadzwyczajnie zarozumiały. Ode mnie wszystko 
przyjmował i mogłem mu, wycłiodząc z więzienia, ctioć 
z małą przyjść pomocą. Już nazajutrz wiedziano w mie- 
ście, gdzie jestem, przysyłano mi owoce i inne drobiazgi. 
Jednego dnia, gdy nas prowadzono do łaźni, zdalaka wi- 
działem Teklę i Orwidową. W parę dni po mojem uwię- 
zieniu dowiedzieliśmy się o egzekucji dwuch braci Rew- 
kowskich tak niedawno stąd przeniesionych. 

W ciągu dni dziesięciu Miurawjew powiesił pięciu 
podejrzanych, że byli żandarmami; było to wynagro- 
dzenie za krew Domejki. Szóstego sierpnia widzimy, jak 
wchodzą na dziedziniec oficer sztabowy, z młodym bru- 
neciki&m — zdaleika nie poznano go i sądzono, że to 
uwięziony Konst. Baliński. Po chwili odmykają się drzwi, 
i wchodzą obaj ci panowie z naszym komendantem. Po 
kolei zbliżają się do każdego z więźniów, oficer pyta 
o nazwisko, fzapisuje, coś szepce do tego młodego czło- 
wieka, który, przy bliższem obejrzeniu, wygląda na żyd- 
ka. Przy mnie trochę dłużej się zatrzymali i skończyw- 
szy w naszej sali przegląd, poszli do inmych. Po wy- 
jeździe tych panów, do naszej sali wchodzi poczciwy ko- 
mendant, a Klimontowicz pyta go: „Iwan Iwanowicz 
(naturalnie, że imienia nie pamiętam) to był szpieg?" 
„Tak, (da, po rusku) Da, ja wam przyniosłem sprawunki. 

Popłoch w więzieniu był wielki. Sobolewski odpro- 
wadza mnie na stronę i pomieszany mówi: „Zginęli- 
śmy, ten łotr nas wyda". Ale któż on jest, ja go nie 
znam". „Ale on zna mnie i wie dobrze też o panu. Jest 
to Sztejnman rzeźbiarz pieczęci z Warszawy, to on na 
rozkaz Małachowskiego wyrżnął pieczęć Komitetu i in- 
ne spełniał roboty, zawsze z mego polecenia". 

Wkrótce zjawia się znowu nasz komendant i mówi 
do mnie, abym zabierał rzeczy, bo z nim pojadę. W 
pierwszej chwili takie było ogólne przerażenie, że nikt 
i nie zapytał, dokąd on mnie powiezie. Wszyscy byli 



— 83 — 

przekonani, że do Dominikanów. Dorożka przyszła, 
wchodzi komendant, Klimontowicz go pyta: „Odzie pan 
wiezie Gieysztora?" „Do policji", — uśmiechając się od- 
powiada. Jedziemy, i gdy w samej rzeczy przyjeżdża- 
my do policji, poczciwy komendant na pożegnanie ściska 
mnie za rękę i mówi: „A widzi piam, że prawdę mówiłem, 
że jedziemy do policji". Policmajster, pułkownik Saran- 
czow odzywa się: „Nim rozłporządzenie co do pana 
przyjdzie, proszę iść do pokoi, przeznaczonych dla pa- 
nów, znajdziesz pan zapewne znajomych, za kilka godzin 
wrócę i pomówię z panem". Jakoż w mieszkaniu przy 
policji zastałem kilku wileńskich pośredników: Cezarego 
Orwida, Hrebnickiego, Kurowskiego, Chmielewskiego i 
kilku innych — jako też przed chwilą przybyłego z cy- 
tadeli Zyg. Czechowicza. Wszyscy ci (panowie, nie wyt- 
łaczając biata mego Cezarego, witali nas z Zygmuntem 
dziwnie obojętnie; wyglądali wszyscy jakby pomieszani, 
nie radzi z naszego przybycia. Pytam Cezarego, czy 
jest jego żona. „Jest, — odpowiada, — napisz do niej 
:artkę, a Ela pewno przyjdzie". Dano mi papier, napisa- 
łem listek, bo mówiono mi, że wolno w policji wszyst- 
[im odwiedzać. 

Orwidowa bardzo prędko przybyła i uścisnąwszy 
lię serdecznie, zaledwie skinieniem głowy powitała 
wszystkich obecnych, z wyjątkiem Czechowicza, które- 
lu rękę uścisnęła. Ponieważ zaraz wyszliśmy z nią do 
Irugiego pokoju, zdziwiony pytam: „Co to jest Elciu, 
feże tak się witasz z Cezarym?" „A bo ty nic nie wiesz, 
:i panowie podpisali wczoraj adres, mówiłam, że moja 
loga tu nie postanie, i tylko na twoje wezwanie tu przy- 
szłam". Uspokoiłem zacną kobietę, podpisy pośredników 
)yły już na trzeciej liście wymuszonego aresztem adre- 
ju i powiedziałem jej, że w tym interesie koniecznie mu- 
|szę się widzieć z którym z członków Wydziału. Orwi- 
lowa mówiła, że już wiedzą o mnie, i jutro będzie Mory- 
:oni i inni znajomi, jako też Tekla, której w mieszkaniu 



84 



nie zastała, a dziś już późno. Poszliśmy do wspólnego 
pokoju, teraz zrozumiałem, z jakiego powodu ci pano- 
wie tak byli zmieszani, i otwarcie poruszyłem kwestję 
adresu, mówiąc, że obecnie obowiązkiem Wydziału bę- 
dzie wydać odezwę, w której dla uniknięcia klęsk z wy- 
wożenia najzacniejszych obywateli, powinien pozwolić 
na dalsze podpisywanie adresu. Biedacy ożywili się, za- 
wiązała się rozmowa, a Elżbieta, wychodząc, pożegnała 
się z nimi i podała rękę mężowi. 

Wieczorem Saranczow, już po dziesiątej powróciw- 
szy, poprosił mnie do siebie. Zaproponował herbatę i z 
nim do pierwszej w nocy przegawędziłem. Przy suro- 
wych na pozór formach, był to człowek zacny. Saran- 
czow rozpytywał o moją rodzinę. Ody powiedziałem, że 
już dano znać do żony, aby przyjeżdżała z dziećmi, po- 
wiedział, że jeszcze nie 'Otrzymał papierów i zawiadomie- 
nia, dokąd pojadę, a więc może i doczekam się rodziny. 
Tu okazało się, jak szczegółowo śledzono mnie, bo Sa- 
rancizow powiedział, że przez całe półrocze dwa tylko 
miał raporta o mnie: jeden w dzień rezurekcji, ale ta 
nic dziwnego, drugi raz, gdy w nocy przyjechał młody 
student moskiewskiego uniwersytetu (Chamiec) i wprost 
z dworca kolei żelaznej jeździł, mnie szukając, od ho- 
telu Poznańskiego — do domu Charytonowicza i następ- 
nie pierwszym pociągiem dalej pojechał. Powiedziałem 
Saranczowowi, że ten pan, jako kolega moich braci stry- 
jecznych, o nich się dopytywał. „Ja nie w celu przepro- 
wadzenia śledztwa o tem panu wspomniałem, tylko abyś 
pan wiedział, że byłeś ściśle śledzony, zresztą to już 
rzecz skończona, bo pan wyjedziesz do Rosji". Cała roz- 
mowa nacechowana była pewną z jego strony delikatno- 
ścią — napadał wprawdzie na nierozsądek powstania, 
lecz przeważnie uprzedzony był przeciwko księżom i ko- 
bietom. Najwięcej gniewało go, że gdy wyprawiano par- 
tję, starały się kobiety zbliżać dla pożegnania do więź- 
niów, nie zwracając uwagi, że kozacy nahajkami je od- 



— 85 — 

pędzali. „Ja", mówił, „nietylko w policji, ale i w ostrogu, 
ułatwiam wszystkim widzenie, zawsze pod warunkiem, 
aby potem wbrew rozkazom, nie starały się przy wy- 
jeździe zbliżać, i wszystko naipróźno, — nie pamiętają, 
jaką to boleść sprawiają swoim mężom i braciom. Ja 
jestem narzędziem ii muszę surowo wypełniać rozkazy". 
Tłumaczyłem mu^ że trudno gwałt zadać uczuciu, co zaś 




Rajnold Tyzenhauz. 

lo powstania, nie zaprzeczając jego niewczesności, py- 
tałem go, czy on może potępić ludzi, którzy choćby 
^brew swemu przekonaniu, nie opuszczają jednak swo- 
;h braci i dzieci. „Zapewne, — odparł — to rzecz wy- 
tłumaczona, ale wina nie dodarowania tych, którzy to 
nieszczęście wywołali". Ubolewał nad śmiercią Zyg. Sie- 
rakowskiego, nazywał go szlachetnym zapaleńcem, ale 
powoływał się na mój własny sąd, czy rząd mógł nie 



L.. 



80 



ukarać go śmiercią. Powiedziałem, że, jako towarzysz 
Zygmunta, wiem dobrze, iż on nie z własnej woli wstą- 
pił do wojska, a jeśli zawsze podług smutnych praw 
wojny, zasługiwał na śmierć, iza cóż go powieszono, a 
nie rozstrzelano, nie pamiętając nawet na jego zasługi 
dla wojska? Wogóle z rozmowy tej pierwszej, dobre tyl- 
ko wyniosłem wrażenie. 

Nazajutrz cały dzień prawie nie widziałem Saran- 
czowa, natomiast wśród dnia był znowu ten sam adju- 
tant Murawjewa, który ze szpiegiem zwiedzał więzienie, 
ale tylko ze mną i z Czechowiczem rozmawiał. Natural- 
na rzecz, że cały dzień w ipolicji mieliśmy gości: Orwii- 
dowa, T. Syruciówna prawie całe dnie były z nami, in- 
nych też odwiedzali krewni i znajomi. Morykoni przy- 
szedł, aby się i ze mną poradzić co do adresu. Przyniósł 
on odezwę, skazującą na infamję, z wymienieniem na- 
zwisk kilkunastu najczynniejszych pomocników Domejki. 
Jak prosiłem, tak się też i stało, Tyzenhauza nie umiesz- 
czono, ale z powodów różnych instancji i słabości moich 
byłych kolegów, pominięto też parę osób najwinniejszych 
jak: Cez. Oiedrojcia, przez wzgląd na jego krewnych, do- 
brze zasłużonych, Mikołaja i Witolda, chociaż ci o to nie 
prosili. Pan Cezary, syn ojca zasłużonego w 1831 r., 
był jednym z najnikczemniejszych towarzyszów . . . 
. . . służalców Miurawjewa, a w sądzie o ludziach, odda- 
nj^ch powstaniu wcale niedyskretnym. Jeszcze winniej- 
szym był A. H. Kirkor, który silnie agitował za adresem 
i całem swem życiem na wzgardę zasługiwał. Wszakże 
pomimo zasług A. Jeleńskiego — nie wahano się wymie- 
nić Jeleńskiego Mieczysława, chociaż, jeśli mam całą 
prawdę powiedzieć, ten człowiek mniej jeszcze był wart 
od samego Domejki. Smutne bardzo wrażenie wywarło 
przeczytanie wśród tych jednostek nazwiska Konst. Qie- 
czewicza — był on bratem cioteczno-rodzonym A. O- 
skierki, naszym kole^gą z Petersburga. Gieczewicz, je- 



I 



— 87 — 

den z najzdolniejszych ludzi, bardzo ambitny, czynny w 
organizacji obywatelskiej, którego niiewezwianiie do Wy- 
działu uważam za błąd, w tym czasie, gdy się do nas 
zbliżał, zarzucał swemu krewnemu Mieczysławowi Tu- 
kalle, że jest tylko ambitnym karierowiczem; gdy pow- 
stanie upadało, może ipod wpływem swego wuja Pró- 
szyńskiego, stał się czynnym zwolenniikiem adresu. Po- 
mimo więc przywiązania, jakie miałem dla niego przed 
aresztem, żądając wykasowania Tyzenhauza dla dobra 
sprawy, o wykasowanie Gieczewicza nie prosiłem. Póź- 
niej mówiłem Mprykoniemu, że wobec podanego już a- 
dresu i dwuch list dodatkowych, mojem zdaniem, dla o- 
calenia osób, należących do organizacji i powagi Wy- 
działu, potrzeba, aby sam Wydział ogłosił odezwę, upo- 
ważniającą wszystkich do podpisania. Morykoni odparł, 
że wszyscy są tego zdania, tylko chcieli mnie się zapy- 
tać. Z jego słów uważałem, że cała czynność teraz jest 
w ręku Kalinowskiego. 

Wieczorem późno już, chwilowo widziałem Saran- 
czowa, który mi z jakąś radością powiiedział: „No, ju- 
tro wiedzieć ipan będziesz, dokąd idziesz". A gdy po- 
wiedziałem mu, że chciałbym bardzo do jednego miasta 
jechać z Czechowiczem, zasępił się i odparł: „Nie wiem". 
W tej chwili wpadł z przedpokoju jaikiś biedak i ze łzami, 
chwytając za nogi Saranczowa, prosił o uwolnienie, bo 
tam w domu chora żona i dzieci z głodu umierają. Sa- 
ranczow surowo nań się ofuknął i kazał wyprowadzić. 
Gdy wyszedł, powiedział do mnie: „Oto biedny człowiek, 
dziś w czasie rewizji w podejrzanych domach, odbyła się 
i u niego — jest to biedny rzemieślnik, żona w łóżku, a 
kilkoro drobnych dzieci bez środków do życia. Przy re- 
wizji znaleziono armatnią małą kulę, którą się dzieci ba- 
wiły — agent policyjny zaaresztował go, ja dziś, zdając 
sprawę, powiedziałem Murawjewowi o tem ze zdaniem, 
aby go zaraz uwolnić, ale generał kazał mnie — mil- 



czeć. Widzisz pan, cóż ja mam zrobić, jak tylko tego 
biedaka zatrzymać tu w policji, niim na chwilę lepszego 
humoru nie trafię. Ale już późno, dobranoc". 

Na trzeci dzień przyjechał Zenon Gieysztor z moimi 
trzema starszymi synkami, telegram bowiem niie zastał 
mojej żony z drobnemi dziećmi, pojechała do Accordo- 
wej. Po obiedzie przyszedł Saranczow i oznajmił mi, że 
mam dziś jeszcze wyjechać do Ufy. Papiery już były 
i przybyłemu żandarmowi, który miał mię do Petersbur- 
ga odwozić, przy mnie rozkazał, żeby koniecznie punkt 
o dziesiątej przyjechał po mnie. Gdym się odezwał, py- 
tając ozy zmieniono czas odejścia pociągów, Sara-nczow, 
nic mi nie odpowiadając, raz jeszcze powtórzył słowa 
swoje do żandarma, aby koniecznie na godziinę oznaczo- 
ną był w policji. Później prosił, aby dzieci do mojego 
wyjazdu były w jego mieszkaniu, a on żałuje, że nie ma 
prawa na dłużej mnie .ziatrzymać. Gdy iprzyszła Tekla 
z dziećmi i iz Wyrzykowską, i powiedziałem im o rozka- 
zie wyjazdu — ale razem i o naznaczonej godzinie, obie 
zdziwione mówiły, że pojadę na kolej za późno. Rzeczy 
pakowaliśmy, żandarm przyszedł, pożegnałem swoich, 
choć i oni na kolej też pojechali, i udaliśmy się na dwo- 
rzec kolei żelaznej. 

Naturalnie, przyj echaliśmy już po odejściu pociągu. 
Wyrzykowska koniecznie prosiła, abyśmy do niej jechali 
na herbatę. Żandarm, jakieś dobre człeczysko, zgadzał 
i&ię na to, ale ja pożegnałem moich i wróciłem do policji. 
Żandarm czekał powrotu policmajstra, który wnet przy- 
był i ostro ofuknął żandarma: „Co to jest, czemuś nie 
wyjechał?" Żandarm chciał się tłumaczyć. Policmajster 
mówi mu: „Wszak wyraźnie kazałem, abyś przed dzie- 
wiątą już był na banhofie" Żandarm zmilczał, a polic- 
majster łagodniej już dodał: „Pamiętaj jutro już o dzie- 
wiątej być w policji, abyś sdę znowu nie spóźnił". Gdy 
żandarm wyszedł, podał mi rękę: „Cóż, spóźniliście się — 
cóż robić; nie zrozumiał, pan się za to nie gniewasz •: 



— 89 — 

żandarmowi nic za to nie będzie! Masz (pan całą dobę 
przed sobą, pożegnasz dzieci, a może i żona nadjedzie. 
Ale dlaczego nie czekali tu na pana? mojej rodziny nie- 
ma, moglibyście i przenocować w mojem mieszkaniu". 
Potem przywołał wczorajszego biedaka, kazał mu zaraz 
iść do domu, bo Murawjew zgodził siię na uwolnienie i 
widziałem, że mu coś w rękę wcisnął. I znowu do późna 
siedzieliśmy, Saranczow był więcej wywnętrzający się, 
kilka razy powtarzał: „Biedny ten kraj i jakich tu lu- 
dzi przysyłają. Murawjew sam niektórych nie przyjmu- 
je i z powrotem wysyła, a teraz w policji mam dwóch 
pijaków, których napowrót wysyłamy, a to kandydaci 
na pośredników". 

Ostatni dzień w Wilnie przeszedł z dziećmi i bliz- 
kiemi osobami, żona nie przyjechała, zaś Zen. Gieysztor 
zapewnił, że mogę być spokojny o los mej rodziny, gdyż 
on się niią zajmie. O dziewiątej razem z rodziną, poże- 
gnany przez poczciwego Saranczowa, pojechałem na 
dworzec kolei, na ten raiz już w porę — i uścisnąwszy 
moich drogich opuściłem Wilno. Wyrzykowska towa- 
rzyszyła mi do Dyneburga, jadąc do swoich krewnych. 

Poruszyło mię bardzo pożegnanie z Orwidami, gdym 
ich oboje uścisnął, Cezary biorąc na ręce małego Adasia 
podszedł mówiąc: „Ty pobłogosław go, bo ojciec zhań- 
biony". Raz jeszcze uścisnąłem poczciwego człowieka, mó- 
wiąc, że chcę, aby i moje dzieci do niego były podobne. 
Wszelkie bowiem dalsze podpisy i dziś uważam, że już 
były koniecznością — kraju nie można było wyludniać 
z najzacniejszych obywateli. 



Ponieważ mam teraz przedstawić losy osobiste na 
wygnaniu, tedy chcę tu w kilku słowach scharaktery- 
zować swoją pracę pamiętnikarską, zaznaczyć jej braki 
i wyrazić pogląd ogólny na swoje stanowisko w do- 
tychczasowych wypadkach. 



90 



W tym rysie wypadków 1863 roku sam widzę, j a k 
wielki jest brak opisu działań wojen- 
nych. Ale inaczej być nie może. Nie mam pod ręką 
ocalonych raportów od naczelniików oddziałów i władz 
cywilnych — piszę z .pamięci ; jednakże powtarzam, tylko 
z takich pamiętników i ocalałych papierów i druków mo- 
że być z czasem dokładna hiistorja. Dziś każde usiłowa- 
nie opisania dziejowego tych wypadków, przy najwięk- 
szej chęci służenia prawdzie, jest niepodobieństwem. 

Zadaniem było Wydziału powołać w sześciu gub. 
ludzi, najwięcej odpowiednich charakterem i zdolnością 
do organizacji miejscowej, a dając im ogólną instrukcję, 
więcej jeszcze zaufać ich dobrej woli. Środków mate- 
rjalnych nie brakło, a także ludzi chętnych iz wojska ro- 
syjskiego. Komitet petersburski przysyłał ich do nas, a 
my stosunkowo do zebranych wiadomości z prowin- 
cji, wysyłaliśmy oficerów do oddziałów. Brak broni 
najwięcej się dał uczuć, bo powstanie wybuchło przez 
nas nieoczekiwanie, a ai, co go pragnęli, nic nie przy- 
gotowali. Zapasy domowe myśliwskie i zaledwie małe 
transporta z Petersburga i ziagranicy, daleko nie wy- 
starczały na liczbę ochotników. Z dowódców Duchiń- 
ski, stary wojskowy z 1831 r., przybył do Wilna z po- 
leceniem Warszawy i rekomendacją zagraoicy, właśnie 
gdy Oskierka był w Petersburgu. Jako oficera doświad- 
czonego trzeba było użyć na szersze pole działania, 
wysłałem go jako wojewódzkiego w grodzieńskie, cho- 
ciaż na mnie zrobił wrażenie człowieka przeżytego, i w 
samej rzeczy niewielką z naego mieliśmy pociechę. 
Heidenreich, później znany pod nazwiskiem Kruka, był 
też w Wilnie, ale na nieszczęście wszystkie wyższe 
posady były zajęte; udał się więc do Warszawy. Na 
mnie, chociaż przyznaję, że pojęcia o wojskowości nie 
mam, największe wrażenie zrobili dwaj bracia Las- 
kowscy. Rozmowa ich światła, sąd o wszystkiem zdro- 
wy, żadnej blagi, a gotowość służenia, gdzie tylko ich 



— 91 



poszlą, wyróżniała zaszczytnie. Starszy był naczelni- 
kiem sztabu przy Zygmuncie, a później wojewódzkim 
kowieńskim, młodszy w mińskiem dowodził jedną z naj- 
głośn/iejszych partji, przezw^aną partją Świętorzeckiego. 
Świętorzecki w Mińskiem był bardzo popularnym, cho- 
ciaż więc Laskowski był dowódcą, partję jednakże tę 
przezwano jego nazwiskiem. Z dowódców jeszcze sym- 
patycznym był bardzo Ostroga (Poradowski), przypo- 
minam też Ładę i Lubicza. Obowiązkiem ocalałych nie- 
tylko dowódców, ale i tych, którzy byli w ich oddzia- 
łach, nie wdając się w sądy o innych oddziałach, opisać 
to, na co sami patrzali, ipo prostu, bez przesady, a bę- 
dzie to zasługą narodową. 

Niezaprzeczenie, Litwa tylko część wysłała swych 
synów, bo brakło broni, a niewłaściwe rozporządzenie 
władz najwyższych obok klęski Birżańskej i porażki 
Narbutta, sparaliżowały narodowego ducha. Następnie, 
gdy wywieziono Aleks. Chmielewskiego z Kowna, któ- 
ry tam był cywilnym wojewódzkim, miński Peliksza 
musiał uciekać za granicę, a w Wilnie Mikołaj Oie- 
droyć usunął się — wsizystkie te posady dostały się lu- 
dziom nieodpowiednim, ale znaleźli się oni pod ręką i 
byli powolnymi na program warszawski, przyjęty przez 
Kalinowskiego 

Śmiało i dziś twierdzę, że, gdyby Warszawa zaraz 
na przedstawienie Wydziału zgodziła się na zostawienie 
naiszej organizacji, na co też w końcu przystała, nigdy 
tak niewłaściwe nominacje nie miałyby miejsca, a jeśM 
powstanie musiało upaść, to większa część organizacji, 
właśnie skompromitowana przez swoich towarzvszów, 
ocalałaby, obowiązkiem więc było niezaprzeczonym, oby- 
wateli zacnych, kochających kraj, gdy walka już była 
nieuniknioną, przyjmować obowiązek, aby swoich współ- 
obywateli ocalić, być pewnymi szafunku publicznego 
grosza i możliwej pomocy młodzieży, wychodzącej do 
partji. 



— 92 — 

Organizacja obywatelska na Litwie (przed powstaniiem) 
sumienme spełniała swoje zadanie, dbała o rozwój mo- 
ralny, podniesienie oświaty, dobrobytu wszystkich 
warstw, przeważnie za cel swój obrała zgodne przepro- 
wadzenie kwestji włościańskiej — słowem, pracę rozum- 
ną, organiczną, ogrzaną przewodnią myślą, miłością uko- 
chanej ojczyzny. Ta miłość nieegoistyczna, nie prag- 
nąca bądź co bądź, byśmy już sami byli wolni, kazała 
nam powstania nie uważać za cel, ale konieczny, wpraw- 
dzie bardzo oddalony środek. Z tego poglądu wynikało 
to, że pieniędzy zebranych używaMśmy na potrzeby kra- 
ju, bardzo oględnie ich wymagając, a żadnych przygoto- 
wań do walki nie czyniąc. Zaprawdę, wielu z nas żyło 
w ciągłej obawie wybuchu, widząc z jednej strony go- 
rączkę partji ruichu, z drugiej apatję obywatelstwa Ko- 
rony i jego uprzedzenia; lecz samym się rzucać w spiski 
i przygotowania do powstania, które uważaMśmy za 
przedwczesne, nie mogliśmy. Wybuch więc powstania 
zastał nas nieprzygotowanych, nawet przeciwnych. Uwa- 
żaliśmy, że to chwilowa jakiejś cząstki narodu awantu- 
ra, lecz wkrótce zmieniła się postać rzeczy. Widocznem 
było, że w Królestwiie ruch wszystkie warstwy pociąga i 
na Litwie najsilniejszy nasz wpływ nie mógł powstania 
powstrzymać. Z izupełnem więc samopoznaniem i niebez- 
pieczeństwa i konieczności walk, przyjęliśmy kierunek 
sprawy, aby, jaiko wybrani przez współobywateli, chronić 
ich cześć i osoby o ile można wobec strasznej katastro- 
fy. Dziś sumienie mi mówi, że spełniliśmy nasz obowią- 
zek. Sąd jednak o nas należy do historji, skreślenie zaś 
wypadków, w których braliśmy udział z całą szczerością 
jest jednym z ostatnich naszych obowiązków. Nikt, bę- 
dąc czynnym, nie może powiedzieć, że się mylił, o- 
wszem, nieraz i sam nawet po czasie widzi, w czem zbłą- 
dził. Otóż powinien to wypowiedzieć, ale miłość własna, 
pewne naiwe-t od dzieciństwa wyrobione zasady, mogą 
sąd nasz czynić stronnym. Podaję więc i ja w dobrej 



— 93 — 

wierze spisane pamiętniki, bez względu na osoby najbliż- 
sze nawet, może i za ostre, ale tak, jak mi moje przeko- 
nanie dyktuje, jako jedną z cegiełek do przyszłej historji 
mojej ukochanej ojczyzny. 

Skreśliłem przeważnie z pamięci ten szkic najważ- 
niejszej epoki w mojem życiu, tych lat tak pamiętnych 
w dziejach narodu, lat uniesień, poświęceń i męczeństwa. 
Wypadki opisane zapewne były wynikiem dziejowej ko- 
nieczności, lecz w nich najwyraźniej ukazały się i błędy 
i zalety, właściwe naszemu narodowi. Pisać historji swe- 
go czasu nie było. moim zamiarem, lecz tyliko dać wierny 
obraz tego, com widział, com czuł, w czem brałem udział. 
Nie myślałem o nadaniu wdzięcznej formy mym wspom- 
nieniom, nie dla próżnej rozrywki czytelników kartki te 
z życia odtwarzam. Nie, dyktowałem je poprostu, jak mi 
pamięć przedstawiała, nakazywało sumienie; szło mi nie 
o styl, nie o literacką wartość, ale o prawdę idzie, o czy- 
ste źródło dla przyszłego historyka. 

I z tych kartek widocznem jest, że Opatrzność nie 
dała nam człowieka, któryby uosabiał ducha narodu, a 
obdarzony wyższym geniuszem, kierowałby nawą dzie- 
jową. Sama znajomość przeszłości i potrzeb dzisiejszej 
chwili — nie wystarczała; aby poruszyć i rządzić serca- 
mi współziomków, trzeba pierwiej pozyskać ich zaufanie, 
trzeba mieć potęgę wiedzy i energję charakteru. Mąż 
wielkiego serca, wytrwałej pracy, polak dawnego pokro- 
ju, tak znany w Warszawie p. Andrzej Zamoyski, w sta- 
nowczej chwili nie miał dostatecznej energji. Ten zaś, 
któremu Opatrzność dała umysł niepospolity, był teore- 
tykiem, obcym swojemu społeczeństwu i zaślepionym we 
własnych, może genialnych, lecz niezgodnych z duchem 
narodu projektach. Dziesiątki zaś ludzi dobrej woli i jas- 
nego poglądu, rozrzuconych po całym kraju, bez wza- 
jemnego porozumienia się rzucały ziarno użytecznej pra- 
cy, której owoce jeszcze dziś spotykamy. I na naszej 
Litwie daleko było do dojrzałości, do jasnego zrozumie- 



— 94 — 

nia przez warstwę szlachecką wszystkich obowiązków, 
lecz stosunkowo było tu lepiej niż w innych prowincjach, 
praca powolnie, ale postępowała, gdy grom uderzył. 

Przed 1863 r. jedno tylko było pojęcie patrjotyzmu, 
jedną tylko znaliśmy drogą obowiązku, wskazaną nam 

przez ojców i dziadów Nikt jeszcze 

wówczas, ani Targowiczan, ani odstępców w sądzie sej- 
mowym, , , 

. . . za wzór do naśladowania Polakom nie podawał. 
Litwa więc poszła za przykładem swej starszej siostry 

Korony. Sto lat ostatnich 

, . . . nie była to szkoła dla ludzi politycznych; nie 
zaprzeczamy więc, może nie postąpiliśmy, jak ludzie sta- 
nu. Lecz nie w chwilach narodowej klęski wydawać na- 
leży doraźne sądy o wypadkach dziejowych i działa- 
czach, poległych w walce, na szubienicach, rozproszo- 
nych w Syberji. Kto może przywłaszczać sobie to prawo, 
czyje stanowisko tak wysokie, a pewność swej mądro- 
ści tak zarozumiała, by potępić całą przeszłość swojego 
narodu. Napróżno ad u s u m dzisiejszej polityki, uku- 
to dzieje, spotwarzające naród , 

chcące zaszczepić rozdział wśród narodu. Obałamucą one 
słabe umysły, pozyszczą poklask i nagrody wrogów, lecz 
niie zwrócą przez Opatrzność wskazanego łożyska dzie- 
jów, lecz nie zabiją w sercach nadziei, nie podkopią głę- 
bokiej wiary w tryumf prawdy, ani wyziębią miłości . . 



Ale wracam do opowiadania dalszych swych losów 
po uwięzieniu. 

Wyjechałem z Wilna d. 10 sierpnia, uspokojony przez 
Zenona Gieysztora- o los żony i dzieci, z tą nadzieją, że 
jeśli wygnanie się przeciągnie, rodzina ze mną się po- 
łączy; a choć nad krajem ciężka ręka Murawjewa za- 
wisła, sądziłem wówczas, że to długo nie potrwa. 



— 95 — 

Zbliżałem się do Petersburga, w którym najlepsze 
lata młodości przeżyłem, gdzie umysł dojrzewał, prze- 
konania nabierały hartu, najświętsze serca zawiązały się 
stosunki. Przed laty piętnastu opuszczałem stolicę w 
chwili, kiedy cała Europa odetchnęła swobodniej, śpie- 
szyłem do kraju, jako prosty szeregowiec, pewien rych- 
łej walki, ale i tryumfu prawdy. Mało co więcej, jak przed 
pół rokiem, już mąż dojrzały, widząc rozwój pracy po- 
wolnej, ale pewnej, choć się chmury zbierały, jednakże 
z wiarą w Opatrzność i w lepszą przyszłość, miałem od- 
wiedzić Petersburg i w kole blizkich dni z dziesięć prze- 
pędzić u Zygmuntów Sierakowskich. Minęło kilka mie- 
sięcy, a Zygmunt żywot na 

szubienicy zakończył, praca nasza zmarnowana, kraj w 
ruinie, mnie los pędzi od ojczyzny... 

W Petersburgu umieszczono nas w tak zwanej „pie- 
resylnoj", czysto, porządnie, wygodnie; bo tu rządził już 
zacny jenerał-gubernator ks. Suworow; odw'iedzał' on 
często więzienie i każdego rozpytywał o jego sprawy. 
Odym mu opowiedział, żem jeszcze przez jen. Nazimowa, 
jako członka Zarządu do spraw włościańskich został 
wezwany do Wilna, dla wytłumaczenia zbyt licznego 
zjazdu i tam przez niego zatrzymany, Suworow się ode- 
zwał: „Lecz ten zjazd był przed wybuchem powstania 
nawet w Warszawie, jakaż pańska wina, co on tam 
robi". — Nie, panie jenerale, odparłem, ja wprawdzie ca- 
ły czas powstania byłem w Wilnie pod ścisłym dozo- 
rem policji, lecz, gdy pozostali w domach za opatrzenie 
rannych, a nawet za kawałek chleba, dany zgłodniałemu, 
choćby własnemu synowi lub bratu, są uznawani za win- 
nych i sądzeni, któryż Polak w sumiemiu swojem może 
powiedzieć, że jest niewinny?! Suworow do -jednego z 
pośredników Wileńskiej gub., ale już zza Dźwiny, z uśmie- 
chem powiedział: — „No, panowie, to już za wiele, się- 
gacie za Dniepr i Dźwinę". Suworow każdego, kto chciał, 
zatrzymywał na dłużej w Petersburgu, i ja mogłem też 
pozostać, lecz p. Pokrowska, która stale mię odwiedzała, 



— 96 ^ 

przyniosła mi list żony, oznajmiający, że przyjechać do 
Petersburga nie może. Dowiedziałem się też od przyby- 
łych, że Zyg. Czechowicz, na którego przyjazd nadcze- 
kiwałem, z policji cofnięty do więzienia, wydał go 
Steinman, nie miałem więc interesu zostawać dłużej w 
Petersburga, pożegnałem zacną Pokrowską i sam prosi- 
łem o wysłanie. 

W sobotę 17 sierpnia, w tydzień po wywiezieniu z 
Wilna, opuściliśmy Petersburg, pięciu więźniów w to- 
warzystwie tyluż żandarmów. Kraj do Tweru nudny, pu- 
sty. W Twerze został jeden z towarzyszów Noskowski, 
my zaś stanęliśmy w Moskwie w niedzielę o 2-ej po po- 
łudniu. Ogrom Moskwy zastanawiał, mnóstwo cerkwie 
miasto nadzwyczaj rozległe, ale zabudowane nieporząd- 
nie, ulice, ile ich przejeżdżałem, brudne, domy brzydkie, 
innego wrażenia, oprócz ogromu, żadnego. O 5- tej już ru- 
szyliśmy dalej koleją, na Włodzimierz do Niżnego-No- 
wogrodu, tam byliśmy o 9-tej rano w poniedziałek. Niżni- 
Nowogród, jest to jakby zbiór samych magazynów, a 
przyjeżdżaliśmy do tego w czasie jarmarku, położenie 
miasta ładne. Tu już siedliśmy na statek parowy na Woł- 
dze i o 1 I-tej puściliśmy się w podróż wodną. Dotych- 
czas, oprócz gwaru jarmarcznego w Nowogrodzie, nic 
nie zwracało uwagi; wsie po większej części nędznie za- 
budowane, grunta średnie lub złe, w polu robota w dnje 
niedzielne. Lecz Wołga śliczna rzeka; równie szerokiej 
dotąd w życiu nie widziałem, brzegi żywe i piękne, osa- 
dy porządne świadczą o zamożności ludu, na rzece mnó- 
stwo statków każe zapomnieć, że to już krańce Europy. 
Ja dopłaciłem za bilet 2-ej klasy, bo niepodobna było kil- 
ka nocy dla samego chłodu spać na pokładzie, w kajucie 
ulokowałem się obok dwóch pań, z drugiej strony, jakiś 
młody student, reszta byli to kupcy, wracający z jar- 
marku. 

O llej-tej rano we wtorek byliśmy w Kazaniu; port 
od miasta o kilka wiorst odległy, a ponieważ blizko sie^ 
dem godzin mieliśmy oczekiwać, chciałem wziąć dorożkę 



— 97 — 

i objechać miasto, które ma mieć cechę wschodnią, lecz 
instrukcja żandarmom nie pozwalała zajeżdżać do mia- 
sta, zdaleka więc tylko widziałem mury Kazania. Tu 
pierwszy raz spotkałem wielką obfitość przywiezionych 
Wołgą z południa kawonów i melonów z białem mięsem, 
a tak słodkich, że nie potrzebowały cukru, ceny ich były 
bardzo nizkie. 

W noc następną ze środy na czwartek wpłynęliśmy 
na Kamę. Zbliżyła mię z memi sąsiadami następna oko- 
liczność. Pierwszego już dnia podróży, gdy z powodu 
deszczu, schroniłem się do kajuty, było tam nadzwyczaj 
gwarno: kupiectwo otaczało stoły, grali w karty, pili na 
zabój, a ich żarty i rozmowy wcale nie świadczyły o ja- 
kiejkolwiek względności dla obecnych dam. Bez cere- 
monii, z powodu gorąca pozrzucali wierzchnie odzienia, 
a już na noc to się rozbierali, jak do łóżka. Naturalnie, że 
przykład tych panów wcale mię nie upoważnił do po- 
dobnej niegrzeczności, i ja, a za moim przykładem jakiś 
młody student, staraliśmy się, o ile można swoją grzecz- 
nością, mniej przykrą robić tę podróż. Starsza z tych pań 
dowiedziała się od żandarma, że wiezie mię do Ufy i sa- 
ma pierwsza zawiązała ze mną rozmowę. Była to pani 
Januszkiewiczowa, Rosjanka, ale żona Polaka, doktora, 
oddawna w Menzelińsku zamieszkałego, towarzyszką jej 
była siostrzenica, 20-letnia panienka. Opowiadały mi, że 
do Menzelińska obecnie nikogo z wygnańców nie posy- 
łają, gdy jedyny młody człowiek tam zesłany, w kilka 
tygodni uciekł i tak szczęśliwie, że już pisał z zagranicy. 
Władze podejrzewały mieszkańców Menzelińska, którzy 
bardzo sympatycznie młodego człowieka przyjęli, o do- 
pomożenie do ucieczki. Obie panie bardzo sympatycznie 
odzywały się o tym panu, a młodsza jak mi się zdało, 
była nim trochę zajętą. W ciągu paru dni zbhżyliśmy się. 
Były to dobre osoby, a młodsza nawet wcale wy- 
kształcona. Pamiętam, z jakim zapałem, a razem odcie- 
niem smutku w głosie mówiła: „O, jakże, pomimo nie- 
szczęść, jakiemi was Bóg dotyka, są szczęśliwsze od nas 
„B. P" Pamiętniki Gieysztora. Tom II, 7 



98 



wasze żony i siostry, one mają tę wielką pociechę, że 
kocłiają ludzi, których muszą szanować, a my, .... 

Patrz pan, wśród tych 

kupców, którzy całe dnie na pijatyce i kartach trwonią, 
są ludzie bardzo bogaci, mający wpływy, względnie wy- 
kształceni i niejeden z nich, oddzielnie wzięty, czuje i 
przyznaje, że u nas jest źle. Lecz naogół, oni i radzi, że 
jest ktoś, co myśli za nich, a im dozwala cieszyć się bez- 
myślnym dobrobytem. Ciotka zaś nie mogła darować 
kupcom menzel i ńskim, dobrym ich znajomym, niegrzecz- 
nego znajdywania się w kajucie. Ostatnią noc przegawę- 
dziliśmy ze studentem i paniami i we czwartek o 5-tej ra- 
no stanęliśmy w Czółnach; my z Erdmanem i naszymi 
dwoma żandarmami wysiedliśmy na ląd, koledzy nasi, 
Korsak i Prokopowicz, popłynęli do Permu, a doktorowa 
z siostrzenicą do Menzelińska. Student raz tylko w nocy 
szczerze się ze mną rozmówił, pytał, jak stoi nasza spra- 
wa, a sam, widocznie wtajemniczony był w sprawę ka- 
zańską, swoim zwyczajem nawet nie pytałem go o na- 
zwisko. Na statku też dostałem bardzo przykrego reuma- 
tyzmu w głowie, gdy w nocy, jeden z kupców otworzył 
na przestrzał okienko, obudził mię dotkliwy ból głowy, 
który długi czas mię nie opuszczał. 

Jechaliśmy z Czołn do Ufy drogą najbliższą, tak zwa- 
nemi „dróżkami", t. j. zawozili nas do swoich znajomych, 
przestrzenie od wsi do wsi były znaczne, ale niejedno- 
stajne, podróż nadzwyczaj szybka, bo konie dzielne; je- 
chaliśmy w dwuch kryiych tarantasach: są to powozy nie- 
trzęskie, ale z budką nizką, tak, że zwykle podróżują w 
nich leżąc. Kraj piękny, bo ziemia bardzo żyzna, wsie 
przeważnie zamieszkane przez Tatarów. W jednej tatar- 
skiej wsi, w czasie przeprzęgu koni, naszych żandarmów 
zaproszono do izby, a gdy my sami zostaliśmy przy ta- 
rantasach, z blizkiego domu dwuch może 20-letnich mło- 
dzieńców przyprowadziło ślepego starca Tatara. W ży- 
ciu mojem nigdy nie widziałem starca, na którym wiek 
tak znaczne zostawił ślady, twarz jakby omszała, trze- 



99 



sący się, ślepy, zgarbiony, ledwo przy pomocy dwuch, 
jak później się dowiedziałem, wnuków, zwolna do nas się 
zbliżał i trzęsącym się głosem, łamaną ruszczyzną zapy- 
tał: „Wy z Polszy, tam znowu wojna, biedni wy, my to 
już nadzieję straciliśmy". I wyprostował się starzec, 
wzniósł ręce do góry i dodał: „Niech wam Bóg pomaga". 
Żandarmi nadchodzili, starca odprowadzono, ale dziś 
jeszcze, zdaje się, widzę tę ogromną, straszną postać, te- 
go Tatara 

W piątek byliśmy wTDowiatowem miasteczku Birsku, 
nad rzeką Białą, już tylko odległem o sto wiorst od Ufy, 
tu wyłącznie przysyłają księży, których zdaleka kilku 
widzieliśmy. 

Na przedostatniej stacji przed Ufą, piliśmy herbatę, 
gdy wszedł do pokoju dość młody i przystojny pop i, gdy 
zażądał herbaty, ja go zaprosiłem, by ją z nami wypił. 
Żandarmi wyjątkowo, jak dla popa, byli tak grzeczni, że 
nawet wyszli z pokoju, nie przeszkadzając rozmowie. Ni- 
gdy dotychczas z żadnym z popów nie rozmawiałem i 

ogólnie miałem o nich zdanie, że 

to są ludzie ciemni, spotkany zaś pop był zgoła inny; je- 
go sympatyczna twarz nie zawiodła; był to człowiek 
kompletnie światły, a co ważniejsza, z bardzo sprawiedli- 
wym poglądem na to, co się działo u nas i w Rosji. Przy- 
znawał Polakom słuszność, dziwił się jednak rozpaczli- 
wemu ruchowi, który nie miał żadnej nadziei dobrego 
skutku, lecz potępiał bezwarunkowo, nietylko obecne 
rządy Murawjewa, ale ogólny system rządu. Zakończył 
słowy, że wszyscy ludzie jakichbądź wyznań i narodo- 
wości, gdy są uczciwi, powinni pamiętać, że są braćmi, 
synami jednego Boga. Siedzących już w tarantasach 
żegnał życząc powrotu co rychlejszego do naszych rodzin. 

W Ufie stanęliśmy o 3-ej po południu, także w sobo- 
tę, we dwa tygodnie od wywiezienia z Wilna; po dłu- 
gich peregrynacjach do policmajstra, kancelarji guberna- 
torskiej i znów do policmajstra — pozwolono nam zajechać 
do hotelu „Rosja". Na oko dom porządny, lecz wewnątrz 



— 100 — 

tak opuszczony i brudny, że coś równie obrzydliwego 
trudno nawet odnaleźć, owadów miljony. Niedzielę i po- 
niedziałek (dzień koronacji) nie mogliśmy widzieć guber- 
natora, dopiero we wtorek, gubernator Aksakow przyjął 
mię, rozpytywał bardzo grzecznie, na moją prośbę o zo- 
stawienie mię w Ufie, oświadczył, że jeszcze moich pa- 
pierów nie przejrzał, lecz mi prędko da wiedzieć. Na po- 
żegnanie podał mi rękę. Zarządzający kancelarią zobo- 
wiązał mię swoją grzecznością, zapewniał, że zostanę 
w Ufie, mogę więc śmiało najmować stałe mieszkanie, 
lecz policmajster stanowczo mi to odradzał, mówiąc,, że 
dotąd nikogo nie zostawiono w Ufie. Przeniosłem się 
więc do innego, czystego hotelu, gdyż pobyt w poprzed- 
nim więcej mię zmęczył, niż tygodniowa podróż. W Ufie 
zastałem już mego dobrego towarzysza ze szkół i uni- 
wersytetu Kaz. Szetkiewicza, on miał być wysłany do 
Bielebeja, ale jakiś czas zostawiony w Ufie. Poczciwy 
prezes Chmielewski był w Wierchnie-Uralsku, dość nędz- 
nej mieścinie o 35 wiorst od Ufy; inne powiatowe mia- 
sta: Bielebej o 180, najnędzniejsza tatarska osada, Troick, 
porządne miasto o 600 wiorst, Czelabińsk o 550, Birsk o 
100 i Menzelińsk, do którego Polaków nie wysyłają. 

Już nazajutrz miałem urzędowe zawiadomienie, że 
zostaję w Ufie. Przyjechał Wład. Sołtan z gub. witeb- 
skiej z synkiem Wojcieszkiem i służącym. Sołtana raz 
tylko widziałem, ale nasz stosunek tak był blizki, żeśmy 
zaraz postanowili razem zamieszkać z nim i z Szetkiewi- 
czemi; Sołtanowi pozwotono też pozostać w Ufie; najęliś- 
my więc obszerne mieszkanie, do którego zaraz przy- 
jęliśmy poczciwego Mkh. Sorokę z wileńskiej gub. Póź- 
niej zamieszkał z nami jeszcze zacny Józ. Małecki, który 
raz już był na wygnaniu z Cyrjakiem Accordem w ba- 
talionach orenburskich. Po wyjeździe Szetkiewicza do 
Bielebeju, na miejsce jego przyjęliśmy d-ra Piotra Cze- 
kotowskiego z Mińska. Prawie codzień ktoś nowy przy- 
bywał, kolonja polska zwiększała się i przez cały czas 
mego pobytu w Ufie panowała harmonja i prawie ogólna 



101 



zażyłość. Już w domu mieliśmy towarzystwo ludzi so- 
bie blizkich, nawet serdecznie do siebie przywiązanych, 
a gdy Soltan był wojewódzkim inflanckim, a Czekotow- 
ski naczelnikiem m. Mińska, mogliśmy z sobą otwarcie 
rozmawiać, bo Szetkiewicz byl i tak wtajemniczony, Ma- 
łecki zaś wypróbowanej zacności. Najbliższe stosunki łą- 
czyły nas z mieszkającymi razem z sobą Lud. hr. Plate- 
rem, marszałkiem i LeOnem Sulistrowskim, pośrednikiem 
też z witebskiej gub., obaj oni byli wysłani za niepodpi- 
sanie adresu, obaj wykształceni, delikatni, lecz wręcz in- 
nych usposobień; Plater spokojny, wyrozumiały, przy 
zasadach stałych i zacnych, Sulistrowski gwałtowny. 




Stanisław Drozdowski (1864), 

rymowny, a często zjadliwy. Sulistrowski był wielkim 
przeciwnikiem powstania, lecz brzydził się adresem i pod- 
pisu wręcz odmówił. Plater widział też niewczesność ru- 
chu, — stracił w nim brata, — ale uznawał i konieczność. 
Może przeważnie dla uniknięcia z nimi sprzeczek, bo in- 
nych, mniej ceniąc, można było unikać, aby nie poruszać 
sprawy drażliwej, a wobec toczącej się jeszcze w kraju 
walki, śledczych Komisji, postanowiliśmy w liczniejszem 
kole, jak najmniej mówić o wypadkach w kraju. To było 
powodem, że i ja pierwszy raz w życiu zapisałem się do 
zwolenników zielonego stolika, grywaliśmy wieczorami 



— 102 — 

W preferansa, ale tak tanio, źe różnica była ledwo o kil- 
ka złotych. 

Z familijnych domów byli państwo Drozdowscy, on, 
marsz. gub. witebskiej, człowiek dobry, spokojny, przypo- 
minający naszego kowieńskiego Dowgirda; sama pani, 
zwolenniczka Petersburga, włoskiej opery, i sama śpie- 
wająca, w domu uprzejma; przy nich młodziutka kuzyn- 
ka p, Barb. Szymańska. U Drozdowskich bywaliśmy pra- 
wie co tydzień na obiedzie, zostając później na małego 
preferka. Ja daleko częściej zachodziłem do p.p. Sie- 
maszków, obywateli z lidzkiego, bardzo sympatycznych 
i szczerych ludzi, u nich mieszkała już niemłoda, ale bar- 
dzo dobra, wesoła i sympatyczna p. Mich. Rychterówna. 
Raz, gdym do nich przyszedł i siadłem u stołu tak, że p. 
Siemaszkowa i Rychterówna mogły tylko z drugiej stro- 
ny stołu przejść, poczciwy p. Siemaszko siada, uśmiecha- 
jąc się na tym przesmyku i mówi: — „Dobrze, że przy- 
szedłeś, tylko szkoda, że nie parę godzin wcześniej, właś- 
nie w czasie naszego obiadu, usłyszeliśmy wielki gwar 
na ulicy i wszyscy rzuciliśmy się do okien. Niie zrywajcie 
się moje panie. Wszakże to prawda, byłyście razem ze 
mną świadkami tutejszej demonstracji. Środkiem ulicy, 
między dwoma policjantami, szła młoda, okazała kobie- 
ta, lecz zupełnie, jak Ewa w raju, tylko na nogach miga- 
ła' jakieś stare trzewiki. Tłumy ludzi z okrzykami towa- 
rzyszyły pochodowi, przejeżdżający dorożkarz uderzył 
biczem niewiastę, a tłumy śmiechem powitały ten wy- 
skok". Trzeba wiedzieć, że to było już w październiku, 
w dzień zimny, i że prowadzono nagą kobietę przez parę 
głównych ulic do poHcji. 

Wogóle dziwnie rozwiązłe obyczaje panowały w ca- 
łej gubernji, i to we wszystkich warstwach społeczeń- 
stwa. Kradzieże, osobliwie koni także się rozpowszech- 
niły, przy znanej pobłażliwości policji ....... 

Lecz Tatarzy, idąc instynktowo za przykładem Amery- 
kanów, oryginalnem, ale strasiznem prawem lynchu pręd- 
ko złodziejstwa poskromili. Był to rodzaj wsadzania na 



— 103 — 

pal, bez śladów dla policji, a zawsze śmiertelny. W Ufie 
też urzędnicy prawie wszystkie towary biorą na kredyt 
w magazynach i podobnież nigdy nie płacą zaraz rze- 
mieślnikowi, ceny więc początkowo wszystkiego wydały 
się nam bardzo wysokie, lecz rychło, gdyśmy tylko brali 
za gotówkę, okazała się różnica tak znaczna, że na jednej 
parze butów 2 ruble wynosiła. Stołowaliśmy się u p.p. 
B . . . . biednych wygnańców, płacąc za skromne 
obiady po 6 rs. Stół był niezły, lecz ja często cierpiałem 
z powodu cebuli. Miesięcznie całe nasze utrzymanie ko- 
sztowało nas po 20 rs. razem z mieszkaniem, chociaż raz 
na tydzień, cała męska polska kolonja u nas się zbierała. 
Prawda, że przyjęcie było skromne, herbata, a potem 
wódka, na zakąskę kawałek wędliny i rzodkiew. Czasem 
na jakąś uroczystość przyjęcie było świetniejsze. 
D. 23-go września, poczciwy Soroka, oprócz wędliny, na- 
smarzył nam doskonałych piankowych naleśników, któ- 
re rozebraliśmy na talerzyki z kart, krojąc scyzorykami, 
przytem był i lekki poncz. 

Z pań były jeszcze w Ufie dwie siostry, niemłode 
już panny Horodeńskie z dwiema młodziutkiemi synowi- 
cami. Były to siostry Horodeńskiego, dowódcy powsta- 
nia w pow. wileńskim, poleigłegD w partii. Panna Idalja, 
bardzo zacna osoba; troskliwa opiekunka synowie, po- 
zyskała ogólny szacunek, młodsza, p. Adela, kulawa, zło- 
śliwa, miała sama wiele jeszcze pretensji. Starsza syno- 
wica wyszła w kilka lat zamąż za Józ. Wykowskiego, 
zamożnego obywatela gub. mohylewskiej, kolegę nasze- 
go z uniwersytetu, którego też później do Ufy zesłano. 
Była i p. Snarska, wielce energiczna dama z młodą có- 
reczką, która tam wyszła za Adama Kostrowickiego. Mło- 
de sympatyczne małżeństwo p.p. Aleksandrowiczowie i 
ich przyjaciel d-r Przesmycki. Miłe dla mnie było towa- 
rzystwo starego Leona Jacuńskiego, przyjaciela jeszcze 
mego ojca, żonatego z moją kuzynką, który jeszcze dziec- 
kiem na ręku mię nosił. Byli jeszcze d-r Wilczewski ze 
Słonima, bardzo sympatyczny młody człowiek i jeszcze 



— 104 — 

dwaj lekarze, stary Jankowski, bardzo poczciwy czło- 
wiek, znajomy mój z Kiejdan i miody d-r Buriiardt. Czę- 
stym gościem bywał dość oryginalny Justus Korkozo- 
wicz, wielkiej skądinąd zacności, lecz mający pocieszny 
sposób opowiadania swoich przejść w powstaniu i przy 
podpisaniu adresu; byli jeszcze rzadziej widywani marsz. 
Bohuszewicz z gub. witebskiej, stary kawaler, bogaty i 
próżny, z Mińska prezes Wojciechowski, radca Rodzie- 
wicz, 

Pod koniec mego pobytu przyjechał młody ordynat 
Bisping; ponieważ rodził się on z Wołłowiczówny, sio- 
stry mego kolegi Henryka, przyjąłem go serdecznie i wy- 
dał mi się dobrym, choć pustym chłopcem. Po moim wy- 
jeździe, kiedy Bisping zaczął uczęszczać do domów ro- 
syjskich, jedni stanowczo go potępiali, inni chcieH wpły- 
nąć perswazją; potworzyły się partje, zginęła zgoda. Bis- 
ping brnął dalej, ożenił się z córką gubernatora, przyjął 
prawosławie, w końcu odebrał sobie życie. 

W Ufcie poznaliśmy gubernjalnego pocztmistrza Doł- 
matowa, który długi czas służył w Grodnie, wielki zwo- 
lennik homeopatji, mąż bardzo pięknej, a co tam rzadsze, 
bardzo zacnej żony, na każdym kroku, w czem mógł po- 
magał Polakom, a nas bardzo często odwiedzał. Lecz 
przytem Dołmatow bronił systemu rządowego i postępo- 
wania Murawjewa, uważając je za konieczne. Gdy przy- 
szło wezwanie zachęcające urzędników z głębi Rośli do 
przyjeżdżania na Litwę, na bardzo korzystnych warun- 
kach, zapytałem go, czy nie pojedzie. Dołmatow, obu- 
rzony odskoczył, mówiąc: „Czem pana obraziłem, że mi 
mówisz coś podobnego?" — „Szczerze przepraszam" — 
odrzekłem — „lecz pan pochwalasz system, a nawet oso- 
biste postępowanie M.urawjewa". — „Tak panie, można 
w pewnym czasie i okolicznościach uważać nawet karę 
śmierci za konieczną, ale mało kto na siebie przyjmie 
obowiązek kata. I od nas z Ufy zaledwo dwuch wyrzut- 
ków społeczeństwa jedzie do Wilna". Szetkiewicz dość 
często go odwiedzał, ja raz byłem, i Dołmatow, mówiąc. 



— 105 — 

Że mnie szanuje, nazywał fanatykiem. Było to z powodu, 
żem nie mógł się zgodzić na jego zdanie, że my, jak on 
tak i ja, mając po kilku synów, moglibyśmy, gdyby to 
zapewniało los tych dzieci, wychować każde w innem, 
byle chrześcijańskiem wyznaniu. Otóż gdym się na to 
zdanie oburzył, nazwał mię fanatykiem. 

W Ufie mieliśmy możność z Sołtanem przekonać się, 
jak średnia nawet klasa urzędników była przeciw nam 
uprzedzoną. Szukaliśmy mieszkania, przychodzimy do 
jednego z kancelistów. Po naznaczeniu ceny, pyta, kto je- 




Kajetan Wojciechowski (1864). 

ceśmy. Gdyśmy powiedzieli, że Polacy-wygnańcy, za- 
czął robić trudności i w końcu otwarcie powiedział, że 
lęka się ognia. Wstaliśmy oburzeni, nic mu nie mówiąc. 
Lecz gdzie panowie mieszkacie? Wymieniamy dom. 
„Ach, przepraszam, to jeden z panów graf? (Sołtana bo- 
wiem tytułowano) a drugi b. członek Zarządu Guber- 
njalnego?" i uprzejmie prosi, aby zamieszkać u niego i 
nie brać za złe tego, co mówił, bo to wszyscy mówią, 
i rząd tak przedstawia Polaków. To pewna, że w kilka 
miesięcy inaczej już ludność na nas patrzała: mieliśmy i 
kredyt i wiarę. Słyszeliśmy zdania: za co tych ludzi 
prześladują? to naród uczciwy; a nawet widzieliśmy 
szczere współczucie, gdy nas nieszczęścia spotkały. Do- 



— 106 — 

brze po mnie przybył do Ufy. Konoplański, po Oiedrojciu 
W-da wileński. Spotkawszy Szetkiewioza, powiedział 
mu, że i mnie i Spłtana zna i mocno był zmieszany, gdy 
nazajutrz widząc go, obaj oświadczyliśmy, że go po raz 
pierwszy widzimy. Otóż ten Konoplański nie długo po- 
gościł w Ufie. Wezwano go na powrót. Głuche wieści o 
wykrywaniu organizacji krążyły. Nieraz z Sołtanem i 
Czekotowskim mówiliśmy o cierpieniach pozostałych i 
chociaż cieszyliśmy się, że jesteśmy jakby wolni, lecz 
z drugiej strony, pewne bolesne uczucie przejmowało na 
myśl, że ludzie daleko mniej winni, przez nas wezwani 
do udziału, cierpią, a my tu prawie ocaleni. 

Stan mego zdrowia był coraz gorszy, brałem stałą 
kurację, zabroniono mi pić herbatę. Głównym powodem 
cierpienia był niepokój o los rodziny, w przeciągu czte- 
rech miesięcy zaledwo trzy listy otrzymałem od żony, 
gdy Sołtan i Szetkiewicz najregularniej mieli listy co ty- 
dzień. Wiedziałem przytem, że w Ignacogrodzie zlicyto- 
wano inwentarz i ruchomości za kontrybucję. Taka to 
była zapowiedziana opieka Zeinona Gieysztora. 

Czwartego grudnia starego stylu, w dzień Ś-tej 
Barbary, byliśmy u Drozdowskich, aby powinszować so- 
lenizantce pannie Szymańskiej; potem wstąpiliśmy do 
Siemaszków i Rychterówny. Gdy wracam, spotykamy 
w, saneczkach kwartalnego, który właśnie o mnie pyta, 
siadam z nim i z daleka. widzę przed mojem mieszka- 
niem — trójkę siwaków i dwóch żandarmów. Nie było o 
co pytać. Miałem być odstawiony dla dalszego badania 
z powrotem do Wilna. Policmajster tak był grzeczny, że 
odrazu oświadczył, że niema czego się spieszyć, konie 
mogą czekać, i on gotów jaką godzinę pobyć. Wszyscy 
towarzysze wygnania zebrali się. Jak zwykle okazała się 
serdeczność nasza. Nikt tak boleśnie nie uczuł mego nie- 
szczęścia, jak poczciwy Leon Jacuński, ten bez cere- 
monii płakał, cóż dziwnego, on mię kiedyś na ręku nosił. 
Naioryginalniej wyglądał Sulistrowski, ten zawsze odzy- 
wał się, że wszelka uczuciowość to głupstwo, a tu nie 



— 107 — 

mógł utaić swego wzruszenia. Gdym go uścisnął i po- 
wiedziałem mu — a cóż Leonie, uczucie to głupstwo! — 
machnął ręką i oicerając łzy mrul^nął: „zostaw te żar- 
ty". Napewno, że ja jeden zacłiowałem całą przytomność 
umysłu. Policmajster ani wcliodził do mego pokoju, mo- 
głem napisać list, zrobić szczegółową notatkę, rozdzielić 
rzeczy. Brałem bowiem tylko to, co konieczne na drogę, 
a chciałem ocalić coś dla dzieci, bo ani ja, ani żaden z 
obecnych, nie roił, byśmy się już w tem życiu spotkali. 




Franciszek Konoplański. 

Jeszcze na odjezdnem M. Soroka wybiegł i wrócił z pacz- 
ką jabłek; wiedział bowiem, że lubię owoce. Poczciwy 
człowiek kochał mię, nie mogłem się dziwić, że i o gu- 

I Stach pamiętał... a jednak to on (Soroka) był z brzegu! 
Pomimo nalegań policmajstra, że mogę jeszcze i obiad 
zjeść, po wypiciu herbaty, uścisnęliśmy sobie ręce z kole- 
gami, a sporo ich było, i nie żegnając się długo — w drogę 
na Litwę, lecz nie na to, by odetchnąć powietrzem rodzin^ 
nem, lecz do więzienia, jak sądziliśmy, na Łukiszki. 



I 



ROZDZIAŁ IX. 

Z POWROTEM — W WILNIE. 

(Koniec roku 1863). 

Droga powrotna do Wilna. — W Moskwie. — W Peters- 
boirgu. — Przyjazd do Wilna. — U Dominikanów. — Pierw- 
sze badania w komisji śledczej (13 grudnia 1863 i nast.). — 
Egzekucja Dormanowskiego i Zdanowicza. — Uwięzienie 
i egzekucja Dalewskiego. — Koniec rokiu 1863. — Pogląd 
na udział w iwwstaniu. — Powstanie na Białej Kusi. — 
Pogląd ma całokształt ruchu. — Orzeszko. — Stosunek ogó- 
łu do więźniów. — Nastrój wśród więźniów. 

Szybko niosła nas trójka na zachód, bez względu, 
czy była to noc lub dzień, cisza czy straszna zawieja, 
ciągle naprzód, naprzód. Pierwszego dnia, moi żandarmi 
byli prawie niemi; zwolna jednak zbliżyliśmy się. Prosta 
natura zawsze lepsza; po dniach kilku, już się do mnie 
przywiązah. Na jednej stacji wypoczynku, pamiętam, pi- 
liśmy herbatę; pisarza pocztowego nie było, a biedna je- 
go żona, dręczyła się z dzieckiem chorem, czteroletniem. 
Widok dziecka przypominał mi moje, a był to śliczny 
chłopak. Męczyła go gorączka, oddałem mojej gospodyni 
jabłka, by je upiekła dla niego. Ten mały dar, a więcej 
może szczere współczucie, im okazane, ileż błogosławień- 
stwa na mnie ściągnęło, a jakie były szczere łzy, gdy się 
.dowiedziała, dokąd jadę... Żandarmi nie ukrywali wzru- 
szenia, a na drugiej stacji spotkałem jadących naszych 



— 109 — 

z Wilna, i ci mi powiedzieli, że Konoplański wydaje... Ja 
przyznaję się do drugiej już winy; jak posądzałem Do- 
mejkę w chwili uwięzienia, tak teraz obwiniałem Du Lau- 
rens'a. Na stacji raz chwilę zdrzemnąłem się na sofie, nim 
konie zmieniono, głowa opadła w dół, zerwałem się, bom 
śnił, żem na Łukiiszkach powieszony! Jednakże pomimo 
mej wiary w sny, (cóż dziwnego, gdy siię one meraz 
sprawdziły), ten nie zrobił na mnie najmniejszego wra- 
żenia. Jasne mi było, że jadąc do Wilna, o następstwach 
myślałem, a gdy krew uderzyła do głowy, gdym leżał 
w położeniu nienaturalnem, to i sen sam się tłumaczył. 
Wiedziałem, że to być może, lecz za wróżbę nie brałem. 
Dziwniejszy ten, który mi dwa razy jednostajnie i w Ufie 
i w Irkucku się powtarzał, leoz sny zostawmy... gdy w 
dzisiejsizem wieku i faktom nie wierzą!... Mioi żandarmi 
tak mi wierzyli, że w Moskwie mogłem uciec i nawet 
przez chwilę wahałem się, czy nie uciekać. Jeden z żan- 
darmów został na kolei przy rzecmch; ja z drugim po- 
szedłem do hotelu na obiad. Żandarm został na dole, ja 
udałem sę na piętro, obstalowałem obiad i, chodząc po 
pokojach, drugiemi schodami zeszedłem na dół, — tu 
było inne zupełnie wyjście, nie na plac, lecz na ulicę. 
Adresa w Moskwie pewnych ludzi jeszcze miałem: pół 
^god^iiny, a byłbym wolny, lecz tylko chwilę się waha- 
|łem; spojrzałem na zegarek i poszedłem na górę. Gdym 
potem wychodził z hotelu i zabrałem z sobą z dołu żan- 
darma, jak raz trzy kwadranse przeszło czasu. Pyta- 
łem ich potem, czy się nie obawiali, bym zemknął. „Nie!' 
I pan tegoby nie zrobił, nie gubiłbyś ludzi, którzy panu 
; zawierzyli". 

W Petersburgu miałem dwie przyjemne niespodzian- 

[ki. Tylko cośmy weszli do sali, na kolei jakiś żandarm 

[całuje mi ręce i cieszy się z mego powrotu... To ten, 

który mię wiózł z Wilna. Odym podszedł do bufetu, 

młoda, przystojna kobieta przypatrywała mi się chwilę, 

potem wykrzyknęła z radością moje nazwisko. Ja jej nie 



— 110 — 

pamiętałem. Była to służąca z łiotelu Europejskiego w 
Kownie. Ja wogóie do traktjerów nie lubię cliodzić, lecz 
tam mieszkał zwykle marsz. Karp' i, jeśli ja służby nie 
znałem, to oni mię dobrze znali wszyscy i nie wiem 
z jakiego powodu zawsze miałem u nich zachowanie. Ta 
ładna i poczciwa dziewczyna wyszła bardzo dobrze za 
mąż, za właściciela bufetu w Petersburgu. Jakżeż chcia- 
ła ona mię przyjmować, oprócz herbaty kilku szklanek 
i ciastek, nic nie brałem, lecz nie mogłem odmówić jej 
tej przyjemności, że zapłaty nie wzięła. To samo po- 
wtórzyło się w Święcianach; bufetowa aż się oburzyła 
na mnie: „Jakto od pana, którego na śmierć wiozą, mo- 
gę brać pieniądze?" Uśmiechnąłem się smutnie, bo, choć 
niewielką miałem sumkę, lecz i tę sądziłem za zbytecz- 
ną, zostawiłem tylko coś dziesięć rubli sobie, a drugie 
dziesięć oddałem moim żandarmom. I co dziwniejsza, 
ci też brać nie chcieli. Wytłumaczyłem im, że jeśli żyć 
będę, to wśród swoich nędzy nie doznam; jeśli powieszą, 
lepiej, by oni pieniądze wzięli. Prosili, bym zapisał im 
moje nazwisko, bo to jedno „mudrennoje" i im się we 
minde nie podoba. W Wilnie ja im wskazywałem drogę, 
jak jechać. Już nazajutrz kartka żandarmom dana oka- 
zała się użyteczną. Fort. Świętorzecki spotkał ich, roz- 
mawiał i gdy dowiedział się, że wieźli z Ufy wygnańca, 
o nazwisko spytał, kartkę pokazali i mówili mu, że nigdy 
o mniie nie zapomną. 

W Wilnie na dworcu kolei podskoczył do mnde słu- 
żący z hotelu Poznańskiego, a choć widział żandar- 
mów, spytał, co ma robić. Powiedziałem, by rano naza- 
jutrz poszedł do Franc. hr. Kossakowskiego i powie- 
dział mu, żem wrócony. Mało p. Franciszka znałem, 
lecz był to człowiek ostrożny, rządowi niepodej rżany, 
a uczciwy. Dziiwna rzecz, tego samego dnia, może o go- 
dzinę pierwej ozy później przybyła moja żona do Wil- 
na. Otóż nazajutrz, gdy wróciła ze spowiedzi z Ostrej 
Bramy, p. Wyrzykowska, którą Kossakowski już zawia- 
domił, mówi jej o mojem przybyciu... 



— 111 — 

Jaki dziwny urok ma Wilno dla nas Litwinów, dość 
powiedzieć, że, gdym się zbliżał do miasta, pomimo ko- 
niecznego wzruszenia i niepokoju o los swój, razem rze- 
wne, miłe przejmowało mię uczucie. Wilno i Ignacogród, 
dwa tylko miejsca, tak na mnie zawsze działają. 

Zawieziono mnie do „d^^orca", żandarm poszedł, i 
po chwili zbiegł jakiś jenerał, był to Sobolewski, a było 
już koło 1-ej czy 2-ej w nocy. Zapytał mię o nazwisko, 
a wkrótce wyszedł jakiś oficer, siadł ze mną, i, ani słowa 
nie przemawiając, udaliśmy się do Dominikanów. Gdy 
weszliśmy na korytarz, już z dozorcą więzienia, odmy- 
kają się w tej chwili drzwi od sali komisyjnej i wychodzi 
Tyt. Dalewsiki... Spojrzeliśmy na siebie — O, jest wielka 
potęga wzroku, i wielkie to dobrodziejstwo ta jedna chwi- 
la, a jakże ona pamiętna! Do dziś dnia widzę go, a w 
oczach przyjaźń, pokrzepienie, żal, współczucie — wszyst- 
ko to razem. Ani głową nie skinęliśmy sobie, a jednak 
jakbyśmy się rozmówili. Wiidok Tytusa zasmucił mię, bo 
go kochałem; lecz co to jest za urok prawdy i szacunku, 
on pierwszy mię spotyka i ani na mgnienie oka, myśl mi 
nie przyszła, że i jego moglii o mnie pytać. Dziwna rzecz, 
jak do niektórych ludzi nie lgnie nawet podejrzenie, a 
może to też tylko ludzie, którzy i sami czyści i zacni są 
tak łatwowierni, bo kto sam upada, możeż wierzyć w 
uczciwość bezwarunkową innych? Dobrze po drugiej, 
znalazłem się w celi po-Donuinikańskiego klasztoru, był 
to Nr. 3-ci, jak mii się zdaje, z niego szli już na egzekucję 
prawie wszyscy. Nie rozbierałem się i nic nie spałem, 
choć dna ośm drogi zmęczyły mię bardzo. Nazajutrz 
rano o ósmej zjawił się chwilowo w więzieniu człek dość 
młody, przystojny; był to pułkownik Lebiediew, który 
zaledwo słów kilka powiedział, zapowiadając rychłe we- 

I lianie do Komisji. 
Jeszcze w Ufiie, rozmawiając z Sołtanem i Czeko- 
wskim, zawsze byłem zdania, że z moim charakterem 
wszelkie zapieranie się moich zasad i poglądu na spra- 
wę do niczego nie prowadzi, a tylko spodli mię i zmiesza. 



— 112 — 

Gdy wezwano mię do Komisji, postanowiłem tylko, o ile 
możności najdłużej sam początkowo milczeć, by wpaść 
na pewmy domysł, co oni mogą — wiedzieć. Było to 
13-go grudnia czylii pierwszego dnia świąt Bożego Naro- 
dzenia w Królestwie. Gdym wszedł i oparłem się o krze- 
sło, bo znużenie było wielkie, jenerał Sobolewski odezwał 
się: „Dość spojrzeć na pana, by widzieć, żeś winny". — 
„Panie jenerale", odparłem, „jesteś pan już jenerałem, 
doszedłeś pan do tego wysokiego stopnia na polu walki, 
nie wątpię więc, że mu nie brak charakteru i odwagi; 
lecz gdyby pana ośm dni i nocy bez przerwy wieziono, 
a potem stawiono przed Komisją, pcd zarzutem, żeś ojca 
własnego zamordowiał, to nie wiem, panie, czybyś lepiej 
ode mnie wyglądał". 

Podano mi wnet krzesło i zaczęto od tego, że mój 
udział w powstaniu wiadomy Komisji, że już wszystko 
wykryto: skład Wydziału, cała organizacja d nasze czyn- 
ności są im znane. Naprowadził Komisję na ślad mego u- 
dziiału pewien pan z Kowna, tu czytają jego zeznania, 
(jak okazało się zmienione), a potem już i ludziie, jakoby 
ze mną udział czynny biorący w organizacji, na mnie 
wskazali. „Nic więc panu nie pozostaje, jak przyznać się. 
Pan zapewne postępowałeś wedle swego przekonania, 
więc jako uczciwy człowiek, od swych zasad i uczynków 
nie odstąpisz". Ja wciąż milczałem, chcąc się czegoś pew- 
niejszego dowiedzieć. Oni więc mówili dalej, sądząc, żem 
przygnębiony tem, co słyszałem (bo oprócz Sobolewskie- 
go, zabierali głos i inni) i zdręczony drogą. „I tak, o co 
panu dziś idzie?" „Wiemy wszystko i o wszystkich: w 
W^ydziale byłeś pan, byli Oskierka, Dalewski, a potem, 
jakby wahając się, dodał „i Jeleński"... 

Tego już mi było dość. Jakkolwiek wszystko, co mó- 
wił Sobolewski było prawdą i wymienione nazwiska, na 
nieszczęście, okazywały, że są oni na drodze odkrycia, 
już nie wymienienie nas wszystkich i pewne wahanie się 
przy nazwisku Jeleńskiego, dało mi dom'niemanie, że ten. 



— 113 — 

kto o nas mówił, nie był w.prost wtajemmiczomy, że więc 
i obrona moja zupełnie była łatwa. Teraz już ja zabra- 
łem głos i stosownie do raz przyjętego stanowczego po- 
stanowienia oświadczyłem: Gdyby mię nawet nie wy- 
syłano do Ufy, a zapytano przy pierwszem uwięzieniu, 
to i wówczasbym wypowiedział całą prawdę. Mogę ła- 
two przekonać panów, żem całą duszą był przeciwny 
powstaniu, uwiązałem to za klęskę kraju, cały ten rucli, 
a tem bardziej krwawą niewczesną demonstrację, lecz 
gdy powstanie wybuchło, ja nie mogłem, jako Polak, być 
obojętny". 

Z początku jenerał i wszyscy obecni w Komiisji ucie- 
szyli się moją szczerością i potwierdzali, że to szlachet- 
ne taką mieć odwagę przekonań, lecz gdym wspomniał 
tem, żem tak postąpić musiał, jako Polak — Sobolew- 
ski się zerwał. „Nie, pan jesteś Rosjaninem". „Przepra- 
szam p. jenerała, jam poddany rosyjski, lecz jestem Po- 
\k i mnie to dziwii, że gdy wracam z Ufy, a tam każdy 
biedny Tatar, otwarcie może wypowiadać swe przekona- 
lia, że jest Tatarem, my tu tego prawa nie mamy!" — 
^Pan tu urodzony, a Litwa to dawna dziedzina ruska".— 
,Nie, p. jenerale, i zapewne nie tu miejsce wcale do dys- 
)ut historycznych i tembardziej między prezesem Komi- 
sji, a więźniem, zrobię jednak tę małą uwagę, że nawet 
iki historyk, jak Ustriałow, którego ja zapewne nie uwa- 
fam za autorytet, jednakże i on, kowieńskiej gub. za Ruś 
loskiewską nie liczy". — „Toś pan Litwin, a nie Polak, 
)ś zawsze odstępca od swej narodowości". — „Jenerale, 
fostawmy próżne słowa, gdyby można było analizować 
iżdą kroplę krwi dzisiejszego Litwina, niiewiadomo, ile 
loby tam polskiej, ile litewskiej, cztery wieki nas złą- 
^yły, poczekajcież tyle, a dziś zostawcie nas w spokoju, 
resztą tu panów jest kilku, zapewne choć jeden żonaty 
Niemką, czy miał matkę Niemkę, a któż ona jest? uro- 
dzona w prowincjach nadbałtyckich. Jeżeli Kurlandczyk 
t. p. może się nazywać Niemcem, jakiem prawem od- 
„B. P" Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 8 



— 114 — 

mawiacie nam, którzy wiieki całe byliśmy z Polską złą- 
czeni — miana synów tego narodu?" 

Dyskusja była ożywiona, lecz wrócono do indagacji. 
„Więc pan, pomimo wstrętu do powstania, jednakże wzią- 
łeś w niem udział?" — „Sądzę, że każdy uczciwy czło- 
wiek, urodzony w tym kraju, nie mógł być obojętnym 
widzem, gdy jego bracia lub synowie ginęli, chociażby 
nawet ich opinji nie podzielał. Wybór był łatwy, . 



„A. więc pan należałeś, byłeś członkiem, nawet prezesem 
Wydziału?" — „Byłbym, kimby mi być kazano. — Lecz 
wezwijcie panowie lekarza, a on wam powie, że mam 
dwa cierpienia: sercowe i rupturę, które mi nie dozwoliły 
iść do obozu, cobym napewno zrobił". — „O nie! pan 
wszedłeś do Rządu". — „Tak, panie, możebym i wszedł, 
gdybym nie był, jak panowie zapewne wiecie, pod najsu- 
rowszym dozorem policji. Przy tern ile mogę sądzić, 
Rząd tutejszy składał się z ludzi innych przekonań. Moje 
opinje przed powstaniem zbyt dobrze były wiadome, bo 
jak panom dziś moje wygłaszam, tak choć i wówczas 
u nas trzeba było pewnej odwagi, by je głosić, ja jednak 
ją miałem, a więc nikt mnie nawet nie mógł proponować 
udziału. Lecz głównie, gdyby mię nawet wezwano, to 
przyjęcie moje równoważyłoby się wykryciu Wydziału, 
bo zwróciłoby uwagę policji. Panowie wieaie, żem był 
pod najsurowszym dozorem w Wilnie przez jenerała Na- 
zimowa zatrzymany. Zresztą spytajcie o to p. policmaj- 
stra wileńskiego". 

Pierwsza ta indagacja trwała od 9-ej do 3-ej, sześć 
godzin. Za powrotem do więzienia byłem wewnątrz uspo- 
kojony, jakby po spełnieniu powinności. Mówiłem prawdę 
co do uczuć, nie mogłem zaś nie zapierać się udziału w 
organizacji, tem skompromitowałbym innych. Zresztą, 
obwinieni byli jednej ze mną barwy, musiałem więc ob 
stawać za niemożnością swego udziału, a więc za niepo- 



— 115 — 

dobieństwem przez nas wszystkich obejmowania władzy, 
która pochodziła od ludzi krańcowych. Wieczorem o 6-ej 
znów wezwano mię do Komisji i byłem pra\yie do 12-ej, 
tak, źe tego dnia przeszło jedenaście godzin trwały inda- 
gacje. Lecz wszystko tylko słownie, często ożywiała się 
gorąca sprzeczka, gdyż ja zawsze stawałem w obronie 
narodu, zmuszonego nawet nieroztropny krok zrobić, bo 
mu nie dają możności żyć naturalnie. Zawsze stojąc na 
gruncie zasad, mówiłem, że o składzie Rządu nie wiedzia- 
łem i niie chciałem wiedzieć; nie zaprzeczałem, źe mię 
nazywano naczelnikiem miasta, członkiem Wydziału, 
prezesem nawet, bo i o tem słyszałem, lecz cóż miałem 
jobić? „Jako Polak, dobrze im życzyłem, iwidziałem w 

iżywaniu mego nazwiska rozmyślnie — chęć ukrycia 
iudzi nie znanych, służących sprawie. Gdybyśmy rze- 
czywiście byli członkami, czyżby tak głośno mówiono 
tem w Wilnie? Przytem i zaprzeczanie pogłoskom było 
lieroztropne, imbym więcej wypierał się, temby ludzie 

locniej byli przekonani, że jestem w organizacji, milcza- 
łem więc i żartowałem. Jeśli mogłem inaczej postąpić, to 
^ądźoie mię, ale panowie postawcie siebie w mojem po- 

)żeniu". Wieczorem był i Saranczow policmajster; 

)rzywitał się ze mną bardzo grzecznie, a jak później się 

lowiedziałem, co zresztą inaczej być nie mogło, dał naj- 
[epsze świadectwo i zapewnił, źe jeśliby co wiedział, 

liał obowiązek donieść, ale ja byłem bez zarzutu. Naza- 
jutrz, ł4-go, znów pięć godzin rano byłem w Komisji, lecz 
lUŻ pisałem; pamiętam, zarzucono mi, dlaczego wyrazi- 
fem się, „że nic niie robiłem przeciwko rządowi r o- 

y j s k i e m u, więc to jezuityzm". — „Przepraszam, 
[enerale, ale jeślibym napisał, jak chcecie, przeciw włas- 
lemu rządowi, lub prawemu, wówczas mógłby być po- 

lobny zarzut słusznym, bo któż z panów wiedzieć może, 
jaki ja rząd w swem sumieniu za prawy i własny uwa- 
Jam?" Żadnej znajomości blizkiej nie wyparłem się i po- 

aedziałem, że o ile wiem, to ajni Dalewski, Jeleński, 



— 116 — 

Oskierka i inni, o których , mię pytano, z swego charak- 
teru i pojęć należeć do Rządu nie mogli. Ogólnie, oświad- 
czyłem, że nie mogąc wziąć udziału, wiiedzieć nie chcia- 
łem o żadnej tajemnicy, co zrozumie każdy rozsądny 
człowiek. Wyparłem się znajomości Suchodolskiego 
(Dormanowskiego), Konstantego Kalinowskiego, Kusze- 
lewskiego, mówiąc o tym ostatnim, że są tego nazwiska 
obywatele w Kowieńskiem, Orzeszki i wielu innych. O 
Miałachowskirri powiedziałem, żem widział go w Nowo- 
Aleksandrowsku, a potem on raz był u mnde z wizytą 
i ja mu też kartkę rzuciłem; o Hieronimie Kieniewiczu 
też, że poznałem go w listopadzie (r. 1862) w Wilnie, 
był on u mnie, potem go nie spotykałem. Dodałem, że 
bardzo wiele osób może też mówić, i zgodnie nawet z 
prawdą, że mię zna, choć ja ich nie pamiętam, bo ostatnie 
lata, będąc bardzo czynnym, zabierając głos na zjazdach, 
mogłem zwrócić czyjąś uwagę, a sam tych osób nie pa- 
miętać". Wogóle, przyjąłem za zasadę, zwyczajnych zna- 
jomości nie wypierać się, a stanowczo tylko iwy przeć 
się stosunku z ludźmi, którzy byli ze mną złączeni je- 
dynie przez organizację. Inny sposób obrony łatwo mie- 
sza towarzyszów sprawy, bo jakże może ktoś wpaść na 
domysł, że się wypiera znajomości kolegi uniwersytetu, 
lub spółpowietnika, co tak łatwo udowodnić, lub że ktoś 
wśród swego miasta lub powiatu, potrafi przebyć pod 
obcem nazwiskiem? 

Po obiedzie znów mię wezwano i znów mieliśmy ob- 
szerną di^skusję. Napadano na moje zasady, uważając 
dziś je za zupełnie niewłaściwe; ja powiedziałem: „Moi 
panowie, czy ich wypierając się ocalę swe życie? A kto 
mi zaręczy, że gdybyście mnie uwolnili, to jutro nie umrę, 
mając cierpienie sercowe (o tem sam nawet byłem prze- 
konany). A teraz, jeśli za moje opinje skazany zostanę 
na śmierć, to w tej samej Rosji, wysłaną żonę otoczą 
współczuciem, dzieci oddacie do korpusu. Nie taję, że 
dla mnie takie wychowanie zbyt wstrętne, wpoją im za- 



— 117 — 

sady, przeciwne moim, lecz zawsze Rosjan z nich nie zro- 
bicie, przekonaliście się o tem już dostatecznie, 
cóż więc mam do stracenia? — „Ale trzeba coś zrobić 
dla okoliczności, ulec formie..." Te słowa, dziwnie mię 
uderzyły. Wrócono mię pod oskarżeniem udziału w or- 
ganizacji, jako członka Wydziału, a teraz napomykają 





piH 


H^K'- .,^A8> 


^H 


H^^iHH 


m^^hI 


^^^^H 


Jl^Si 










^^^^e' '-'- {' ■: IHH 


^^^^^E 


^fl 


^. 








^^^*~-.^ 


K 


■A 



Mieczysław Dormanowski. 

ikby o adresie. Otóż gdym wpadł na ten domysł, mo- 
dę: — „Gdybyście mi, panowie, po takich zarzutach, 
ikie mi czyniliście, zaproponowali uwolnienie pod wa- 
runkiem podpisania adresu, czyżbym się ja mógł na to 
ugodzić? Zapewne, dziś adres, to są tylko słowa, lecz 
^otem, com wam mówił, za kogobyście panowie mię mie- 
, gdybym choć na pozór mógł się wyrzec mych uczuć, 
nawet przeszłości mych przodków?" 

Obejście się komisji coraz było grzeczniejsze, a na- 
rti dość sympatyczne, osobliwie Szełgunowa. Wróciłem 



— 118 — 

do celi i, jak zwykle, gorąco się modliłem, czując jakiś 
spokój w sercu. Byłem zupełnie samotny, nie umiałem 
stukać i nie odstukdwałem sąsiadom, bo sądziłem, że też 
najlepiej sameim'U sobie radzić. Z celi wyjść nie było 
można ani na chwilę, żołnierz też ciągle stał w okienku. 
Po tych dwuch dniach, jakby o mnie w Komisji zapom- 
niano, ani raz,u nikt się nie zgłosił, ani mię dO' Komisji 
nie wzywano, ani do mnie nie przychodzili. Oni wówczas 
byli zajęci wyprawianiem pierwszej organizacji i po mo- 
ich odpowiedziach starali się tylko już osądzonych roz- 
pytywać, czy czegoś o mmie nie dojdą. Na trzeci coś 
dzień, przyniesiono mi w serwecie ciasto, herbatę, cukier, 
ser, a na serwecie była cyfra T. G., czyżby więc była żo- 
na w Wilnie? 

Dnia 22-go rano wpada podoficer „prędzej składaj 
pan rzeczy, numer trzeba oczyścić, a pan będziesz miał 
towarzysza". Po dniach dziewięciu już się przywyka do 
swej celi; przytem towarzysz — może szpieg? Powoli 
zacząłem zbierać manatki, a wtem wbiega dozorca, wo- 
łając: „Prędzej, prędzej" — i idąc ze mną mówi: „No 
po pańskim przyjeździe z tak daleka, szczerze winszuję, 
nie sądziłem, że pan tak prędko pójdziesz do ogólnej..." 
Po kręconych schodach szliśmy wyżej — i otucha wstą- 
piła do serca, gdy otworzono duży pokój; była to daw- 
na biblioteka Dominikanów i zobaczyłem coś sześciu to- 
warzyszów! Naturalnie, przy dozorcy skłoniliśmy się tyl- 
ko z daleka, lecz gdy on wyszedł. Maks. Dembicki zna- 
jomy, podskoczył uścisnął mię, a potem zapoznał z to- 
warzyszami. Byli tam: jeden z Jungerów, Zolmer, Kono- 
packi, Ihnatowicz i jeszcze ktoś. Wszyscy, choć i (nie- 
znajomi, witali szczerze, serdecznie. Pierwsza rzecz, od- 
prowadził mię Maks i mówi: „Widać dobrze twój inte- 
res stoi, bo my z Jungrem jesteśmy z organizacji już po 
sądzie i wyroku, i w tych dniach nas wyślą. Gdyby mieli 
pewność, że ty należysz do organizacji, nie umieściliby 
ciebie tutaj". Potem dodał, że, jak mu się zdaje, i mnie 
Orzeszko skompromitował. 



— 119 — 

Okna tego więzienia wychodziły na dziedziniec, lecz 
stając na nich można było widzieć całą uliczkę i przecho- 
dzących po niej, którzy też rozróżniali twarze w odem- 
kniętej czasem furteczce. Ze służbą moi koledzy byli w 
najlepszych stosunkach, unteroficer, który ze mną słowa 
nie mówił, tu był szczerszym, choć był to Łotysz chytry, 
i tak za żadne pieniądze nietylko sam mi kartki nie dawał 
ale i pilnował innych, nie dopuszczając zapalającego lam- 
py i Katajewa, służącego z 21 numeru (najusłużeńszego i 




Ignacy Zdanowicz. 



dobrego człowieka), jako znanych mu posługaczy więź- 
tniów. Lecz tym, co siedzieli już w tym numerze 21, łatwo 

)yło komunikować się i z miastem. Wnet też poszła kart- 
[ka do p, Ogińskiej i w parę godzin nietylko że miałem 
[od żony wiadomości, lecz i ją samą zobaczyłem chodzą- 
|cą. Tegoż wieczora byliśmy poruszeni smutną pewnością 
legzekucji nazajutrz; mój poprzedni numer przeznaczony 
fbył na przyjęcie Dormanowskiego. O nim nikt nie wątpił, 
[że będzie śmiercią ukarany, lecz mówiono, że jest ktoś 
idrugi, kto? gubiono się w domysłach. Katajew mówi, że 



— 120 — 

Zdanowicz. W organizacji kilku było winniejszych: 0- 
rzeszko, naczelnik policji, Konopiański wojewódzki. 

Od bardzo rannej godziny spać nie mogliśmy, i oto 
otwiera się brama i wchodzi nasz zacny nauczyciel Zda- 
nowicz! On to syna jedynaka pożegnać przyszedł . . . 

później zjawili się oficerowie, 

ksiądz, był i nieodstępny Mowsza, cyrulik zaufany Wiat- 
kina. Dziedziniec wysypany jedlinką... przed bramą tło- 
czą się ludu gromady, a wprost więzienia — zawsze o- 
becny na egzekucji Konst. Kalinowski! Widziałem obu 
więźniów zdaleka wychodzących. Zdanowicz pogorszył 
swoją sprawę jakoby dość ostrem stawieniem się komi- 
sji, nie wiem, czy nie przyczyniło się tu i wyrachowanie 
Murawjewa, by właśnie syna człowieka, który taki wy- 
warł Wipływ na młode pokolenie, śmiercią ukarać. Zdano- 
wicz wyszedł spokojny, inikogo nie skompromitował i u- 
marł odważnie... Biiedny Dormanowski mocno był drę- 
czony, trochę się w odpowiedziach mieszał i niektórym 
zaszkodził, lecz nie było tam nikczemności, on siebie nie 
bronił, początkowo był to człowiek roztrzepany, choć 
zawsze pełen poświęcenia. Zaraz po objęciu Wydziału 
wysłaliśmy go do Kowna, skąd aż do Telsz docierał. 
W Kownie, jak zwykle wszyscy, i on w mojem mieszka- 
niu zatrzymał się, i moiżna sobie wyobrazić, że niebardzo 
miłe zrobiło na mme wrażenie, gdy odbieramy pierwszy 
raport, pisany widocznie na moim stole i na moim pa- 
pierze z cyfrą J. K. G., naturalnie u dołu była pieczątka 
rewolucyjna. Przyznał mi się, że nim otrzymał od nas 
ostrzeżenie, kilka podobnych wysłał. On i Oskierce Alek- 
sandrowi i Witoldowi Giedrojciowi trochę zaszkodziił; lecz 
każdy Wiedział, jakie trudne było jego położenie. Musiał 
tłumaczyć się ze stosunków, o których inni, jak Orzeszko, 
Albin Kohn, Langner, Stejnman, wszystko, co wiedzieli, 
wygadała. 

Po obiedzie otwierają się drzwi więzienia i wbiega 
drobna figurka, prawie dziecko; to nieznajomy mi dotąd 



— 121 — 

Feliks Zienkowicz. On był za granicą, należał do wypra- 
wy Demontowicza i przybył do Wilna na kilka dni przed 
moim aresztem i dotąd go nie spotykałem. Był używany 
do korespondencji, a potem, jako sekretarz Wydziału. 
Uścisnęliśmy się serdecznie, a on mmie mówi, że jeszcze 
dziś znowu go usiilnie dopytywali o znajomość ze mną. 
„Teraz już nie mógłbym z tak czystem sumieniem za- 
przeczać, że cię znam". Był i Sarmata Kułakowski, brat 
Romualda. 

Na tych schodach te dwa tylko były numery, jeden 
żołmierz, gdy więc dobry się zdarzał, pozwalał się wi- 
dzieć, a zupełnie bezpiecznie, bo nim kto wejdzie na scho- 
dy, a zdaleka widać idących korytarzem, to można i kil- 
ka razy przebiec wazką sień, przytem i unteroficer i Ka- 
tajew służący w obu numerach, byli przekupieni... 

Nazajutrz 24- ty, wigilja, a wiedzieliśmy, że będzie 
obfita. Cezarowa Orwidowa, której mąż siedział też u Do- 
minikanów, i żona moja przysłały dlia mnie, a tak. obfi- 
cie, że z dwóch numerów mogliśmy wszyscy jeść i innym 
posyłać. Ogińska z parę butelek węgrzyna przysłała i 
prawdziwie po polsku ze łzą i uśmiechem na grobach i 
przed grobem łamaliśmy się opłatkiem... 

Już nazajutrz, pierwszego dnia, powiedziano, że o 
2-ej rano pójdą moi towarzysze do cytadeli, gdzie im od- 
czytają wyrok. Pierwsza to była tak liczna partja, osą- 
dzona ze sprawy organizacyjnej ; wszyscy mieli ogromne 
zapasy rzeczy, których nie mogli odesłać, a iinini nie wie- 
dzieli, jak będą skazani. Junger i Dembicki wprawdzie 
byli pewni, że zostaną pozbawieni praw, lecz Ihnatowi- 
czowi mówiono, że jedzie tylko do Rosji, wziął więc moje 
niedźwiedzie dla oddania w mieście. Ogromne dwa wozy 
naładowanych rzeczy wywieziono, /i później nigdy już 
więcej zarząd więzienia się tak nie pożywił. Ze znajo- 
mych późniejszych, wysłany F. Konoplański, ten przy- 
wieziony z Ufy, gdy mu, jak mnie, powiedziano kim był, 
rzyznał się i zmieszany wymienił: źe przyjął nominację 



— 122 — 

od Konst. KalinowiSikiego, że z Zyg. Czechowdczem miał 
stosunki, i kogo mianował w powiatach. Postrzegł się 
później i już nikogo więcej nie kompromitował. O skła- 
dzie Wydziału powiedział — że nic nie wie, a co najle- 
piej okazuje słabość jego, ale nie złą wolę, to że, choć był 
zaledwo od lipca, aby zakryć Giedrojcia Mikołaja, nie 
wypierał się, że był wojewódzkim od początku. Jak jego, 
tak Dormanowskiego zeznania, bardzo mi posłużyły, bo 
obaj odrzucali wszelkie ze mną stosunki. Naturalnie, że 
tak samo i inni zacni ludzie robili, zastały więc tylko ze- 
znania Orzeszki, Kuszelewsfciego i Gażyca, jak się póź- 
niej dowiedziałem. Komisji nie mieściło się w głowie, by 
z tylu ludzi sądzonych, kiedy niektórzy skompromitowali 
wielu, nikt ze mną nie miał stosunków, a moje postawie- 
nie kwestji ostatecznie zbiło ich z troipu. Zyg. Czechowicz 
wrócony, jak uprzednio pisałem z policji, wskutek zezna- 
nia Stejnmana osądzony do ciężkich robót, bardzo zac- 
nie i -rozsądnie się tłumaczył. Tak samo wyszli bez za 
rzutu: Witold Giedrojć, osądzony, jako powiatowy. Kon- 
stanty Tukałło z pow. wilejskiego, Obrąpilski z dziś- 
nieńskiego, ten został jeszcze w Wilnie. Tukałło skazany 
do Tomska z pozbawieniem praw, Jungerowie na posiele- 
nie, Sarmata Kułakowski do Omska, F. Zienkowicz do 
robót, razem kilkadziesiąt osób. Orzeszko, Kohn, choć 
nikczemnie wydawali, obaj do robót iść mieli. 

W naszym numerze było dość pusto, zbliżyłem się 
z Zolnerem. Byłto nożownik bardzo zdolny, od Tomasze- 
wicza, i oddany całą duszą sprawie. Opowiedział mi, jak 
się u nich ukrywał Bieńkowski po zamachu, jak robili 
armatki. Wytrwałością i udawaniem głupca przemógł 
Zolneir zawziętość Komisji i został zupełnie uwolniony. 

M(Urawjew zwykle na każde święto wydawał wyrok, 
na ten raz był on dla mnie bardzo bolesny, na Tytusa 
Dalewskiego, którego rozstrzelano przedostatniego dnia r. 
1863. Tytus, po powrocie z M,oskwy, gdzie czynnie dopo- 
magał Hier. Kieniewiczowi, był przy mnie, miałem w nim 



I 



— 123 — 

gorliwego i rozumnego pomocniłka. Przy najgorętszym, 
patryjotyzmie miał on zdrowe pojęcie rzeczy i nietylko, że 
należał do rodziiny mi blizkiej, lecz to był jeden z moich 
prawdziwych ulubieńców; po areszcie i wysłaniu mojem 
był stale przy Kalinowskim. Kiedy aresztowano nikczem- 
nego Kuszelewskiego, ten ofiarował swe usługi komisji 
kowieńskiej do odkrycia wileńskiej organizacji, i komi- 
sja go chwilowo uwolniła. Udał się więc do Mickiewicza 
komisarza i innych d z papierami przybył do Wilna do 
mieszkania Kondratowiczowej. Na pewną godzinę miał 
tam się zjawić Tytus z odpowiedzią. Lecz w Kownie za- 
az spostrzeżono zdradę i wysłano z ostrzeżeniem. Przy- 
ywa p. D. jeszcze w porę, lecz na nieszczęście ostrzeże- 
ia Tytusa podejmuje się znana demonstratoirka ipanna T. 
a uważa za potrzebniejsze iść pierwiej pożegnać wysy- 
nych na Sybir... Potem szuka w mieszkaniu Tytusa, 
apróżno. Ten, nic nie wiedząc, przychodzi do Kondra- 
;owiczowej i wnet otaczają dom, biorą go, znajdują pa- 
iery, które zresztą nie kompromitują innych osób, a Ty- 
us sam miał paszport Parfianowicza i oddawna się u- 
rywał w Wilnie. Kondratowiczowa, kobieta słaba, mówi 
to on jest, a zresztą mojem zdaniem, niepodobna było, 
y w Wilnie utaiło się długo kim był, gdyż cała rodzina 
alewskich dobrze była znana. Przyznaję, że ja sam mo- 
ebym był złowiony przez komisję, bo nie wypierałby^n 
ię, że go znam. Na śmierć poprowadziło Ti^tusa zacho- 
anie koniecznej tajemnicy o osobie Kalinowskiego, o. 
tórego najwięcej im szło i nienawiść Murawjewa do ro- 
ziny Dalewskich. Tytus najzaoniej też postętpował. Ina- 
ej być nie mogło, była to piękna i bohaterska dusza, 
oś w dni dziesięć po jego śmierci aresztowano Kalinow- 
skiego. Gdyby trochę pierwiiej, Tytus by żył. 

Co do odkrycia naszej organizacji, podaję tak, jak 
i opowiadali ludzie pewni, że wraz z aresztem Bień- 
kowskiego te wydawania się zaczęły. On jakoby powie- 
ział, że mu dano pieniądze i wskazał Orzeszkę, ten zaś 



— 124 — 

.ujęty, już pierwszego dnia 11-cie osób wydał. Wówczas 
to dla sprawy organizacyjnej była wyznaczona oddziel- 
na Komisja Dominikańska, pod prezydencją Sobolewskie- 
go. Sprawy powstańcze rozpatrywał jenerał Wiiesielicki. 
Pewna szlachetna emulacja wówczas była między temi 
instytucjami! Zawsze wyższość przyznawano Domini- 
kanom. 

Tak skończył się ten rok egzekucją Tytusa. 



Zbyt pobieżnie skreśliłem wypadki, taki stan dzisiej- 
szy mego zdrowia i usposobienia, że niepodobna nawet 
wspomnieniem przeszłości obudzić trochę więcej życia, 
przelać na papier dla pamięci dzieci i ziomków, wspom- 
nień tego pamiętnego z klęsk roku. Pewno, że jeśli pow- 
stanie, niszcząc pracę całego życia, było najwiiększem 
nieszczęściem, jak dla kraju, tak też dla mnie, to z dru- 
giej strony, zupełnie rozważnie i z poczucia obowiązku 
wziąłem w niem udział. Przyjęcie steru przez nas, ocali- 
ło kraj od wielu klęsk i tysiące ludzi zakryło, bo gdzie 
tylko do organizacji przystąpili ludzie poważni, tam 
mniej było ofiar. Wybór osób był dobry. Od pierwszej 
też chwili, widząc niepodobieństwo zwycięstwa, pisałem 
do Warszawy, by nie poruszać Białorusi i wspomniałem 
nawet, choć do nas to nie należało i o Ukrainie. Mojem 
zdaniem, tam tylko mogło być powstanie, gdzie lud był 
.przychylny lub bierny, gdzie zaś na to nawet nie można 
było liczyć, lepiej było, by szlachecka młodzież szła do 
oddziałów sąsiednich. Rząd nigdyby nie mógł wyprowa- 
dzać wojska i z tych gubernji niby spokojnych, ale nie 
byłoby smutnego widoku wewnętrznej niezgody. Rząd 
Warszawski inaczej rozkazał, stosując się jakoby do 
wskazówek z Paryża, by oznaczyć ruchem wszystkie 
granice dawnej Polski. 

Na dwa województwa białoruskie: Witebskie i Mo- 
hylewskie, stosownie do jego woli, mianowany został na- 



125 



czelnikiem siły zbrojnej Zwierzdowstó-Topór. Niedługo 
tam trwała walka, oddziały rozproszone, Topór musiał 
ucliodzić zagranicę. Wyżej o nim wspomniałem, że nie 
był to człek sympatyczny, wydawał mi się ambitnym, 
trochę może intrygantem, zazdrosnym, lecz wielkiego 
patriotyzmu. Że stanął do walki, nic dziwnego, należał 
do krańcowych, usunąć się, wobec tego co głosił, byłoby 
dla niego nikczemnością. Gdy spełnił swe zadanie, gdy 
wyszedł zagranicę, mógł jak inni już uważać, że swoje 




Ludwik Zwierzdowski („Topór"). 

Człouek Komitetu ruchu, później partyzant. 



Łrobił, lecz gdy wszyscy, raz przeszedłszy za granicę, 

^poczęli na laurach, Topór, nie wierząc zapewne w dobry 

[utek swej wyprawy, przybył znowu, by żyoie oddać 

ofierze, jakoż zginął w Opatowie 

W czasie ruchu mohylewskiego zginął Tad. Czu- 
Jowski, towarzysz z instytutu i uniwersytetu, całą duszą 
iwsze oddany sprawie i jakoby z ręki chłopa... Zmie- 
czarowski pośrednik zwariował, Józ. Wykowski, Sta- 
chowski, nasi towarzysze petersburscy, wysłani. 



— 126 — 

Blizko dwuch miesięcy kraj był mocno poruszony, 
pewna nadzieja wstępowała do serc naszycti. Wogóle, 
marzec iwrzał przygotowaniami, na słowo nasze najza- 
cniejsi ludzie wzięli udział w organizacji. Kwiecień po- 
krył oddziałami Litwę. Maj był miesiącem klęsk i we- 
wnętrznego już niepokoju, skutkiem nietrafności Rządu 
i terroryzmu IVLurawjewa. Czerwiec i lipiec trzeba było 
z całą energją i zaparciem się walczyć z dziecinną chęt- 
ką ruchu, działania na własną rękę i patrzeć na upadek 
sprawy, na spodlenie przez bojaźń naszej szlachty. Ka- 
linowski, Małachowski łudzili się, szczęśliwi, lecz mnie 
męczyła ta zabawka we władze, bez możności zrobienia 
czegokolwiek. Winnym był rząd warszawski, nie umie- 
jący ani uwzględnić przedstawień, ani przeprowadzić e- 
nergicznie swej woli. 

Z mojem zaaresztowaniem zaczęła się tak zwana 
dyktatura, choć bez tej formy, Kalinowskiego; było to 
po prostu działanie spiskowca, nic więcej, a w tem on 
celował: osadził wszystkie województwa ludźmi swymi, 
ludźmi czerwonymi, pospolitego ruszenia nie wywołał, 
ale mianowani przezeń dygnitarze nie mieli jego charak- 
teru, ani jego zacności, i kraj okryli ofiarami swej nak- 
czemności. 

Ze sprawy brudnej Domejki zaczęły się areszty i 
wydawania; iluż pierwiej osądzono ludzi wziętych z par- 
tii, którzy dobrze wiedzieli o wszystkiem, żaden jednak 
dla ocalenia życia nikogo nie skompromitował, Teraz 
działo się inaczej. Kilku z wysłańców z Warszawy i na- 
si też krańcowi dawali Murawjewowi liczny poczet ofiar. 
Orzeszko, Kohn, wezwani przez Małachowskiego, Kono- 
plański, wybrany przez Kalinowskiego, Langner, Stejn- 
man, warszawiacy, to pierwszy zastęp ludzi, z których 
jeden może Konoplański był tylko słaby. Wyszła na jaw 
tak zwana wileńska organizacja, lecz wszędzie jeszcze 
trwały Komisje. Tak się kończył ten rok wysłaniem na 



127 — 



Sybir z Wilna kilkudziesiięciu osób i rozstrzelaniem Ty- 
tusa, ofiary przeważnie wileńskiej, bo któż w tern mieście 
nie znał tej rodziny. 



Zapisuję tu dość ciekawy fakt świadczący, że pew- 
ne przeczucia i tak nazywane przesądy rodowe mają 
jednak pewną podstawę. Od dzieciństwa nie miałem u- 
przedzeń kastowych, lecz bardzo silnie wpojoną wiarę w 
poczciwe lub złe gniazdo. Zapewne od dzieciństwa wie- 
Iziałem i czas utrwalił to przekonanie, że rozumne wy- 
chowanie wpływa na wykształcenie umysłu i charakteru, 
lecz wiele też znaczy sukcesyjność i przykłady otaczają- 
cych nas w dzieciństwie. W czasie powstania w moich 
)rzykrych i trudnych zajęciach potrzebowałem mieć przy 
johie młodego człowieka zdolnego, energicznego, a który 
)osaadałby zupełne moje zaufanie. Wiara więc w jego 
charakter i gotowość poświęcenia powinna była być zu- 
)ełna, bo szło tu o bezpieczeństwo nie moje, ale całego 

Wydziału. Chwilowo był przy mnie Jarosław hr. Kossa- 
kowski, lecz ten zapragnął czynny w walce wziąć udział 

jako adjutant Sierakowskiego, okazał całą szlachetność 
jwego charakteru. Dłużej zatrzymałem Stan. Montwiłła, 
[tory mi bardzo był pożyteczny; lecz gdy i ten pośpie- 
szył na pole walki, wówczas energiczny Małachowski za- 
)roponował mi Orzeszkę, zachwalając jego zdolności. 

Orzeszko był studentem dorpackiego uniwersytetu, 
)rał czynny udział w demonstracji 8 maja 1861 r. i w 
jlizkich był stosunkach z partją ruchu. Nigdy go nie wi- 
Iziałem, ale na samo wymienienie nazwiska „Orzeszki" 
)owiedziałem „nie chcę". Daremnie Małachowski nalegał, 
Iziwiąc się moim przesądom, ale pamięć na Orzeszkę 
skompromitowanego w sprawie Konarskiego i jaikiś nieo- 
)isany wstręt nie dozwolił mi przyjąć tego młodego czło- 

neka. 



— 128 — 

Wkrótce przybył Tyt. Dalewski. Ten wśród tak licz 
nego grona młodizieży, jeszcze się wyróżniał pośwdęce- 
niem i wielką rozwagą i aż do mego zaaresztowania 
mię nie opuszczał. Gdy przybył do Wilna doktór Ułanow- 
ski z witebskiej gub., mówiliśmy z nim o Orzeszce, kole- 
dze jego z Dorpatu; chwalił zdolności, lecz za charakter 
nie ręczył. Otóż gdy Małachowski zmuszony był opuścić 
Wilno, podał mi dwuch kandydatów na naczelnika mia- 
sta Orzeszkę i Zdanowicza, zalecając pierwszego, ja na- 
znaczyłem Zdanowicza. Orzeszko więc ani razu urzę- 
downie mię nie widział; to nas ocaliło, bo gdy wszystko, 
o ćzem wiedział, wyśpiewał, musiał też przyznać, że ani 
mnie, ani żadnego z dawniejszych członków Wydziału, 
nie znał. Przesąd więc, wiara w krew ocaliła nas. 



Trzeba przyznać dla pamiątki, że w pierwszym roku 
trwania komisji, pomimo terroryzmu Murawjewa, współ- 
czucie dla więźniów i opieka nad nimi były -wielkie. Nie 
wahano się, z narażeniem osób i znacznemi datkami, 
wpływać na opinję audytorjatu, trafiać do więzień, aby 
dopomagać w tłumaczeniach, osłodzić los ofdar. Lecz na 
nieszczęście możebne to było tylko do pewnego stopnia, 
mianowicie do więźniów, siedzących we wspólnych nu- 
merach; los pojedynczo uwięzionych był bardzo ciężki, 
a cóż mówić o roku 1864? Oprócz rodzin uwięzionych, 
osobiście zainteresowanych, czuwała nad więźniami or- 
ganizacja, dopóki istniała; czynną była bardzo młoda 
pani Ogińska, zasługuje też na wspomnienie młody Mich. 
Podbereski. Bogaty, wypieszczony paniczyk, od dzie- 
ciństwa lekko traktowany, jeśli jako jedynak i nie mający 
ducha wojowniczego, nie poszedł do partji, to już za mo- 
ich czasów, czynnie się zajmował przygotowywaniem u- 
cieczki dla skompromitowanych, a obecnie z zupełnem 
oddaniem się czuwał nad losem więźniów, nie zastana- 
wiając się nad wydatkami. 



— 129 — 

Charakterystyczną cechą naszych więźniów z ma- 
łym wyjątkiem było, że nie tracili energji, a gdy się ze- 
brali w kółku znajomych, nie brakło nawet i dobrego 
humoru. Zapisuję jeden z podobnych wybryków. 

W czasie mojego pobytu w numerze 21 w liczniej- 
szem towarzystwiie, wypadały imieniny jednego z kole- 
gów. Wieczorem przedziielono łóżkami obszerny pokój i 
gdy pogaszono światła ukaizał się transparent z cyfrą so- 
lenizanta i dwuwierszem: 

„Wolności aiam i tobie zarówno potrzeba 
Wypijże lemonjady z kiełbasą bez chleba". 

A jednocześnie mała figurka (Zienkowicz), przebra- 
na w mundur, stosowany kapelusz i białe inesprimable 
)odała solenizantowi — szklankę wina. Byli to wszystko 
ludziie, którzy po półrocznem, ciężkiem więzieniu mieli 
dni parę opuścdć kraj, iść do kopalni Sybiru... Czem 
fo tłumaczyć? Oto na żadnym z nich nie ciążył zarzut 
skomipromitowania towarzyszów, i ten spokój wewnętrz- 
ly pokrzepiała wiara w przyszłość narodu i wobec bu- 
^y, która wszystko niszczyła, nie traciliśmy nadziei, że 
opatrzność nie opuści nas na zawsze. 



„B P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 



ROZDZIAŁ X. 

POD ŚLEDZTWEM. 

Rok 1864. 

W odosobnionej celi. — Komisja Wiesielickiego. — Aresz- 
towanie Kalinowskiego. — Półtrzecia miiesiąca w cyta- 
deli. — Nastrój religijny. — Zapusty w więzieniu — Ukoń- 
czenie (pozorne) śledztwa. — W szpitalu więziennym. — 
Egzekucja Kalinowskiego. — Sąd. — Obciążające zezna- 
nia (Kuszelewskiego, Orzeszki, Gaży ca i Zabłockiego). — 
Wykrycie i osądzenie organizacji mińskiej. — Sprawa or- 
ganizacji kowieńskiej. — U Franciszkanów. — Zwrot w spra- 
wie. — Ponownie u Dominikanów. Zeznania Oskara Awej- 
dy d Antoniego Jeleńskiego. — Widzenie się z Jeleńskim. — 
Walka wewnętrzna. — Szczegóły decydujące i sprawa ka- 
zańska Hieronima Kieniewicza. — Przyznanie saę Giey- 
sztora. — Wrażenie zeznania Gieysztora. Zeznanie Miko- 
łaja Giedrojcia. — Śmierć synka i jego pogrzeb. — Odwie- 
dziny gen. Raczą i memorjał dla niego. — Zdanie o nie- 
którycli ludziach ii wypadkach. — Medard Kończą. — Fer- 
dynand Mirski. — Koniec roku. 

Rok ten zacząłem w Wiięzieniu śród kilku mało zna- 
jomych towarzyszów. W dni kilka dozorca przeprowa- 
dził mię do innego numeru. Nie wiedziałem, że już był 
rozkaz trzymania mię oddzielnie, lecz dano mi dzięki 
Szełgunowowii najlepszy numer i towarzysza jakiegoś, 
prawie dzieciaka przygnębionego. Ten po dwuch dniach 
trochę się pokrzepił na duchu, lecz go uwolniono i na 
moje utrapienie, posadzono ze mną muzyka Michałowskie- 



— 131 — 

go. Więcej pustego człowdeka trudno spotkać, a tak był 
uprzykrzonym, że musiałem nieraz udawać śpiącego, by 
się uwolnić od rozmowy, zresztą lUie był to zły człowiek 
i dobry po swojemu patryjota. Wysłano go do Tomska, 
umarł biedak na wygnaniu. 

Tu z okien też widziałem wyprowadzonego na egze- 
kucję Czekanowskiego żołnierza, było to w wigilję 
Trzech Króli. Na każde śwdęto były ofiary... 

Podoficer zawsze był bardizo usłużny. Widywał się 
z żoną moją, nosił kartki, a Katajew robił, co mu kazano. 
Otóż ten mówi mi, że jest jakiś tu pisarz wojskowy, któ- 
ry z Kowna jeszcze ma jakieś obowiązki wdzięczności 
dla mnie i ten mię ostrzega, bym nie znał jakiegoś pana, 
ale Katajew nie pamiętał naz-wdsika, pnzytem, że mię we- 
zwą do Komisji w cytadeli. 

Jakoż 16 (28) stycznia, w dzień urodzin mego Sta- 
cha, kazano mi się ubrać, i powiedział dozorca, że jadę 
do cytadeli; rzeczy nie zabierałem z sobą. Gdym wy- 
szedł na dziedziniec, przeszedł mimo mnie jakiś pisarz 
wojskowy i szepnął: „Pan nie znasz Kalinowskiego". 

W cytadeli po raz pierwszy zobaczyłem jenerała 
Wiesieliokiego, był to człowiek dość podżyły, bez ręki, 
gwałtowny, unoszący się i mówią, że dość niegrzecz.ny. 
Później dowiedziałem się, że Komisja Sobolewsikiego je- 
dnogłośnie powzięła to przekonanie, że ja najmniejszego 
udziału w organizacji nie brałem, lecz jestem człowiekiem 
-niepoprawnym, opinji do pewnego stopnia szkodliwych, 
jednak przeciw^ny też powstaniu, a zeznania niektórych 
przeciwko moie łacno zbijają się i moimi słowy i ogól- 
nem świadectwem innych obwinionych; że mojem na- 
zwiskiem inni: Kalinowsiki, M'ałachowski, przykrywali 
siebie, Komisja więc wniosła, by mię napowrót do Ufy 
odesłać. Lecz Murawjew jakoby ich złajał, kazał, bym 
ciągle oddzielnie był trzymany, i, co nigdy się nie zdarza, 
polecił, by nowe śledztwo przeprowadził Wiesielioki. W 
tym zaś czasie zaszło ważne bardzo dla nich zaareszto- 



132 



wanie Konst. Kalinowskiego. Ten człowiek bohaterskiej 
odwaga, chociaż wiedział, że go pilnie szukają, nie my- 
ślał uciekać, sam jeden wszystko robił i nawet na każdej 
egzekucji, jak zwykle, był obecny, stojąc przed bramą 
więzienia, gdy wyprowadzono na stracenie. Nie myliłem, 
się więc, gdy raz sądziłem, że go widzę. Po areszcie Tyt. 
Dalewskiego i znalezieniu przy nim paszportu na imię 
Pariianowicza, wkrótce potem w Mińsku ten wskutek 
innych aresztowań został przytrzymany. 

Był to młody człowiek z petersburskiego uniwersy- 
tetu, należący też do organizacji i przez Kalinowskiego 
wysłany do Mińska i Mohylewa. Może ze wszystkich 

uwięzionych i spodlonych była 

to -najnędzniejsza osobistość. On to oświadczył sdę z go- 
towością wykrycia mieszkania Kalinowskiego i tego do- 
konał. Nadto wypytywał współwięźłiiów i, co się dowie- 
dział, powtarzał Komisji. Między innymi posadzono go z 
Milewiczem. Ten był w Grodnie przy Kalinowskim, i 
Konstanty bardzo go cenił. Potem sprowadził go do 
Wilna, i jeszcze przy mnie już był czynnym; po moim 
areszcie był prawą ręką Koiustantego. Aresztowany w 
Grodnie, tu siedział i dotąd dobrze się sprawował, Par- 
iianowicza zinał, wiedział, że jest w organizacji. Otóż te- 
go Parfianowicza dają mu za towarzysza, a ten mówi 
mu, że ma być wypuszczony, bo tylko ujęto go wskutek 
paszportu, danego Tyt. Dalewskiemu, prosi o rozkazy, 
co dalej robić, co powiedzieć i komu. Milewicz, nic dziw- 
nego, że znając go dawniej, wskazuje mu różne osoby, 
jak Kalinowskiego Józ., d-ra Mackiewicza, JV\(Orykoiniego 
i innych. Nazajutrz po wyprowadzeniu Parfianowicza 
Komisja wzywa Milewicza i mówi mu wszystko, co on 
Parfianowiczowi odkrył, i ten mu w oczy to powtarza. 
Milewicz zamiast wypierać się, przyznaje się, i dziesiątki 
nowych ofiar przybywają. 

' Otóż K. Kalinowski był już aresztowany 
- " Wdesielicki bardzo mię grzecznie powitał, i zaraz za- 
częła się szczera rozmowa, a potem zapytania, które się 



— 133 — 

skończyły ostatniem: — „A więc czy pan brałeś jaki- 
bądź udział?" ma co inaturalnie, była odpowiedź że nie. 
Konst. Kalinowskiego znajomości wyparłem się, byłem 
pewny, że d on to zrobi, jakoż tak się stało. Wiesielicki 
powiedział, że nie może mię napowrót odesłać, bo musi 
przeprowadzić śledztwo, ii odprowadzono mię do cyta- 
deli. 

U Dominikanów więziono w celach. Są to pokoiki 
szczupłe, lecz czyste, okna wysokie, choć i zamalowane 
u dołu, wychodzą na dziedziniec, sięgają nawet na ogród, 
będący przy aptece. U Domiimikanów przy dobrej woli 

Iz miastem można skomunikować się. Tu- co innego, 
iemno, wilgoć, drzwi zaryglowane, okie^nka podłużne, 
tojąc nawet na stole, widać dziedziniec, na nim tylko 
lasem ktoś spaceruje, przechadza się dozorca więzienny 
lub mieszkająca u niego pani Pietkiewiczowa. Ndkoldin bo- 
wiem (tak zwano dozorcę) imiał romans z tą pandą, która 
u niego mieszkała. Nieszczęśliwa ta istota już nawet nde- 
łoda, bo syn jej był junkrem w woisku, miała widocz- 
nie dobre serce. Nikt może tyle dobroci tej nie doświad- 
czył, ile ja. Panna Kolendówna, której brata nauczyciela, 
zmarłego już, dawiniej znałem dobrze, pomdmo wstrętu, 
jaki wszyscy dla Pietkdewiczowej mieli, zobaczyła się 
z nią i powiedziała o mnde. Pietkiewiczowa zajęła się 
jnoim losem najgorliwiej, a że wszystko mogła u Nikoli- 
^^pia, ten też dla mnie wyjątkowo był uczynny. Rzeczy mi 
odesłano od Dominikanów, zabrano tylko ołówek, choć 
Michałowski dobrze go był schował. Tak napewno mó- 
wię, bo nazajutrz przybył Mowsza, niby chcąc mię o- 
rzyc, mówił długo i, wychodząc, wcisnął mi w rękę 
fówek i papier. Na kartce było: „bądź pan spokojny, 
yślą o nim". Charakter był nieznajomy, ale ołówek 
ój! obok ćwiarteczka papderu. Zaraz też się zjawił Ni- 
lin zapewniając, że mi będzie dobrze, a głównie inte- 
SJiiąc się obiadem. Ja ogólnie w więzieniu prawie nic 
e jadłem, a żyłem herbatą i sucharkami. Nie zwróci- 
łem nawet uwagi, że mój obiad z dwuch potraw bj/i bar- 



— 134 — 

dzo pizyzwoity; dopiero po wyjściu dowiedziałem się, 
że to od Pietkiewiczowej. Tak ją zobowiązało to, że pocz- 
ciwa panna Ludwika Kolendówna nawet czasem do niej 

przychodziła, iż wszystkoby zrobiła dla mnie 

Nazajutrz znów była kartka, 

lecz już przez podoficera i podpisana przez Pietkiewi- 
czową. 

Od czasu do czasu miałem wiadomości z miasta od 
Maryni Wyrzykowskiej, do której też pisywałem, natu- 
ralnie, że i ona ostrożnie, a ja tem oględniej, bo wiedzia- 
łem, że pani P. czyta. Jednakże donosiła mi o każdym 
areszcie, ja zwykle odpowdadałem, że tego aresztowane- 
go nie znam, tak od niej i o Kalinowskim Komst. dowie- 
działem saę, bo że był aresztowanym, będąc u Domini- 
kanów, jeszcze nie wiedziałem. 

Franciszek Dalewski był osądzony do robót, choć 
mu niczego nie dowiedziono, zawsze uważali go, jako 
członka Wydziału, lecz wówczas najmniejszego na to nie 
było dowodu. Gdyby się ktokolwiek znający go znalazł, 
niechybnie byłby na śmierć skazany. 

Tak w cytadeli przeszło półtrzecia miesiąca, może 
najważniejsza w mojem życiu epoka. Był to czas jakiegoś 
ascetycznego uniesienia, książkę do nabożeństwa miałem, 
lecz zwykle tylko zaczynałem się modlić klęcząc, i po- 
woli książka leżała na stronie, a ja całe godziny klęcza- 
łem płacząc, lub w jakimś zachwycie modląc się czasem 
słowy, najczęściej myślą. Byłem pewny swej rychłej 
śmierci i tej pragnąłem — wyrzucałem sobie, że jeszcze 
mi żal ziemi, moich drogich. Co do ojczyzny byłem zaw- 
sze o jej przyszłość spokojny, lecz dzieci... Nie postrze- 
gałem, jak dni mijały, nie znałem nigdy nudy. Gdy roz- 
legały się u wrót krzyki: „w Kommissju" — żandarm i 
żołnierze przychodzili kogoś wzywać do komisji, po ku- 
rytarzu rozlegały się echa ciężkiego stąpania, rygle od- 
suwano, szedłem spokojnie do komisji. Idąc nigdy nie 
myślałem, co będę odpowiadał. Zawsze odmawiałem m>o- 



I 



— 135 — 

dlitwę: „Krzyż mojem szczęściem". Później u Domini- 
kanów, gdy na to nie byJo czasu, to tylko wezwanie do 
Matki Najświętszej i ze spokojem sumienia szedłem, lub 
odpowiadałem ufny słowu Zbawiciela „nie troszczcie się, 
cobyście mówili'', a wracałem ze spokojem sumienia, 
dziękczynną odmówiwszy modlitwę, bom wierzył, że 
łaska Pana, a nie moja siła mię broni! Nie tak też często 
mię wzywano, parę razy na tydzień. Zawsze sam Wie- 
sielicki tylko mię egzaiminował. Mówiliśmy, a potem ja 
pisałem. Może takie postępowanie trzeba przypisać temu, 
że tu byliśmy na cztery oczy, ale nawet nie miałem 
przeciw sobie podobnych zarzutów, jak u Dominikanów 
o narodowości. Owszem Wiesielicki był zawsze bardzo 
wyrozumiały. Raz tylko gdy mię zapytał: „A co pan 
robiłeś dla krzewienia polskiej literatury?" ja rnu mó- 
wię: „nic". On się rzucił i niegrzecznie się wyraził, że 
to nieszlachetnie wypierać się rzeczy, która nawet za- 
szczyt przynosi. Wziąłem pióro i napisałem, że na py- 
tanie jenerała: „co zrobił pan dla literatury?" odpowia- 
dam, że aby coś zrobić dla literatury narodu, trzeba być 
albo utalentowanym pisarzem, albo też możnym obywa- 
telem, by łożyć na nakłady, na nieszczęście i jedno i dru- 
gie od Boga mi nie jest dane. Zagaidał: „A szkółki?" — 
,Przepraszam — odparłem — to oświata ludu, nie lite- 
ratura". I nie wyparłem się, co zresztą dobrze wiadomo, 
[że wszędzie rozszerzałem myśl o potrzebie szkółek i u 
[siebie szkółkę miałem, w której dziieci uczono przede- 
jwsizystkiem po litewsku. „Po litewsku?" mówi jenerał. — 
[„Tak panie", — odparłem — „mojem zdaniem, lud powi- 
nien pierwsze początki odbierać w tym języku, którym 
[mówi, czy to po polsku, czy po rusińsku, czy litewsku; 
^łowiiek, kochający swoją narodowość — zawsze usza- 
mje i inną. Zresztą zostawiać to trzeba dobrej woli, lecz 
jnigdy nie zmuszać". To jedyne było przez cały czas po- 
Ibytu w cytadeli podniesienie głosu. Raz Wiesielicki po- 
iWiiedział mi: „Pan Kupfer ma do pana interes", a sam 



--- 136 — 

wyszedł; Kupfer ^) przywitał mnie grzecznie i zapewnił, 
że mój interes lepiej stoi, jak ja mogę sądzić „bądź pan 
spokojnym; co do mnie ja muszę pana zapytać o stosu- 
nek z panną Wandą Kupściówną, której sprawę prowa- 
dzę". Powiedziałem, że znałem ją w Kownie; tu witałem 
się, lecz nawet nie byłem w mieszkaniu jej matki, cho- 
ciaż mieszkaliśmy w jednym domu (Zawadzkiego). — 
„A to bardzo dobrze, właśnie to samo mówiła i p. 
Kupściówną i jej służba." Raz jeszcze życząc mi, aby 
mój interes dobrze się skończył, pożegnał. 

Tak przechodziły tygodnie, a zdrowie moje w wil- 
goci, a może skutkiem dobrowolnego umartwiania się, 
modlitwy i stanu podniesionego ducha, bardzo ucierpia- 
ło. Lekarz Astmus, ogromna figura, jak słoń, ale i z do- 
brocią tego izwiierzęcia i zacnością nieopisaną, kazał mi 
komiecznie codzień spacerować, choćby nikt tego dnia 
nie mógł chodzić; pomimo śniegu, mrozu, ja codzień pół 
godziny spacerowałem, zmuszony do tego, bo sam nie 
chciałem. Nęciła mię tylko nadzieja zobaczenia p. Ko- 
lendówny, która w tę godzinę zawsze przychodziła do 
Pietkiewiczowej i siedziała u furtki otwartej, ale nic nie 
mówiąc. Dla więźnia i widok zdaleka osoby znajomej 
już jest miły. Żona moja, od czasu jak wyjechała po 
Bożem Narodzeniu, jeszcze nie mogła wrócić; robiono 
jej ciągle trudności z paszportem. Lecz na same zapu- 
sty, chociaż rano otrzymałem jeden kosz z wiktuałami, 
pod wieczór odbieram drugi, a Nikolin tak był grzeczny, 
że pozwolił mi i wiem na pewno, że to zrobił, przesłać do 
innych numerów. Minie się zaś bardzo zdała butelka czer- 
wonego wina, pijąc codzień lampeozkę, trochę pokrzepi- 
łem siły. Pomimo pewności śmierci i żądzy nawet nieo- 
pisanej końca, czułem, że źle postępuję, nie jedząc, i jak 
małe dziecko zmuszałem siebie do jedzenia bulionu czy 
zupy łyżkami na pamiątkę drogich osób, i tak czasem ja- 



1) Patrz niżej o Kupferze. 



J 



— 137 — 

dłem kilkanaście, prawie ze wstrętem, a czasem ze Izami, 
wspominając blizkie osoby, które nie wiedziały, że takim 
sposobem je wspominam. U Dominikanów siedząc z Dem- 
bickini, nauczyłem się stukać. Tu w cytadeli trochę to 
było potrzebnem. Obok mnie siedział Sokołowski z No- 
wo-Aleksandrowskiego, którego ks. Skorupski przysłał 
do mnie, lecz już po mojem uwięzieniu. List przyjął O- 
rzeszko i o tern mówił w Komisji. Minie pytano o Soko- 
łowskiego, ja znajomości się zaparłem, bo nie znałem go 
istotnie; Sokołowskiego zaś straszono śmiercią. Otóż 
gdym zastukał, on odpowiiada, że go jutro prowadzą do 
Dominikanów ii zaraz powieszą. Odpowiadam, że to 
głupstwo, niech nie wierzy. On znów stuka swoje jere- 
miady, ja zagniewany w końcu nie odpowiadam. Naza- 
jutrz słyszę chodzenie, wskakuję na stołek, patrzę w 
okna, to Sokołowski wychodzi w samej rzeczy i mnie to 
zastraszyło, biedny człowiek! Przychodzi podoficer zu- 
pełnie mnie oddany, pytam go; mówi: „Poszedł do szpi- 
tala z polecenia lekarza". Czwartego marca wezwał mir 
Wiesieliioki po raz ostatni powiedział, że już skończy* 
śledztwo i nie ma żadnych dowodów mej winy. „Lecz 
ja — mówi dalej — jestem człowiekiem uczciwym i co 
piszę, muszę panu odczytać". Otóż twierdził on w swo- 
jem sprawozdaniu, że chociaż dowodów mego udziału 
niema, z moim charakterem i przekonaniami nie może 
być, bym udziału nie brał, a jaki — niewiadomo. Bardzo 
przytem pochlebną dawał o moim charakterze opinię, po- 
kazał mi też Nazimowa notatkę, w której ten jakoby 
mówi, że w razie przyjęcia przez obywatela udziału w 
powstaniu, to ja z Oskierką i Jeleńskim, najprzód się 
przyłączymy. „Ja mogę pana tylko szamować. Winy 
panów są tylko winami wobec państwa i ze względu na 
dzisiejszą chwilę, przeszłość, wychowanie, innymi nie 
pozwalają wam być; na waszem miejscu każdy uczciwy 
człowiek takby postępował. To obłęd straszny, lecz ko- 
nieczny. Dziś ja was sądzę, może przyjdzie chwila, że 



■ 



— 138 — 

pan sądzić będziesz, to nie przeszkadza, byśmy się sza- 
nowali" i uścisnął mię za rękę. „Pana czeka" — dodał — 
„los smutny, nie będę go łudził, choć niema dowodów, 
będziesz osądzonym, tembardziej, że i ja jestem przeko- 
nany, iż pan musiałeś być czynnym. Z pańskiem sercem, 
rozumem i sumieniem, inaczej być nie mogło. Oto i O- 
skiierka Al. człek zacny, jedzie do robót. Szkoda go. Ja 
człowiek żelazny, a jednakże gdy spojrzę, ile to ofiar" — 
pokazał mi kartkę dla mnie przygotowaną, na której było 
kilka tysięcy... „a każdy ma rodzinę, ileż to tysięcy lu- 
dzi nieszczęśliwych! Nie, panie, kto wywołał to powsta- 
nie, odpowiie przed sądem historii. Nie mówię tego do 
paha, choć i pan winien. No, lecz dość, żegnam pana, 
nie jako prezes Komisji, ale jak człowiek, życząc mu 
zdrowia i wytrwałości". Te mniej więcej były jego sło- 
wa; przyznaję się, widok robót, wygnania siliniej podzia- 
łał na wyobraźnię, ,niż śmierć, do tej już myśl przywy- 
kła. Lecz żyć zdała od kraju, od swoich... smutny, zmę- 
czony wróciłem. ,^Dokądiże pan pójdziesz?" — pyta Ni- 
kolin, gdy dowiedział się, że sprawa skończona — „Nie 
wiem". Nazajutrz otrzymał od Wiesielickiiego papier, 
że do Dominikanów; bardzo był zakłopotany, bo to zły 
znak, a Wilno i tak już drżało przed nową pewną egze- 
kucją. Jadących mas z Nikolinem do Dominikanów spot- 
kali na uhcy Konst. Skirmunt d Wład. Mineyko, i pomi- 
mo ogólnego wówczas przerażenia, tak jednak zaintere- 
sowali się, że pośpieszyli za nami, aby wiedzieć, dokąd 
jedziemy. „Do Dominikanów"... Rozeszło się to zaraz po 
mieście i poszła pogłoska, że ma być moja egzekucja. 

Trzeba wiedzieć, że w cytadeli zająłem numer po 
Dormanowskim, który właśnie z tego numeru przewie- 
zionym został do Dominikanów na moje miejsce i naza- 
jutrz stracony. Na łóżku były wyrżnięte te dwa wiersze: 

„Gdy tu nie mamy, szukajmy w niebie 
Szczęścia dla kraju — spokoju dla siebie". 



— 139 — 

U Domiinikanów spotkał nas dozorca znajomy już, 
lecz coś szepnął Niikolinowii i widać było, że jest bardzo 
zajęty. Chodził po razy kilka do Komisji, a my czekali- 
śmy. Nareszcie wrócił z odpowiedzią, że Szełgunow mnie 
nie przyjmuje, że ja nic nie mam z organizacją wspólne- 
go, że mogą mme wieźć, gdzie s,ię podoba. Nikolin wi- 
doczne ucieszył się tą odpowiedzią i pytał mię, czy nie 
cłicę do Franoiszkanów, lecz ja wolałem wrócić do cy- 
tadeli. Później tego żałowałem, bo wówczas mogłem jesz- 




Ks. Wacław Hundius. 



jze zobaczyć Oskierkę, którego w kilka dni potem wy- 
aeźli właśnie od Franciszkanów. Nikolin pytał, czy nie 

^łicę jakiego towarzysza i kogo. Odpowiadam, że nie 
dem, kto jest ze znajomych, i że wolę być sam. „A pew- 

lo" — odrzekł! — jakbym panu dał kogoś, a ten mo- 

feby mu nie odpowiadał; zresztą jak pan jeden jesteś, 
możesz być swobodniejszym". (Tu się domyślałem, 
on wie o pewnych ulgach robionych przez Pietkiewi- 

bową). Potem radził, bym przechodził do szpitala. 

^Jakkolwiek radbym panu ulżyć, zawsze najlepiej w 
spitalu". A przytem i on znajdował, żem bardzo zmie- 

liony. D-r Astmus też po kilka razy proponował mi 

Jrzeniesienie do szpitala. Lecz we mnie zawsze była i 



— 140 — 

jest niechęć do zmiany. Wolę pewne zło cierpieć, niż się 
awanturować. Zresztą do samotności przywyl5:łem. Lecz 
Astmus serjo zalecał mi przeniesienie się i kurację, bo w 
samej rzeczy przejść przez pokój mie mogłem nie męcząc 
się. Raz już widziałem z okna żonę i siostrę cioteczną 
Leokadję, które od bramy przeszły do drzwi mieszka- 
nia; wiodącego do NikoLina i napowrót, nie zachodząc do 
Pietkiewiczowej. Idąc stawały na środku dziedzińca, roz- 
mawiając z p. Pietkiewiczową i Kolendówną, a ja z o- 
kienka patrzałem. Nikolina nie było, żołnierze zaś nie 
śmieli p. Pietkiewiczowej robić uwagi. Kiedy mię odwo- 
ził podoficer do szpitala, żona moja przez syna Pietkie- 
wiczowej już była zawiadomioną a czekała na ulicy Za- 
walnej, siedząc na dorożce, ja jechałem na drugiej obok 
aż do szpitala, mogliśmy więc choć zdaleka rozmawiać. 
Tu dodać muszę, że tyle było poczucia delikatności u 
Pietkiewiczowej, iż nawet nie miała za złe mej żonie 
i siostrze, że do niej nie zaszły, o co nawet i nie prosiła, 
i za swą grzeczność i usługi żadnego wynagrodzenia 
nie brała. Na obiady dawano podobno, lecz tu korzy- 
stał podoficer. 

Przybyłem do szpitala nazajutrz po egzekucji Kali- 
nowskiego, w marcu. Gdym jeździł z Nikolinem do Do- 
minikanów, właśnie Komisja była zajęta jego sprawą. 
Była to ostatnia kara śmierci w Wilnie. Kalinowski po- 
wiedział: „teraz możecie być spokojni, gdy mnie wziię- 
liście, będzie już w Wilnie spokojnie", nie wiedział, że 
on sam zamknie szereg ofiar w Wilnie, lecz tylko w Wil- 
nie. Ciekawe byłyby i jego odpowiedzi w Komisji, gdy- 
by wiedzieć, o ile prawdziwe pogłoski krążące o tem, co 
mówił. Miał się odezwać, że umrze spokojny, bo lud ma 
ziemię, a połowę szlachty zniszczono. Komisja żartowała, 
że występował, jako dyktator Litwy, to pewna, że ani 
sprawie, ani żadnej osobie nie zaszkodził. Nie wypierał 
się działania, lecz w niczem nikogo nie skompromitował. 



— 141 — 

Piękina to postać, choć na nieszczęście, wpływem obcym 
skrzywiona. 

W szpitalu powitało. mię grono dobrycli znajomj^ch: 
Ant. Jeleński, Sew. Romer, syn Miichała, ks. Hundius, 
Onufry Węcławowicz, Konst. Żyliński, Konr. Ozyż, 
Miecz. Siesicki, ten ostatni siedział i w Poniewieżu i w 
Kownie, był skazany na śmierć, teraz wyraźnie już wy- 




Onufry Węcławowicz. 



ifok miał być złagodzonym. On po Kordzikowskim zo- 
Jtał naczelnikiem powiatu poniewiieskiego i ze zwykłą 
^obie energją, oddawał siię robocie. Jeleński serdecznie 
mię powitał, obok siebie uLokował. On prawie nie był py- 
tanym, a na niego, oprócz zeznań Korzona, żadnych nie 
było poszlak. Opowiedziałem mu swoją sprawę i dowie- 
działem się, że Oskierka już jest skazany i wysłany do 



■ 



— 142 — 

robót. Tu też przybył Milewicz i opowiedziiał mi swe 
przejście, pytając o zdanie; radziłem, by odwołał. „Ależ 
to pewna śmierć!" Na to nic nie miałem do dodaiiia, wza- 
jemnie zapytywałem, co mówił o mnie, zmieszał siię: 
„Nic". W samej izeczy nic nie pisał. Był też Adolf Mikul- 
ski z nowogródzkiego, d-r Br. Maokaewicz dobrze zna- 
jomy i kochany człowiek, d-r Piotr Czekotowski, z któ- 
rym przyjemnie było znów się spotkać. On mię witał, 
jak z grobu wracającego, bo się już zdawało, że niebez- 
pieczeństwo minęło. Był tu zostawiony z powodu choro- 
by Obrąpalski, jeszcze dwuch, jak mówiono, dogorywują- 
cych suchotników: Donat i Paweł Chodynicki. W kilka 
dni już rad byłem, żem się znalazł tu, wśród dobrych 
znajomych. Jeleński miewał widzenie się z rodziną, a 
zresztą całe dnie mógł widzieć swój dom i ogród, a w 
nim swoich. Jego położenie było bardizo dobre, lecz się 
niepokoił, wyrzekał, mówiąc, że woli jakibądź wyrok. 
Miejscowy starszy lekarz FoweHn bardzo mię niechętnie 
powlitał. On był nadwornym lekarzem Murawjewa, ale 
najlepszego serca człowiek, bardzo przyjazny Jeleńskie- 
mu i Romerowi. Wiedział, jak silnie jestem obwiniony, 
sądził tedy, że mój stosunek z tymi panami ich kom- 
promituje. Starał się więc mnie jak najprędzej ze szpitala 
wyprawić, później przeniosłem się do innej saLi, gdzie był 
ordynatorem Stakman, też zacny bardzo. Ogólnie, wszy- 
scy trzej lekarze mieli najlepszą opinję i zasługiwali na 
nią. Stakman był dobrze z policmajstrem Saranczowem i 
raz dopytywał mię, czy moja żona ma jakie zapewnienie 
i czy nie można co zrobić. 

Tak przebywaliśmy wielki post, ja widzeń nie mia- 
łem. Siedział kilka dni i Mich. Osfcierka, lecz w oddziel- 
nym numerze. Michał Oskierka był w szpitalu, dosyłać 
mu, co było potrzeba, potrafiliśmy, lecz widzieć się nie 
było możności. Był to człowiek rzadkiego charakteru d 
poświęcenia, jedna z piękniejszych postaci. Gorącego ser- 
ca, patryjotyzmu niezrównanego, żadnym interesem pry- 



143 — 



watnym się nie kierując, przytem .zdrowo patrzący na 
rzeczy. Pozyskaj nawet ogólny szacunek w Komisji, o 
nim mówili z uwiielhieniem, ani cienia podejrzenia nie rzu- 
cił na nikogo, siebie nie ochraniał, a zawsze odpowiadał 
z godnością, naikazującą szanować go. On i Józef Kali- 
nowski największe odbierali pochwały, tego ostatniego 
uważali w Komisji jak ascetę, a w części jakby mistyka, 
pragnącego nawrócić nawet Murawjewa, i modlącego się 
za wszystkich. Jednaikże sami iprzyznawali, że jego wiara 




D-r K. Fowelin. 



^poświęcenie, zaparaie się siebie kazały szanować im to, 
^Tzego sami nawet nie pojmowali. Zdanowiczowi przyzna- 
ali zacność, lecz i szorstkość. Kalinowskego Konst. u- 
ażali za człowieka zaślepiającego -się prawie do nieprzy- 
mności i zarozumiałego. 

Po moim powrocie z Ufy był stracony w Kownie 

Mackiewicz; postać to legendowa. Naturalnie, że po- 

imo wielkich nalegań, nic nie wyjawił, jednakże taka 



— 144 — 

była zawziętość na niego, że w Komis jacli wygadywano 
o liim niestworzone rzeczy. Po egzekucji Kalinowskiego 
w Wiilnie, rozstrzelano jeszcze komiisarza kowieńskiego: 
Jul. Mickiewicza w Kownie. Śmierć jego członkowie wi- 
leńskiej komisji przypisywali wprost osobistej niechęci 
Komisji miejscowej, wywołanej często sarkastycznem i 
ostrem postępowaniem Mickiewicza. Członkowie kowień- 
skiej komisji podobno sami prosili o tę egzekucję. 



W wielkim tygodniu przywołano mię do sądu. Prezy- 
dujący odczytał pismo Murawjewa, które brzmiało, że: 
„obywatel gub. kowieńskiej, b. członek zarządu włościań- 
skiego Jakób Gieysztor, oddaje się pod sąd, jako prezes 
Wydziału". Takie postawienie sprawy, mocno mię zadzi- 
wiło po tern, co mi powiedział jen. Wiesielicki. Naprzód 
odpowiedziałem na- zapytanie prezydującego, że nie mam 
nic przeciw osobom, składającym sąd, a potem zażąda- 
łem dowodów, na podstawie których mię tak obwiniono. 
Po chwilowej rozmowie wzięto całą moją sprawę i z niej 
z kolei odczytano mi zeznania: 

Pierwsze: obywatel kow. gub. Józ. Kuszelewski 
świadczy, że Gieysztora osobiście mie zna, słyszał o nim 
jako o człowieku bardzo czynnym i ambitnym. Gdy 
świadczący był w Kownie na zjeździe u Gieysztora w 
styczniu 1863 r., słyszał gorącą przemowę tegoż, zachę- 
cającą szlachtę do jak najrychlejszego 'kończenia sprawy 
włościańskiej, bo w niej tylko leży przyszłość, i że bez 
ukończenia tej sprawy wszelkie usiłowania powstania 
tylko zgubę przyniosą. Przytem dodał Kuszelewski wiele 
innych rzeczy, np., że wie napewno, iż Gieysztor do or- 
ganizacji kowieńskiej nie należał, co zaś do wileńskiej 
o tem napewno mówić nie może, ale że ogólnie o tern 
mówiono. Po odczytaniu tego pierwszego zeznania, zwró- 
ciłem uwagę sądu, że to żart z komisji, bo p. Kuszelewski 
na początku twierdzi, że mnie nie zna, co i ja też mówię. 



— 145 — 

a później cytuje moje słowa, więc kiedy mme nie zna, 
jakże mógł słowa moje słyszeć? Sędziowie spojrzeli 
tylko na siebie. 

k Drugie było zeznanie naczelnika poMcM, Orzeszki. 
" Ten pisze, że Wydział składał się z członków, o któ- 
rych on wiie: Gieysztora, prezesa Wydziału, Oskierki 
Aleks., Jeleńskiego Ant., Dalewskiego Franc. i Du Lau- 
ren!s'a komisarza. Gieysztora on osohiśoie nie zna i 
wprost z mim nie miał stosunków.' Dalej, gdy go Komisja 
Szełgunowa ponownie spytała, jak to być może, by mnie 
nie spotykał, zajmując sam tak ważne stanowisko, odpi- 
suje, że Gieysztor tak był ostrożny, że oprócz kilku osób, 
mianowicie członków Wydziału, z niikim nie miał żadne- 
go stosunku, tenże Orzeszko wie napewno, że Gieysztor 
był prezesem. To zeznanie cechuje charakter człowieka! 
Powiedziałem wprost sędziom, że, gdybym był ^prezesem, 
to napewno nie trzymałbym 24 godzin takiego niedołęgi, 
jako naczelnika policji, któryby nawet mnie nie widział! 
Przytem dodałem: „jednakże dziwna rzecz, jaż Duchem 
Ś-tym nie mogłem działać, a oprócz Orzeszki, tyluż in- 
nych szczerze zeznających i bez skrupułu wykazujących 
spólników nic o mnie nie wiedzą". Nikczemność Orzeszki 
więcej mi dobrego zrobiła, niż ookolwiekbądź ; zdanie 

, człowieka tak szczerze wszystko i wszystkich kompro- 
mitującego, żem oprócz Wydziału nikogo nie znał, 

I było moim prawdziwym później ratunkiem! 

• Trzecie zeznanie komisarza lidzkiego powiatu, Ga- 
ca. Ten pisze tak, a dosłownie to pamiętam: „Giey- 
sztora osobiście nie znam, lecz Małachowski mówił mi 
o nim, jako o jedynym z obywateli, całą duszą oddanym 
sprawie narodu i jako o swoim naczelniku". Trudno na- 
wet domyślić się, co wywołało takie zeznanie ze strony 
młodego, szlachetnego chłopca? 
■ Nakoniec czwarte zeznanie złożył E. Zabłocki. Ten 
nRwiedział: „gdym był w Wilnie przed Wielkanocą z po- 
lecenia Kalinowskiego Konst, wówczas komisarza w 
.,B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 10 



— 146 — 

Grodnie, między linnymi wskazał on mii Gieysztora, jako 
członka Wydziału, dla porozumienia się. Gieysztor mie- 
szkał w domu Zawadzkiego; raz więc udałem się do mie- 
go. Było to coś w południe, otworzyłem drzwi, lecz zo- 
baczyłem tam zebranycli 'kilka osób cofnąłem isię, nic z 
Gieysztorem nie mówiąc". 

Po odczytaniu tych czterech zeznań, powiedziałem 
sędziom, że potwierdzają one tylko to, com powiedział 
już pierwszych dni po przyjeździe z Ufy, iż mnie ludzie, 
stojący u steru, wszystkim wskazywali, jako należącego 
do organizacji, aby okaizać, że i obywatele udział w niej 
biorą. Kuszelewski nic bowiem o organizacji nie wie. Ci 
trzej zaś powtarzają słyszane od Małachowskiego i Ka- 
linowskiego słowa, a nikt z seciny osób, wojewódzkich 
komisarzy, naczelników policji, mnie nie zna. Ja dziwię 
się, że tylko czterech a nie czterdziestu przynajmniej po- 
wtórzyło te pogłoski. 

Jeden z członków sądu, o kuli, a z dość miłą twarzą 
odezwał się: ,yPan masz zupełną słuszność, to wszystko 
nie dowody; lecz pan wiesz, jakie to czasy". — „Tak pa- 
nie! ale to już rzeoz sumienia panów, a nie moja, jak o 
tem sądzić". Potem już nic nie miałem do dodania. Na- 
zajutrz przyszedł audytor i powiedział mi, że sprawa 
moja pójdzie dobrze. Trzeba wiedzieć, że Kuszelewskie- 
go, Gażyca i Orzeszki, nie znałem, nie było już ich w 
Wilnie, lecz gdyby i byli, żadne oczne stawki nie 
byłyby niebezpieczne. Z tego powodu widać nie podda- 
wano mnie tym stawkom. Kuszelewski, jak się dowie- 
działem, był rzeczywiście na zjeździe z Siesickim, który 
mi go przedstawiał, lecz w tłumie z półtorasta osób trud- 
no mi go było zapamiętać. Jed,nego tylko Zabłockiego 
dobrze znałem, ale zobaczyłem z jego zeznania, że ten 
nikczemnik, o ile może, winę na innych zwala, a sam 
chce się okazać tylko narzędziem Sołtana i Kalinowskie- 
go, więc w interesie własnego bezpieczeństwa wypiera 
się ze mną stosunków. 



— 147 — 

Wiadomość o sądzie ogromnie poruszyła dobrych 
znajomych moich w szpitalu, a także i interesujących się 
mym losem w Wilnie. Oskarżenie było najsilniejsze, jakie 
może uczyniono od początku powstania, a egzekucja Ka- 
linoiwskiego zbyt była świeża. Fowelin walczył między 
sympatią dla człowieka w takiem niebezpieczeństwie, a o- 
bawą o dawniejszych znajomych. Lecz gdy poznał szcze- 
góły sprawy, coraiz bardziej do mnie się przywiązywał. 
Odwiedzał nas gubernator Paniutin z Saranczowem, gdy 
do mnie się zbliżyli, coś Saranczow szeptał tak, że Pa- 



I 




Stefan Paniutin 

gubernator wileński- 



niutin ukłonił się grzecznie, a razem smutnie głową poki- 
wał. Nędzniejszej osobistości Wilno nie miało, jednakże 
przez Saranczowa był bardzo dobrze dla mnie usposobio- 
ny, bo gdy mię wywożono, on taki zwykle niegrzeczny, 
bardzo uprzejmie mię przywitał na placu w więzieniu. 

Murawjew na Wielkanoc jeździł do Petersburga, ro- 
jono, że nie wróci, a więc system się zmieni, inaczej się 
stało. Może jednak ta nadzieja i na sąd wpłynęła. . . . 
• Sąd polo- 



— 148 — 

wy uznał, że, jakkolwiek oskarżenia są ciężkie i są po- 
dejrzenia, inie może jednak przyznać winy d z tego po- 
wodu skazał mię na mieszkanie do Tomska bez pozba- 
wienia praw. Tymczasem w szpitalu dobrze nam było, 
prawie wszyscy miewali widzenie się, ja jeden byłem 
pozbawiony i tej pociechy. Zacny Fowelin raz tylko ka- 
zał żandarmom za sobą przynieść Witoldka, choć pół 
godzinki go miałem. Dziecię było niespokojne, ale się do 
mnie garnęło. 



Mińską orgamzację wykryto i osądzono. Prezesem 
komisji był pułkownik Łosiew, późniejszy prezes komisji 
u Dominikanów. Przez mogących się widywać mogliśmy 
wiedzieć o szczegółach. Tam po ucieczce Pelikszy za gra- 
nicę, gdy swoim zwyczajem porządniejsd ludzie usuwali 
się, wojewódzkim zamianował Kalinowski Łapickiego 
Hektora. Ten, gdy go aresztowano, skompromitował wo- 
jewództwo. Okazał się więcej jednak zarozumiałym głup- 
cem, niiż nikczemnym. Dziwna rzecz, że i młody Jamont 
wielu pokompromitował. Turczyński, Moszczyński także 
się zbrudzili; inni z tej organizacjii, wyszli, jak na zac- 
nych ludzi przystało. Powiatowi Ad. Wańkowicz, Boi. 
Oskierka, Jan Świda, Jerzy Mogilnicki, Bonifacy Krup- 
ski (towarzysz uniwersytecki, wiielkiej prawości czło- 
wiek) d-r F. Nowicki, skazani na Sybir. Mogilnicki,. 
Wańkowicz na 'posielenie, inni do robót. Takiegoż losu 
doznał ii zacny towarzysz uniwersytetu Boi. Świda. On 
był pomocnikiem wojewódzkiego na trzy powiaty i dzię- 
ki jemu W. Orda, H. Kieniewicz, H. Oskierka, Al. Skir- 
munt, powiatowi, ocaleli. Dwuch Świętorzeckich, Rodryg 
i ApoHnary, młody Nap. Obuchowicz i bardzo wielu ze 
znajomych szło na Sybir. Z kolegów uniwersytetu Hen. 
Wołłowicz i Hen. Oskierka, pośrednicy, jakiś czas sie- 
dzieli w więzieniu, ale uwolnieni. Wogóle dzięki Bogu, 
Łapicki niewiele wiedział, co się działo w innych powia- 



— 149 — 

tach, i tylko miński głównie ucierpiał. Mińskim też mia- 
stowym był Piotr Czekotowski, lecz on się do tego nie 
przyznał. Skazany na posjelenie. 

Raz, udało mi się mieć wiidzenie, a to iz powodu że 
Bułyczew, który tern się zajmował, wyjeżdżając już z 
Wilna, dał je bez woli Murawjewa (jak się potem dowie- 
działem). Kilka godzin więc byłem z rodziną i ostatni 
raz mego Wiaia oglądałem. W czasie widzenia się pod- 
szedł pod okno M. Podbereski i oznajmił, że audytorjat 
zatwierdził wyrok sądu polowego. Wedle więc prawa, 
najgorsze, co mię mogło spotkać, jeśli Murawjew podwyż- 
szy o 2 stopnie, posielenie (zaludnienie). Wlielu ze szpita- 
la ubywało, innych znów przysyłali, i tu przyszła mnie 
myśl, wywołana odczytaniem pism Kraszewskiego, by po 
dziesięciu latach, jeśli kto z nas żyć będzie, zebrać się 
w Wilnie 3 (15) maja. Projekt przyjęto, spacerując na 
dziedzińcu szpitalnym, i dwunastu nas ręce sobie podało: 
Ks. Wac. Hundjus, Ant. Jeleński, Miicji. Obrąpalski, 
Miecz. Siesicki, On. Węcławowicz, d-r Piotr Czekotow- 
ski, brat jego Otton, d-r Mackiewicz, Zyg. Polrtowski, 
Adolf Mikulski, Mich. Weyssenhoff i ja. Było tam więcej 
ludzi zacnych w szpitalu, lecz niie chcieliśmy ziwiększać 
koła. Żyliński, Czyż już odjechali, także stary Klott. 
^m. Tu muszę powtórzyć znaną wielu ludziom na Litwie 
Anegdotę, świadczącą i o pewnej dobrej stronie charak- 
teru Murawjewa. Po r. 1831, gdy był w Mińsku i Grodnie, 
między innymi przybywa do Dzisny, kaział się zebrać 
obywatelom; zjawił się i stary Kloitt. Murawjew napadł 
na niego, jako na buntownika, m i a t i e ż n i k a, bo ma- 
jąc pięciu synów, wszystkich oddał do ipowstania. Stary 
odparł obojętnie: „Nie pięciu mam ale szeiściu synów". — 
„A cóż z szóstym, czy to ulubieniec, czemu został w do- 
mu?" — „Bo był wówczas niebezpiecznie chory!" — od- 
powiada Klott. — „Siadaj, zacny starcze" — miał powie- 
dzieć Murawjew i najgrzeczniej się z nim obchodził. 
Sew. Romer tak postępował w szpitalu, że nietylko 



— 150 — 

go wezwać do poufnej rozmowy nie można było, lecz ja 
mu m'e podawałem ręki, a zaledwo zdołaliśmy parę ra- 
zy powstrzymać młodzież, by go nie obiła. Bluzgał o- 
brzydliwe połajankii na sprawę narodową, a najwięcej 
dostawało się nam obu z Jeleńskim, których najwyraź- 
niej wymieniał, jako naczelników powstania. To tem gor- 
sze, że sam po kilka razy mówił, iż śród nas są szpiedzy, 
a mając niienawiść do ks. Hundjusa, głównie się na mnie 
pogniewał, żem nie chciał z tym kapłamem zrywać. 

W szpitalu — muszę dodać — główną rolę odegry- 
wał nie doz-orca, lecz starszy podofiicer, rzadkiej zacno- 
ści . człowiek. Do niektórych z nas szczerze się przywią- 
zał, a nie szło to za datkiem, owszem, były przykłady, 
że sam chciał pomagać, prawda i pięksną sumkę zebrał. 
Jeleński np. płaoił po 3 ruble za każde widzenie się, o- 
prócz innych prezentów. Lecz on też codzień chodził do 
rodziny, aby przynosić wiadomości i kartki, gdy mu za 
każdym razem p. Jeleńska chciała dawać rubla, powie- 
dział, że przestanie odwiedzać. „Ja i tak marp dość od 
was". Lubił bardzo słodycze, pomarańcze, ale i dzieci 
tem częstował. 

Na dole mieszkała Kondratowiczowa, osądzona na 
Sybir, lecz z powodu jakoby nieprzytomności umyślą 
zostawiona w Wilnie. Ona robiła kwiaty, i to tak pięknie, 
że podobnych nigdy nie widziałem. Wiedząc, ie nad in- 
ne przenoszę goździki, przysłała mi najśiiczniejszy koszyk 
pełen sztucznych goździków, ale tak łudzących, iż każ- 
dyby wziął za naturalne. Przez ks. Hundjusa, mającego 
widzenie się, chciałem kosz odesłać do miasta, lecz do- 
zorca go zabrał. Poczciwy Iwan bardzo mi miał za złe, 
że mu nie poleciłem odniesienia, ale tak dręczył dozorcę, 
iż ten mi koszyk oddał. 



Jeszcze w szpitalu dowiedziałem się o stanie sprawy 
w Kownie. Chodząc pod oknem więzienia dolnego kobiet, 
pytam p. W. Kupśoiówny, co słychać w Kowanie? — „Źle, 



i 



— 151 — 

wydają". — „Kto?" — „Wojewódzki d miastowy". — 
„Fałsz, to być nie może". — „Najpewniej". — „Któż to 
oni?" — „Dzierzkowsiki i Oieryc". Słysząc wymówione 
dwa nazwiska sobie obce, pytam, czy to nazwiska przy- 
brane. — „Nie, to ich własne". Tak się to kompletowały 
organizacje! Po wysłaniu zacnego Chmielewskiego, poje- 
chał Michał Berkman do Kowna dla urządzenia a cizaso- 
wo to się załatwiło, lecz potem Kaliinowskd maznaczyl 
Dzierzkowskiego i Gieryca. Prezes Chmielewski został 
wrócony z Troicka, wskutek siilnego podejrzenia. W obo- 
zie znaleziono jego własnoręczny mandacik, jako woje- 
wódzkiego. Sprawdzono charakter ręki i jego własny se- 
kretarz Butkiewicz, dla którego zbytnia przychylność i 
tak była szkodliwą Chmielewskiemu, izdecydował, że to 
była ręka prezesa. Chmielewski się zapierał i naturalnie 
mówił, że siam ntie biorąc udziału, o niczem niie wiedział. 
Komisarzem z kolei został Miotóewicz, człowiek prawy. 
Dzierzkowskii ponaznaczał nowych powiatowych, w Kow- 
nie był Hundjus, w Rosieniach Chlewińskd, w Pondewieżu 
Siesicki i w Wiłkomierzu Ingielewicz. L. Oadon uciekł 
za granicę. Gdy zaczęły się areszty z wdny Kuszelewskie- 
go, Dzierzkowskd nietylko że sam ipowydawał, ale jeszcze 
wskazywał, jaką drogą skłonić do zeznań Gieryca. Był 

(o człek dobry, ale słaby i trochę nałogowy. 
Oprócz tego wydawał jakiś Harasimowicz i Kra- 
mer. Dzierzkowski nie oszczędziłby i dawnej organizacji, 
> której dobrze wdedział, lecz tu wyratowała przytom- 
lość umysłu i krok stanowczy Stanisława Pusłowskiego. 
apisał on do Dzierzkowskiego, że jeśli cokolwiek jeszcze 
owie o czasach dawniejszych przed objęciem wojewódiz- 
a, to choć on (Pusłowski), jako były komisarz, zginie, 
cz i Dzierzkowski pójdzie na szubienicę. Szło tu o spra- 
ę ibiańską: powieszono tam kdilku burłaków (staro- 
ierców). Dzierzkowskd przerażony zamilkł i przed ko- 
isją oświadczył, że mu dawni są nieznana. Wiadoma 
zecz, jak Murawjew za powieszenie przez powstań- 



— 152 — 

ców kilku ludzi, bawiących saę do^nosami, ukarał ca- 
łą osadę szlachecką. Wysłany z oddziałem wojska z 
K»wna książę Jaszwiil otoczył tak zwaną na Litwie „oko- 
licę" Ibiany, a była to jedna z bogatsizych szlacheckich 
osad. Ludność cała wyszła, rzadko kto co z sobą uniósł 
i wówczas to na dany sygnał, z Miku stron podpalono 
Wieś. Biedni mieszkańcy musieli patrzeć na płonące do- 
my, drzewa; potem zaorano to miejsce, a szlachtę z 
dziatwą, wysłano do gubernji samarskiej. W drodze dzie- 
ci marły, niejedno bez pogrzebu zostało porzucone. I ta- 
kich wypadków na dziiesiątki się liczy. 

Kowieńska cała organizacja dawniejsza ocalała i po- 
mimo to, że w żadnej gubernji obywatelstwo czynniej się 
nie przyłożyło do powstania, tu najmniej było konfiskat. 
Zdaje mi się, że to powinno byłoby dziś otworzyć oczy 
krzykaczom i przekonać, jaka to korzyść dla kraju, 
gdy stali na czele tajemnej organizacji ludzie tacy, jak 
Chmielewski W-da i że Wydział składał się z ludzi nie 
rwących się do władzy, lecz pragnących ocalić kogo 
można z obywateli. 



Miurawjew od czasu do czasu przysyłał różnych 
swych zauszników, by ze szpitala wyprawiać. Długo się 
nam udawało, lecz wreszcie po rewizji przez d-ra Byko- 
wa, część nas musiała ustąpić. Wysłano nas do Francisz- 
kanów, Węcławowicz, Mackiewicz, Weyssenhoff i ja ra- 
zem zostaliśmy pomieszczeni w jed-nej celi. Br. Mackie- 
wicza zaraz wysłano, potem byli ks. Lidejko zacny ka- 
płan z trockiego, Apolinary Tański, jakiś czas Jan Sido- 
rowicz, Sulistrowski Józ. i Zen. Berliński. Weyssenhoffa, 
Berlińskiego, Sidorowicza uwolniono zupełnie. Tański, 
Lidejko, Sulistrowski zesłani. U Franciszkanów było 
nam dobrze, dozorca człek przyzwodty, a przytem mia- 
łem tę pociechę, widzieć przez okienko, że i zacna Tekla 
Syruoiówna przyjechała do Wilna, sądząc, iż mię rych- 
ło już wyślą, a chcąc się ze mną pożegnać. 



— 153 — 

Tymczasem żona moja wyjechała na wieś, gdy jej 
policmajster przyrzekł, że mię do powrotu tu jej zatrzy- 
ma, a znowu zbierała się już ostateczna straszna burza. 
Skutkiem :iwięzienia of. Miładowskiego zaczęły się w No- 
wogródzkiem liczne kompromitacje. Dowiedziałem się, 
że Ant. Jeleński ze szpitala weziwany do Dominikanów. 
Nas wyprawiono ostatnich dni czerwca, a jego 
wezwano pierwszych dni lipca. Ositatnich dni sierpnia 
chodziłem po ogrodzie Francdszkanów, gdym zobaczył w 
oknie u dozorcy policmajstra Saranczowa, który jakby 
chciał się ze mną przywitać. Zbliżyłem się. „Jak się pan 
a, żona pańska wyjechała, przyrzekłem jej, że pana nie 
ślę przed jej powrotem i zdaje się, że pan tak rychło 
ie pojedzie. Ale pan znałeś Kaszyca?" — i nie czekając 
dpowiedzd dodał: „Nie, to pana nie obchodzi, żegnam", 
uż mówiono w mieście, że aresztowany Mikołaj Giedrojć 
ię miesza. Powyższe słowa Saranczowa zaniepokoiły 
ię. Jakoż nazajutrz wchodzi młody, sympatyczny nasz 
zorca i mówi: „Panie Gieysztor, i pana wzywają do 
ominikainów!" Znów przywędrowałem do Dominika- 
Ów, do tego samego numeru, w którym byłem po przy- 
iezieniu z Ufy i skąd poszli na śmierć Dormanowski i 
alinowski (z tych, o których wiem). Za chwilę wbiegł 
:-r Fowelin, mocno wzruszony, i tylko kilka słów wy- 
ekł: „Niech ci Bóg daje siły; nawet ja jakiś czas nie 
dę mógł ciebie widzieć". Uścisnął i wybiegł. Unterofi- 
cer tenże sam, ale jakże zmieniony, nic mi nie odpowia- 
dał, tylko wzdychał, uważałem więc za właściwe zanie- 
chać wszelkiej rozmowy. 

I Tego dnia nikt się nie zjawił. Jak później się dowie- 
ziałem, ta noc była stanowczą dla Jeleńskiego. Widać 
IŻ przewidując, że się waha i mnie sprowadzono. Trzeba 
siedzieć, że ja od Franciszkanów odesłałem mioją książ- 
c do nabożeństwa z wykłutemi nazwiskami kolegów, 
rosząc by mi żona inną przysłała, tymczasem mię przc- 
iesiono, i zostałem bez książki do nabożeństwa. Byłem 



i 



154 



pewny, że ją w komisji zatrzymali. Nazajutrz przyszedł 
jakiś młody, nieanajomy człowiiek, a ponieważ słyszałem, 
że najbystrzejszy z inkwizytorów jest Jiugan, wziąłem 
go za tego pana, lecz okazało się, że był to Gogiel. Zja- 
wili się potem Jugan, Spejer, ten ostatni na krótko, i jego 
ledwo ikilka razy miałem w swojelm więzieniu. Naprzód 
zażądałem książki. Klęli się, że nie mają, dawali słowo, 
i ja tu im wyłożyłem swoją teorję, że klątwy i słowa 
daremne, że ja niczemu lUie wierzę ii zapowiadam, że sam 
do tego środka uciekać się .niie będę. „Panów rzecz, aby 
mię obwiniać a n(ie przebierać w środkach, ja zaś zanad- 
to cenię moje słowa, bym się do tego uciekał, lecz mówię, 
że inim książki do nabożeństwa mieć nie będę, to na nic 
bez wyjątku odpowiadać, ani rozmawiać naiwet nie my- 
ślę". Przyniesiono zaraz jaMś „Złoty ołtarzyk". Ten mi 
służył kilka miesięcy. 

Mówili mi ci panowie, że podziwiają mój charakter, 
umiejętne dawaoie odpowiedzi i obronę pełną godności; 
lecz teraz już na to niie pora, bo wszystko wiadome. I 
wyjęli papier. — „Oto zeznania członka Rządu War- 
szawsikiego, który tu był i panu zapewne znajomy, 
Schmidt czyli Awejde. On tu w Wilnie nic nie mówił, 
zostawił tylko rodzaj pamiętnika, lecz z Warszawy na- 
pisał, co następuje: Wydział składał się z pięciu człon- 
ków: Gieysztora, Dalewskiego, Jeleńskiego, Oskierki ' 
Małachowskiego i t. d. Widzisz pan, że wszystko 
wiemy". 

Zdziwiła mię głupota Komisji, lecz mi się wydawało, 
że mnie chcą wziąć na tak grubą sztukę. Nietrafnie do- 
brali piąte nazwisko. Wiedziałem, że Awejde, gdyby już 
wydawał, to napisałby prawdę, a Małachowski nic nie 
miał wspólnego z iMerwszym kompletem. Zaśmiałem sie 
i mówię: „A więc sądźcie! ja od dawna jestem gotów, 
bo wiem, że panom idzie tylko o pozory". Pomówili pa- 
rę godzin, więcej żartując, i wyszli. Była to zabawka, jak 
kota z myszką, a gdy im się to udało z Ant. Jeleńskim, 



155 



sądzili, że może i tu znajdą łatwowiernego, przy tern 
mieli czas. 

Na trzeci już dziień po mojem przybyciu zjawili się 
znów Jugan z Oogielem i tu była moja już prawdziwa 
boleść i straszne osłupienie. Samo pierwsze .pytanie już 
mi kazało przeczuwać ntiesziczęście. „Pan znasz Jeleń- 
skiego?" — „Znam, i dobrze". — „Jaki to człowiek?" — 
„Uczcdwy, serdeczny". — „A z panem jak on był?" — 
„W najlepszych stosunkacli". — „Zasługuje więc na wia- 
rę?" — „Tak sądzę". — „A zna pan charakter jego rę- 
ki?" — „Znam". Tu pokazano mi pdsmo, o którem wąt- 
pić nie mogłem, że jest Antoniego. „Czytajmy" — " rze- 
cze Oogiel i zwolna wygłasza wstęp: że on był przeciw- 
ny powstaniu, jak i wszyscy jego przyjaciele, że w po- 
czątku sądziił, iż to się na niczem skończy, że jeździł do 
Warszawy, lecz gdy potem uwierzył w interwencję, u- 
ważał za konieczne przystąpić, jak i jego koledzy; tu 
wymienia nas. Nie mogło być wątpliwości, że zeznanie 
jest Jeleńskiego, tembardziej, że wykazywało, kto z nas 
czem się zajmował; to już jedno, jasno świadczyło, kto 
pisał, zresztą i cały styl był jego. Mówił dalej Jeleński, 
że w gruncie nigdy nie sympatyzował z powstaniem; na 
dowód czego .przytacza, że mając synów dorosłych, nie 
lozwolił im się udać do obozu. .Kończył, przypominając 
iługłe więzienie, swój żal szczery i prosi o ułaskawienie, 
)odając się za człowieka chwilowo obłąkanego. Natural- 
ne, że mnie nie czytano nic o osobach, .które wymienił, 
)prócz nas z Wydziału. 

Przyznaję, boleść moja była wielka. Antoniego zna- 
im jako człowieka dość słabej głowy, lecz wiielkiej pra- 
wości. Nie pojmowałem, co mogło go skłonić do wymie- 
lienia mnie, gdy w szpitalu będąc, wiedział dobrze, jak 
ię ja tłumaczyłem. 

„Cóż pan na to powiesz?" — zapytali. — „Co? że 
nieprawda". — „Ale na miiłość Boga, nie gub pan sie- 
bie. Wsza,kże od pierwszej chwili nde oszczędzałeś pan 



— 156 — 

siebie, a tylko szło panu o innych; teraz niema już .niko- 
go, komuby zeznanie pana szkodziło, a zapieranie się 
wobec tak wyraźnych dowodów zgubi ^ana!" — „Moi 
panowie, tu nie idzie o zapieranie się, ale ja .powtarzam, 
że pan Jeleński napisał nieprawdę". — „Cóż go powodo- 
wało?" — „Ja tylko jedno widzę, Jeleński siedzi więcej 
Toku, już w szpitalu widziałem go znerwowanego, zdrę- 
czonego, więc się z nim to stało, co z jego braitem Janem 
w komisji Konarskiego. On pisze jak niepr.zytomny, bo 
myśli, by raz już jakkolwiek skończyć". 

Zerwali się obaj, udając gniew, że z nich żartuję. Ja 
najgrzeczniej przepraszam za to, dodając: „Gdy pano- 
wie pytacie, ja muszę odpowiadać, jak mi się wydaje". 
Opisywać tych kilku dni szczegółowo niepodobna — nie 
można odtworzyć w pamięci i wyobraźni tych tortur, ja- 
kich się doświadcza, widząc, że człek, którego się ceniło, 
upada, i codzień po kilkanaście godzin naprzemia,n słu- 
chać to prośby to groźby, tych różnych sposobów pod- 
chwycenia za słówko. Nie, kto sam przez to nie przecho- 
dził, ten tego nie pojmie. To pewna, że Dominiikańskie 
więzienie tem było gorsze od innych, że zas/iadała tam 
komisja. Nie było zamków, a tylko kruczek ze strony 
korytarza. W każdej godzinie od 8-ej rano do 2-ej w 
nocy mógł się zjawić członek Komisji z grzecznym uś- 
miechem i słówkiem: „Czy nie przeszkadzam?" siąść 
obok na 'krześle czy na łóżku, jeśli już leżysz ii parę go- 
dzin cię męczyć. Ody się sam znuży, wychodzi, a za 
kwadrans na zmianę zjawia się inny. Tylko od 2-ej w 
nocy do 8-ej rano, nigdy nie pokazywali się, lecz człek 
tak był znerwowany, że na lada szelesit, choćby mysz 
przebiegła, już się zrywał z pościeli... 

W parę dni przynoszą mi list od Antoniego; ten 
biedny człowiek tak był przez nich odurzony, że pisze 
przez Oogiela, niby poufną kartkę w te słowa: „Jakóbie, 
daruj, przypieczętowałem ciebie, przyznałem się wskutek 
zeznań Kaszyca d Oiedrojcia — nie widziałem innego 



— 157 — 

wyjścia i ciebie wskazałem. Nikogo już niema. Wszyscy 
wykryci, osądzeni: jeśli się przyznasz, żyć będziesz. 
Pamiętaj, że mam kilku synów, Twej śmierci, mojej hań- 
by nie przeżyję!" Nie mam tej kartki, ale pamięć moja 
dobrze mi ją co do słowa przechowała. Dodawał, że był 
zmuszonym zeznainiami Kaszyca i Oiedrojcia: tak to 
brzmiało, że mógł i Mżikołaj coś mówić! Mlikołaj, o które- 
go ja więcej byłem pewny, niż o siebie. 




i 



Aleksander Potapow 

gen.-gubern. wileński 
(w r. 1864 — pomocnik gen.-gubernatora). 

List ten więcej mnie poruszył, niż samo zeznanie. Mó- 
ię do tych panów: „Powiedźcie panowie, co ja mam do 
stracenia? Panom .idzie o to, aby była wina, przekonanie 
macie, karzcie ; — przyznając się do tego, czegom nie ro- 
bił, tylko przeciągnę sprawę, a to się prędzej skończy, 
nie będę patrzał na spodlenie moich najbliższych, Oie- 
drojć, kolega lat dziecinnych i uniwersyteckich!" Tu Ju- 
gan przerwał: „Niie, to fałsz — Oiedrojć o panu nic nie 
wspominał". Potem, jakby się spostrzegając, powiedział 



— 158 — 

terem i poglądem na świat, daiś lepiej nie żyć". Ciągle 
mię napastowano, bym się zgodzit widzieć z Jeleńskim, 
ja odpowiadałem, że mają prawo Jeleńskiego stawiać mi 
jako świadka, lecz ja dobrowolnie na to się nie zgadzam, 
bo go żałuję. 

W aiągu tych toilkunastu dni zjawił się w mej celi 
jeszcze Potapow, pytał, kiedy mię przywieziono, ale nic 
o przyznaniu się, and o sprawie nie mówił. Następnego 
dnia odegrano komedję. Wiedziałem o zwyczaju wysy- 
pywania jedlinką celi sądzonego na śmierć. W takim ra- 
zie nie przynoszą herbaty, sypią jedlinką, a potem się 
zjawia ksiądz. Ja byłem już pod sądem... Dekretu audy- 
torjatu, sobie przedstawionego, wiem, że Murawjew nie 
podpisał i powiedział „czekać". Teraz wobec dowodów 
pewnych i uporu, może i podpisał. Dość, że coś o godzi- 
nie 6-ej wchodzi służący, a był to mruk, nie mówiący ani 
słowa i posypał pokój jedliiniką. Niema wątpliwości, dziś 
egzekucja — mija godzina, po niej druga, a potem wno- 
szą samowarek. Tego dnia nikt u mnie nie był, nic mi ża- 
den z członków komisji o tern tego dnia i potem nie 
wspominał i ja też mie uważałem za właściwe mówić, a 
dobrze już potem uśmiechali się, powtarzając: „A cóż 
próbować trzeba". Tymczasem z lewej strony miałem to- 
warzysza, pukałem: nie mam odpowiedzi, to mię zasta- 
nowiło. Raz żołnierz, stojący na straży, wydał mi się 
poczciwym, coś dobrego patrzało mu z twarzy, skiną- 
łem; on przysłuchuje się, pytam: „Obok czy jeden sie- 
dzi?" — „Jeden". — „Zapytaj kto?" — Proszony żoł- 
i;ierz lidzie i po chwili mówi: „Czerniak". — „Powiedz, 
że Gieysztor". — Żołnierz powtórzył: „Nie znam", od- 
chodzi i mówi: „I on nie zna" rozmowa skończona. Ale 
jaki niepokój! 

Czerniak był jednym z głównych pomocników Hier. 
Kieniewicza, gdy wrócił z Kazania, do mnie się udał. Ja 
już go zaprowadziłem do Aleks. Oskierki, który go wy- 
słał w trockie. Czerniak wiedział o mnie, ale głównie 



I 



— 159 — 

wiedział, że d sprawa kaz^ańska mme nie obca. Tu szło 
już nie o życie moje, lub katorgę Jeleńskiego, lecz i o 
żyde tych, którzy już byli osądzeni, bo to nowa i sto- 
kroć drażliwsza sprawa. Jaka obawa (przejmowała mnie 
i o Czerniaka i o Jeleńskiego. 

Nie dość na tem: przez te dni w ciągłych rozmo- 
wach z Juganem i Gogielem, którzy, naturalnie, byli 
pewni mego udziału, zobaczyłem, że sprawa bardzo 
się może pogorsizyć. Raz Jugan mi móM: „Czy pan są- 
dzisz, że my nie wiemy, kto był piiątym człontaiem, Du 
Laurens był tylko komdsarzem, Łopaciński zaś piątym 




Mikołaj Jugan 

Członek Komisji śledczej. 

członkiem, a Wagner sekretarzem". — „Czy tak było?" 
pytam. — „Nie pora żartować, to (pewna, tak jak to, że 
ja jestem u pana". Zaśmiałem się, ale mnie to niepokoiło. 
)Owiedzdeli mi, że Kaszyc zeznał, iż był u Wagnera 
czasie sesji w dzień Bożego Ciała i nas tam wszyst- 
kich widział. „Ale Kaszyc to tylko mówił, a my nie śpi- 
ewaliśmy, bo dość już ofiar. Murawjew ó nich nie wie, 
Uech więc zostaną! Lecz pan musisz się przyznać, my 



— 160 — 

za pana, jak już i ,inne komisje, drugii rok pokoju nie 
mamy. Łaje nas, że nie umiemy wziąć się do rzeczy. 
Czy pan sądzisz, że i w tamtych komisjach o panu 
nie było więcej gawęd? a Milewicz i dnni? Alle to były 
wszystko gawędy, każdy opowiadał, że słyszał to od te- 
go, to od innego, a więc komisje nie pisały. Panaby to 
nie zmuszało do zeznania, a nam biedy przybyłoby. Te- 
raz co innego: pan się musisz przyznać!" Jugan sam, 
który zresztą ze ' mną zawsze uczciwie postępował, po- 
wiedział: „Wszak p. Jeleńsłki z panem był lepiej niż z 
kimbądź, jednak się przyznał i wydał pana, to cała na- 
sza podstawa. Nam idzie o to, by pana przekonać. Jeśli, 
gdy to nie pomoże, użyją innego środka, pociągną in- 
nych, ofiar przybędziie, i pan może być powodem nowych 
aresztowań: Łopaoińskiego, Wagnera i innych, bo za ko- 
góż pan możesz ręczyć?" Przytem ,z gawędy Jugana 
(choć, naturalnie, nie był i on otwartym) mogłem wno- 
sić, że on podejrzewa mnie o stosunek z Czerniakiem. 
Pytał mię o Czerniaka, ja powiedziałem, że go nie znam, 
lecz, co dziwna, zaraz go wyniesiono do innego mumeru. 
Przewłoka dla mnie była straszna, wolałbym egze- 
kucję, bo codzienne indagacje i niepokój o tyle osób 
dręczyły. Zdaje mi się, .że 11-go września otwierają się 
drzwi, wchodzi Gogiel, a za nim Jeleński, zmieniony, po- 
ruszony, zapłakany; sądzę, że i ja musiałem w tej chwili 
strasznie wyglądać. Jeleński rzuca mi stię do rąk ze sło- 
wami: „Jakóbie, daruj!" — „Ale, mój Antoni, ja się nie 
gniewam, żałuję ciebie". — „Przyznaj się". — „Lecz do 
czego?" Gogiel staje we drzwiach, zakrywając okienko i 
mówi: „Nie traćcie czasu, wiadomo że Gieysztor dlatego 
się nie przyznaje, iż nie wie coś pan powiedział. Mów 
pan, p. Jeleński". — „Lecz ja nie chcę słuchać, nie po- 
trzebuję zwierzeń". Jeleńsk/i znów się rzuca, gwałtem 
chwyta mię za rękę i czuję w ręku dość gruby zwitek 
papieru. Naturalnie musiałem go przycisnąć. Gogiel mó- 
wi: „W Wilnie był Giedrojć". Ja ztnów przerywam: 



— 161 — 

„Proszę nic nie mówić" i pewniejszym już tonem mó- 
wię: „Panie Gogiel, żadnych zwierzeń nie potrzebuję. Mó- 
wiłem, że nie 'należałem, i to powtarzam; lecz pan do- 
brze wiesz, że w razjie gdybym coś wiedział, to me po- 
trzebowałbym cudzych wskazówek, bo ja mówię, oo chcę 
i mówię tylko prawdę. Zresztą proszę panów zostawić 
mnie w spokoju". Jeleński jeszcze raz chciał mi rękę uca- 
łować, lecz ja go na progu uścisnąłem serdecznie, bo żal 
mi go było. Mojem też zresztą zdaniem, tylko ja jeden 
na świecie miałem prawo go uścisnąć, bo, jakkolwiek to 
była sprawa narodowa, lecz zarazem i ja byłem ofiarą, 
przytem nigdy, jak i dziś, nie uważałem go za nikczem- 
nego, a wówczas inawet nie sądziłem, aby był egoistą, lecz 
tylko słabym... 

Wyszli. Rozwinąłem zwitek, dany mi przez Jeleń- 
skiego. Było to na oienkim papierze jego szczegółowe ze- 
znanie. Nastał już wieczór, przyszła noc. Diuga to noc 
w życiu mojem tak była stanowczą. Przed wielu laty szło 
o przyszłość osobistą, o szczęście całego życia, o ciche 
nikomu oprócz Boga niewiadome zaparcie się siebie, speł- 
niłem obowiązek, zabiłem nadzieję nawet osobistego 
szczęścia; lecz nie żałowałem tego nigdy, inaczej po- 
stąpić jiie mogłem. Teraz druga zaczęła się walka. Tu 
szło już o resztę tego, co człowiekowi może być drogiem 
na ziemi: o cześć, o imię poczciwe. Od dziecka żyłem 
tylko miłością kraju, wszystkie uczucia temu jednemu 
poddałem; w zadowoleniu sumienia własnego miałem 
świadectwo, żem przeszedł życie bez skazy, bez waha- 
nia się. Panowałem -nad uniesieniami, walczyłem z ludź- 
mi najsympatyczniejszymi, bo szło mi o dobro kraju, 
nie o popularność, nie o rozgłos. Naizywamo mię z jednej 
strony szlachcicem, obrońcą przesądów, z drugiej zapa- 
eńcem krańcowym! Te różne i sprzeczne nazwy — o- 
wszem pokrzepiały mię. Praca powolna zginęła. Z głębo- 
kiego poczucia o nieuniknionej konieczności, weszło się do 
pracy powstańczej: tu się robiło — co mogło, z całem 
„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. U 



— 162 — 

oddaniem się, choć z pewnością, że nic me 'będzie, bo ogół 
nie umiał się wznieść do zaparaia się osobistego. Szlach- 
ta była chętna, lecz nie poświęcała wszystkiego. Dość po- 
wiedzieć, że powstanie nie kosztowało obywateli i 
dziesiątej części tego, co od nich wzięły kontrybucje! Tu 
moralny bodziec, taim terroryzm strachu... 

Lecz teraz już inaczej przedstawiało się pytanie. W 
cytadeli byłem na śmierć przygotowany i jak pisałem 
wyżej, szczerze pożądałem śmierci. Zerwanie nici ipracy 
powolnej, upadek kraju przy rozbudzonej już, powiem nie- 
reHgijnośoi, lecz mistycznym nastroju, rodziły gorączko- 
wą chęć końca. W szpitalu po sądzie, gdy wyrok zapadł 
i tu bez różnych postronnych okoliczności, byłbym spo- 
kojny, i 

Pliszę to z całą szczerością. Nic nie żałowałem życia, 
a tak jeszcze wówczas miałem dobre wyobrażenie o 
kraju, że o dzieci byłem spokojny. Ja zostałem sam sie- 
rotą i, dzięki Bogu dojrzałem na uczciwego człowieka. 
Cóż oini, krwią ojca, jego zasługą, poleceni krajowi... pro- 
siłem tylko Boga, by ostatnie chwile dał mi takie, j akia- 
mi być powinny, bez wszelkiej przesady, bez obawy ■« 
chwili ostatniej, bo jako człowiek, czyż mogłem wie- 
dzieć, jakie tajniki są w duszy? Zeznanie Jeleiiskiegc 
mocno mię poruszyło. Upadek człowieka, którego lubi- 
łem i miałem za uczciwego, upadek Mik. Giedrojcia, a 
był on do pewnego stopnia uosobieniem prawości, bolaJ 
mię. Skończyć chciałem co rychlej, zapierając się, mia-j 
łem tę pewność — że za dnii kilka, tydzień, drugi najda- 
lej, to nastąpi. Przyznaję się, uśmiechała mi się ta myśl, 
że moje imię obok Zygmunta, choć inną sławą, lecz nie 
mniejszą, zajaśnieje. Lecz sumienie inaczej mi mówiło: 
„Ty skończysz, nikt na świecie ciebie nie potępi, bo nikt 
i wiedzieć ,nie będzie o -tajemnicach więzienia i procesu, 
hańba spadnie na Antoniego i Mikołaja, lecz czy i 
twej winy tu nie będzie? Członkowie Komisji wiedzą c 
dwuch jeszcze towarzyszach z Wydziału, ozy nie uży- 



— 163 — 

ją w samej rzeczy groźby zapowiiedaianej, czy areszt 
tych dwuch nie pociągnie za sobą i innych, a wszakże 
secdny osób jeszcze są wolne? Czy poruszona sprawa 
Czerniaka nie wróci Aleksandra (Oskierkę) i Franciszka 
(Dalewskiego)? Antoni Jeleński pisze, że, gdy się przy- 
znam, będę mógł go widywać, w każdym razie podaje 
mi drogę do komnoikowania się. Komisja mówi mi sa- 
ma, że rzuci Jeleńskiego, a weźmie się do mnie. Je- 
leński tylko ode mnie będzie zależał. Lecz co za pewność^ 
że ja się sam nie ugnę, nie zmieszam, nie skompromi- 
tuję nikogo, czy, gdy chcę bronić Jeleńskiego od hań- 
by, sam nie upadnę? 

Jeleński, oprócz charakteru zeznania, który mię po- 
ruszył i nie był godny stanowiska, jakie zajmował, co 
do osób nikomu, oprócz mnie, nie zaszkodził. Wymienił 
jeszcze jednego, d-ra Józefa Kościałkowskiego, jako ko- 
misarza z Kowna, lecz temu łatwo można było zaradzić. 
Zresztą zeznania jego nawet niektórym oskarżonym 
mogły być użyteczne, jak np. Chmielewskiemu. Anto- 
ni wypowiedział skład Wydziału, o Dalewskim, Oskierce 
już wiele osób mówiło i ci obaj byli już osądzeni do ro- 
bót, nic im to więc szkodzić nie mogło. Wojewódzki 
wileński Giedrojć sam się przyznał. W Kownie Jeleńskie- 
mu szczęśliwie przyszedł na myśl Lub. Gadon, który ze- 
mknął zagranicę, wymienił więc jego i tem głównie 
ocalono Chmielewskiego. W Grodnie Kalinowski i po- 
mocnik Zabłocki osądzeni; w Miińsku Peliksza wiadomy 
i będący za granicą komisarz Du Laurems; Czechowicz, 
główny zarządzający koirespondencją, też w robotach; 
oto i wszyscy. Pisząc to samo, stwierdzałem wiarogod- 
ność zeznań Jeleńskiego, bo nikt nie wiedział, żeśmy się 
skomunikowali, ocalać mogłem ostatecznie Chmielew- 
skiego i poprawić błąd względem Kościałkowskiego. 
Tylko więc mogłem pomóc, a nikomu zaszkodzić. Lecz 
musiałem pisać o ludziach, którzy, acz osądzeni, lecz się 
nie przyznali — a co najgorsza, przeciągałem własną swą 



164 



sprawę: nie mogłem poruszyć jej inaczej, jak tylko ją 
pogorszając, bo wobec zeznania Jeleńskiego, musiał- 
bym wypisać moje przekonanie. To, naturalnie, rozdraż- 
ni Murawjewa, śmierć pewna, lecz, co gorzej, pierwiej 
jeszcze długa indagacja, a kto zaręczy, że wytrwam? 

Po dziesięć razy i tak i inaczej się decydowałem, 
modliłem się ze łzami, by mię Bóg oświecił. Głos mi we- 
wnętrzny mówił, że powinienem iść za przekonaniem, 
bronić do ostatka ludzi, którzy mi zaufali, lecz miałem 
wątpliwość 00 do sił własnych. Jeleński, człek uczciwy, 
Miikołaj — niepospolitej prawości, — a ulegli: na cóż mnie 
ta próba? Wszak oni za swe winy pokutują: prawda, 
obaj zostaną hańbą okryci, bo Jeleński będzie moim 
zabójcą, a do jego zeznań przyczynił się M. Oiedrojć. Lecz 
drugi z nich, to od lat 24-ch towarzysz najdroższy. Jego 
to — 'mimo woli^ — ^ja wciągnąłem do roboty a i Antoni naj- 
poczciwiej szedł za nami. Nikt wiedzieć nie będzie.., 
ale sumienie! Przytem ostatnie zgromadzenie mnie jed- 
nemu powierzało zarząd: — to był dowód ufności pro- 
wincji, odmówiłem, lecz obowiązek względem kraju po- 
został. Bądź co bądź spełnię tę drugą w życiu ofiarę: 
tam poświęciłem szczęście, tu poświęcam sławę pewną, 
cześć, przyszłość dzieci, bohaterski wieniec, i idę na dro- 
gę ciężką, czy wyjdę cało, czy to, śmiało mówię, naj-i 
większe poświęcenie w życiu mojem tak gorzko się nie 
odezwie, jak tamto? To pewna, że sumienie mi tak ka- 
zało. Jestem pewny, że kto mię zna, a dzięki Bogu jest 
kółko takich ludzi, to przyzna, że mi ciężej było zdecy-^ 
dować się przewlekać to życie, niż umierać. 

Dziś po tylu latach, po tylu bolach i nie zasłużonych 
cierpieniach, a nawet lekceważeniu spółziomków, ich 
obojętności, dziś z ręką na sercu, z czystem sumieniem 
mówię: „Nie, podobnej walki nikt nie miał, nikt w kraju 
z wdększem zaparciem się siebie nie postąpił". Ten czyn 
w całem mem życiu mam za największą zasługę, jeśli 
co, to on mi powinien był uznanie zapewnić. Lecz mniej- 



— 165 — 

sza o nie. Dzięki Ci, Boże, żem wówczas tak był wiarą w 
Twą pomoc silny! dziś wątpię, czybym się zdobył na tę 
odwagę i pewno nawet, źe nie. Zgorzkniały, żądny śmier- 
ci, bo i o sobie już wątpiący, nie stawałbym do walki, z 
której i nie wiem, czybym dziś wyszedł zwycięsko, bo 
ludzie miłość mi z serca wyrwali, a sam obowiązek, czy 
wystarczyłby?!... Postąpić inaczej wówczas nie mogłem. 
Wierzcie mi, wszystko przyszło mi na myśl: i potępie- 
nie i może długie życie na Syberji i śmierć zdała oćt 
kraju i swoich... Oh, ta noc — oka niie zmrużyłem. Za tę 
noc Panie, choć ona mi wiele kosztowała i do dziś dnia 
ciągnę żywot ciężki, bolesny, jednak dzięki Ci za nią, 
bom tu więcej zwyciężył, niż serce, niż nadzieję szczęś- 
cia, tu odrzuciłem pewną sławę i cześć mego kraju, by 
ocalić wewnętrzny spokój, iść za głosem sumienia. Litwo 
moja droga, niedobra dla mnie matko, wielu za ciebie 
umierało, lecz ozy wiielu z takiem zaparciem się siebie, 
zmusiło siebie żyć i iść dobrowolnie na torturę! 

Nazajutrz zażądałem papieru i napisałem swoje ze- 
znanie! Jak z czystego serca szło moje postanowienie, 
tak też Bóg mi dodał sił, że ani na chwilę, ani godności 
swego narodu, and interesu czyjegobądź nie dotknąłem. 

Muszę teraz opisać, jak się to stało, że Jeleński przy- 
znał siię. Opisuję tu dosłownie, jak on mi sam opowiadał, 
gdy pierwszy raz, w chwila dla mnie też smutnej, poru- 
szony i mojem cierpieniem i moją dla niego dobrocią, 
spowiadał się ze swej winy. Gdy go przyprowadzono do 
Dominikanów, było już po zeznaniu Kaszyca. Jeleński 
dość długo się wypierał. Przyznanie się Mikołaja Oie- 
drojcia, który powiedział, kim sam był i że pieniądze lo- 
kował u Jeleńskiego, już wpłynęło znacznie na Amtonie- 
go, tembardziej, że zaprzeć się niie mógł stosunku z Ka- 
szycem i Oiedrojciem. M^wił więc zgodnie z Mikołajem, 
że prywatnie tylko przechowywał pieniądze, w końcu, że 
był kasjerem przy Oiedrojciu. Lecz już Komisja miała 
zupełną pewność. Wówczas to skorzystała z zeznań 



— 166 — 

Awejdy ii z jego papierów. Ten (Awejda) nie usłuchał mo- 
jej rady, zaraz z Wdlna mie wyjechał d w parę tygodni 
po mnie został uwięzionym. Gdy izaczęły mu w więzie- 
niu odrastać włosy, okazało się, że są poczernione, i 
władze śledcze doszły, że to nie Szmidt, w końcu, że to 
Awejda. Zażądano wysłamia go do Warszawy. Awejda 
miał tę nieostrożność, że napisał jakby sprawozdanie ze 
swej czynności szczerze, choć bez wymienienia nazwisk. 
Otóż z tego Komisja skorzystała i napisała ten papier, 
który i mnie pokazywano, i z nim Oogiel i Jugan poszli 
do Jeleńskiego. 

Antoniego położenie względem Awejdy było bardzo 
dobre. On go osobiście nie znał, Awejda bowiem przybył 
dobrze po ich uwięzieniu. Nawet więc, gdyby to było 
zeznanie Awejdy, to jego oczne stawki nicby nie zna- 
czyły. Awejda mógł mówić rzeczy słyszane. Dla Jeleń- 
skiego teraz ja jeden byłem wszystkiem. Lecz biedak, 
zmęczony długiem więzieniem, z charakterem słabym, 
przyzwyczajony do wygód, ostatecznie upadł na duchu. 
Jego więzienie dotąd było tak dobre, jak żadnego z mas, 
lecz teraz przeszło od miesiąca ciągle go pytaniami drę- 
czono. Wypierał się, pisał Bóg wie co, mieszał się, w 
końcu i siił mu nie wystarczyło. Komisja, widząc jego 
wahanie się, sprowadziła mię do Franciszkanów i te- 
goż wieczora do późna w noc go nie odstępowali, ręcząc 
za życie jego i moje, jeśli się przyzna, aż ten nakoniec 
im powiedział: „Byłem więc członkiem Wydziału". — 
A Gieysztor? — „I Gieysztor też!" 

Tak się to stało, i kto sam był w ipodobnem położe- 
niu — ^ten nie tak surowo potępi Antoniego. Nic więc 
dziwnego, człek słaby, zapomniał i o tem, co mówiłem 
w szpitalu o mojem tłumaczeniu się, które, potwierdzo- 
ne przez Jeleńskiego, tylkoby mi dopomogło ostatecznie. 
To jego opowiadanie, jak jest prawdopodobne, tak i sądzę, 
że było prawdziwe; ono najmniej kompromituje Antonie- 



— 167 — 

go. Potem już słyszałem różne wersje, jakoby z ust jego 
pochodzące, co, dalby Bóg, aby było niesłuszne. 

Dodaję tu, bo w swojem miejscu w 1863 r., zdaje się, 
nie napisałem, że gdy Hieronim Kieniewicz wrócił z 
Kazania, my go wysłaliśmy do Warszawy na członka 
Rządu od Litwy. Na nieszczęście wkrótce wyruszył do 
Paryża. Tam me miał szczęścia podobać się Bron. Za- 
leskiemu. Zupełnie różni to ludzie. Pomimo mej czci dla 
Bronisława, nigdy i Hieronima nie mogę uważać za czło- 
wieka pospolitego. Gdy wróoił z za granicy, został aresz- 
towany, lecz nieprędko jego sprawa Siię odkryła: zginął 
w Kazaniu. Mocno żałuję, że szczegółów jego sprawy nie 
pamiętam. Warto, jeśli kto ją zna, aby ją prawdziwie 
opowiedział. To pewna, że był to człowiek niepospoli- 
ty, silnego charakteru i nikogo niie skompromitował. Co 
do Czerniaka, .niemożna zaprzeczać, że szczegóły podane 
w broszurce Oogiela o nim, pokazują, iż on w samej 
rzeczy dawał Komisji niektóre wiadomości, lecz czy te 
fakta nie były im już wiadome? Gdyby był to człowiek 
złej wiary, tobym ja pierwszy pewno na tem ucierpiał, 
bo jak wspomniałem na Litwie do mnie się udał i dobrze 
wiedział o moich stosunkach z Hieronimem Kieniewi- 
czem. Że Komisja w końou wiedziała też dobrze o łącz- 
ności tych spraw, to widać i z (pism Gogiela i ja się sam 
mogłem przekonać z rozmów Jugana, choć w tem jed- 
nem dziwnie był oględnym. Mając z natury skłonność 
tłumaczenia rzeczy na dobre, wierzę, że oni sami niie 
chcieli wówczas łączyć tych spraw i pogorszać naszega 
losu; to dla nich nie przedstawiało zresztą żadnego oso- 
bistego interesu, nie nęciło widokiem nagrody, a roboty 
mieli dosyć. Przy tem, jak później wspomnę, zawsze była 
nadzieja, że ze zmianą Murawjewa system się zmieni, 
a więc trzeba było na wszelki przypadek nie ostatecznie 
źle się przedstawiać. Do samego jednak mego wyjazdu 
sprawa kazańska najmocniej mię niepokoiła, bo tu, powta- 



— 168 — 

rzam, jużby nie bronił wyrok zapadły; nietyliko nasze 
z Jeleńskim, lecz Franciszka i Aleksandra głowyby 
spadły. 

Zacząłem zeznanie od tego, że człek uczciwy, postę- 
pując zgodnie ze swem przekonaniem, powinien mieć 
zawsze odwagę wypowiedzieć je otwarcie, nie taić swych 
postępków. Lecz przytem nikt nie ma iprawa innych 
oskarżać, jeśli ma poczucie suimdenia i obowiązków. Otóż 
ja, od pierwszej chwili aresztu i wezwania swego do Ko- 
misji, wniczem swych prizekonań nie taiłem. Co innego, 
gdy wiedziałem, że przyznanie się moje gubiło ndetylko 
mnie, lecz byłoby już oskarżeniem i tych, których po- 
dejrzewano wspólnie ze mną. Dziś inaczej się dzieje. Nie- 
ma ani jednej osoby, którejbym mógł zaszkodzić; nie ży- 
ją już, są osądzone, lub same się przyznały. Z najwięk- 
szą więc radością zrzucam tajemnicę, która mi zawsze 
ciężyła. Jak uprzednio, tak i teraz potwierdzam, żem 
był przeciwny ruchowi i demonstracjom, a tembardziej 
powstaniu, lecz gdy ono wybuchło, uważałem za obo- 
wiązek, pomimo nawet wstrętu do tajemnego działania, 
wziąć w niem udział. Człowiek urodzony w kraju, nie 
może się od niego oddzielać, musi dobre i złe losy ra- 
zem znosiić. To mię skłoniło do uczestniczenia. Mioże to 
moje przekonanie było mylne, lecz dyktowało je serce 
i sumienie, żałować więc tego postępku nie mogę. Ani 
w skutek dobry powstania, ani w interwencję obcą nie 
wierzyłem: było to tylko spełnienie wewnętrznie rozu- 
mianej przezemnie powinności, nic więcej. Starałem się, 
by ta krwawa demonstracja była jak najsilniejszą, by 
nie odstąpiła od charakteru narodu i nic w tym wzglę- 
dzie nie zawiniłem. Wymieniam, kiedy wzięliśmy udział, 
z kogo się składał Wydział (naturalnie, z osób już wia- 
domych), kogo mianowałem wojewódzkim, a oprócz 
tych, nikogo nie znałem. Tu i dalej w całym oiągu pro- 
cesu, bardzo mi posłużyło nikczemne zeznanie Orzeszki, 
że ja z zasady bardzo mało osób znałem. Było wpraw- 



— 169 — 

dzie zupełnie inaczej; setfci osób do mnie przychodziły. 
O nominacjacli wiedziałem wszystkich, lecz teraz mo- 
głem tem się bronić, że oprócz tych kilku osób, wiedziieć 
o nikim nie potrzebowałem. Kościałkowski był nomino- 
wany po Dłuskim wskutek przedstawienia wojewódz- 
kiego kowieńskiego, ostatnich dni kwietnia. Lecz on 
sam nawet o tem nie wiedział, gdyż iprzedtem już aresz- 
towano go po klęsce birżańskiej. Kościałkowski już był 
skazany do Omska, na mieszkanie z pozbawieniem 
praw; tak się to umorzyło i więcej o nim wzmianki nie 
było, tembaridz(iej, że Jeleński powdedział, iż nominacje 
ode mnie głównie pochodziły i dat nie przytaczał. W Wi- 
tebsku i Mohylewie organizacji nie było. W Inflantach 
był Ponset, w Witebsku Czerwińsikii, a w Mohylewie 
Oskierka Michał komisarzami, lecz organizacji nie prze- 
prowadzili. Ponset już był skazany za powstanie w In- 
flantach; Czerwiński i Oskierka już straceni. Cały wy- 
dział spraw wewnętrznych do mnie należał. Wojsko- 
wych wielu znałem; wymieniłem, ilu mogłem najwięcej 
z pomiędzy wiadomych: Sierakowski, Duchiński, Koziełł, 
Horodeński, Jelski, Dłuski, Zwierzdowski, którzy byli albo 
straceni, lub za granicą, lecz dodałem, że my ogólnie nie 
dawaliśmy żadnych prawie planów, bo musiał każdy do- 
wódca stosować się do miejscowych okoliczności, tem- 
bardziej, że ja pojęcia o wojskowości nie mam. Jeleński 
mówił, że jeszcze przed jego uwięzieniem podaliśmy proś- 
bę o usunięcie się. Ja to potwierdziłem, nie określając 
czasu, dodając tylko, żem zdał władzę Konst. Kalinow- 
skiemu już straconemu, że do czasu zdania, które miało 
miejsce, nie pamiętam którego lipca, pomagali mi K. Ka- 
linowski, naczelnik miasta Małachowski, Tyt. Dalewski 
i przysłany z Wanszawy Józ. Kalinowski. Ten ostatni 
już był skazany, bo i sam się przyznał. Więcej nikogo 
nie znałem. Jeleński, gdyby nie słabość charakteru, po- 
winien był pamiętać, że dwa miesiące po ich uwięzieniu, 
ja byłem czynny, cały nowy wydział sformowałem— ileż 



— 170 — 

mogło być ofiar! później jako członkowi Rządu aiie go- 
dziiło się wypierać zasad, uważałem więc za obowiązek 
swój, nawet ostro wypowiedzieć, co nas zmusiło do sta- 
nia u steru sprawy — ^której niewczesność, a nie co inne- 
go potępialiśmy. 

Zakończyłem, że, znając sam prawo, wiem bardzo 
dobrze, jaki los mię czeka, lecz do niego jestem oddawna 
przygotowany. W środku (dotknąłem i terroryzmu ze 
strony władz powstańczych, że za moich czasów wcale 
go nie było, że nie moją rzeazą bronić, lub mówiić za lin- 
nych; lecz dodać muszę, że jeśliby nawet \ znalazło się 
coś do potępienia, to trzeba wiedzieć, że to było wów- 
czas, gdy się zlawił generał Murawjew i gdy reprezen- 
tant 70-<mil jonowego narodu, mający na swe rozkazy 
wojsk krocie, nie wahał się do tych środków krwawych 
uciekać; możnaż się dziwić narodowi bez broni, bez 

środków walczącemu z rozpaczą > . 

że też terroryzmu, używał jako odwetu? 

Po odczytaniu zeznania w Komisji nie tajono mi 
przekonania, że widocznie to, co piszę, jest prawdą, bo 
zgodnie napisałem z Jeleńskim, tylko chciano, bym prze- 
pisał, zmieniając ton. Odparłem, że to moje pnzekonaniie 
i że ja spełniam tylko swoją powinność. „Lecz to już 
upór, pan dla słów narażasz się, a tak możesz ocalić 
swe życie". — „Panowie dobrze wiecie, że od pierwszej 
chwili wiem, iż to życie nie jest już mojem, bo nawet nie 
od prawa, lecz tylko od fantazji jen. Murawjewa zależy: 
setki osób mniej winnych zginęły, powinien więc ktokol- 
wiek wypowiedzieć prawdę". 

O wyroku śmierci nikt prawie nie wątpił. Inaczej się 
stało. iV^urawjew gdy mu czytano, rzucał się jakoby, lecz . 
po skończeniu miał powiedzieć po rosyjsku: „chotia odin 
nie podliczajet", „choć jeden się nie podli". Tak mi opo- 
wiadał d-r Fowelin, który przybiegł do mnie, uściskał 
i powiedział: „Nadspodziewanie, ostro i z godnością wy- 
powiedziane słowo dobrze podziałało, jestem prawie pe- 



— 171 — 

wny, że życie pańskie ocalone". Raz jeszcze po- 
wtarzam, że wtedy to mię nie cieszyło, widzia- 
łem przed sobą długą jeszcze sprawę, a potem 
Sybir, jeśli nie śmierć, bo trudno przewidzieć, 
co się jeszcze odkryje. Słowa Murawjewa mogły 
być w części słuszne, bo nowogródzka sprawa 
dziwnie źle przedstawiła osoby, do tej organizacji nale- 
żące. Przytem moje położenie było już od początku spra- 
wy wyjątkowem, ja od przyjazdu stanąłem na gruncie 
prawdziwym, gdy prawie wszyscy wypierali się udzia- 
łu i sympatji dla powstania, sądząc, że się ocalą. Ja, 
znając i siebie, i swoją sprawę, inaczej to pojąłem. Nara- 
żanie się od pierwszej chwili na zarzut, żem niepopraw- 
ny, ciągłe trwanie przy swych zasadach pozyskało mi 
wiarę, ikażdy z członków Komisji rozumiał, że przy- 
znać się nie mogłem, będąc uczciwym człowiekiem, każ- 
dy z nich wiedział, że i teraz o nikim nie wspomnę 
jeszcze nie skompromitowanym i nie osądzonym, ale to 
mi właśnie dawało siłę. Oogiel, najgorszy ze wszystkich 
członków Komisji, chciał jednak uchodzić też za szla- 
chetnego i to jego saimego w fałszywy postawiło stosu- 
nek, bo skoro coś mówił podłego, ja mu przerywałem: 
„To mówi nie Oogiel, leoz członek Komisji". 
P* Zaczęły się codziennie i długie indagacje, wychodzić 
z numeru mogłem, a więc i mieć liściki, urządzaliśmy z 
Antonim korespondencję, lecz widzenia się z rodziną, 
ani towarzysza do więzienia nie dawano. Spacer też był 
bardzo rzadki, o ile lekarz nakazywał. Na pierwszem 
mojem zeznaniu Łosiew porobił uwagi, na które bardzo 
szczegółowe musiałem jeszcze pisać odpowiedzi, ale już 
o przeszłości, najwięcej o Tow. Rolniczem i Kredytowem, 
zjazdach i t. p. Widoczny był cel: czy tym sposobem nie 
dojdą stosunków w czasie powstania, lecz ja tu już nie 
taiłem i sądzę, że to, com pisał i mówił, było tylko obro- 
ną naszego honoru, a nikomu nie szkodziło. W ciągłych 
rozmowach wszystkie anegdoty dobre, dodatnie powta- 
rzałem, gdy oni mi nie szczędzili brudów i z Komisji i z 



— 172 — 

powstania. Praiwie o wszystkich, którzy przechodzili 
przez śledztwo Dominikańskiej Komisji, miałem ich zda- 
nie i, trzeba przyznać, prawie zawsze zupełnie słuszne. 
Sądzę, że celem ich było okazać, ile jest nikczemnośoi, 
zrazić mię, bym myślał o ocaleniu siebie i sam również 
się spodlił... Obaj, Jugan i Gogiel, byli ludzie zdolni, nie 
taili, że obaj należeli pierwiej do partji najliberalniejszej, 
że byli w stosunkach z Polakami. Gogiel, to pewna, był 
czynnym i jeszcze niedawno wiedział o wszystkiem. Jugan 
kwaterował jakiś czas u Dyboiwskiego Jana, brata cio- 
tecznego Jeleńskiego. Juganowi ja robiłem wymówki za 
Mik. Giedrojcia, że go zgubił. Dziwna rzecz i on sam 
przyznał, że ma go na sumieniu. 

Tak przeszedł koniec września i cały październik. 

Żona moja po zeznaniach Jeleńskiego, zerwała z 
tym domem, przestała bywać; ja jednak przesiałem kar-; 
tę, prosząc, by tego nie robiła. Przyznaję się szczerze, 
gdyby nie Makołaj, i jabym się może nie zbliżał z Jeleń- 
skim, nie potępiałbym go bezwarunkowo, lecz byłbym 
jak z obcym. Lecz dopiero później poznałem z opowia- 
dania członków Komisji, jaką była wina Giedrojcia. Ten 
człowiek tak zacny, jakich mało na świecie, brzydził 
się fałszem, na jego nieszczęście, gdy nas aresztowano, 
on jeden został; to go gryzło. Kiedy w końcu wskutek 
zeznań Kaszyca, wezwano go do Komisja, nie chciał sie- 
bie bronić, wiedział, że kłamać nie umie. Lecz biedak nie 
rozliczył, że trudno mu będzie wywikłać się. Powiedział, 
że był i wojewodą i komisarzem wileńskim. (My z Je- 
leńskim mówiliśmy, że w Wilnie komisarza wojewódz- 
kiego nie było, bo Du Laurens sam spełniał ten obowią- 
zek, a pomagał mu Dormanowski stracony). Że nomina- 
cję wziął od Du Laurens'a i Kalinowskiego i chdał ucho- 
dzić za najczerwieńszego, a mnie w składzie Wydziału 
nie wymienił. Gdy Kaszyc świadczył, że z nim był u Je- 
leńskiego, gdzie (pieniądze woził, chciał Giedrojć przed- 
stawić Jeleńskiego, jako tylko przechowującego pieniądze. 



— 173 — 

a potem już swego kasjera; ale tu się zmieszał. Oprócz 
tego, gdy kazano mu wymienić powiatowych, łatwo to 
było, bo już wszyscy byli osądzeni, tylko w Święcianach 
wspomniał o Masłowskim, bardzo zacnym człowieku. Ten 
siedział potem obok mnie i pytał: czy ma się przygnać? 
mówił, że mu to radzą w Komisji. Ja odradzałem, a gdy 
Mikołaj potem sam cofnął, tłumacząc się, że mu propo- 
nował, lecz Masłowski nie przyjął, to Masłowski został 
w^^słany do Tobolska, na mieszkanie, bez pozbawienia 
praw. Jest więc Giedrojcia wobec Masłowskiego wina. 

Z Charmańskim ta/k się rzecz (przedstawia: Char- 
mański pierwiej był aresztowany i wypuszczony, teraz 
znów go wzięto. Tłumaczył się, że go posądzono, iż jest 
winniejszym, niż był w istocie. Giedrojć, spytamy: czy 
Charmański był okręgowym? odpowiedział: „Nie wiem — 
zdaje się, że tak". Charmański, gdy mu to pokazano, 
przyznał się, mówiąc potem, że to wina Giedroijda. Toć 
każdy z nas miał seciny takich „z d a j e s i ę". CEarmań- 
skiego najlepiej zdefiniowała sama Komisja; przedsta- 
wiając (nasze sprawy, o każdym dawała zdanie; Char- 
mańskiego przedstawiono do łaski iMurawjewa: „Tak 
kak on nie stoił truda Komisji" (że pracy z nim nie miała 
Komisja) Muraiwjew w swej łaskawości sikaizał go jednak 
do robót. Otóż Mikołaj w swych zeznaniach wszystko 
brał na siebie, chciał, by go osądzono koniecznie na 
śmierć, a to tembardziej, gdy widział, że pośrednio przy- 
czynił się do zguby Antoniego i Charmańskiego, a jedy- 
nie skompromitował Masłowskiego. Ja Mikołaja znałem 
od dziecka i sumiennie mówię, — do dziś dnia nie 
znam człowieka, któryby miał mniej egoizmu, a 
więcej prawości, lecz jakże tu ludziom można wykazać 
tę różnicę: gdzie grał rolę egoizm i strach śmierci, gdzie 
nieumiejętność kłamstwa, niezdolność do konspiracji 
wszelkiej? Usuwając się od Jeleńskiego— nie podając mu 
ręki zgody, potępiałbym jednocześnie Mikołaja. Tu pierw- 
szy raz w życiu odstąpiłem od przekonania. Słusznie mo- 



174 



że za to odpokutawałeim... Zresztą z tego, co mi Antoni 
opowiadał, jesz.cze osądziłem go tylko, jako chwilowo sła- 
bego. Wprawdzie nie podobało mi się to, co o nim mó-' 
wjono w Komisji, nie podobał się ton obrony i kartki, w 
których żądał, aby, mówiąc o naszych sesjach, nie wy- 
mieniać, żeśmy je mieli i u niego, z powodu, że on ma 
rodzinę; jakbym ja, Dalewski i Aleksander także jej nie 
mielii. Trzeba wiedzieć, że w początkach powstania, ja 
sam towarzyszom powiedziiałem, że, jeśli się sprawa od- 
kryje, to ja główny udział wezmę na siebie, broniąc in- 
nych. I w swoich zeznaniach, chociaż nie było już Alek- 
sandra i Fra-nciszka, nigdy nic na nich nie zeznałem. Co 
do Jeleńskiego otwarcie mówiłem, że on tylko kasę prze- 
chowywał i był powolnem mojem narzędziem, najmniej 
będąc winnym. Komisja zawsze o nim twierdziła „chytry 
poleszuk umie o sot>ie pamiętać". 



Jenerał Racz, artylerzysta, miał sobie polecone przez 
Murawjewa napisanie z akt Komisji historji powstania, 
z tego powodu miał wstęp do naszych numerów i mógł 
od nas żądać wiadomości. Widział się i ze mną w sali 
komisyjnej. Ja mu powiedziałem, że jeśli trzeba, to ja 
pisać będę, ale, naturalnie, sądzę, że i on sam rozumie, 
co za wartość takiego pisania, bo więzień pod sądem bę- 
dący, bardzo i sam musi być oględnym pisząc, i jego 
też świadectwo także używane być winno roztropnie.. 
Wydał mi się człowiekiem gładkim, którego zdziwiły 
słowa zupełnie otwarte. Dodałem mu: „Ja o sobie nie 
myślę wiele, lecz pamiętam zawsze, żem w Komisji". 

W parę dni (było to 2-go listopada polskiego), wcho- 
dzi nagle do mego numeru żona z Juganem. Ten mówi, 
że nie chcąc nam przeszkadzać, wyjdzie, lecz tylko na 
kwadrans, bo dłuższe widzenie jest niemożliwe. Sam wi- 
dok zapłakanej żony przeraził mię, delikatność zaś Ju- 
gana była wielką, jak i dobroć Łosiewa, pozwalającego 
przyjść bez zezwolenia Murawjewa. Żona, ściskając mię, 



175 



oznajmia o chorobie, a nawet i o śmierci Witoldka. Ledwo 
kilka dni cłiorował; było to zapalenie mózgu. Wolała mi 
sama to zwiastować, przyszła do więzienia, wywołała 
prezesa i ten zezwolił. Cios to był bolesny. „Wywieź 
ciałko do Opitołek, pójdź do Potapowa, to człowiek wy- 
kształcony, ma żonę zacną ; proś go o zezwolenie wywie- 
zienia ciała, aby uniknąć formalnoścd, a przytem powiedz 
mu, że wszystkie chrześcijańskie narody nakazują od- 
wiedzać orała umarłych; oni są chrześcijanami. Jeśli 
ojciec nie widział żyjącego syna, niech mu pozwoią na- 
wiedzić oiało. Peiwino nic z tego nie będzie, lecz prawdo- 
podobnie uzysikasz widzenie". Żona moja wyszła. Tak 
przeszedł dzień. 

Tego zaraz dinia pytał mię Jugan: czy nie chcę to- 
warzysza? Odmówiłem i znowu przyszedł, zaczął nama- 
wiać, że rozsądek każe nie oddawać się smutkowi. Ja sam 
się zastanowiłem, że nawet wobec Komisji i śledztwa 
potrzeba przezwyciężać siiebie. Na wieczór, już prawie 
w nocy, pirzyszedł Jeleński, i teraz, płacząc obaj, opowie- 
dzieliśmy siwDje dzieje. Wtedy to on mi wyspowiadał 
się z swej winy, i ja szczerze z serca osobisitą krzywdę 
wybaczyłem, bo widziałem żal szczery i przyznanie się 
do występku. Jakie było nasze zdziwienie, gdy już po 
1-ej w nocy, wchodzi żołnierz i wzywa Antomiego do 
Komisji. Człek w więzieniu wszystkiego się obawiał. Po 
chwili wraca Antoni i pyta, czy może Łosiew prezes Ko- 
rniisji wejść? Była to grzeczność i pewna delikatność. 
„Przepraszam za późną wizytę; pocieszać pana nie bę- 
dę; znam go jako człowieka z charakterem; przenieś 
pan i to nieszczęście. Dziś w mojem położeniu, trudno 
mi mówić o współczuciu i szacunku, ale wierz mi pan 
uczucie jest, przychodzę zaś choć z drobną pociechą P-m 
jutro na kilka godzin wyjdziesz do miasta z kapitanem 
Siemionowym. To rzecz nadzwyczajna, poproś więc pan 
żony, gdy ochłonie trochę po stracie, niech pójdzie po- 
dziękować Potapowowi: jemu to głównie zawdzięcza". 



— 176 — 

W samej rzeczy było to niepraktykowaną laską, a w 
dopięciu tego dopomagali: Potapow, Łosiew i Fowelin. 
Żona moja, jak poleciłem, udała sdę była do Potapowa, 
przyjął ją bardzo grzecznie i wnet przyrzekł wydać roz- 
porządzenie o dozwolenie przewiezienia ciałka do gub. 
kowieńskiej. Z kolei, gdy żona moja, prawie temi słowy 
jakem radził, żądała, aby mi pozwolono wyjść na miasto, 
spytał: „Mais votre familie, madame?" i na odpowiedź: 
„Gieysztor" wyrzekł: „Niepodobieństwo". W tym jego 
słowie było coś tak przerażającego, że biedna kobieta, 
jakby słysząc wyrok śmierci na mniie, rozpłakała się mi- 
mowoli. Potaipow zerwał się z krzesła, poprosił ją, aby 
usiadła, zapewniał, że pomimo wielkiej mojej winy, on 
nie traci nadziei, że będę ocalonym, ale to, o co ona prosi, 
jest niemożebne, niepraktykowane. „Ja się starać będę, 
lecz nic pani nie przyrzekam". Żona więc moja nie mia- 
ła najmniejszej nadziei. 

Nazajutrz zjawił się w więzieniu Siemionów d prosił 
mię tylko, abym mu dał słowo, że nic pisać nie będę. 
„Mów pan co chcesz, ale nic nie pisz". Poszliśmy na uli- 
cę Wielką, do domu Czechowicza. Tam w głębi dziedzni- 
ca, na dole, żona moja miała dwa małe pokoiki, w przed- 
pokoiku leżało ciałko. Stróż nas wprowadzał, pokazując 
mieszkanie. 

Ody wszedłem, najprzód ukląkłem chwilę przed, ciał- 
kiem, ucałowałem biedną — szczęśliwą dziecinę. Na spot- 
kanie wyszła Tekla Syrucdówina, trzymając na ręku ma- 
łą dwuletnią Leokasię. Ta na widok obcego, zarosłego 
człowieka, zaczęła płakać. Poczciwy stróż, nie zważając 
na obecność Siemionowa, odezwał się: „Oto dożyliśmy 
czasów! Ojciec przychodzi do rodziny: jedno dzit^cko 
na marach, drugie go nie poznaje!" i wyszedł. Biedny 
Siemionów był mocno wzruszony; widział wkoło niedo- 
statek. Chłopcy witali serdecznie, a wszystko to drobna 
dziatwa. Po chwili przyszła i żona... Siemionów cały 
Czas siedziiał w pierwszym pokoju, ani zajrzał do dr u- 



— 177 — 

giego, w którym ja prawie bez przerwy bawiłem. Jak 
tylko 'ktoś dłużej z nim rozmawiał, lub ja przychodziłem, 
sam nas wyprawiał: „Korzystaj pan z czasu, nie zwracaj 
uwagi na mnie". Obiadu jeść nie mogłem, ale i jemu 
trudno jeść było; tylko porteru wspólnie wypiliśmy bu- 
telkę. Kobiet wiele się przewinęło, z mężczyzn jeden Kon- 
rad Czyż, iktóry był już na wysłaniu, nie obawiał się i 
przyszedł — więcej nikt... Siemionów słyszał tylko kobie- 
ce głosy... Żonamimówi:— „Dziś pogrzeb".— „Dziś tu?"— 
„Tak", bo przyznaje mi się, że tylko kilka rubli ma za- 
ledwie... Do niej nikt nie zagląda, lękają się... Takie to 
było nasze obywatelstwo, tacy ludzie, z którymi żyło się, 
za których wówczas cierpiałem i broniłem ich bezpie- 
czeństwa! Lecz przytem słuszność każe dodać, że z 
apteki nie brano za lekarstwa, stolarz nie chciał wziąć za 
trumienkę. Jakiś głupi ksiądz Bernardyn, nie zważając 
na biedę, powiedział, że wieźć trumienki nie można, trze- 
ba nieść, a tu niema niikogo! Wezwano dziadów od św. 
Jana. Ci targują się, co im dadzą, prawdziwe kruki, 
obrzydzenie wywołują. Siemionów słyszy to wszystko, 
ja każę dać, co chcą. Kilka kobiet i kilkoro dzieci i koś- 
cielne dziady: oto w Wilnie serdecznem — pogrzeb mo- 
jego dziecka! 

Siemionów do gruntu był wzruszony. On nigdy mnie 
nie indagował, ale znał dobrze moją sprawę. Gdy wszy- 
scy wyszli, on usiadł i mówi: „Poczekaj Pan, odetchnij. 
Co się z panem dziać musi, gdy ja jestem poruszony! 
Panie Gieysztor, gdy Pan sobą zasłaniasz całą prowin- 
cję — a tu w rodzinie jaka nędza, jaki pogrzeb żebraczy, 
to nikczemnie". „Mój Panie, dziękuję za współczucie, ale 
sam pan osądź, czy możemy temu się dziwić? Dziś, co 
jest bardziej otwarte i szczere, prześladujecie, czy nie na 
was spada to, co pan mówisz!" — „Tak, Pan jest niepo- 
prawny, lecz ja jednak powtórzę, że to tchórze bezczelni. 
Gdybyś Pan był przybłędą nieznanym z Warszawy, lub 
skądinąd, to rozumiem. Ale czyż oni nie wiedzą, że Ko- 
„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 12 



— 178 — 

misja zna wasze stosunki, pański wpływ i przyjaciół 
dawniej szycłi? czy dziś usuwanie się nie dowodzi raczej 
ich wspólnictwa, przy niikczemnem tcłiórzostwie? Jeśli- 
byśmy spotkali na ulicy kogo z tych, o których ja wiem, 
że pana znali, ii tenby się przywitał, szanowałbym go, 
gdyby zaś udał, że nie zna Pana, przepraszam, starał- 
bym się go zgubić". Zapewne była to teorja żandarma, 
lecz miała sobie właściwą logikę: w tem, co mówił, było 
wiele prawdy. 

Witolda mego pochowano w obrębie mogiły Kondra- 
towicza, obok niego. Dziwnie się złożyło. Dwa lata temu, 
na grobie naszego liirnika, postanowiłem wziąć jego młod- 
szego synka Kazimierza i razem z memi dziećmi wycho- 
wywać, co też uskuteczniłem. Lecz wypadki inaczej zdecy- 
dowały. A oto on mi na zawsze do swego grobu przy- 
garnął mego małego Wicia. I dziś mogiłka Witolda na 
Rosie, obok drogiej ipamięci Litw5'' śpiewaka, świadczy o 
naszych blizkich stosunkach ^) Poczciwy żyd księgarz 
Zoruch, ten jeden tylko w chwilach najcięższych odwie- 
dzał żonę. Prawda, że zwykle o zmroku, lecz los mój 
mocno go interesował. 

Wróciłem do więzienia. Jeleński po dwóch dniach 
znów odszedł do siebie. 

Co do pozwolenia wyjścia, to tak się stało: Murawje- 
wa pierwszy Fowelin przygotował. Na moje szczęście, 
pozidrowiał wówczas ulubiony wnuk Murawjewa, i Fowe- 
lin ręczył już za życie, przyczem dodał: „Biedny Giey- 
sztor stracił synka nagle w tymże wieku". Powiedział 
jeszcze, że widzenia nie miewam, i tylko raz on sam tego 
malca przyniósł do szpitala. „Dobrze zrobiłeś". Z kolei 
Łosiew doniósł o więzieniu, że była u mnie żoina, i że do- 



1) Obecnie na grobie Syrokomli niema śladu tej mog^ił- 
ki. O ile sobie przypominam, na tej mogiłce Witolda nie było 
ani krzyżyka, ani tabliczki z jego nazwiskiem. (Przyplsek p. 
Stan, Gieysztora). 



179 



dał mi na te dni Jeleńskiego; i to pochwali! nakoniec 
przybył Potapow, opowiedział o bytności i prośbie żony 
i swojej odpowiedzi... Murawjew milczał... Gdy interesa 
wszystkie u/kończono, Fowelin znów wszczął rozmowę 
i pyta: „A czy to niemożebne, by tej biednej rodzinie 
choć tę dać pociechę?" Gdy Murawjew milczał, Pota- 
pow dodał: „Może z członkiem Komisji"... Murafwjew 
zwrócił się do Łosiewa, mówiąc: „Jutro pan pozwolisz 
wyjść Gieysztorowi z jednym z członków na parę go- 
dzin". Ja byłem na mieście od 10^/^ do 4-ej. 

Zdawałoby się, logicznie sądząc, że już powinienem 
był mieć i towarzysza a, jak inni, widzenia, lecz ina- 
czej się stało. Nawet obiadów jeszcze nie pozwalano mi 
przynosić z miasta. Raz, gdy podoficer przyjął obiad i 
już mi go podał, — po chwili wbiegł, napowrót zabierając. 

Tak przeszedł . listopad. Lecz już w grudniu połą- 
czyli nas z Jeleńskim i Giedrojciem. Żona moja sama 
przynosiła obiady, i gdy ją spotykał Łosiew, kazał wpusz- 
czać, mogłem więc tym sposobem ją widywać; czasem 
który z chłopców był razem. Lecz narażanie się na 
chłód i przykrości, przy staniu w bramie, było niemożli- 
we, prosić zaś o widzenia, jak inni, ja nie chciałem; — 
oni zaś zawsze tego czekali. 



Gdy już byliśmy razem, i Komisja prawie pytania 
swe zakończyła, zaczęły się odwiedziny Raczą. Ja dla 
niego bardzo prędko napisałem rodzaj szkicu autobio- 
graficznego, bo w tej formiie mogłem swobodnie mówić 
o swych czasach i poglądach, a nie dotykać osób, ani 
nawet sprawy, o dlebym uważał to za drażliwe. 

Zresztą sam wstęp, który dobrze pamiętam, jasno to 
wykazywał. „Wezwany do spisania pamiętnika, jako ma- 
terjału historycznego, — ^mówjłem tam, — daję to, co mogę. 
Trudno szukać w zeznaniach więźnia prawdy, zaślepia go 
bojaźń, miłość własna, wreszcie uczucie nienawiści dla 



— 180 — 

nieprzyjadól jego. Tu nie szukać prawdy, i ja jej dać nie 
przyrzekam; to pewna, że piszę, jakbym pisał, będąc 
zagranicą, zupełnie wolny bez względu na swą osobę, 
to zaś, co tam sumieme pozwala pisać swobodnie, to i 
ja tu mogę, bo wiem, że dla Rządu — również są dostępne 
druki emigracji, jak masze pisma. Chcę być bezstronny, 
lecz trudno tego wymagać od człowieka, którego od 
dwuch lat jedyną .pociechą było, że dozwolono widziieć 
trup dziecka, zmarłego bez niego. Dotykam tej okrzycza- 
nej słabości Polaków dla Francuzów, t. j. wiary, pomimo 
ciągłych zawodów, mówiią, że Polacy, idący na śmierć, 
mają powtarzać: „Ave Caesar, morituri te salutant", lecz 
dodaję, jakież smutne musi być położeniie narodu, który, 
pomimo zawodów, rzuca się zawsze w objęcia pewnej 
obłudy, aby uniknąć zguby! Głównie nalegałem na winę 
Rosji, nie pojmującej swego posłannictwa, wskazywałem 
i wypisywałem całe cytaty z „Głosu szlachcica", dowo- 
dzące, że z dobrą wiarą swobodny marzyłem o zgodziie. 
Potępiałem w końcu system dzisiejszy, bo on nie wytrzy- 
ma w żadnym razie krytyki: sianie nienawiści, konfi- 
skaty, śmierć, może dyktować tylko zaślepdeniie nieroz- 
sądne, nigdy zdrowa polityka. Trzy tylko bowiem są 
możebne rozwiązanie kwestji polskiej. Pierwsze, które- 
go my chcieliśmy — ' . W takim ra- 
zie zawsze graniczyć musimy z Rosją, całą obszerną 
wschodnią ścianą, tysiące interesów mieć wspólnych; 
i tu musimy potępiać nienawiść, choć byłaby ona naj- 
mniej szkodliwa. Drugie, może najpraktyczniiejsze, było- 
by to (połączenie się pod jedjtieim berłem i zachowanie 
wszystkiego, co drogie narodowi; jego autonomji, języka, 
wiary, obyczajów; tu już dzisiejszy rządu system jest 
szkodliwy. Nakoniec, wobec tego, co oni podają za swój 
cel, i twierdzą, że jest koniecznem: zlanie, obrusienje— 
to już ostateczna głupota — łączyć terroryzmem, prze- 
śladowaniem 



^ 181 — 



, Tego, com 

pisał, ledwie szkice u mnie zostały. Bardzobym rad, gdy- 
by można było to wydostać. Widzianoby, że Polak pod 
szubienicą nie wahał się wypowiadać gorzkich prawd, a 
przytem, że nigdy nie przestał być człowiekiem chrześ- 
cijaninem. Nie była to historia, nie wymieniałem osób, 
był pogląd osobisty. 



W grudniu już miewałem widzenia. Przychodziła żo- 
na z dziećmi, Tekla Syruciówna i inne znajome. 

Tu trzeba zapisać wspomnienie o ludziach blizkich 
mi a pięknej zasługi. Nieraz się o to sprzeczałem i dziś 
jestem tego przekonania, że postęp ogólny moralności 
jest wielki. To', co niegdyś było bohaterstwem, dziś staje 
się udziałem wielu i nie budzi podziwienia. Nie chęć sła- 
wy, lecz wypełnienie głosu sumienia kieruje wielu po- 
stępkami. Droga dla nas postać Rejtana: narażał się on 
na wywiezienie z kraju, na obelgi, może i śmierć, ale szło 
mu o ocalenie ojczyzny, o niedopuszczeniie hańby podzia- 
łu, ratyfikowanego przez Polaków. Jakże drobniejszą 
stosunkowo była kwestją adresu! Cały kraj go podpisy- 
wał. Wydział dał zezwolenie: a jednak znaleźli się lu- 
dzie, którzy tej nawet formy .... przyjąć nie 
chcieli, wolelii narazić się na prześladowanie, utratę ma- 
jątku, rozdział z rodziną. Idźmy dalej, do dziś dnia uczą 
nas dzieje o Regulusie, Scewoli i t. p., o garstkach bronią- 
cych swych ognisk. Cóż to jest w porównaniu z boha- 



— 182 — 

terstwem naszych dzieci? Rosjanie i nasi za nimi prze- 
drwiwają ,powstańców, zwąc ich udekiniieraimi. Czy za- 
stanowił się kto: jaką to bronią całe miesiące nasi wal- 
czyli, w jakich warunkach? Iluż złożyło broń, przed pod- 
pisaniem adresu przez szlachtę? A ipotem też, czy liczne 
to były zastępy? Porawnajmy te naisze klęski, to tak 
zwane tchórzostwo — z ostatnią np. wojną francuską! A 
ileż dowodów zaparcia się siebie dała ta młodzież nasza, 
stawiana w Komisjach, otwarcie mówiąca o dobrej swej 
woli, z którą szła do oddziału i groźbą śmierci i robót 
niedająca się zastraszyć i kogobądź skompromitować! 
Tysiące skazywano, setki ginęły, a chociaż wiedziano 
dobrze nazwiska nasze, któż z młodzieży walczącej nas 
wydał? Lecz to wszystko mniejsza; patrzmy: gdy wszys- 
cy starsi, albo wywiezieni, albo aresztowani lub opuścili 
ręce, usunęli się, jeden Konstanty Kalinowski spiskuje 
niezmordowany i niczem niezrażony, ginie za ukochaną 
przez siebie sprawę. Wodzowie sławni, ukochani, albo 
giną — lub chronią się za granicą, a oto nie jednostki, lecz 
dziesiątki ofiar dobrowolnie, rozmyślnie zostają w kraju. 
Konstanty Dalewiski przechodzi granicę i po kilka razy 
wraca z narażeniem się własnem, by ułatwić innym 
ucieczkę. Lecz wielu inaczej jeszcze pojmuje 
obowiązek. Odszukiwać imiona rodaków zmarłych wśród 

lasów, zabitych i tak często do nie- 

poznania zmienionych, że matki rodzone poznać ich nie 

mogły — obowiązkiem naszym Wymieniam tu 

brata stryjecznego, Bolesława, który mogąc się też ocalić, 
nie wychodził z kraju i zginął koło Rogowa. Lecz jeszcze 
więcej poruszającym jest widok poświęcenia drugiego, 
ciotecznego brata, Edmunda Stengelmejera. Dziad jego 
przybył z Niemiec, źle mówił po polsku, był lekarzem 
w Pińszczyźnie u Lubeckich. Ojdec, Ignacy, iw 1831 r. 
był studentem uniwersytetu wileńskiego, z innymi po- 
szedł do powstania, po którem został w naszych stronach, 
ożenił się z siostrą mej matki Emilją Zawiszanką, wiel- 



— 183 — 

kiego patriotyzmu i zacności kohiotą. Można sobie wy- 
obrazić, jakie były dąsy familji, która jeśli na niedosta- 
tek mej babki obojętnie patrzyła, to takiego mezaliansu 
znieść nie mogła! W 1831 r. zresztą Zawiszowiie nasi 
kowieńscy— krwią swoją świadczyli, że niedarmo to na- 
zwisko noszą, o innych niema co mówić, daremnie ich 
szukać kiedybądź wśród ofiar. Zacnego zaś ojca i matki 
tak prawej jakież to były dzieci! Wyżej wspomniałem,, 
że dziiećmi jeszcze poszli do powstania. Edmund był 
ranny lekko ^), otóż on Ignasia młodszego, liczącego za- 




Konstanty Dalewski. 

ledwie 15 lat, wysłał za granicę, a sam napisał następu- 
jący list do matki: „Bądź, droga matko, o Ignasia spo- 
kojna, już on za granicą; co do mnie, nie miiej mi za złe, 
matko, raz przysiągłem, iż broni nie złożę, kraju więc nie 
opuszczę. Ale, matko, proś Boga, by nas prędzej zabrał 
do siebie, bo aiężkie nasze życie. Co słychać z Jakóbem? 
Edmund..." Czy i to szaleństwo? jeśli to szał, zaślepie- 
nie — to jakżeż piękne. Ale nie takie było pojęcie obowiąz- 
ków w sercach tej szlachty, co się dmie przeszłością i 



1) Cały czas, będąc rajnnym, przechowywał się w Igna- 
eogpodzie, bardzo wielu włościan o tein wiedziało, lecz lud 
był szczerze nam przyjazny. 



._ 184 — 

klejnotem, och i jak zbrukanj^m 

W dni kilka czy kilkanaście zi- 
ściły się żądania siedmnastoletnie&o chłopca. Zginęli oni 
wszyscy koło Poniewieżyka, w tak zwanej Królewskiej 
Puszczy, a biedna matka z trudnością poznała ciało 
swego dziecka. 

Tu wspomnieć muszę, że wkrótce po mojem wysła- 
niu umarła jej starsza córka Leokadja Swiętorzecka — 
młoda i śliczna, rzadkich cnót i poświęcenia, a w 1870 r. 
syn Ignacy za granicą. Ta ciotka moja kochała mię jak 
syna, ona jedna wiedziała wszystko, do niej szedłem ze 
spowiedzią i prośbą o rozgrzeszenie, bo wierzyłem w jej 
serce i rozum. W nieszczęściach osobistych szczęśliwa, 
bo mogła się chlubić sweimi dziećmi. Teraz, już po moim 
powrocie, w lipcu 1874 r. wydała ostatnią córkę Emilję 
zamąż, pobłogosławiła ją, pobłogosławiła i mnie na resztę 
żywota, a w tydzień już nam zacnej Polki nie stało. Przy 
najlepszem sercu, miłości kraju, była tam do naj- 
wyższego stopnia posunięta i cześć dla rodzinnego 
imienia — ale z jasnem pojęciem, jakie obowiąz- 
ki wkłada ta sama spuścizna, to była Zawiszanka nie 
z nazwiska tylko. 



W dzień wigilji była cała rodzina Antoniego, Mikoła- 
ja i moja z dziećmi i Marynią Wyrzykowską. Biedna 
Tekla Syruciówna mocno zachorowała. To mi święta za- 
truło; zresztą była to pierwsza dość długa swobodna po- 
gawędka, po latach milczen/ia, gdy co chwila trzeba było 
mieć się na baczności, by nie uchybić godności Polaka, 
mimowoli z słowem niepotrzeibnem nie wyskoczyć. W 
dniu wigiilji pierwszy raz dotknęło mię odezwanie się 
Antoniego Jel. do syna, że nie ma sobie niic do wyrzuce- 
nia, że nie ma zaprószonego oka... Zbyt prędko zapom- 
niał łzy swoje, całowanie rąk i jeśli nie popłynęła krew, 
i ta nie spadła na jego głowę, to zawsze jego czynu .... 
nic nie zgładziło. 



— 185 — 

W tym roku miałem też na jeden dzień danego sobie 
za towarzysza marszałka wilkomierskiego Medarda 
Kończę; sądzę, że to było za staraniem Kupfera, może i 
bez wiedzy Murawjewa. Kończą, z którym łączył mnie 
blizki stosunek, pragnął zasięgnąć mej rady, jak ma on 
i jak mają inni Wiłkomierzanie postąpić. Kupfer, które- 
mu Murawjew polecił wykrycie udziału obywateli wiłko- 
mierskich w powstaniu, postąpił bardzo względnie i żad- 
nej większej winy nie znalazł, naturalnie, umiano się po- 
znać na jego uczynności. Otóż Kupfer przedstawił uwię- 
zionym, że mogą wybierać z dwucłi jeden rodzaj kary: 
albo będą wysłani administracyjnie, lub zostawieni na 
Litwie, lecz opłacą bardzo wysoką kontrybucję; on radzi, 
aby tę ostatnią karę wybrali. Ponieważ sumy naznaczone 
były znaczne, a wielkie spustoszenie i bieda w kraju, 
wyjazd zaś do Rosji, jak sądzili, na kilka lat, nie za- 
straszał, Witkoimierzanie siię wahali. Otóż w tym intere- 
sie chciał się Kończą ze mną naradzić. Ja stanowczo 
byłem za radą Kupfera, i jemu to zawdzdęcza powiat 
wilkomiersfci, że najmniej ucierpiał w powstaniu. 

Gdyśmy byli już połączeni w więzieniu z Jeleńskim 
i Giedrojciem, dodano nam Jul. Charmańskiego. Ten w 
oiągu kilku miesięcy najstaranniej zajmował się naszą 
gospodarką. Jednego dnia wchodzi dozorca więzienia, a 
z nim nowy towarzysz, człowiek bardzo niemłody, lecz 
nadzwyczaj ruchawy i mocno czemś podrażniony. Był 
to książę Ferdynand Mirski, emigrant, z r. 1831. Mir- 
ski rodem z dziśnieńskiego powiatu, po odbytej wojnie 
1831 r., zamieszkał we Francji, ożenił się z Francuzką, 
którą stracił, ale miał dwie śliczne córki. Amnestii nie 
przyjął, lecz na wiadomość o. powstaniu pośpiieszył do 
kraju i przyłączył się do partji w dziśnieńskim ; córki 
zamieszkały u krewnych. Gdy go aresztowano i pre- 
zes Komisji wyrzucał mu, że on człowiek niemłody, nie 
przyjął amnestji, a przyszedł „bmtowatsia na ruskoj 
ziemie" Mirski z oburzeniem odparł, że jako żywo nigdy 



— 186 — 

jego noga w Rosji nie postała. „Jaikto? Pana wziięto tu 
w dziśnieńskim powiecie". Mlirski zaperzył się i upewniał, 
że przed 1831 r. cliociaż znał nie jednego jenerała i miej- 
scowych gubernatorów, jednak ci nigdy inaczej nie na- 
zywali jego stron rodzinnych jak Litwą, gubernią wi- 
leńską, nie może więc i dziś cofnąć swego zeznania, że 
w Rosji nie był. 

Ponieważ tłumaczenie się Mirskiego było krótkie i 
jasne a udziału w powstaniu się nie zapierał, dano mu 
wkrótce towarzysza, a tym był znany na Litwie Oskar 
M... Wówczas jeszcze ani o Korwinie, ani o hrabio- 
stwie nie słyszeliśmy, wszystkim zaś było znane i jego 
pochodzenie i sposób zrobienia fortuny. Jeszcze za cza- 
sów instytuckich Witold Giedrojć pamiętał, jak ten pan, 
naówczas aplikant u adwokata Sidorowicza, pnzynosił 
papiery do ojca Giedrojoia i za otrzymaną pięoiozłótkę 
pokornie w ramię całował. P. Oskar M..., wielki przeciwnik 
powstania, a przyjaciel gubernatora Paniutina, po powro- 
cie z zagranicy, licząc na swe stosunki u góry, lekcewa- 
żył miejscowe władze, a gdy pod koniec powstania nie- 
trudno było o denuncjantów, naczelnik powiatu areszto- 
wał go i, jako mocno podejrzanego, odesłał do Domini- 
kanów. Nieszczęście mieć chciało, że los połączył w jed- 
nej celi dwa naj sprzeczni ej sze charaktery i przekonania. 
Mirski, prawdziwy karmazyn z krwi i ducha, najlepszy 
patryjota, a gorączka niezwykły, Oskar M... pozujący na 
Anglika, przedrwiwający i patryjotyzm i wszelkie uczu- 
cia; albo się kłócili, albo całemi dniami nie mówili z 
sobą. Dobrze się stało, że jednego dnia, zwiedzając wię- 
zienie, wstąpił do ich numeru jen. Potapow. Oskar M... ko- 
rzysta z okoliczności, tłumaczy, jak niewinnie on, czło- 
wiek tak spokojny, został aresztowany, i dodaje, że 
jak dziwne jest postępowanie władz, gdy jego, zwolen- 
nika porządku, umieszczają ze znanym warchołem, który 
przybywa zza granicy, aby kraj w ruinę pogrążyć... 
Potapow zwraca się grzecznie do Mirskiego i mówi 



187 



po francusku: „A pan, książę, co powiesz?" Mirski w pa- 
ru słowacłi wiele wypowiedział: „O jedno proszę jene- 
rała, uwolnić mnie od obecności tego pana". Potapow 
po wyjściu z numeru kazał niezwłocznie M|irskiiego prze- 
prowadzić do nas, i ten pod świeżem wrażeniem odpowie- 
dział nam swoje przejście. 



Drugi to więc rok skończyłem .w więzieniu, a wielce 
pamiętny i ciężki to był rok dla mnie. Prawie ciągle sie- 




Antoni Niemeksza. 



działem sam. Komisje się zmieniały, zwiększały zarzuty, 
ból wielki z powodu, żem się omylił na jednym z najbliż- 
szych, żal serdeczny drugiego, którego gubiła niepewność 
siebie i nieumiejętność kłamstwa; strata dziecka, ruina 
kraju, rozwianie się wszystkich nadziei i wielka nie- 



— 188 — 

pewność jutra. Gdy lata miną, wszystko w przeszłości 
zwolna się zaciera, trudno ożywić pamięć tego, co się 
przecierpiało i wszelkie opisy, to zaledwo słaby cień te- 
go, cośmy doświadczyli. 

W szpitalu w maju 1864 r. byliśmy u spowiedzi. Ody 
się zjawił, jako spowiednik, ks. Niemeksza, w pierwszej 
chwili nikt nie chciał iść do spowiedzi. Następnie, za przy- 
kładem i radą zacnych kapłanów Dembińskiego i Hun- 
djusa, poszło i nas kilku i, szczerze wyznaję, że wy- 
szedłem uspokojony i pokrzepiony. To jest dowód, że 
wiara silna, bez względu na osobę, udzielającą Sakramen- 
tu, jest dostateczną, a pamiętam i dziś tych kilka jedynych 
słów, powiedzianych mi przez Niemekszę, przy udzie- 
laniu rozgrzeszenia: „Módl się do N. Panny, Ona naszą 
jedyną obronicielką, jedyną nadzieją". 



W czasie naijsurowszych indagacji, ponieważ słysza- 
łem, że upartych przenoszą do t. zw. „tiomnej" na chleb 
i wodę, a sam, będąc prawie nałogowym amatorem her- 
baty, nigdy w życiu długo nie byłem jej pozbawiony, pró- 
bowałem, o ile mi trudno będzie to znieść. Pierwszego 
dnia osobliwie wieczorem niecierpliwość i gorączka pra- 
wie mię męczyły, nazajutrz już zjadłem kawałek chleba 
z wodą. Wieczorem, jakkolwiek nie mogę powiedzieć, 
bym był spokojny, ale zawsze nie w takim stanie, jak 
pierwszego wieczoru; na trzeci dzień już mi rano prawie 
było obojętnem to, żem nie móał herbaty, a z doskonałym 
apetytem zjadłem porcję chleba. Lecz zaraz po obiedzie 
przyszedł Jugan, zapytując, czy nie potrzebuję lekarza, 
bo już numerowy unteroficerowi, ten zaś Komisji dał 
wiedzieć, że nic nie jem. Z uśmiechem powiedziałem Ju- 
ganowi o mej słabości do herbaty i o małej próbie, którą 
przeszedłem. Jugan najsolenniej zaręczał, że nigdy nie 
używają takich środków przy indagacji, a tylko, jako ka- 
ry, za przekroczenie w więzierau. Z wielką przyjemnością 
jednak wypiłem wieczorną herbatę. 



ROZDZIAŁ XI. 

ROZSTRZYGNIĘCIE LOSU. 

(1865). 

Początek r. 1865. — Powikłania związane ze sprawą Ohryz- 
ki. — Bezprzykładna szczerość Aiwejdy. — Widzenie się 
z Ohryzką. — Indagacje w związku z zeznaniami Awej- 
dy. — Sprawa „Komitetów damskich". — Zeznania Oliryz- 
ki. — Zacłiowanie się członkófw komisji śledczej. — Roz- 
mowy z niemi. — Ostatnde wadzenie się z Juganem. — 
D-r Fowelin. — Ostatnie chwile przed wyrokiem. — Wy- 
rok. — Pożegnania. — Stan interesów.— Wyjazd.— Uwagi. 

Z inowym rokiem zaczęły się nowe biedy. Byliśmy 
wzywani do sądu. Jaki miał być wyrok, nie wątpiliśmy,, 
lecz gdy o innych było przekonanie, że się skończy ro- 
botami, co innego ze mną. U Dominikanów był teraz no- 
wonaznaczony dozorca, który poprzednio pracował w 
Warszawie; z powodu dawnej znajomości protegował go 
Potapow. Człowiek to był rozsądny ii bardzo nawet 
dobry. Od Jeleńs«kiego miał on wiele, ode mnie nic póź- 
niej nie przyjmował, nawet srebrnej papierośnicy na pa- 
miątkę. „Od bogatych biorę, od pana gdybym brał — 
grzeszyłbym!" On, gdy raz żona po zapadłym w sądzie 
wyroku śmierci, weszła i nie mogła łez wstrzymać, a 
był przy tem, odezwał się: „Pand nie płacz, ja Panią 
wszystkim za wzór wytrwałości przedstawiam, bądźcie 



— 190 — 

pewni, że Potapow nie dopuści wyroku śmierci, on sza- 
nuje pani męża". 

W Wilnie zaczęła sdę nowa i ważna sprawa Ohryzki. 
Już Parfianowicz o iniiim wspominał, potem Miładowski 
go wskazaJ. Aresztowano go i przywieziono do Wilna, 
jak wielu innych. Wład. Kossowski, bardzo czynny w Pe- 
tersburgu, lecz nikczemnego charakteru, wszystko wy- 
powiedział i w oczy Ohryzce mówił o jego udziale. Py- 
tano mię o Ohryzkę; jak i dawniej nie taiłem znajomości 
i koleżeństwa z uniwersytetu, lecz nic nie wiedziałem o 
jego udziale; wszelkie zewnętrzne czynności załatwiał 
Du Laurens; kto sdę krył pod pieczęcią, nigdy nie by- 
łem dekawy. Ponieważ Ohryzko nie przyznawał się, a 
więc i wszelkich z nami stosunków zaprzeczał, zdawało 
się, że ta sprawa nas nie dotknie. Inaczej się stało. Jedne- 
go poranku wzywa imię Łosiew i mówi: „M,ój panie, ja 
jestem starym żandarmem i wiele śledztw prowadziłem 
i zinam ludzi. Jestem pejwny, że i pan nie sądzisz, bym ja 
i pana nie znał, bym mu zupełnie wierzył. Dość, że 
sprawa wydawała się skończoną. Pan, wiem, że siebie 
nie oszczędzałeś, lecz, pomimo pism pańskich, ani jed- 
nej wiadomości, ani jednego nazwiska nam nie dałeś. 
Możesz pan wierzyć, lub nie, ale zjednało mu to mój 
szacunek... Sądziłem, że sprawa pańska skończona; ina- 
czej się dzieje... Teraz już na serjo są zeznania Awejdy. 
Człowiek ten mówi wszystko, czego nawet nie pytają — 
niepojęta nawet taka szczerość. Czytaj pan: oto zezna- 
nie o panu i Wilnie. Zeznania te wykazują wiele rzeczy 
jeszcze nie wykrytych i gen. Muraw jew nową wyznacza 
Komisję dla panów. Ja pana nie oddzielę od Jeleńskiego 
i daję panu to zeznanie. Przeczytaj pan i przygotuj się: 
za dni kilka wezwą pana do Komisji i urzędownie dadzą 
zapytania. Widzenia pan masz i miewać będziesz. Ja 
przyrzekam dać panu wszelkie potrzebne wskazówki o 
osobach: kto za granicą, kto skazany, a przez żonę pan 
je sprawdzisz. Wierz mi pan, chcemy go ratować; lecz 
teraz interes trudny". 



— 191 — 

Czytam. Awejda powtarza dawny skład, jak go wy- 
mieniłem, Wydziału. Dzięki Bogu, choć znał, nie zamie- 
szał Łopacińskiego, Falewicza i innych. Lecz mówi o 
wysłaniu przez nas Hiier. Kieniewicza do Kazania, o na- 
iznaczeniu jego członkiem Rządu od Litwy. Wyprowadza 
początek naszej organdzacji z Petersburga, a potem od 
1855 wymienia nazwiska osób, niektórych nawet niena- 
leżących: Konr. Chmielewskiego, Dalewskiego i innych 
uważa za złączonych z czerwonymi. Mówi o posyłaniu 




Aleksander Losiew. 

prezes Komisji śledczej. 

za granicę pieniędzy po razy kilka, o komitecie kobiet. 
Szczegółowo wypisuje, że za pośrednictwem Józ. Kali- 
nowskiego Wydział wydostał z Petersburga plany fortec 
i te przesłał do Oałęzowskiego do Warszawy, a stam- 
tąd do Paryża; że w marcu 1862 r. ja byłem wysłany z 
Wilna do Warszawy na zjazd dla ostatecznego porozu- 
mienia się z Królestwem i innemi prowincjami. Oprócz 
tego pisze o Przybylskim Wacławie, jako naszym sekre- 
tarzu, przez którego, weszliśmy w stosunek z Rządem, 
przez którego też Ohryzko został wprowadzony. W Pe- 



— 192 — 

tersburgu również wymienra Komitet i ludzi zupełnie do- 
tąd swobodnych, jak: Rechniewskich, Spasowicza, Bara- 
nieckiego i d-ra Rymowicza... O Petersburgu wszyst- 
kiego nie mogłem przeczytać, bo Łosiew spostrzegł, że 
o tern czytam, i powiedział : „To już do pana nie zależy". 
Zawsze byl to z jego strony krok, o ile może być, naj- 
życzliwszy. Lecz ja nie widziałem wyjścia, przytem 
przyznaję się, byłem zmęczony i postanowiłem raz 
skończyć. 

W kilka dni potem była u mnie żona z dziećmi, której 
jeszcze nic nie mówiłem, gdy wezwano mię do Komisji. 
Zaledwo parę razy widziałem Komisję w takiem komple- 
cie. Łosiew, Szpejer, Siemionów, Jugan, Gogiel, a także 
audytor zasiedli dokoła stołu, podano mi krzesło tuż u 
stołu przy Łosiewde. Łosiew, jak po raz pierwszy, znów 
zaczął od tego, że uważali sprawę moją za ukończoną 
i byli pewni, że się uda ocalić mi życie: teraz musząc 
na nowo zacząć śledztwo, bo otrzymano zeznania Awej- 
dy. Tu już tylko w części odczytał mi różne zarzuty, na 
które miałem odpowiadać. Gdy skończył, wstałem i 
mniej więcej w te słowa odezwałem się: — „Nigdy pano- 
wie nie słyszeliście ode mnie próżnych słów i podzięko- 
wań, dziś, wzamian za słowa życzliwości, i ja też otwar- 
cie wyznaję, że nie mam nietylko żalu do panów, lecz 
przyznaję, że względem mnie postępowaliście z deli- 
katnością i, wierzcie mi, szczerze dziękuję i wierzę w 
oświadczoną życzliwość, bo nie może być, by człowiek 
jakiejbądź narodowości nie uszanował przekonań innych. 
Lecz nie miejcie mi też za złe, gdy wam powiem, że 
zawsze to więzienie, drugi rok indagacji, — to moralna 
tortura i, pomimo waszej grzeczności przy spełnianiu 
smutnego obowiązku, otwarcie wam mówię, że mi wy- 
czerpały się siły. Nigdy nie dawałem słowa, dz^iś po raz 
pierwszy pod słowem mówię, że uważam moją sprawę 
za skończoną, odpowiadać nie będę już, a żeby dać osta- 
teczną możność bez skrupułu gen. Murawjewowi pod- 



193 



pisać mój dekret śmierci — oznajmiam panom tu w ca- 
łym komplecie, com powtarzał pojedynczym członkom, 
że cały czas jak w Wydziale Zarządzającym — z woli 
towarzyszów — tak w Wydziale Wykonawczym — z no- 
minacji Rządu — -byłem nie członkiem, ale prezesem i 
wszystkie nominacje przez cały czas szły tylko ode 
mnie. Zdaje się do podpisania dekretu tego dosyć". Ło- 
siew powstał. — „Nie, panie Gieysztor, pan sam siebie 
napróżno oskarżasz „wy wwoditie na siebia napraślinu", 
my dobrze wiemy, że tak nie było i z tego powodu do 
protokułu tego, co pan mówi, nie zapiszemy". I wszyscy 
członkowie to samo potwierdzili, zbliżając się do mnie, 
jak zdawało się, mocno wzruszeni. Łosiew zaś z nimi po- 
mówił, w końcu zwrócił się do mnie. — „Idź pan do więzie- 
nia — my też nie zaręczamy za skutek, lecz dajemy słowo, 
że dołożymy całej naszej usilności, by ocalić życie pań- 
skie". Siemionów wyprowadził mię, napiliśmy się wody, 
i, idąc korytarzem, pokrzepiał: — „Bądź pan pewny i 
spokojny: my wszyscy i Potapow, chcemy mu dopo- 
móc, a jak głowa zostanie na karku, to wszystko przed 
człowiekiem". 



Jednocześnie toczyła się sprawa Ohryzki. Gogiel raz 
przychodzi i pyta: czy nie chcę go widzieć. „On nie 
wierzy, byś się pan przyznał; czy pan to jemu powiesz?" 
—„Powiem, ale razem i to, co mi moje przekonanie 
dyktuje". Komisja coś mówiła, że zeznania różne mocno 
kompromitują Ohryzkę, zresztą i ja sam czytałem ze- 
znania Awejdy. Gdy weszliśmy, uścisnęMśmy się z 
Ohryzką, on był mocno zdenerwowany, tak, że się roz- 
płakał. „Czy prawda— że ty się przyznałeś?"— „Tak, 
były takie okoliczności — musiałem". Gogiel mówi: „I pan 
zrób to — Panie Gieysztor, niech mu pan radzi". — „Mój 
Józefacie, nie wiem czyś brał jaki udział, to pewna, że 
tu idzie nie tak o ciebie, jak o zaczepienie Petersburga". 
„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 13 



— 194 — 

Tu Gogiel mi przerwał, ale ja odparłem: — „Ja mówiłem, 
że tylko wyT)owiem moje przekonanie". Ścisnęliśmy się 
serdecznie. Jeszcze parę dni Ohryzko nie przyznawał się. 
Przez dozorcę i inną drogą miałem od niego kartkę i 
wiedziałem, że Kossowski w oczy mu mówił o ich czyn- 
ności. Po powrocie do numeru, opowiedziałem to kole- 
gom i, przyznaję się, nawet było mi trochę ciężko po- 
myśleć, że ostatniemi słowy o Petersburgu może na szu- 
bienicę go pchnąłem, tem bardziej, gdy się sam nie przy- 
znawał. Lecz w końcu sądzę, że tylko dobrze zroziuimiany 
interes towarzyszy kazał mu przyznać się i wziąć na sie- 
bie całą winę. Gdyby się wypierał zeznań Awejdy, po- 
parliby je Kossowski, Warawski i inni, i wszyscy wy- 
mienieni przez Awejdę, a może i wielu innych, zginęliby. 
Ohryzko, biorąc na siebie całą winę, ich ocalił. Jak Litwa 
mnie, tak Petersburg Ohryzce zawdzięcza ocalenie set- 
ki osób. 

W tej sprawie Petersburskiej wdelu się zbrudziło, 
niektórzy tylko mieszali się, najnikczemniej wyszedł Kos- 
sowski Władysław, choć i Warawski nie lepiej. Gogiel 
w swej broszurze wiele cytuje zeznań okazujących całą 
nikczemność tych panów. Co do Ohryzki największy 
fałsz, by on miał się przed Gogielem .uniżać, że wiele 
było nietrafności w tłumaczeniu się, to pewna, 
jak może i ja w swoich zeznaniach, sądząc je na zimno, 
znalazłbym coś do zmienienia. Lepiej może było nie mó- 
wić tak otwarcie i o sobie; lecz jak pisałem wszystko z 
najlepszą wiarą, chcąc tylko ratować ludzi — a sprawę 
podnosić, tak też jestem pewny, że i Józefat tem się po- 
wodował. Najniepotrzebniej przyznał się, że w czasie 
bytności w Wilnie, widział się z nami, o czem ja nie mó- 
wiłem i, co dziwna, o jakiejś propozycji wejścia do orga- 
nizacji naszej. To chyba było dla pozyskania naszego 
udziału w Petersburgu, bo my, wiedząc, że oni tam pra- 
cują, wcale nie widzieliśmy ani potrzeby, ani koniecz- 
ności ich tu wciągać, również i o bytności Oskierki w Pe- 
tersburgu, o stosunku z nim... 



— 195 — 

Po kilku dniach od bytności mej w ,Komisji, wcho- 
dzi Jugan i prosi mię do oddzielnego pokoju. „Niech pan 
będzie spokojny, pamiętamy o ipańskiem słowie, lecz 
sądzę, że mi pan da jedno objaśnienie, a przekonasz się 
pan, że to w jego interesie. PaiU pamięta, że Aiwejda 
świadczy ,iż byłeś pan w Warszawie w marcu, ja dziś 
jadę do Warszawy, by sprawdzić. Wierz mi pan, to 
się nie ukryje — jak to było?" — „Mój panie, z łatwością 
przekonam panów o swojem alibi, bo w ciągu całego mie- 
siąca marca, byłem w Kownie w Zarządzie, potem z 
Najwyższego rozkazu, u ks. Ogińskiego w Retowie, a 
właśnie w końcu miesiąca, znów w Kownie, skąd od 
powrotu z Retowa nie wyjeżdżałem z powodu bytności 
tam Sołowjewa. Lecz, by panu uprościć poszukiwanie, 
mówię, że nie w marou, lecz w końcu grudnia byłem w 
Warszawie, mieszkałem w Hotelu Europejskim, jeździ- 
łem tam, jako opiekun dzieci Syrokomli, o czem też ga- 
zety ówczesne wspominały". Tu Jugan się odezwał i 
przyznaję się, te słowa z ust członka Komisji, który do- 
skonale znał wszystkie przejścia, już mi wówczas były 
nagrodą za moją pracę całego żywota. — ,yZostafwniy to, 
panie Gieysztor, i ja tak dobrze, jak pan, wiem, że nie 
jedna opieka Syrokomli była powodem pańskiej podróży, 
lecz o tej bytności, która miała miejsce przed samym 
wybuchem, rwispominać nie można; to pewna też, że pan 
nie jechałeś w interesie rychłego powstania. Gdyby pana 
słuchano, dziesiątki latby przeszły, nimby nastąpił wy- 
buch, lecz wówczas już panbyś tu nie siedział, jabym go 
nie indagował; na iszczęście nasze pana nie słuchano". 
Z temi słowy mię pożegnał. 

Jeleński był też wzywany do Komisji; radził się 
mnie, pisał, ale zeznań jego nie czytałem, głównie się 
opierał na tem, że oprócz kasy, niczem się nie zajmo- 
wał, zgadzał się z nami, nie chcąc żadnych robić znajo- 
mości i wiedzieć o niczem. 

Po dniach dziesięciu, naznaczonych jako termin przez 
Murawjewa dla ukończenia czynności Komisji, znów mię 



— 196 — 

Wezwano. Byli tylko Jugan z Gogielem. Podali mi na 
czysto przepisany arkusz do podpisu. Była to moja od- 
powiedź. Po przeczytaniu, nie wahając się, podpisałem. 
I wyznaję, gdybym do dziś dnia myślał, lepiej-bym nie od- 
powiedział. Dotknąłem tam kilku tylko zarzutów, okazu- 
jąc ich bezzasadność i prosząc, by z tych Komisja są- 
dziła o innych, na które będąc w więzieniu nde mogę tak 
stanowczo odpowiedzieć. Tu najprzód zbiłem twierdze- 
nie o mojej bytności w Warszawie, potem o znajomości 
z Hieronimem, do którejbym zapewne nie przyznał się, 
będąc z Ufy przywiezionym, jeślibym w samej rzeczy 
miał z nim stosunki i wiedz)iał, co on robi. Dalej o Ko- 
mitecie kobiet i Petersburgu. 

Naturalnie, że Komisja wszystko to poparła swomi 
dowodami. Ta pomoc Komisji tłumaczy się zwyczajną 
rywalizacją, chęcią odznaczenia się, gdy ich to dotknęło, 
że Awejda w Wilnie nic nie wyśpiewał, a teraz tak wiele 
mówi; otóż chciano pokazać, że to fałsz, dając mi drogę 
do obrony, robiono i swój interes, może na ten raz i 
zgodnie z Mnrawjewa wolą. 

Tu przypomnieć muszę, że raz na parę jeszcze mie- 
sięcy przedtem byłem mocno przerażony, bom się prawie 
zdradził w rozmowie. Szło o Komitety damskie. Jugan 
przychodzi i mówi mi: „Źle, nowe trudności spotykamy. 
Oto z różnych zeznań na pewno wiemy, że panowie mie- 
liście czynną pomoc w kobietach. Były one zorganizowa- 
ne w Komitety i każdy z panów miał takie pomocnice". 
Ody on to mi mówił, czułem, że mi krew uderzyła do 
twarzy i byłem zmieniony, w jednej bowiem chwili sta- 
nęły mi w oczach, nie tak Tekla, jak kilka młodych 
dziewczynek, prawie dzieci... Mar ja Wyrzykowska, Mar ja 
Zawiszanka, Bogumiła Chrystowska, Ludwika hr. Kossa- 
kowska i inne. Lecz w mgnieniu też oka, już miałem 
projekt ukrycia tego zmieszania: „Przepraszam, odzy- 
wam się, pan wie, że ja zawsze gotów jestem mu służyć, 
lecz dziś czuję się niezdrowym". Jugan wyszedł. Naza- 



— 197 — 

jutrz wchodzi i ze stodkim uśmiechem ipyta: „A jak zdro- 
wie?'' Z całą już przygO'towaną bezczelnością odpowia- 
dam: „Czy pan żartuje, ja zupełnie nie byłem chory, 
lecz to pańskie pytanie kazało mi przerwać rozmowę". 
Tu Jugan spojrzał mi w oczy.— „A tak, pan dobrze wie, 
że ja jestem bardzo żywy, drażliwy, jednakże umiem, 
gdy potrzeba, panować nad sobą i przez cały czas w Ko- 
misji ani razu się nie uniosłem. Wczoraj pan musiałeś 
dostrzec, gdyś pan mówił, ja się mimowoli aż zmieniłem, 
lecz miałem tyle władzy, by zapanować nad sobą i po- 
prosić o przerwę w indagacji. Ja czułem, że lada słowo, 
mogę wybuchnąć, po zastanowieniu się, widzę, że pan 
tylko spełniałeś, jak zwykle, swą powinność. Bo i proszę 
zastanowić się: jakie to było pytanie? Dobrze wam 
wiadomo, że się starałem wzywać do pracy ludzi tylko 
pojmujących położenie rozumnie, z poczucia obowiązku 
oddających swe życie, gdy tak już rozkazało sumienie. 
Wzywanie więc kobiet przeze mnie jest nielogiczne. 
Lecz gdyby tak było, któżby mię otaczał i pomagał. 
Żona, siostry? Czy choć jedno nazwisko wyszło z ust 
moich, wam niewiadome i wyrokiem nie objęte? Jakże 
więc mnie pytać o to, co i nielogiczne i obraźliwe? Dziś, 
powtarzam, widzę, że pan to zrobiłeś, boś musiał, i cie- 
szę się, żem wczoraj zręcznym wybiegiem uniknął przy- 
krości wzajemnej". Nie wątpię, że na ten raz Jugan na- 
wet uwierzył, a był to może jedyny raz, że zupełnie po- 
stępowałem fałszywie. 

Musiałem to zacytować, jako przykład z własnego 
doświadczenia, jak mimo całej przytomności i sumie- 
nia, można mimowolną grą twarzy nawet sprawie za- 
szkodzić. A przytem, gdy człowiek, najwięcej brzydzący 

\ się fałszem raz wejdzie na drogę tajemnych dzia- 
łań, muisi dla ocalenia innych gwałt swej naturze za- 
dawać. 

I^K Jeszcze miałem z powodu zeznań Ohryzki rozmowę 



— 198 — 

w Wilnie i do stosunków z Aleksandrem, naturalnie, 
moje zeznanie okazywało się niepełnem i fałszywem. 
Zjawili się więc do mnie, bym też napisał, co wiedziałem 
o tern. Nie szło tu jednak o Ohryzkę, lecz o przyjętą 
zasadę, że na zewnątrz nic nie wiedziałem. Pisałem do 
Ohryzki, ten mówił, żebym robił, jak chcę, lecz i on wo- 
lał, bym nic nie powiedział. Otóż napisałem, że Wac. 
Przybylski nam mówił o jego zgodzeniu się, lecz to były 
słowa, nic więcej, pogłoska: nie mogłem zatem pisać 
tego w Komisji i dziś, choć Ohryzko sam to potwierdza, 
ja jednak zawsze powtarzam, że nic o tem ntie wiedzia- 
łem i Aleksandra nie pytałem. Ody Aleksander miastem 
rządził, ja też o nikogo z jego podwładnych się nie roz- 
pytywałem, do dziś dnia więc, kim był i czy był Ohryz- 
ko w organizacji, nie wiem. Powołanie się na Maćka (tak 
zwaliśmy Przybylskiego) miało i tę rację, że mogło tyl- 
ko przydać się Ohryzce, jeśMby ten, co mu ja odradzałem, 
w samej rzeczy cofnął potem swe zeznania, bo i Awejda 
tylko na słowach Maćka się opierał, a mógł ten i plotkę 
rzucić. 

Ohryzko bowiem już zaraz po zeznaniu zamyślał je 
odwołać. Było to bardzo nierozsądne, tylko przy naj- 
lepszych chęciach prowadzących śledztwo dałoby się 
zrobić. On na to właśnie liczył. Lecz to miało nastąpić 
później, tymczasem trzeba było dać znać do Warsza- 
wy niektórym osobom, co się tu dzieje; mały więc listek 
Ohryzki wysłałem^). Tu pośredniczyła żona moja, a głó- 
wnie zajmował się nieoceniony stary Szumski, ten mó- 
wił, że z chęcią ostatnie dni życia poświęci, by ulżyć losu 
młodszym potrzebniejszym. Wielu ludzi dziś w Warsza- 
wie będących nie wiedzą, że mnie obowiązani swoje 
ostrzeżenie. Lecz trzeba było wysłać i do Petersburga. 

Tu mdałem przejście, które zraziło mię do Antonie- 



1) List był do profesora Holeiwińskde^, z którym je- 
dnak, po poznandm się w Warszawie, nigdy o tem nie mówiłem 



— 199 — 

go Jeleńskiego. Do Petersburga miaia jechać siostra p- 
Jeleńskiej, panna Fabjanoia Dybowska, aby wyrobić nam 
zatrzymanie się w stolicy na jakiś czas, nim żony w dro- 
gę się wybiorą. Tymczasem Ohryzko koniecznie prosi 
o sposobność pewną. Trzeba dwa dni przeczekać, by się 
z nim skomunikować. Mówię Jeleńskiemu, że idzie tu 
o sprawę Ohryzki, o los wielu osób, trzeba ostrzec, dać 
znać, co się dzieje z niektórymi. Jeleński, mówiąc, że 
z powodu przewłoki, może się nie zatrzyma' w Petersbur- 
gu, a pr żytem, sądzę i z obaw^^ — wyprawia — co ry- 
chlej Fabjaonę. Ta zacna kobieta pojechała z rzeczy^wistą 
niechęcią... Człowiek tak świeżo splamiony, gdy pierw- 
szy raz mogąc być użytecznym, przez egoizm odmawia 
innym pomocy — przyznaję się, od tej chwili osądziłem 
w mem sercu, że i całe jego postępowanie ze mną było 
wywołane tylko egoizmem. Do Warszawy pojechała 
zacna Aleksandra Wyrzykowska, która wszystkie pole- 
cenia nasze spełniła. 

Opisywałem parę scen z Komisją, i jeszcze mam 
o niich mówić, bo rzadko kto tego dotykał. Dziś w opo- 
wiadaniu jakby się widziało tylko stronę lepszą, lecz 
każdy łatwo, gdy się przeniesie w położenie więźnia, zgo- 
dzi się, że to, co dziś łatwo się czyta, bardzo trudno było 
przeżyć. Doszło wprawdzie do teco na końcu, że wszel- 
kie pytania o różne osoby stały się czczą formalnością. 
Oni spełniali swą czynność, ja swoją. Odpowiedź była 
wiadoma. Czy byli szczerze życzliwi — nie mam po- 
wodu wątpić, zresztą oni sami jasno tę kwestię stawili. 
Wszyscy sądzili, że się system zmieni, wówczas zdanie 
moje, Ohryzki i innych ludzi wpływowych może im do- 
pomóc. Oogiel zawsze się z tem odzywał. Juganowi zaś 
ja otwarcie mówiłem, że gidy przyjął miejsce w Komisji, 
nic dziwnego, iż spełnia swój obowiązek, lecz jak to on^ 
jak człowiek z jego wychowaniem mógł coś podobnego 
przyjmować? Jemu też na zapytanie „co będzie?" po- 
wtórzyłem bajkę Góreckiego. Czasem wychodził nada- 



— 200 ~ 

sany. Mikołaj i Antoni mówili mi: „Co ty robisz?" lecz 
ja uwaźaJem za obownązek mówić te prawdy, aby widzie- 
li, źe ina duchu nie upadamy, że wierzymy zawsze, iż 
kraj nie zginie. 

Od nich wiedziałem o postępowaniu nikczemnem 
Kaszyca. Gogiel opowiadał, że gdy przybyli na wieś do 
matki Kaszyca, d ta biedna rozpytywała go, on przer- 
wał, prosząc, co rychlej o jadło; że sam skompromito- 
wał swego wójta włościanina. Wiedziałem już z miasta, 
że z powodu żony Kaszyca pani 0'Rourkowej kazano 
wyjechać. Po swojem uwolnieniu Kaszyc był u mojej 
żony, chcąc się przed nią tłumaczyć i dowodząc, że on 
mi w Tiiczem nie zaszkodził. Żona moja go nie przjięła, 
a raczej nie chciała z nim rozmawiać, Kaszyc uważał 
za obowiązek i to Łosiewowi powtórzyć, a ten mnie. Za- 
pewne wiele przesadzają w opowiadaniach o nim, cudze 
też winy na niego zwalają, jak Oażyca, zresztą gdy o ty- 
lu równie prawie winnych zapomniano lub im tolerują, 
Kaszyc prawie jeden tak wzgardzony, lecz jednak to 
człowiek nie tylko słaby, ale i zły. 

Z nowogródzkiej sprawy prawie nikt zupełnie nie 
wyszedł czysty, naturalnie, że wielu było tylko zbała- 
muconych. Dubiczyński, Nowodworski godni być nie- 
daleko Kaszyca. A ciekawe widziałem jednego z tych 
panów zeznanie. Gdym, jak zwykle, bronił naszej szlach- 
ty, Jugan przynosi mi czyjąś sprawę: „Słuchaj pan" 
i czyta: „Mój ojciec zawsze był wiernym poddanym 
i w tych zasadach nas wychował. Byliśmy i jesteśmy 
ludźmi porządku, zaburzenia więc Litwy zgrozą nas 
przejęły i dopiero odetchnęliśmy, gdy porządek powró- 
cił z przyjazdem gen. Mlurawjewa". — „Nieprawdaż? 
wedJe panów zasługuje on na szubienicę?" — „Nie" — ^ 
odparłem, „lecz na kopę bizunów" — „To słuchaj pan 
dalej, oto jego drugie zeznanie: „Chociaż zawsze byli- 
śmy wiernopoddanymi, lecz, gdy zaczęły się pogłoski 
o interwencja i cały kraj jej oczekiwał, my, jako Polacy. 



— 201 — 

nie mogliśmy się usuwać i ja przyjąłem obowiązek okrę- 
gowego". — „Teraz", odezwał się Jugan, „i ja powiem, 
że podlec". To były zeznania ks. M... JR.,.! 

Z Juganem też mieliśmy rozmowę o jednym z kole- 
gów. Mówię tu o Kaz. Jeleńskim, towarzyszu z instytutu 
i uniwersytetu, początkowo nawet należącym do naszych 
robót w 1861 r. Był on w Wilnie i w jedną niedzielę spot- 
kał się z Jianem Dybowiskim u Jugana. Po godzinie coś 
gawędy Dybowski bierze za kapelusz. — „A gdzieto?" — 
pyta Jugan. — „Do kościoła". — „Do kościoła?" — pod- 
chwytuje Jeleński. — „Ja od czasu, gdy przekonałem się^ 
że to księża z kobietami wywołali wszystkie te nieszczę- 
ścia, nie chodzę do kościoła". Dybowski to mi opowie- 
dział. Otóż Jugan pyta:: „Wszakże Jeleński był pań- 
skim towarzyszem, lecz to nie Sierakowski, nie pan, nie 
Swida, a cóż pan o nim powie?" — „To, co powiedziałem 
o R...!" 

Raz gdyśmy z mim i Raczem mówili o naszym cha- 
rakterze narodowym i zarzucano mi stronność i niechęć 
do Rosjan, ja im takie dałem zapytanie: „Przypuśćmy 
nagłą zmianę, że i teraz, tak jak w 1812 r., nagle wchodzą 
francuskie wojska, i panowie zostajecie w Wilnie, do ko- 
gobyście się udali? Do Domejikii, który przedstawia, jak 
pisze w adresie, element zawsze od wieków ruski? czy 
do mnie, o którego nieniawiści mówicie do Rosjan". Nie 
wahając się, Jugan rzekł: „Do pana, bo jestem pewny, że 
pan z narażeniem życia bezbronnychbyś ratował, a lu- 
dzie tamtej barwy w takich chwilach chcieliby krwiożer- 
stwem wobec nieprzyjaciela swoje winy złagodzić". — 
„Więc pan sam wyrok wygłosiłeś i ma nich i ma swoich, 
bo na kim się opieracie?" 

Jak się im w głowach wszystko jeszcze roiło o mo- 
żebnych zmianach, przytaczam jeszcze dwie rozmowy 
z Raczem i Juganem. Racz wzywa mię już na parę dni 
przed wyjazdem i mówi: — „Bądźmy otwarci, lada dzień 
Murawjew odjedzie, W. Ks. Konstanty w Królestwie obej- 



— 202 — 

mie rządy, system się z-mieni. W takim razie, o ile na pa- 
na i jego przyjaciół Rząd może liczyć co do szczerego 
pojednania się?" — „Panie generale, za szczerość — 
szczerość. Przedeiwszystkiiem ostrzegam, że ja mówię 
tylko za siebie; moje przekonania pan znasz. Wiem, że 
dziś niepodobna żądać niepodległości narodu .... 
(przytem o koniecznych zmianach w Rosji, z każdym 
z nich wiele mówiliśmy — ja też wcale nie taiłem swego 
zdania). Mjój współudział w razie zmian zależeć będzie 
od postępowania Rządu. Za szczere przyznanie auto- 
nomji, rozwój naturalny prowincji i ja też szczerze służę, 
choć dziś z pod szubienicy; lecz za żadne dostojeństwa 
nie przyłożę ręki do roboty, w którejbym podejrzewał 
złą wolę i, wierz mi pan, bez uznania narodowości pol- 
skiej niigdy nie będziecie mieli żadnego Polaka uczciwe- 
go w waszej służbie". 

Jugan, wiedziałem, że przed Dybowskim odzywał się 
o mnie z wielkiemi pochwałami, lecz zarzucał dwie wiel- 
kie wady: „Gieysztor wierzy w nieśmiertelność duszy 
i wierzy w przyszłość Polski!" Jugan w dysputach ze 
mną przypuszczał jedyną nieśmiertelność tu na ziemi 
w pamięci ludzi, w owocach nasizej pracy; im wyższej 
inteligiencji i poświęcenia człowiek, tem dłużej trwa jego 
pamięć. Myśl zapewne piękna, choć zupełnie niezgodna 
z nauką Chrystusa. Za Mnrawjewa czasów już się mno- 
żyły broszury dowodzące, że my koniecznie powinniśmyj 
być w jedności z Rosjanami, że to zwrot do przeszłościj 
i t. p. W jednej z takich, danych mi przez Jugana, podj 
tytułem: „Nocleg w Nieświeżu", obok wielu zwykły cl 
konceptów jest jeden śliczny ustęp, malujący dobrze sąc 
Rosjan o pewnych Polakach. Na zapytanie ks. Radziwiłła 
Panie Kochanku : „Jakże cierpią najazd i panowie i szlach- 
ta?" anitor odpowiada: „O! Polaków już niiema, bo kt( 
był polakiem szlachetnym, ten albo zginął, lub idzie m 
wygnanie, czy tułaczkę, a pozostali panowie, jak psial 



— 203 — 

na łapkach, skaczą przed Michałem Mikołajewiczem'"). 
(Warta odszukania broszura z powodu tego ustępu). 
I w Komisji, i w pismach głoszono, że prędko naród się 
spostrzeże i oplwa dziś wielbionych bohaterów powsta- 
nia, że imiona Narbutta, Sierakowskiego i innych ze 
wzgardą i przekleństwem matki synom powtarzać będą I 
Członkowie Komisji otwarcie mówili, że dch zadaniem jest 
nietylko zgubić, zabić, osądzić, ale d zbrudizić nas. — 
„A wiecie, panowie, jak się dziś historię pisze, i wasze 
dzieci nie poznają was w naszych obrazach. Wasza wia- 
ra — to złudzenie, wy jesteście Don Kiszoci XIX wieku, 
wierzycie w prawdę, w sprawiedliwiość 

Na takie to zdania ja zawsze całe godziny im odpo- 
wiadałem, to gorącym ustępem poetycznym, to Góreckie- 
go legendą „w końcu u djabła zero, u Boga miliony". I tej 
to wiary pojąć nie mógł Jugan w człowieku, jak on mó- 
wił, rozsądnym... Otóż na pożegnanie prosi, abym. mu nie 
miał za złe jego czynności. — „Nie, mój paniie, ja mam 
żal tylko za Giedrojcia. Wiem, że pan taik się o mnie od- 
zywasz, jak może mało kto z współrodaków. Człowiek 
fe zaś, który szczerą ma wiarę, choćby go nazwano mono- 
jmanem, oie obrazi się, a ceni dobre słowo o nim". — „Ach, 
[przepraszam, nie tłumacz pan źle mego wyrażenia. To 
dowodzii owszem, jak szanuję i wierzę w głębokość pań- 
skich przekonań". — „Nie tłumacz się pan, ja sam wiem, 
że to mi zaszczyt przynosi. Ale panie Jugan, <na pożegna- 
lnie, ja panu też powiem słowo prawdy. Tak, jak wierzę 
w nieśmiertelność duszy, w tryumf prawdy, myśli Bożej 
na ziemi, tak wierzę i w przyszłość narodu polskiego. To 
^prawda, a jako człowiek rozumny, wiesz, że wiara jest 
ślepą i nie daje się pokonać żadnem rozumowaniem. Otóż, 

gdy mnie przyjdzie umierać, . 

, jakie to szczęście ta wiara, ta pew- 



1) Murawjewem. 



— 204 — 

ność, ie śmierć nasza, to tylko szczebel dla przyszłego 

pokolenia, Jaka przy tern 

pociecha ta pewność, że każde zacne serce, każdy uczci- 
wy człowiiek, choćby nie podzielał, naszych przekonań, 
choćby był innej . . . . . . narodowości, jednak je 

uszanuje i choć nad grobem monomana powie: „A był to 
jednak prawy człowiek, nieprawdaż, panie?" 

Jugan ścisnął mię za rękę. — „Lecz idźmy dalej. 
Pan mi nieraz sam przyznawałeś, że sprawa nasza słu- 
szna, sprawiedliwa Pan, da- 
jąc przykład z życia codziennego, okazałeś tylko, jak wa- 
runki polityczne skrzywiły pojęcia o moralności, 
bo twierdziłeś, że nikt uczciwy nie weźmie cudzej własno- 
ści, lecz nie wróci tej, zabranej jeszcze przez ojca, bo ta 
już nie obarcza jego sumienia. Ja inaczej sądzę, ja czczę 
przeszłość i pamięć przodków, a więc i ich winy choćby 
krwią chciałbym okupić. Idźmy dalej, otóż ta sprawa 
nasza choć słuszna, wedle pana, musi ziginąć na wieki, 
bo rządzi dziś i na wieki rządzić będzie prawo siły ! Tak, 
panie, jak twierdzisz, dyktuje rozum i dziwisz się, że ja, 
człek rozsądny, tak jestem zaślepiony, że tego nie wi- 
dzę... Tak, mój panie! wierzący widzi tylko to, w co wie- 
rzy — dla niego to i mądre — bo prawdziwe; lecz i ja 
uznaję potęgę rozumu i czczę nadewszystko zdrową lo- 
gikę. Ja panu zarzucam, żeś to pan monoman. Polska na- 
rodowość słaba; ale że jest, temu nie zaprzecza u was 
nikt; jest ona nawet dziś silniejszą, niż była w 1831 r., bo 
w liczniejszych żyjąca piersiach, potężniejszą, niż za 
Sasów... A kto panu powie, jaką ona będzie za lat kilka- 
dziesiąt? To już nie ślepa wiara, to sprawa rachunku, do- 
wodzenie liczbami; rzeczy rozsądku rozbierajmy logicz- 
nie. Pan przyznawałeś, jak wszyscy, że od r. 1772 Pol- 
ska się rozszerzyła w dziedzinę, którą wy zwiecie waszą, 
a ja nazywam ją miejscową-Białoruską. To wina wasza, 
iak mówisz. Dziś, mówicie, nie będzie wahania się, będzie 
system mądry, sprężysty, przeprowadzony i „Finis Po- 



— 205 — 

loniae". Dobrze, rozbierzmy to na izimno. Do dziś dnia 
nie było, mówicie, stałego systemu. Dzisiejszego, co 
prawda, pan sam nie pochwalasz, lecz inny, doskonały 
już się wam zdaje, że jest w waszych głowach (o sumie- 
niu nie mówię, to musi milczeć). Przypuśćmy, że pan od- 
czytujesz mi ten projekt powolnej, ostatecznej naszej za- 
głady, a projekt jest tak rozumny, tak piekielnie dla nas 
zgubny, że ja, ja monoman polski, w rozumie swoim, nie 
mam dla niego krytyki, i tylko jak dziecko zamykam oczy 
przed prawdą... System jest doskonały, — przypuszczam, 
teraz drugi warunek koiniecziny. Żadne . możebne zmiany 

, żadne konieczne też reformy w samej 

Rosji nie wpłyną na odmianę tego dla nas zgubnego sy- 
stematu! Daruj pan, tu rozum praktyczny już się buntu- 
je, lecz bądźmy z nim bez ceremonii, każmy mu zamil- 
knąć: zgadzam się i na to. Teraz, panie Jugan, ponieważ 
już nie jesteśmy w Komisji, to ja pana poproszę o danie 
mi słowa, że odpowiesz mi całą szczerą prawdę na moje 
zapytanie". 

On podał mi znowu rękę. — „Otóż co znaczy sy- 
stem, co znaczy wytrwałość w przeprowadzeniu jego 
u góry, gdy nie będzie ludzi do wcielenia tego systemu. 
Żeby myśl, nową jakąś prawdę wcielić w masy, lub nową 
religję wprowadzić, trzeba aby nią się najprzód przejęła 
pierś człowieka. Daruj pan, tu nie dość rozsądku, trzeba 
i wiary w tę ideę. Trzeba jej wyznawców, apostołów, 
męczenników nawet. Powiedz mi pan, czy na secinę tu 
będących waszych „diejatielej" znajdziesz pan jednego, 
któryby z zaparciem się siebie, z tą wiarą, z jaką my 
idziemy na śmierć, pracował tak dla was, a czy na całą 
Litwę jest takich dziiesięciu, którzyby interes kraju swego 
bez względu na siebie i swoją karjerę, mieli na widoku, 
którychby nie poruszyła łza mewiast, śmierć niemowlę- 
cia, wyrzuty własnego sumienia, sakiewka bogacza, lub 
uścisk zalotnicy?" 

Jugan poruszony przeszedł się po pokoju. — „Nie, 



b 



206 



nie mogę dać słowa!" — „Niie możesz, i pan to zarzucasz 
nam brak zimnego rozumu, ścisłego rachunku, nazywasz 
nas monomanami, — nas, któnzy widzimy jednak, jak 

liczne zastępy 

. . . już nie szlacheckie, lecz nawet z ludu dobrowol- 
ne idą ofiajry. Nie, panie, z naszą wiarą musi się pogo- 
dzić i wyższy, dalej sięgający rozum, a jakże bez pod- 
stawy są wasze teorje, budowane , na fak- 
cie dokonanym, na sile .... nie wytrzymują one 
krytyki zimnego rozumu, a wam samym ludziom uczci- 
wym są wstrętne. Tak, panie, my umierając, mamy i wa- 
sze uznanie, o ile w waszej piersi bije serce ludzkie; ale 
waim jakże ciężką będzie chwila skonu, gdy spojrzycie 
wstecz i zobaczycie, żeście byli nędzną sprężyną w rę- 
kach Miurawjewa". 

Mnie mimowoli z oczu łzy trysnęły — spojrzałem — 
i Jugan zapłakał. Sądzę, że prawie te same były mniej 
więcej słowa — to pewna, że mówiłem długo, wyrażenia 
i zwroty, jakby dziś to było, pamiętam. Więcej już Ju- 
gana nie widziałem. 



Ohryzko tymczasem układał projekt zapierania się, 
o tem wiedział i dozorca i praktycznym irozumem to po- 
tępiał. Szło przedewszystkiem o to, aby ci wszyscy, któ- 
rzy w Warszawie świadczyli przeciw Ohryzce: Oskar 
Awejda, d-r Przybylski, Janczewski, oświadczyli, że 
wszystko, co mówili o nim, wiedzieli od Maćka (Przybyl- 
skiego). Przybylski (co było zapewne najłatwiejsze) miał 
umieścić w zagranicznej gazecie artykuł drwiący z rządu, 
gdy tak wiernego sługę, jak Ohryzko, na podstawie po- 
głosek uwięził. Aleks. Oskierka miał zapierać się stosun- 
ków z nim, moje zaś zeznania w takim razie bardzoby 
mu posłużyły. Na j ważniej szem byłoby cofnięcie zeznań 
Wład. Kossowskiego, na które, nie wiem na jakiej pod- 
stawie, liczono. Jako główny działacz w Petersburgu,^ 



— 207 — 

miaJ być wymieniony pewien magnat przebywający za- 
granicę, którego zgodę pozyskano ^). 

Łosiew w części nam dopomógł w projektach, gdy 
kilku dniami przed moim odjazdem pozwolił mi pójść 
pożegnać Ohryzkę. Wszedłszy do więzienia Ohryzki 
z dumą powiedział: „Ponieważ p. Gieysztor zatrzyma 
się w Petersburgu, dokąd i żona jego z dziećmi jedzie, to 
oni do mieszkania pańskiego w Petersburgu zajechać mo- 
gą, aby sobie wyrobić protekcję, gdzie mają go wysłać, 
otóż może pan mu wskaże wpływowe osoby. Ponieważ 
jednak panom może być przykrą moja obecność, trudno 
bowiem móiwić o stosunkach przy prezesie Komisji, więc 
was zostawiam na chwilę". Łosiew wyszedł. Podeszliśmy 
do okna. Tu, naturakie, Ohryzko dał mi szczegółowe 
informacje o swojej sprawie, główmie co do Rymowićza 
i Spasowicza^ Pożegnaliśmy sdę serdecznie, Łosiew rę- 
czył, że się rychło zobaczymy, bo pewno Ohryzko za 
mną podąży i razem będziemy. Dał mi Ohryzko na pa- 
miątkę swoje spinki, żałowaliśmy obaj później, że nie 
wyniosłem zegajnka, mógłby ocaleć. To zostawienie mnie 
u Ohryzki, którego śledztwo się już prowadziło, gdy je- 
chałem do Petersburga, najlepiej przekonywa o usposo- 
bieniu ówczesnem Komisji dla nas, o wierze w zmianę 
systemu, o odwołanie Murawjewa, o czem zresztą wszys- 
cy głośno mówili. A jednak jeśli w czyją zupełną szcze- 
rość i zacność wierzyłem, to tylko Fowelina. Ten, jak 
z początku był niechętnym, tak teraz na każdym kroku 
dawał mi dowody najszczerszej życzliwości. 

Robiliśmy już wyprawy na drogę. Sporządziłem 
czapkę barankową, Paweł Jeleński miał ciemniej- 
szą; na jego propozycję, zamieniliśmy się. W dni kilka 
przychodzi Paweł i mówi żartując: „A wiesz pan, jaki 
mogłem zrobić dobry interes? wszak to Fowelin dawał 
mi za czapkę konia, aby mieć pamiątkę po panu". Kaza- 



li Hr. Potocki Aleksander. 



208 



łem więc odbić w mieście kopję z mej fotografii i choć 
dość nędzną, daJem Fowelinowi. Przyjął bardzo serdecz- 
nie, obiecując wzajemnie swoją. Dozorca Orygorjew, gdy 
zobaczył fotografię, przeląkł się, sądząc, że to teraz ro- 
biona, lecz przekonałem go, bo byłem na fotografii bez 
brody. I on wziął dwie. Na co? jedną dla siebie, drugą 
zaniósł Ohryzce. 

Na parę tygodni przed wysłaniem, gdy już dekret 
był zatwieirdzony, przywołał mię Łosiew do siebie. Tyl- 
ko co wyszła od niego p. Jeleńska i wymawiała mu su- 
rowy dekret. — „Czy pan wiesz, żeście już po wyroku?" 

— „Wiem i dziękuję pułkownikowi". On spojrzał jakby 
ze zdziwieniem na mnie... — „Czyż pułkownik sądzi, żem 
tak nierozsądny, bym nie wiedział, że po mojem oskarże- 
niu, to najlepsze, co mogło mię spotkać, i że panowie zro- 
biliście, coście mogli u Mprawjewa". Łosiew odezwał się: 

— „Ja też byłem pewny, że pan to zrozumiesz, a jednak 
tylko co słyszałem wymówki". — „Może, panie pułkow- 
niku, i słuszne, bo ja też słyszałem, żeś pułkownik na 
swoje siwe włosy zaklinał się, że Jeleński tylko pojedzie 
do Rosji i majątku mu nie skonfiskują". Tu się zerwał 
Łosiew: — „Panie Gieysztor, pan ani razu od nas nie 
słyszałeś żadnych przyrzeczeń, ani złudzeń, mówiliśmy 
raz tylko, że starać się będzdemy ocalić mu życie i nic 
.więcej, bo i pam, czegoś nie chciał, to nie mówiłeś, lecz 
nigdy ani słowa nam nie dawałeś, ani się zaklinałeś, uwa- 
żając to iZa niegodne siebie. Lecz jeśli przedemną klęka- 
ją, klną się na dzieci, na duszę swoją i mówią fałsze, i to 
obywatele, ludzie szanowani! to czyż ja, żandarm, pre- 
zes Komisji, mogę inaczej z nimi postępować?" Trudno 
było na tę logikę odpowiadać. 

W wigilję wyprowadzenia nas do cytadeli, ostrzy- 
gliśmy się w więzieniu, oddaliśmy prawie wszystkie na- 
sze rzeczy. Fowelin zaś prosił, bym mu dał szkic pobież- 
ny, jak sądzę o więzieniach i ich wpływie na moralne 
usposobienie więźniów. Szczerze, ale z pewną goryczą 



— 209 — 

napisałem, bo to było w wigilję dekretu, kilfcu dniami 
przed wyjazdem z Wilna, jak sądziłem, na zawsze. 
Jednocześnie napisałem na 3 arkusikach dla dzieci krót- 
ki rys pobytu w więzieniu, testament i list do Walerego 
Janczewskiego, którego zawsze bardzo ceniłem, poleca- 
jąc mu dzieci — pokrzepiając go w trudnem zadaniu, ja- 
kie przyjął — marszałka od Rządu. 

Udaliśmy się do cytadeli. Ostatwiemi czasy mieszka- 
liśmy w sześciu, oprócz mnie, Jeleńskiego i Oiedrojcia, 
byŁi zacni Mirski Ferdynand, Charmański i Masłowski. 
Oprócz Mńrskiego, byliśmy z jedmej sprawy. Do cytade- 
li przyprowadzono też i S... R..., przyłączonego do 
nas. Oprócz komendanta, gen. Wiatkina, był jeszcze gen. 
Cyłow i kilku wojskowych. Ody audytor czytał nam wy- 
rok, żołnierze prezentowali broń, bo to w imiemu Naj- 
jaśniejszego Pana, i szło o pozbawienie praw szlachec- 
twa . 

Przeczytano, że Jeleński się przyznał 

i mnie iwskazał. To jedno zdaje się dostateczną było ka- 
rą i piętnem dla uczciwego człowieka. A jednak ja by- 
łem lżej niby skazany, bo rówjiież na lat 12, lecz do for- 
tecy, nie „w rudniki" (do kopalni), z powodu, że moje 
zeznania miały więcej cechy wiarogodności — tak, one 
były oawet zupełnie prawdziwe co do mnie. MHk. Gie- 
drojć i Charmański skazani też do robót. 

Oto mały przykład sprawiedliwości Miurawjewa. 
Okręgowy Charmański poszedł do robót, tacy sami: Tu- 
pałski na zaludnienie, 0'Rourke na rok fortecy, a ks. Ma- 
ciej Radziwiłł opłacił tylko „sztraf". Wina była jednako- 
wą, a jakże ten „srogi, lecz spra-wiedliwy" sędzia, roz- 
maicie konfirmował! 

Czytanie dekretu śmieszyło mnie, lecz bardzo na- 
turalnie, że się znajdowałem spokojnie i poważnie. Potem 
kazano nas ostnzyc i ogolić; ja nie miałem już brody 
i wąsów, a choć włosy były dość długie, Wiatkin, nawet 
pomimo uwagi Cyłowa, kazał zostawić („ostaw"). Pra^ 
B. P." Pamiętndki Gieysztora. Tom II. 14 



I 



— 210 — 

wda, że gdy nas rozbierano do naga, ja o nic nie prosi- 
łem, i choć poczciwy Grygorjew wskazywał, bym też 
koszulę zostawił, zrzuciłem ją i przebrałem się w ten gru- 
by lich worek. Dziwną mi się wydawała prośba w tern 
miejscu i to na parę godziin! czyż nie wszystko jedno 
w czem iść? 

Gdy wysizliśmy z tej smutnej sceny, a Masłowski, 
który był skazany bez pozbawienia praw, nas zobaczył, 
musieliśmy pięknie wyglądać, gdyż się rozpłakał, jak 
dziecko; na mnie ta maskarada nie robiła najmniejszego 
wrażenia. Z S... R... i tu się niie przywitałem. 
Wychodząc ize szpitala, żegnałem się nawet z najgor- 
szym z żandarmów Iwanem, ale tego inaczej, w^^żej ceni- 
łem, boć to tylko sługa, nie R..., syn Michała, więzień 
za Konarskiego. W komisji do końca miano go za jed- 
nego z członków Wydziału. Darmo zaręczaliśmy. „Nie, 
to rzecz pewna — mówili — inaczej byłby to najnik- 
czemniejszy człowiek, bo co on wygaduje i na was, i na 
sprawę!" Miasłowski, jak wyżej wspomniałem, miał je- 
chać do Tobolska. Miirski skazany na „osiedlenie" (posie- 
lenije). 

Gdy nas wyprowadzono na dziedziniec, w tej chwi- 
li nadjechał Fowelim w pełnej formie, od M|urawjewa i, 
nie uważając na otaczające żołdactwo i nasze „brodiagi", 
uściskał ze łzami. Od cytadeli do „turmy" spory to ka- 
wał, szliśmy otoczeni piechotą i kozakami. Zdaleka spo- 
tykaliśmy znajome nam parne, wychodzące, by nas zoba- 
czyć, lecz żony, matki naiwet — nie poznawały synów 
i mężów: tak byli przemienieni strojem d ogoleni. Ja na 
nogach miałem źle obwiązane onucze i jakieś ostre 
i twarde trzewiki, które mi tak nogę skaleczyły, że krew 
się lała i znaczyła drogę; a dobre było zranienie, gdy 
musiałem potem kilka tygodni chodzić w pantoflach. Po 
przybyciu do turmy zaraz nas zapisano na listę, odzywa- 
jąc się poprostu: — „Ty, kuk tiebia zowut?" W turmie 
stale od kilku miesięcy mieszkał Obrąpalski. Już on nas 



— 211 — 

wyczekiwał, i u niego znaleźliśmy odzienie nasze, w któ- 
reśmy się znów przebrali. Już i tego dnia na chwilę wi- 
dzieliśmy nasze żony. Biedna Tekla Syruciówna znów 
obłożnie zachorowała i nie mogła mię odwiiedzić. W tur- 
mie widzieliśmy Szumskiego, Łopacińskiego, Wł. Kuce- 
wicza i Mich. Podbereskiego. Ostaitni iz nich cały czas 
był nadzwyczaj czynnym; on jeden może w Wilnie z ca- 
lem poświęceniem się pomagał siedzącym w więzieniu 
i robił, co mógł. Żonie mojej Ożarowski przez szykanę 
kazał wydać bilet na 32 minuty widzenia, lecz policmaj- 
ster i tego i drugiego dnia pozwolił po kilka godzin prze- 
bywać. Ożarowski przy żonach naszych odezwał się: — 
„O tym paniom trzeba dozwolić pożegnać mężów, bo 

oni nigdy już tu nie wrócą". Nędzna figura! 

Wiele osób w turmie nas odwiedzało; przyszedł 
i gen. Racz z Gogielem. Racz nie wiem, o ile szczerze, 
ale wiele się oświadczał i zaręczał, że długo na Syberji 
nie będę. Żołdactwo zdziwione patrzało, jak generał ści- 
skał „brodiagę". Trzeba wiedzieć, że on przed dziećmi 
nawet mojemi odzywał sę z wielką pochwałą o mej wy- 
trwałości. A mój Tadzio ślicznie się też sipisał. Raz w cza- 
sie widzenia biegali chłopcy moi po numerze i czy to 
wskutek, jak się zdaje, popchnięcia, ozy sam też z wła- 
snej nieuwagi Tadzio upadł na brzeg okutego kufra żan- 
darmskiego i nad okiem rozciął sobie brew, tak że się 
krwią zalał. Ja znieść widoku krwi nie mogę: mnie się 
też źle zrobiło, a chłopak, niepomny bólu, tylko woła do 
matki: — „To ja sam upadłem, nikt mię nie popchnął", 
bo matka na Kazia napadła. Obecny żandarm chłopca 
ucałował i wszystkim widać to opowiedział. Nazajutrz 
bowiem Jugan mówi: „Śliczne i wytrwałe dziecko pań- 
skie!" — „A tak, panie, polska krew — jakże ojcowie 
mogą być inni, gdy dziecię w pierwszej nawet chwili bó- 
lu, tylko myśli, by innym nie zaszkodzić?" Jugan 
z uśmiechem powiedział: „Jako członek Komisji, wcale 
się tern nie cieszę, lecz, jako człowiek, winszuję panu!" 



— 212 — 

W turmie też ostatecznie pomówiliśmy o interesach 
z żonami, moje, ze wszystkich nas skazanych, były naj- 
gorsze, nie było prawie nadziei cokolwdek ocalić. Piszę 
i o tem, bo to charakteryzuje nasze społeczeństwo. Ja 
wziąłem po żonie 6,000 rb., a wydałem jej oblig na 8,000 
jeszcze fW 1855 r. Gdy w 1858 pożyczyłem od Tyszkiewi- 
cza Jana 15,000 rb., pomówiłem z żoną i ta się zgodziła 
swój oblig wyeliminować, aby obcy dług był pierwiszy, 
i podlała o to prośbę. Tyszkiewicz mi to wymawiał, a po- 
nieważ interesami memi zajmował się F. Dzierdziejewski, 
najzacniejszy człowiek, ale wcale nieskory w interesach, 
a przytem tu może i nie chciał nic robić, więc oblig zo- 
stał nie wyeliminowianym, lecz był na nim nadpis kwi- 
tacyjny, pomimo, że ani grosza żona nie odebrała. Otóż 
teraz była choć słaba .nadzieja, że jej się uda coś za tym 
obligiem dostać. Lecz był inny oblig Orwidowej, już za- 
płacony na 3,000 rb., także nie wyeliminowany, więc i ten 
chcieliśmy ocalić. Te 3,000 głównie mnie obchodziły, 
miałem bowiem różne drobne dłużki bez żadnych kartek, 
gdy powstanie wybuchło, mocno mię bolało, że ludzie 
niebogaci, a którzy mnie wierzyli na słowo, mogą stra- 
cić. Napisałem więc do Tyzenhauza, prosząc o pożycz- 
kę, lecz jawnie wspominając, jak jest i że możć stracić, 
jeśli ja zostanę zamieszany. Ty^zenhauz odpisał, tłuma- 
czył się bardzo gr5;ecznie, że z chęciąby dopomógł, lecz 
przyjął za zasadę nikomu nie pożyczać... To samo odpo- 
wiedzieli inni, którzy niegdyś z wielką gotowością się 
oświadczali, a byli ludzie, od których znowu przyjąć nie 
mogłem, choć ofiarowali: Downarowicz Aleks., Montwiłł 
Stan. W 1863 r., gdym się podał wskutek rozkazu Rzą- 
du narodowego do dymisji z włościańskiego zarządu, 
pożyczył mi Ant. Jeleński 1,000 rb., z których opłaciłem 
300 rb. narodowego podatku, pozostałe poszły na życie 
i przejazdy żony. Po zeznaniach Jeleńskiego ten dług 
bardzo mię męczył. Otóż gdyby 3,000 rb. Orwidowej 
przyznano, opłaciłbym i Jeleńskiego i pozostałe 2,000 



— 213 — 

rb. zobowiązań słownych. Orwidowa dopilnowała, jej ob- 
lig i 14,000 rb. Tyszkiewicza przyznano, żony zaś pre- 
tensje uchylono. Tyszkiewaoz miał za swój dług wziiąć 
Ignacogród, włók 20 z młynem, żonie zaś oddać Teklo- 
gród-Ejgule włók 10 i wykupną sumę z długiem Orwi- 
dowej. Inaczej się stało. 



Sądzę, że obszerny opis życia więziennego i przejść 
w Komisji me znudził czytającego. Mało wspominam 
o cierpieniach w więzieniu przebytych, obszernie o tem 
inni pisali, jia starałem się okazać, że można znaleźć na- 
wet wśród nieprzyjaciół uznanie, idąc drogą prostą, nie 
oszczędzając siebie, a szanując godność człowieka. 

Gen. Potapow może dzięki d-rowi Fowelimiawd i Gry- 
gorjewowi stale mi był przychylnym. Na kilka dni przed 
odczytaniem nam dekretu opowiadał mi Jugan, że Pota- 
pow publicznie siię odezwał : „Gdyby odemnie zależał wy- 
rok, jabym Gieysztora stanowczo uwolnił, wymagałbym 
tylko, aby dał słowo honoru, że nigdy do żadnej politycz- 
nej sprawy należeć (Uie będzie". — „O, bardzo jestem 
wdzięczny za to o mnie przekona^nie i pewno, że słowa 
danego nie złamałbym, lecz gen. Potapow, tak mię ce- 
niąc, mógłże sądzić, że dam podobne słowo?" Odezwa- 
nie się to moje, było i nierozważne i nie w mńejscu. W pa- 
rę dni, gdy pułkownik Łosiew to samo mi powtórzył, już 
tylko oświiadozyłem swą wdzięczność. Potapow w lat kil- 
ka w Petersburgu, gdym już wracał z Syberjd, przed 
d-rem Fowelinem mówił o mnie bardzo życzliwie, ale za- 
kończył: — „No ja uwieren, czto etot nie pieremienitsia". 

Zadziwić może, że w tym pamdętniku opisuję tak sta- 
rannie wszystkie najdrobniejsze dodatnie fakta o naszych 
przeciwnikach, a ,nawet Komisji. Ciemnych barw 
w opisach tej strasznej epoki mamy dosyć, sam 
będąc na Litwie może najważniejszym więźniem, 
przechodząc w czasie dwuletniego więzienia kilka 
Komisji, mógłbym wiele o tem pisać. Lecz jeśli 



— 214 — 

niema na świecie ludzi doskonałjnch, to tern mniej 
jest zupełnie nikczemnych. Wyrozumiałość członków 
Komisji i gen. Raczą tłumaczy się przekonaniiem ich o 
rychłej zmiamie systemu, dla kilku wyjątków byli lep- 
szymi. Gdy po Miurawjewie nastał Kaufman, system się 
nie zmienił, maski spadły, Oogiel w nikczemnej broszurze 
nikogo nie oszczędza i mnie wymienia, jako prezesa Wy- 
działu. Inni byM ludzie Potapow, Grygorjew, Siemionów, 
Saranczow; lekarze zaś Fowelin, Schmeman i Astmus 
byli to ludzie prawdiziwie zacni. 



Uważam za obowiązek w pamiętniku osobistym, lecz 
poświęconym przeważnie wypadkom krajowym, wymie- 
nić osoby, choćby zajmujące mniej wybitne w organizacji 
powstańczej stanowiska, o których poświęceniu sam prze- 
konałem się i wiele im zawdzięczam, lub o których pew- 
ne miałem wiadomości. Najprzód wymieniam nasze nie- 
wiasty, które, jeśli w początkowych demonstracjach za- 
nadto może unosiły się uczuciem, to, gdy przyszła chwi- 
la iniebezpieczeństw, umiały się poświęcać, pracować, 
a wytrwałością i roztropnością nderaz przewyższały swo- 
ich mężów i braci. Cały czas mego ipobytu w Wilnie 
i więzieniu przebywała tam zacna Tekla Syruoiówna, jej 
zawdzięczam osobisty spokój, u niej były moje papiery 
i pieczęci, u miej w naznaczonych godzinach spotykałem 
potrzebne mi osoby, a w nagłym razie jeździła ona do 
Kowna. Aleksandra z Erdmanów Wyrzykowska, od kil- 
ku lat zamieszkała w Wilnie, u oiiej stale codzień od 6-ej 
do 9-ej spędzałem wieczór, nieraz do tak spóźnionej go- 
dziny, od rana nic nie jedząc, a tak zmęczony, że w cza- 
sie ostatnich tygodni, codzień pomimo gwaru, śpiewu 
i muzyki dzieweczek, na kilka m^inut zasypiałem; najdłu- 
żej po kwadransie znów byłem rzeźwy i często po po- 
wrocie do mieszkania do białego dnia nie mogłem za- 
snąć, dręczony niepokojem o nasze sprawy. Poczciwa 
Wyrzykowska jeźdzdła do Petersburga i Warszawy z na- 



— 215 — 

szemi pdeceniami; jej córeczka Marynia, Zawiszanka 
Marynia, Bogumiła Chrystowska, drobniejsze papiery 
przepisywały. Staruszka Chojnowska, Leok. Bonoldiowa, 
Franc. Kleczkowska, wielce nam były pomocne. Matka 
Aleksandra Oskierki była wzorem poświęcenia przy wiel- 
kim rozsądku. Siostra p. Jeleńskiej, Fab. Dybowska z hr. 
Morykoniną miały stałe stosunki z klasztorem Wizytek, 
gdzie było nasze archiwum i kasa. Młode dzieweczki 
Emilja Siwicka i Barbara Nieławicka, każda po 25,000 rb. 




Franciszka Kleczkowska. 



)rzewiozły do Paryża Bron. Zaleskiemu. Matka i siostry 
'ranc. Dalewskiego bardzo były czynne. Michał Berk- 
lan zacnie i rozumsnie z poleceń się wywiązał. W orga- 
iizacjd miejskiej, jak już wspominałem, d-r M. Kleczkow- 
ski, kamieniarz Sobolewski, Pożerski, Kałusowski, Bułha- 
rowski wielkie położyli zasługi. Nie wymieniam tu innych, 
których również choć słów kilka powiedzieć w pamięt- 
likach się starałem. 



ROZDZIAŁ XII. 

NA SYBIR! 

Wyjazd z Wilna.— Petersburg.— Instrukcja Gieysztora.^ 
Stosunki z Jeleńskim. — Wielkanoc w Petersburgiu. — Zna- 
jomi. — Przybycie żony i dzieci. ^ Rozstanie z ix)dziną. — 
Przez Rosję europejską.— Zajście z gubernatorem Zenowi- 
czem w Tobolsku-— Podróż statkiem po Ohi i Tamce.— W 
Tomskiu. — Podróż tarantasem. — W Krasnojarsku i w Kań- 
sku. — W Irkucku. — Do Usola, 

Rodziny nasze pożegnaliśmy w turmie, prosząc, aby 
nam nie towarzyszyły na kolej, Fowelinowie odwiedzili 
nas w turimie; ona żegnając mnie, wręczyła mi złoty 
krzyżyk z polskim nadpisem. W turmie długo nas trzy- 
mano na dziedzińcu. Paniutin pomimo zwykłego bru- 
talstwa, wyjątkowo dla naszej partji był wzgU^dnym, 
a mnie grzecznie przywitał. W czasie jaady z turmy na 
kolej ze znaj»omych widziałem zacnych: Ułasewiaza i Mi- 
kołaja Ogińskiego, którzy długo szli za namli. Na stacja 
kolei jeszcze nas żegnał Fowelin i dozorca więzienia Do- 
minikańskiego, Grygorjew, który nas gorąco polecił kon- 
wojującemu oficerowi. 

Gdy pociąg ruszył, z kilkudziesięciu piersi ozwała się 
pieśń „Witaj Królowa morza". Dzień był pochmurny, mi- 
nęliśmy Ostrą Bramę. Koło ogrodu Górskiego stały nasze 
rodziny, znajomi i liczny tłum ludu. Z pieśnią więc świę- 
tą, z czysteim i spokojnem sumieniem rzucałem gród 
nasz litewski, najdroższe dla mnie miejsce po Ignacogro- 



— 217 — 

dz,ie i jedyne słowa, które przemówiłem do kolegów, by- 
ły: „Czy wrócimy tu jeszcze?" 

Wyjechaliśmy z Wilna oddzielnym pociągiem, led- 
wo wiięc na trzeci dzień stanęliśmy w Petersburgu. Tu 
się przekonałem, jak trudno i kosztownie podróżować 
etapem z całą partją; mnóstwo biedoty, kobiety z dziat- 
wą, tak że w ciągu dwóch dni kilkadziesiąt rubli wydało 
się, bez względu na własną, szczupłą kieszeń. Oficer był 




Niejełow, 

audytor główny. 

bardzo grzeczny, osobliwie, gdy wyjechaliśmy za gra- 
nicę państwa „Moirawiewow- 

skiego". 

W Petersburgu na kolei czekali mię d-r Rymowicz 
z Borszczowem, aby się zobaczyć i dowiedzieć, czego mi 
było potrzeba. Lecz zaraz adjutant Suworowa kilku nas 
wywołał i, jako chorych, kazał zatrzymać. Wyjechaliśmy 
ja, Giedrojć i Jeleński do tak zwanego domu poprawy, 
gdzie się nasi lokowali, dzięki gen. Suworowowi. Znale- 



— 218 — 

źliśmy tam wielu naszych i dobrych znajomych. Zacny 
Chmielewski spotkał mię słowy: ,ynuinc dimitte Domine 
servum Tuum" i ze łzami mię uściskał. Od dwóch lat nie 
widzieliśmy się... Żartował, że mogliśmy wszędzie spot- 
kać się, lecz nie w domu poprawy. I u niego były długie 
z Komisją rozprawy, i sam Łosiew ze mną o nim mówił, 
a talcźe z Kownia przybyły Niejełow, audytor główny: 
„Czy pan iręczysz, że Chmielewski nie był wojewódz- 
kim?" — „Miój pamie, ja wiem, żem mianował Lub. Oado- 
na i że gdym był aresztowany, Gadon jeszcze był woje- 
wódzkim. Cóż panu więcej mówić mogę". — „Jaki czło- 
wiek p. Chmielewski?" — „Najzacniejszy, lecz obarczony 
familją i, jakkolwiek mam go za bardzo prawego, tj^e lat 
był w służbie iprzy generał-gubernatorze, że zaiwsze nie 
wzywałbym go do tej roboty, nie przez wątpliwość o je- 
go charakterze, lecz że mógł się przejąć pewnemi poglą- 
dami, niezgodnemi z mojem przekonaniem". — „Jakże 
tłumaczyć, że to jego ręką pisany papier znaleziono 
w obozie?" — „Ja nie wiem, nie jestem biegłym, wiem 
tylko, że wiele podobnych bywa charakterów, a czy mo- 
żna przypuścić, by człek doświadczony i w tym wieku 
tak nieoględnie postępował, by sam pisał — przytem Ga- 
don nigdzie nie odjeżdżał, i trudno, żeby Chmielewski, 
człek poważny, mogący być ojcem Lubomira, zastępo- 
wał go". Na biednym więc Lubomirze skupiło się, lecz 
i on nie powinien mieć za złe Jeleńskiem-u tego pomysłu, 
bo może dzięki temu prezes nasz ocalał. 

Byh tu moi znajomi, między innymi Mikulski Adolf, 
który nie ażeby czystym wyszedł z Komisji, i Stan. Soł- 
tan z grodzieńskiej organizacji. Sołtan tu rej prowadził. 
Zawsze ten sam, prawy, lecz zarozumiały i nie rozumieją- 
cy, jak wiele złego zrobił swojem usunięciem się. Tu już 
pierwszy raiz spotkałem z ust poczciwego Kamińskiego 
zarzut, na co się przyznałem, że on na mojem miejscu nie 
przyznałby się. — „Wierzę, i ja gdybym był panem, tak- 
bym postąpił". Przed każdym się tłumaczyć nie chcia- 



— 219 — 

lem i nie mogłem. Nikt mi zarzutu nie zrohil, lecz wddzia- 
łem, że nikt ani pojąć nie może, ile było w tem zaparcia 
się siebie, jak każde słowo boleśnie mnie dotykało. Tak 
się chciało umrzeć — żyło się, bo taik było potrzeba, choć 
ocalenia tego życia nie spodziewało się. 

Tu w Petersburgu zaraz napisałem instrukcję, co da- 
lej w kraju robić, potem rozwiniętą obszerniej w broszu- 
rze „Z Syberjd" w pierwszym artykule. Tu pobieżnie 
skreśliłem projekt czynności, aby jak we Francji monar- 
chicznej: le roi mort, vdve le roi, tak i u nas szła ro- 
bota; posłałem to do Ign. Łopacińskiego i Jul. Szukszty. 
Czy doszła rąk ich i czy była już gdzie drukowaną, nie 
wiem. Programu tego i po powrocie do kraju nie spotyka- 
łem, był on krótki i prosty. Zalecałem zatrzymać tylko 
kółka rolnicze, usuwając z nich nawet cień polityki, za- 
jąć się rolnictwem, ocalić pozostałe majątki, a rozszerza- 
jąc kółka po całej Litwie, dać możność ludziom dobrej 
woli znać się i zbliżać do siebie. Sumiennie zaopiekować 
się pozostałemi rodzinami, a przedewszy&tkiem głównie 
zwrócić uwagę na wychowa<rae młodzieży, na to łożyć 
wszelkie fundusze i ntie dopuszczać, broń Boże, nowego 
rozdziału między starszem i młodszem pokoleniem. 
Z prezesem Chmielewskim ułożyliśmy ten prograjm je- 
dynie możebny po strasznym pogromie. Potem mówi- 
liśmy o nim z Sołtanem — debata były ożywione. On 
się różnił ze mną, bo chciał, aby trwała organizacja ta- 
jemna i t. p., co mojem zdaniem było niemożliwe, a więc 
mówiłem, że nic z tego nie będzie, i tak się stało. 

Jeleński tu już opowiadał swe przejścia nieszczerze, 
i wiele zmieniając. A gdy ja, mając obowiązki wdzięcz- 
ności dla Nazimowa, napisałem do niego rodzaj memor- 
iału, który Jeleński, Chmielewski i inni czytali, miał mi 
za złe, że ja tam wzmiankuję o wydaniu siebie przez bliz- 
kiego kolegę, choć nazwiska nie wymieniam. Dziwny 
człowiek, najprzód i o nazwisku nawet doskonale Nazi- 
mow wiedział, bo sam się odzywał do mej żony: — „Co 



— 220 — 

w was najgorszego, że sami siebie pogubili, wydając to- 
warzyszów", a potem, czy może być z tego tajemnica, co 
się działo publiaznie. Wszaik Sew. Romer^) (grodzieński) 
sądził, że Komisja uwzględni jego donos, zachowa w ta- 
jemnicy jego nazwisko, lecz w dekrecie odczytano jed- 
nak je publicznie, a Strawiński, powiatowy Słonimski, tyl- 
ko jedno wyrobił sobie, że mu nie czytano razem z inny- 
mi wyroku, a w tyim brzmiało, że wydał on Symonowi- 
cza. Sprawy Komisji najlepiej okazują, kto Stię jak zna- 
lazł, a jeśli ktoś za nas jedzie na Sybir czy na Łukiszki, 
jakaż tajemnica być może? 

. Wielkanocne święta obchodziliśmy w Petersburgu. 
Pewmo w całej Polsce tak uroczystego i świetnego nie 
było obchodu. Przysłano Jeleńskiemu i mnie święcone 
z Wilna, a iz Petersburga tak wiele przyniesiono, że cały 
tydzień stoły .zastawione były ciastami i mięsiwem. Trud- 
no opisać wrażenie, jakie owładnęło nami, gdyśmy zebra- 
ni w jednej sali razem z licznymi gośćmi przystąpili do 
dzielenia się święconem jajkiem, a chór młodzieży nagle 
huknął: „Szczęśliwy dzień dziś nam nastał". Zwolna 
wszystkich obecnych głosy zlały się w jednym śpiewie, 
lecz głośny płacz niektórych nie dozwolił iskończyć uro- 
czystego śpiewu „Alleluja" na świeżych grobach, w dro- 
dze na Sybir, żegnając na zawsze nasze rodziny. Od go- 
dziny 9-ej rajio, do tejże wieczorem mieliśmy gości, 
a dom poprawy przezwano „polskim klubem". Suworow 
miesiące całe, prawie lata, niektórych zatrzymywał. Od- 
wiedzając nas, ;nie skąpił wyrazów oburzenia dla Miu- 
rawjewa, Skworcowa i tym podobnych ludzi. Ja bardzo 



^) Trzeba tych dwóch Sewerynów Romerów rozróżniać, 
Seweryn syn Michała, dziwak, egoista, bluzgał obelgi i nie- 
wczesnemi słowami mógł szkodzić — ale nie był denuncjantem, 
gdy Seiweryn, marszałek trocki jednym z najnłkczemniej- 
szych. Pierwszy osobiście mnie szkodził i wiele miałem od nie- 
go przykrości, drugiego nie znałem, nic wobec mnie nie zawi- 
nił, ale zawsze wielka różnica między nimi. 



— 221 — 

wielu poznałem zacnych rodaków w Petersburgu, jed- 
nym z najczynniejszych byl d-r Radziwdłłowicz, którego 
żona opiekowała się wysyłanymi. Jedną z najczynniej- 
szych była gen. Ettinigerowa, bardzo piękna kobieta. 
Oskierka Alf. z żoną i bratem Aleksandrem, Adam Jo- 
cher z żoną, Duchnowski z żoną, też bardzo przystojną 
kobietą, częstymi bywali gośćmi. Poczciwy Cezary 
Ibiański, sekretarz Akademji Duchownej, stary nasz zna- 
jomy odwiedzał rias, natomiast Flor. Herman, towarzysz 
szkolny i uniwersytecki, w ciągu półtrzecia miesiąca ani 
razu się nie pokazał. Podobnież postąpił i Bogusławski 
Wilh. niegdyś bardzo krańcowy... Przeciwnie Włodz. 
Spasowicz, pomimo, że Suwotow nie dał mu biletu, a po- 
lecił tak tylko bywać, bo już on w Komisjach był cyto- 
wany, bardzo często nas odwiiedizał, przynosił swoje no- 
we książki: „Prawo kryminake" i „Rys literatury doI- 
skiej". Wielki rozum, prawdziwa nauka i wyższe poczu- 
cie obowiązku zawsze kierowały jego postępkami. On 
był pewny, że nigdy i 6-ciu lat na Syberji nie przepędzi- 
my, i ja się na to zgadizałem, tylkom nie liczył na pr.ze- 
wrót w Rosji. 

Oprócz Włodzimieirza, którego łączyła z nami pa- 
mięć najlepszych lat młodości, nadzwyczaj wiele praw- 
dziwie rodzinnego serca doświadczyłem od familji Po- 
krowskich. Ona Polka za Rosjaninem zachowała naj- 
świeższą pamięć daiwnych stosunków, łączących nasze 
rodziny, i uważała mię, jak najbliższego krewnego, po- 
cieszając w nieszczęściu, starała się otoczyć troskliwo- 
ścią w najdrobniejszych szczegółach. Te uczucia wpoiła 
i w dzieci. Córka jej Olga, panna dwudziestokilkoletnia, 
wyróżniała się bystrym rozumem, gruntownem wy- 
kształceniem, wdziękami i wielką dobrocią. Brat jej Mi- 
kołaj, wówczas inżynier górniczy, był w mennicy. Oboje 
cni byli szczerymi patryjotami rosyjskimi, lecz umieli 
uszanować innych uczucia i pojąć całą tragiczność nasze- 
go położenia. Drugi brat Wania wiele też miał dla nas 



— 222 — 

serca. Razem z Pokrowskimi przychodził ich cioteczny 
brat Jan Oru-m, bardzo zdolny, prawy człowiek. Powierz- 
chowność d charakter na pozór bardzo zimny, obojętny, 
zamknięty w sobie, lecz natura wyższa i głęboka. Roz- 
mowy z nimi były mi wielką pociechą. Bo, przyznaję się, 
zawsze bardzo mię cieszy, jeśli mogę śród Rosjan spoty- 
kać zacne serca, przy dobrych głowach. Nic mej wiary 
nie zachwieje, że tylko rozszerzenie się poczucia prawdy 
wszędzie da tryumf naszej sprawie, naturalnie, jeśli my 
sami od jej sztandaru nie odstąpimy. 

Gdym z Wilna wyjeżdżał, żegnałem się z żoną 
i z dziećmi czasowo, bo żona miała urządzić interesa 
i przyjechać do Petersburga, aby razem odbywać po- 
dróż. Już z listów widziałem wahanie się. Bardzo wiele 
osób odradzało tę podróż. Ja byłem zawsze zdania, że 
niewarto się rozdzielać, że w kraju znajdzie się ktoś ży- 
czliwy, 00 resztki, jeśli się uda, ocali, poprowadzi intere- 
sa żony, a że łatwiej biedę znosić razem i dzieci wycho- 
wać przy sobie. Co one umieć będą, nie wiem, to pewna, 
że Wyrosną w zasadach, które dla mnie były święte. 
Obiecywano zająć się rodziną, jeśli ją zostawię. Lecz 
świeżo miałem przykład, ile można liczyć na te przyrze- 
czenia. Gdym jechał do Ufy, pan Zenon Gieysztor oso- 
biście mi przyrzeikł opiekę nad dziećmi i majątkiem, i za- 
raz za /nieopłacenie raty kontrybucji zlicytowano za bez- 
cen (po rublu za krowę) inwentarz i ruchomości. Tylko 
pomoc młynarza Niemca ocaliła część ruchomości. 

Otrzymałem list, w którym mi projektowano, by żo- 
na jechała ze mną z małą córeczką, a synów wezmą na 
opiekę: Klety Burba, St. Pusłowski i marsz. Żyliński. 

Podziękowałem za propozycję, ale ona była dziwną. 
Rozdzielać dzieci, nigdybym się nie zgodził, odbierać 
matkę od nich, to byłoby to samo, co zrobiono, odbierając 
im ojca. Burba zapewne dotrzymałby, ale trudno było Ży- 
lińskiemu, przy jego też ciężkich interesach — a Pusłow- 
ski?... Ja więc trwałem w zamiarze jechania razem i te- 



— 223 — 

go koniecznie chciałem. Gdy więc żona moja przybyła 
z synami, bez Leokasi i z postanowieniem niejechania, 
mocno to na mnie podziałało. Był to pierwszy straszmy 
cios. Przejście z Jeleńskim, stan rozpaczliwy Mikołaja 
na osobiste moje usposobienie mocno podziałały, teraz 
widziałem, że i na przywiązanie i spełnienie obowiązku 

ze strony żony liczyć nie mogę 

Tu głównie wpłynęła 

wiara w pomoc p. Jana Zawiszy, który oie życzył, by je- 
chali, mówił, że się tam dzieci zmarnują, a tu przyrzekł 
opiekę. Na ręce p. Brońcowej przysłał 300 rb. dla mnie na 
drogę. Oddałem je mojej żonie, bo wogóle mieliśmy 
1,700 rb., które rozdzieliliśmy po połowie. Te pieniądze, 
oprócz uzyskanych, zdaje mi się, z czynszów, z których 
udało się za pośrednictwem Ferd. Dzierdziejewskiego 400 
rb. wydostać, były złożone dla nas na 'drogę u p. Teofili 
Połujańskiej, która opiekowała się czynnie z Kowna wy- 
syłanymi. Dla minie była zawsze ze iszczerą do zgonu 
przyjaźnią. Trochę też początkowo zastraszało nas, co 
będzie ,na Syberji, ja jednak, widząc, jak wielu idzie ludzd 
wykształconych, nie wątpiłem, że dzieci można wycho- 
wać. Zresztą pomimo mojej i niewielkiej wiedzy i nie- 
umiejętności zajęcia się, znalazłbym dość energji, by 
i sam się uczyć i dzieci kształcić, jeśli imkogoby nie było. 

Pod koniec od gen. Kukiela już wiedzieliśmy, że byt 
ludzi żonatych jest zawsze znośniejszy. Lecz już żona 
jakoby wybrać się nie mogła, choć ja parę miesięcy mo- 
głem dłużej się zatrzymać. Mik. Giedrojć wyszedł z eta- 
pem, ja z Jeleńskim, Charmańskim i Mirskim mieliśmy 
jechać własnym kosztem. Wymagali tego ci, co mi dawa- 
li pieniądze. Ja też, odbywszy próbkę z Wilna, widzia- 
łem, że, idąc z partją, prędzej jeszcze wydam swoje pie- 
niądze, niż pocztą, zresztą to tylko do Tobolska. 

W Petersburgu odwiedził mię d-r Fowelin, zosta- 
wiając swoją fotografię z nadpisem, że mię szanuje i ko- 
cha, a mówił, że pisać wszystkiego nie może, bo lęka się, 



— 224 — 

Że jeszcze gotów jestem wpaść na nowo, i to go by kom- 
promitowało. Chłopcy bardzo cłicield jechać. Tadzio po- 
wiedziiał, że on sam pojedzie, Kazio, że pojadą z kolei, 
a Staś miał tylko łzy w oczach, bo był starszy, wiedział, 
że to tylko żart. 

Jakie wówczas było usposobienie dzieai, jakie je zo- 
stawiłem, dość jeden fakt przytoczyć. Z okna patrzałem 
na zabawę dzied w ogrodzie (było to już w maju) i wi- 
dzę, że coś Mirski strofuje Staisia, i żołnierz podchodzi, 
posyłam Kazia, który był z nami, aby tamtych przypro- 
wadził. Okazuje się, że Staś biegał z dziewczynkami, 
krewnemi Hofmeistrów i którąś z nich niegrzecznie po- 
trącił. Kochany Mirski słuiszmie go strofował, lecz ponie- 
waż był zbyt porywczy, coś niewłaściwie odezwał się 
i chłopak mu burknął. Mirski więc jeszcze gorzej znalazł 
się, bo zamiast chłopca do mnie przyprowaidzić, niewła- 
ściwie przywołał będącego na służbie żołnierza, by ten 
Stasia pilnował; wracają na górę — przy Stasiu mocno 
zmieszanym stoi Tadzio prawdę drżący i mając jeszcze 
łzy w oczach. „A ty co?" Kazio milczy. Tadzio sam się 
przyznaje. „Ja, ojcze, gdy p. Mirski tego sołdata przy- 
wołał, ja wziąłem kaimień (miał go w ręku) i jeśliby soł- 
dait dotknął Stasia, jabym w niego cisnął", chłopiec 
drżał z poruszenia. Ucałowałem go, lecz zrobiłem uwa- 
gę, że byłby to postępek niewłaściwy, biedny żołnierz 
nic nie winien, „zaszkodziłbyś i mnie i sobie". Swawolą 
niewczesną Staś rozgniewał zacnego p. Morskiego, ten 
w gorączce Płostąpił zapewne źle, bo nigdy stamowczo 
kogoś obcego nie potrzeba wzywać do pomocy pod żad- 
nym pretekstem. Kazałem przeprosić Mirskiego, który 
choć swawolnych, ale lubił moich chłopców. 

W czasie naszego pobytu zmarł Cesarzewicz, na- 
stępca tronu, widzieliśmy przewiezienie zwłok^). Z tego 



1) Z powodu śmierci i pogrzehu następcy tronu, ktoś z 
odwiedzających nas opowiadał o obrazie wystawionym na 
Newskim prospekcie w magazynie podobno Daziaro. Gdy przy- 



225 



powodu nasi panowie rzucili się do podawania 
próśb o ułaskawienie. Jeleński znów napisał 
prośbę, wyliczając wszystke swe przejścia. Na 
mnie napadalii, że nie ciioiałem dozwolić żonie (która 
zresztą i sama nie chciała) podania tych niewczesnych 
próśb. Mówiono, że nic krajowi nie zaszkodzimy, 
ja zaś twierdziłem, że zaszkodzimy godności własnej, 
przytem nam świeżo osądzonym ludziom, stojącym na 
czele, jakże myśleć o ułaskawieniu. Dla nas najkorzyst- 
niejszem co rychlej weijść w tłum i z tym razem otrzą- 
snąć się z głównych kar, a potem już się starać o powrót. 
Brak godności i zastanowienia przemogły. Pisali tak bez- 
czelne prośby, że Korkozowicz Hektor, który się nie od- 
znaczał ani rozumem, ani zbytkiem delikatności uczuć, a 
pisał ładnie, jednakże nie chciał próśb iprzepisywać. „Nie, 
ja nie nazwę „szajką" oddziałów pawstańczych, bo sam 
tani byłem, za złodzieja lub włóczęgę nigdy siebie nie 
mam". Było to głupie pojęcie swego interesu; interesu 
nie zrobili, a w oczach nawet Rosjan zasłużyli na 
wzgardę. 



Ciężkie było rozstanie z rodziną, bo ileż różnych 
uczuć i bólów było w tern biednem sercu, jaki niepokój, 
co z tego będzie? Dziś wre w nich życie, dziś widzę 
w nich wiermy obraz tego, co kiedyś było w mem sercu 
dziecinnem, dziś jestem pewny, że jak są serca i ciała 
moje, tak i duch w niich mój i poszliby tą samą drogą, 

choćby . . . ofiar, ale drogą ojców 

Co z nich zrobi świat, co zrobi ta opieka, gdy im odbiera- 
ją ojca, gdy tein nie ma nk, ani jednego serca, któreby 



szli Pokrowscy, zapytałem ich, i oni dokładnie opisali, co 
przedstawia obraz: Nastę<pca tronu unosi s.ię ku niebu, Chry- 
stus Pan pośpiesza na jego spotkanie. Duch Św. krąży nad 
nimi i sam Pan Bóg powstaje z tronu by przyjąć wielkiego 
Gościa... 

„B- P" Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 15 



— 226 — 

obok niego biło, ani jednej osoby, któraby dzieliła jego 
tułaczkę! Mogłem może się opierać, wymagać, lecz na- 
pewno >me usłuchanoby, zresztą przyznaję, chciałem 
szczerze, widziałem swoim rozumem, że tak lepiej, leoz 
to był razem i glos uczucia, może się mylę? Patrzący 
ze strony ludzie zimni, nie kochający, lepiej widzą, a tu 
idzie nie o mnie tylko, ale o przyszłość dziieci, o wycho- 
wanie przysizłych obywateli kraju. 

Z sercem zbolałem i mocno zranionem rzuciłem Pe- 
tersburg, było to 31 maja. Tego jeszcze dnia napisałem 
modlitwę w ksiiążce żony na pamiątkę. To ostatnie słowa, 
żegnające kraj rodzinny, choć już z Petersburga, lecz 
tu przeszły pierwsze lata młodośai, tu się zawiązały 
święte do grobu mierozerwane stosunki, tu daino mi wy- 
począć i widizieć się z rodziną, tu w końcu zerwano 
węzły, które wobec Boga i sumienia miały być wieczne. 
Jak dokumenta ocalałe, jak wierszj^ki, tak też program 
i tę modlitwę zachowałem, są to świadectwa, jakie było 
pokolenie nasze, jakim byłem sam wówczas. Pisałem tę 
modlitwę wzruszony, przejęty bólem, używałem imienia 
$Ś. patronów moich dzieci. Modlitwa ta przez wiele 
osób znana i powtarzana. Gdym wrócił z Syberji, we 
wspólnej modlitwie wieczornej, choć nabożeństwo trwa- 
ło i bardzo długo codziennie, tej modlitwy nie było. In- 
ny był kierunek i modlitw i wychowania — pamięć ojca 
dla moich dzieci, nie była tą pamięcią, jaką ja od dziecka 
otaczałem wszystkich rai drogich! Może to postęp?! 

W podróży nic nam nadzwyczajnego się nie wyda- 
rzyło. Z Antonim wyjechała jego żona; biedna kobieta 
nie mogła się pocieszyć po rozstaniu z dziećmi. Jeleński 
ze zwykłym swym egoizmem żądał tego, by żona, opu- 
ściwszy dzieci, jechała, by go pielęgnować... Natomiast 
p. Fabjanna została przy nich, zamiast matki. Dziwna 
rzecz, że ta prawdziwie zacna i rozsądna kobieta, tak 
jeszcze ulegała ówczesnym przesądom, iż nie poszła (ja- 
kem wspominał) za głosem sumienia i serca, które jej 



— 227 — 

rozkazywało nie opuszczać Franciszka Dalewiskiego. Ona 
miała bowiem wycłiodzić za Dalewskie^o, powstanie 
i osadzenie jego do robót rozchwiało ten związek.,. 
Gdym na nią nalegaj, przedstawiając, że prawdziwie 
zacna Polka, czy to żona, ozy narzeczona, nie opuszcza 
w nieszczęściu wybranego, ona to potwierdziła, lecz do- 
dawała : — „Lękam się śmieszności... gdybym była młod- 
szą..." Takie to u nas dzikie pojęcia. W krajuby wyszła. 
Gdy np. panna 20-letnia idzie za starca 70-letaiego, lecz 
bogacza, rodzina w tem nie widzi śmieszności, lecz gdy 
wiek jest odpowiedni, gdy patryjtotyzm, serce kazałoby 
osłodzić życie człowieka, bez chwili wytchnienia oddają- 
cego się ojczystej sprawie — to śmieszne. Kiedyż nasze 
kobiety otrząsną się z przesądów zastarzałych i mając 
więcej serca, a pewmo nie mniej rozsądku, pójdą zawsze 
za głosem sumienia i obowiązku, a mie okrzykiem gawie- 
dzi? Dziś spokój, szczęście, pracę i życie kdzi, których 
cenią i szanują, poświęcają formie, obawie śmiesizności, 
lub plotki — biedne istoty, daremnie duch wasz silny, 
gdy potęga zwyczaju go krępuje, wpływ wychowania 
przykuwa was do form, nie ludźmi jeszcze, lecz zabaw- 
kami dla ludzi być chcecie. 

W Mloskwie byliśmy tylko przejazdem, tak samo 
w Niżnym i Kazaniu. Żegluga po Wołdze i Kamie piękna 
i dość ożywiona. Od Permu jechaliśmy pocztą, najmując 
tarantasy. Jechata z nami p. Siesicka, chcąc nadpędzić 
męża. Ta pośpieszała, mnie było wszystko jedno. Mirski 
zaś i Charmański woleli jazdę powolną. W Kungurze 
żandarmi nie pozwolili nam zatrzymać się trochę dłu- 
żej. Tam ja sądziłem, że znajdę swoje rzeczy, odesłane 
z Ufy przez Sołtana do brata mego Emila Gieysztora. 
Tam była staruszka Dalewska z córkami. Sierakowska 
już była w Samarze z córeczką, do miej z Petersburga 
kilka słów pisałem. Jeleński też miał tam krewnych swo- 
ich Oskierków i posyłki do p. Kupściowej, nic się nie uda- 
ło załatwić. 



— 228 — 

Nadpędziliśmy potem partję, w której byli Giedrojć 
Mdk., Olędzki Stan., Hofmejster, lecz i z tymi widzieć się 
nie mogłem; za pośrednictwem tylko lekarza z Krasno- 
ufimska wręczyłem list do Darwina Mik. Oiedrojciowi. 
Ten lekarz opowiadał mi, że jest w Krasnoufimsku Ka- 
szelewskfl i rozj^ytywal, co to za osobistość, a także to- 
warzysz mój uniwersytetu poczciwy Fab. Kurkowsl^i. 
Przejazd przez Ural i Ekaterynburg mocno nas zajął. 
W Permde dowiedzieliśmy się, że ksiądz W. Hun d jus 
zmarł, był to pierwszy z naszego kółka 12-tu ze szpitala. 
Na granicy Syberji w jednem miejscu widziałem jak- 
by kurłiany, wiozący nas poczty 1 jon opowiedział taką le- 
giendę. Przed laty tu mieszkały plemiona miejscowe bit- 
ne, pogańskie; zwolna posuwający się podbój i ich usuwał 
z mdejiscowości zajętych. Bronili się zawzięcie. Nakoniec 
poznali, że wszelki opór daremny, że muszą ulec. Wów- 
czas to zebrali się w tej miejscowości wszyscy z dobyt- 
kiem, z djzieómi i żonami, pokopali jamy, popalili swe 
bogactwa, wrzucagąc resztki w jamy, z kolei powybijali 
dzieci, starców i żony, usypali te kurhany, a nakoniec 
i sami wzajemnie pomordowali się. Woleli wszyscy zgi- 
nąć, niż opuścić swą ziemię, wyrzec się swych bogów. 
Na granicy Azji taką legiendQ słyszy Polak!... 

Przywieziono nas do Tobolska prosto do gubernatora, 
był nim Zenowicz. Niie było go w domu. Po chwili wrócił 
z miasta i po polsiku do nas przemówił, pytając o na- 
zwiska. „Na nieszczęście nie mogę panom nic innego zro- 
bić, jak przesłać do turmy, gdzie zresztą, o ile można, bę- 
dziecie mieM wygodę". Powiedziałem mu o naszych żan- 
darmach, którym najsurowszą dał wymówkę i rozkazał 
rzeczy Jeleńskich odwieźć do Kungiiru i naisize listy. Ze- 
nowicz jest mniej iwięcej moim rówieśnikiem, gdym b.\ł 
w Petersburgu, on studiował w Moskwie. Wzajemnie 
o sobie słyszeliśmy, choć nie spotykaliśmy się. Tu w To- 
bolsku był on bardzo czynny i użyteczny, a dla naszych 
bardzo życzliwy. Jedyne więzienie i szpital na całej dro- 



— 229 — 

dze, utrzymane dobrze, uczciwie, tutaj byty. Dla zostają- 
cych w Tobolsku starał się o praicę, rzemieślniikom dopo- 
magał, wiele było serca i rozumu, tylko brak taktu. Do- 
brze był z Boi. Czerniewskim, z Sołtanem, ale też otaczał 
się takimi ludźmi jak S. Romer, Olędzki (nie Stanisław). 
Ci chodzili w dmie uroczyste do cerkwi, przytem ży- 
czył, aby nasi bywali na balach, na zebraniach i tern roz- 
dział i spory wywoływał. Zacny Dominik Booiarski mo- 
że trochę za ostiro występował; nie tylko szuja, której 
jest wszędzie dosyć, ale ludzie uczciwi, choć mylący się 
w tern, Rymkiewicz, Jocher Jan byli z nim źle. Pani 
Turczyńska wyskakiwała na balach, jak i Adaś Bukow- 
ski, którego jakiś kupiec poklepał po ramieniu mówiąc: 
— „Dobrze (sławno) tańcuj chłopcze, boś młody, co ci do 
tego, co tam się dzieje w ojczyźnie". A gdy tu tańczono, 
nie brakło ofiar, seciny wymarły w drodze z zimna i nę- 
dzy, z chorób; kraj jęczał pod najcięższem prześlado- 
waniem. 

Dano nam w turmie oddzielne pokoiki. Sołtan, Czer- 
niewski, Olędzki mówili o dobrem dla mnie usposobieniu 
gubernatora i radzili z jego polecenia, bym, jako chory, 
zostawał w Tobolsku, w szpitalu, a że powoli i do miasta 
się przeniosę. Taik się został Sołtan, teraiz radzono mnie 
i Mirskiemu, propozycja była nęcąca, o 3,000 wiorst bli- 
żej od kraju, po roku drugim można sprowadzić rodzi- 
nę, można było więc usłuchać. Zacny lekarz miejscowy 
d-r Czeremszańs'k>i znalazł, że mam sercoiwe cierpienie, 
nieuleczalne, z którem podróż była mebezpieczną. Soł- 
tan mówił, że Zenowiciz chce, bym mu napisał, o ile wie- 
rzę w przyszłość naszego narodu i na czem to opieram. 
Przyrzekłem z największą chęcią wziąć się do tej pracy. 
Projektowałem więc podawać prośbę, a tymczasowo 
przeszedłem do szpitala. Zjawia się tam Fijoł (tak Zeno- 
wicza zwano), a z nim razem Wokulski, policmajster ir- 
kucki, przejeżdżający przez Tobolsk. Podchodzi naj- 
przód do d-ra Nowickiego. Zenowicz swoim zwyczajem 



— 230 — 

traktował go, jak prawie wszystkich, na ty. Sposób to 
był bardzo mewłaściwy, gdy nawzajem tak do niego od- 
powiadać nie można, a tem nieprzyzwoitszy, gdy nie do 
wszystkich bez wyjątku był używany (Aini do mnie, ani 
do Jeleńskiego nigdy tak nie mówił). Generał z kolei 
zwrócił się do mnie: „Pan nie możesz tu długo zosta- 
wać, pan powinien wyjechać z pierwszą partją". D-r 
Czeremszański mówi mu, żem cierpiący, ja milczałem. 
„Niech się pan przygotuje, pan musi jechać". Wówczas 
ja zniecierpliwiony tą gawędą, odparłem obojętnie i to 
po rosyjsku: „Kak prikażetie wasze prewoschoditiel- 
stwo!" Jak ukąszony odskoczył na kilka kroków, lecz 
się zmiarkował i poszedł dalej. Ja zaś zrobiłem to roz- 
myślnie, wiedząc, że gdy jeden z wystanych niedawno 
przemówił do niego po rosyjsku, to się zapytał: — „Co 
to, czyś już zapomniał swego języka?" Otóż chciałem i ja 
od niego tegoż pytania i wówczas bym odpowiedział, by 
spojrzał na siebie, kim jest i na mnie, i który z nas zo- 
stał wiernym swej przeszłości. Lecz Zenowdcz zmiarko- 
wał, o co idzie, a jako gubernator nie mógł mi nic tu po-i 
wiedzieć, bo i forma i ton były więźnia skazanego. Po 
obejściu wszystkich, znowu się zbliżył do mego łóżka roz- 
mawiając z doktorem, że ponieważ jest. to choroba nie- 
uleczalna, a więc trzymać ndemożma. Gdy ten mówił, że 
on mię nie wypisze, — „To ja to zrobię". Ja się nie od- 
zywałem. 

, Zaraz po wyjściu gubernatora opuściłem szpital, 
darmo zacny lekarz mię zatrzymywał, nie chciałem ani 
jego, ani siebie narażać więcej na podobne brutalstwa. 
Nazajutrz znowu Zenowicz się zjawia i biegnie prosto do 
szpitala, lecz tam już mn(ie nie było, na mojem miejscu 
w szlafroku Miirski. „Co znaczy ta komedja?" „D'apres 
vos ordres, generał" — odpowiada Mirski. Ze szpitala 
idzie do mojej celi, lecz i tam mnie nie było. Fijoł niecier- 
pliwi się, każe mdę szukać i ja z ogólnej sali wychodizę 
i na dziedzińcu zdaleka zdejmuję czapkę, jak przed 



— 231 — 

urzędnikiem . .' I to nie uszło jego uwa- 
gi. „Pan musisz jechać". „Pojadę". „Ja napiszę do ge- 
nerała Korsakoiwa, panu wszystko ułatwią, co tylko 
można, ale zatrzymać niepodobna". Skłoniłem się. W To- 
bolsku miałem wielu znajomych, ale do miasta ledwo raz 
po przyjeździe na parę godain do Wieliczków wyszedłem. 
Jeleńscy i Siesiccy wyjechali po tygodniu pobytu, ja we 
dwa tygodnie. Chciałem bardzo doczekać Mik. Giedroj- 
cia, by z nim dalszą drogę odbywać, ale prosić Zenowi- 
cza za nic. Owszem wiedząc, że listy nasze są czytane 
i on o nich wie, umyślnie pisałem do żony, by, jeśli poje- 
dzie na Sybir, umikała dłuższego pobytu tam, gdzie sa 
urzędnicy polskiego pochodzenia, jeśli ceni swą godność 
i spokój. 

Gdy nas wyprowadzano z turmy, i był przytem po- 
licmajster, zjawił się Boi. Czerniewski i ostro policmaj- 
strowi wymawiał za otrzymany afront. Policmajster 
z dozwolenia gubernatora dał pozwolenie Czerniewskie- 
mu i innym być na statku. Jeszcze oni pierwiej tam przy- 
byli i siedzieli u Siemionowych. Był to kapitan, zwykle 
przeprowadzający więźniów, a żona jego, wychowanka 
Hofmejstra, bardzo też zacna kobieta. U nich więc ba- 
wili Czerniewscy, Wieiiczkowie, Bunia Chrystowska, gdy 
się zjawił Fijoł. „Co tu panie robicie? czekacie Gieyszto- 
ra, niemożna, niemoźna, proszę wychodzić". To znalezie- 
nie się nieprzyzwoite z damami i to znajomemi, gdyż Ze- 
nowicz bywał u nich w domu, tak obruszyło Siemionowa, 
iż się odezwał w te słowa: „Przepraszam pana genera- 
ła, to moje mieszkanie i te panie są gośćmi mojej żony". 
Zenowicz skłonił się i wyszedł. Lecz bardzo naturalnie, 
że te panie też opuściły statek i tylko mię w drodze spot- 
kały i pożegnały. I Boi. Czerniewski, a także wszyscy 
byliśmy mocno tern oburzeni. Zawsze nasi osądzeni jadą 
barżą, którą ciągnie statek, lecz na statku jest kajuta i tę 
oddają osobom, wybranym przez gubernatora, lub którym 
Poklewski daje miejsca. Otóż i mnie gubernator nazna- 



— 232 — 

czył na statek; ja szedłem za moimi kolegami, bo mia- 
łem nogę skaleczoną, a prosiłem, by moje rzeczy uloko- 
wano koniecznie na barży. Gdyśmy się zbliżyli do brze- 
gu, zdała widzę, jak Zenowdcz podchodzi i każe moje 
rzeczy nieść na statek. W tym czasie zbliża się oficer 
żandarmski, pułk. Zaranek i pyta mnie: „Kiedy pan przy- 
byłeś, czy dziś jedziesz?" Po chwili podskakuje Zeno- 
wicz, bierze mię pod rękę i poszedł ze mną wzdłuż rzeki. 
„Pewno pana zdziwiło moje postępowanie. Otóż chcia- 
łem zrobić wszystko, co tylko można, ale właśnie, że dla 
pana, to nic zrobić nie mogłem. Otrzymałem i ja, a także, 
jak się pan przekonał, i żandarm depeszę, aiby pana ni- 
gdzie nie zatrzymywać i me pozwalać z nikim się widy- 
wać, donosząc, jeśli cokolwiekbądź spostrzeżemy. To 
panu powinno wytłumaczyć moje postępowanie tak 
zmienne i niedozwolenie widywania się z oiajbliiższymi". 
„Lecz, paniie generale, sądzę, że przez Sołtana np. można 
było to samo mi powiedzieć i oszczęd^zić nam obu bar- 
dzo przykrych przejść?" Uwaga była słuszna, bo, jeśli 
mógł wymagać pisma, i takiej treści, i mówił, co mam ro- 
bić, aby zostać, to i o depeszy z Petersburga zawsze mię 
czy przez Czerniewskiego, czy Sołtana mógł zawiadomić. 
Bardzo się tłumaczył, przepraszał i rozstaliśmy się do- 
brze, choć ja zawsze z tem przekonaniem, że mimo za- 
cności brakło mu taktu i jakby trochę było przesady, bo 
co to za słowa, które nieraz mówił, że zazdrości jadą- 
cym na Sybir! 

Na statku jechali między innymi Charmański, Mar- 
cinowski, Popowski Józef, młody człowiek z uniwersyte- 
tu kijowskiego, a potem ze szkoły wojskowej w Paryżu, 
którą już ukończył, osądzony do robót, ipoznałem go 
w Tobolsku, zdolny i zacny człowiek. Ja byłem w od- 
dzielnej kajucie z ks. Skorupskim z Nowo-Aleksandrow- 
ska. Ten mi powiedział o śmierci ks. Aleksandrowicza 
z Dyneburga. Był to jeden z najozyinniejszych ludzi 
w powstaniu, wiele pomagał więźniom i jakiś czas u nie- 



— 22>i — 

go jednego tylko skoncentrowała się cała praca powstań- 
cza w tych stronacłi. Komisje dowodziiły o Aleksandrowi- 
czu, że on był wszystkiem, i wojewodą i komisarzem, ale 
że nic mu dowieść nie mogli, więc tylko na mieszkanie 
był osądzony, z tyfuisu wszakże umarł w więziieniu. 

Ks. Skorupski wielkiej prawości i paitryjotyzmu, to- 
warzystwo jego bardzo było miłe. Kapitan Siemionów 
zbliżył się z nami, był to człowiek it)zsądtny, rozumnie 
patrzący na wszystko. Widział wielkie zło dziiejące się, 




Ks. Bolesław Aleksandrowicz. 

lecz mówił, że jeszcze długo inaczej być nie może, bo 
niema nikczemniejszych ludzi jak ultrapostępowcy ro- 
syjscy. 

Płynęliśmy dni 21. Komary i meszki dręczyły nas. 
Na brzegach widzieliśmy Ostjaków. Na przystankach 
wychodziliśmy na brzeg, aby przypatrzyć się ich portom; 
łódki ich, jak je zwą słusznie „duszegubki", w najodważ- 
niejszym obawę obudzają. Ob, miejscami tak rozlana, iż 
brzegów nie widać. Kraj pusty, dziki, drobne drzewa, 
błota... 

W Narymie pojechałem do miasteczka. Kilku tu na- 
szych księży i m^niszek z Wilna, między niemi poczciwa 
Dąbrowska, ze sprawy Dalewskiego. Tamka, śliczna rze-" 



— 234 — 

ka, dziwny ma kolor wody, jakby szmaragdowy. Na bar- 
ży starostą był Sokołowski z Mińsika, tam też był Kie- 
niewicz, brat stryjeczny Hieroniima. Nam na statku było 
ndeźle, ale cóż się działo na bairży! Połowę jej zajmowali' 
nasi, drugą zbóje, duszno, ciasno, dzięki jednak Bogu, że 
w tej partji żadna się cłioroba nde zjawiła. Zawsze podróż 
wodą, jeszcze jest dobrodziejstwem, bo się przestrzeń 
znaczną 1,500 w. f^dem, wodą znaczniie daled, w trzy ty- 
godnie odbywa. W Tomsku znalazłem d-ra Czekotow- 
skiego z żoną, po raz drugi witał mię, jak wróconego 
z drugiego świata, zawsze z nim byliśmy bardzo dobrze, 
zaraz też ulokowałem się przy mich. Tam poznałem d-ra 
Lasockiego z Wołynia z młodą żoną Marją. Był to czło- 
wiek bardzo zdolny i przyjemny w towarzystwie, ona zaś, 
obojętna na pozór, bardzo niełatwa do znajomości, ale 
przy bliższem poznaniu każąca siebie szanować kobieta. 
Co do Piotrowej Czekotowskiej, tę odrazu uważałem jak 
krewną, dobre, miłe dziecko. Był tam i 4-r Ign. Tomko- 
wicz, niezaprzeczenie zdolny, dowcipny, lecz za mało 
siebie szanujący. W Tomsiku już mieszkał Chmielewski, 
prezes; naturalnie, że zaraz go odwiedziłem. Żona była 
z nim. Tu p. Twardowskiego poznałem. Spotkałem Oł- 
dakowskiego Napoleona, Szyllinga Stan., Sulistrowskiego, 
Witkiewiczów i wiele innych. Skorupski ks. tu zostawał. 
W Tomsku doczekałem się Mik. Oiedrojcia, aby już z nim 
dalej podróż ciągnąć razem. W Tomsku dwa tygodnie 
bawiłem, smutno było żegnać zaone naszych grono. W al- 
bumie Lasockiej osobno zapisałem wierszyki, słów kilka 
malujących mój stan wówczas. W Tomsku kupiłem ta- 
rantas, dalej razem z partją mając iść etapem. Ze mnąj 
jechał Mik. Giedrojć, d-r Samojło, Józ. Popowski i dwuch 
biedaków, Galiński, drugiego nazwisika nie pamiętam, ci 
na oddzielnej jechali bryczce, razem składaldśm3^ się na 
koszta utrzymania. Galiński nam gotował, potem stary 
Pyrzyński jechał razem. Było i kilka familji, między in- 
nymi d-r Skawiński z żoną i małą córeczką, których po- 



— 235 — 

znałem w Tobolsku; w Tomsiku trzymałem do clirztu z p. 
Skawińską córeczkę Żmujdzina, skazanego na osiedlenie. 
Ja jectiałem już w lepszych warunkach, a jednak co 
to za podróż etapami, a któż opisze, ile oierpieM ci, co ca- 
łą Rosję tym spoSiOibem przeszli? Już jest kilka opisów 
Sybiru i cierpień naszych w drodze d na miejscu, kto sam 
nie doświadczał, może posądzać o przesadę każde naj- 
prostsze opowiadaoie. Zapewne, że takie książki, jak 
„Czarna księga" tylko nam szkodzą. Jednakże może nie- 
ma nic okropniejszego na świecie jak etapy. Przybywa- 
my zmęczeni drogą, chcemy jeść, nic niema znośnego, 
bierze się co dają, lecz cóż to jest? każdy kawałek mię- 
sa, nim go ktoś kupi, już był w palcach u kilku, mleko 
w naczyniach brudnych, a wszystko to rozikupuje się. 
Zamożniejsi mają samowarki, jest zapas chleba z miaste- 
czek, czasem i wędliny, to się żyje jakoś. Ja, jak miałem 
herbatę, tom miał wszystko! Lecz nic nie pomoże, żad- 
nej rady niema na uczynienie iznośnem mieszkania. Tło- 
czjmiy się literalnie, ciasnota, zaduch, gorąco, drzwi się 
na noc zamykają, nikt pod żadnym pretekstem wyjść nie 
może. Tak samo razem z nami mieszczą się dzieci i ko- 
biety. Dla tych oddzielamy prześcieradłami cząstkę izby, 
lecz kto je ochroni od tysiąca innych nieprzyjemności, ja- 
kich właśnie towarzysze im nie szczędzą. Zapewne, zależy 
to od partji, lecz czy wielu było tak szczęśliwych, że mo- 
gło zawsze poskromić tę hałasitrę wrzaskliwą, skorą do 
kłótni, miotającą obelgi, połajanki, zaczerpnięte ze słow- 
nika ludu rosyjskiego, tak obfitego w tej gałęzi. I tak po- 
dróżowały młode, wykształcone niewiasty, które rzucały 
rodziny, często nawet wielkopańskie dostatki, by osłodzić 
życie swym mężom, spełnić obowiązki żon Polek! Niech 
czytelnik przeniesie się raz tylko na jedną godzinę do ta- 
kiej etapowej izby, niech słyszy obok śpiewu wrzawę, 
orgję zbójów, a tu w ścisku, w zabijającym smrodzie, 
w brudzie, miljonami owadów otoczone, razem z nami 
te dzieci, te kobiety, a pojmie, jakie uczucie nami nieraz 



236 



miotało, pojmie wtedy, jakiej to trzeba siły woH, by i sa- 
memu zacliować zimną krew i na młodszycli wpływać, 
by rozdrażnienie nie wybuchło wobec gburowatego obej- 
ścia się żołnierzy lub pijany cłi dozorców! A te nasze pa- 
nie wypieszczone, którym zawsze za szczupłe mies^zka- 
nie, zawsze iza mało komfortu, nigdy dość strojno, tym 
paniom, co zmęczone nawet dyspozycją obiadu, lub pół- 
godzinną rozmową z własnemii dziećmi, tym paniom, oo 
dla formy gotowe życie ludzkie poświęcić, o! nie na dłu- 
go, lecz na jeden tydzień życzylibyśmy przejść przez tę 
próbę. Nie! onaby ich >nie wyleczyła, aini od sztucznych 
spazmów, ani od skromności dla formy, bo tego, co da- 
wało siłę naszym kobietom do znoszenia wszystkiego, 
do zostania aniołami dobroci i czystości wśród tej atmo- 
sfery, tego te panie nie mają — wielkiego, kochającego 
serca ! 

Takie etaipowe drogi odbywały rodziny, które były 
potem znane mi w Usolu: Bnińskich, Łagowskich, Lasoc- 
kich, Skawińskich, Łozińskich z Rusi, Krupskich, Symo- 
nowiczów z Litwy i wiele innych. Wiele i ja nocy spędzi- 
łem w etapie. Zawsze lokowałem się nie na narach (zbi- 
te tapczany z desek) leoz na różnych tłomoczkach, nie 
chroniło to zupełnie, lecz zawsze byłem bezpieczniejszy 
trochę od owadów, przytem nigdy nie rozbierałem się 
w etapach. Wsi bez ludzi pijanych, chaty bez owadów 
w Syberji niema! Lecz nam, osobliwie familijnym, lub 
mającym własne tarantasy (rodzaj powozu na dwóch 
drągach, bardzo pakowny i lekko noszący, choć nie- 
zgrabny) dozwolono często nocować i we wsi. Miało to 
swoje niedogodności, czasem brano dość drogo, często 
okradano, zdarzały się nawet i napady. 

Trudno o więcej awanturniczą podróż, jak była na- 
sza. Ja kupiłem bardzo porządny tarantas, ale ponieważ 
na samym wyjeździe nie mogłem go dobrize wyrepero- 
wać w Tomsku, od Tomska do Irkucka literalnie przeszło 
10 razy psuł mi się i gdy kosztował mię 40 rb., to repe- 



— 237 — 

racja do 60. Z początku zostawał z nami jeden żołnierz, 
potem już byliśmy sami i czasem o dwa dni później je-^ 
chaliśmy za partją. Starosta zawsze nam zamawia! konie, 
a przytem my dopłacaliśmy. Jechało nas najmniej czte- 
recłi. Nieraz, gdy ostatecznie coś się zepsuło, szldśmy pie- 
szo po nocy dzieląc się na połowy, trochę było śmiechu, 
nieraz i niebezpieczeństwa. 

Raz przybyliśmy w nocy do wsi i ulokowaliśmy się 
z brzegu przy kuźni. Kowal dał nam mowy swój domek, 
jeszcze bez drzwi. Żołnierz miał nocować w tarantasie, 
my zaś: Popowsiki, Giedrojć ,i ja w kuźni, d-r Samojło 
w łaźnii obok. Świeca paliła się. Popowski siedział przy 
stole, my wpółleżący na pakach, wtem krzyk, turkot i na- 
gle w drzwiach staje dwóch dzielnych chłopów. Popow- 
ski powstał i my z Mikołajem też do połowy podnie- 
śliśmy się. Widok trzech ludzi, nie śpiących, nie starych,, 
widocznie ich stropił, zaczęli rozmowę z Popoiwskim, 
oglądając się wkoło, oprócz drąga żelaznego i jakiejś lu- 
fy do fuzji będącej u kowala nic nie mieliśmy. Dość długo 
rozmawiali z Popowskim, dopytując się, skąd my i czemu 
sami jedni, gdzie maszą ipartja; na ich prośbę daliśmy im 
trochę herbaty i cukru, powiedzieli nam, że oni z towa- 
rzyszami idą w drogę napowrót do Rosji. Wyszliśmy za 
nimi, wołamy na żołnierza, niema, Samojło też się nie od- 
zywa, po chwili usłyszeliśmy krzyk i turkot — pojecha- 
li, wówczas zjawił się żołnierz i Samojło. Nasz anioł 
stróż pomimo broni schował się też do łazienki. Opowia- 
dał, że niema co żartować, że mogą wrócić i resztę nocy 
już razem wszyscy w chatce przespaliśmy się, z kolei 
czuwając. 

Wogóle jednak, jak na Sybir, mało było zabójstw, 
naturalnie cżaxem się zdarzały, lecz co to znaczy w kra- 
ju zbójców, gdzie zabić człowieka jest rzeczą bardzo 
zwyczajną. Otwarcie mówią, że gdy cokolwiek znajdzie 
się „to warto wystrzału", stoit biełki, t. j. tyle wart co 
wiewiórka, do której kulką strzelają. 



— 238 — 

Nasi towarzysze etapowi, zbóje, bardzo rzadko nas 
okradali, była jakby pewma solidarność i iposzanowanie 
dla nas. Lasów koło drogi pięknych niewiele, mszczą te, 
co bliżej, jednakże niedźwiedzie dochodzą do poskotiny 
(zagrody dla bydła, otaczającej wkoło wieś na kilka 
wiorst i dalej). Tam zwykle pola (zapaszki) są dalej, cza- 
sem o mil kilka od wsi, na około zaś ipastwisko dla bydła 
i koni, i tu często gości niedźwiedź, który i do wsi cza- 
sem zagląda. 

Lud nie był dla nas ogólnie niechętny, zdarzały się 
jednak wsie znane z kradzieży, napadów i bójek. Ja ani 
razu nie miałem przykrości żadnej od gospodarzy, lecz 
w jednej wsi, gdy nas przyjęli, starosta z innymi chciał 
wypędzić i odgrażał się na gospodarza, prawie przez całą 
noc był gwar na ulicy, dobijano się do bramy, jeden z ka- 
capów nawet chwycił był za ramię Mikołaja. Mieliśmy 
nawet żołnierza u siebie. 

W Krasnojarsku bawiłem tydzień, tu nas napędziła 
paitja z Królestwa, w której byM: Moszyński Witold, naj- 
sympatyczniejsza postać, jaką spotkałem na wygnaniu 
z Korony, mecenas Kobylański, zdolny, na nieszczęście 
nałogowy, Pawłowski Aleks, i Henryk Bąkowski, ten 
ostatni bardzo gładki, wykształcony, lecz wedle sądu to- 
warzyszów niezupełnie czysty wyszedł ze sprawy. 
W Kańsku spotkał mię d-r Zaleski Feliks towarzysz uni- 
wersytetu, mieszkał on w Petersburgu, ostatni rok ra- 
zem ze mną, ,z Ordą Edmundem, Lubeckim Edwinem 
i Jucewiczem. W 1848 r. także opuścił Petersburg, cza- 
sowo był on w Kijowie, lecz potem udał się do Dorpatu,, 
gdzie skończył uniwersytet na fakultecie medycznym, na 
wakacje do mnie iprzyjeżdżał. Potem był pułkowym leka- 
rzem w Finlandji, a dalej w Knrlaodji kwaterował i tam 
się z Niemką ożenił. Byliśmy zawsze z nim dobrze, on 
tu zesłany został bez pozbawienia praw i dobrze mu się 
powodziło. Miał mieć posadę urzędową i wszystkim prze- 
jeżdżającym dopomagał, niektórzy całe tygodnie u niego 



— 239 — 

mieszkali, to go później i zagubiło. Taki Lewandowski ma- 
wiał n,p., że dla wybawienia siebie może narażać innych 
ludzi zwyczajnych, tejże teorji trzymał się i Landowski. 
Wskutek ucieczki tych panów, Zaleski był zesłany potem 
do miejscowości, którea nazwy nie przypominam, lecz 
i tam mieszkańcy go polubili, nieźle mu się działo i wró- 




Józefat Ohryzko. 

cił znacznie od nas wcześniej. Gorączka, niekomsekwent- 
ny, ale zacny. Pomieszany na wierze w Napoleona 
i w duchy, które mu mówiły o odbudowaniu Polski, co 
ma nastąpić już lada chwila. Zaleski tylko co wstał po 
ciężkiej chorobie, lecz wiedząc, że mam być, już oczeki- 
wał i zabrał mię do siebie. Mieszkał z nim Ign. Brzo- 
stowski b. prezes Izby kryminalnej mphylew&kiej i woje- 



— 240 — 

woda miejscowy, lecz mie odkryty. Z nim też był młody, 
dzielny chłopak węgrzyn. Od Zaleskiego dowiedziałem 
się, że Antoni Jeleński tu już co innego opowiadał niż 
w Tomsku i na miejscu, tłumacząc się, że nie mógł ina- 
czej postąpić. Stawiiło to mię w bardzo przykrem położe- 
niu, gdy ja opowiadałem znów inaczej, więc któż zaręczy, 
gdzie prawda i czy niema jeszcze czego ukrytego? Oto 
rezultat miękkości i pobłażliwośd. 

W Kańsku też miałam miłą niespodziankę, Feliks mi 
mówi: „A czeka ciebie Koryzna, który wiedząc, że masz 
być w tych dniach, przyjeżdża na spotkanie każdej par- 
tji".. „Koryzna?" „A tak, on dobrowolnie wyjechał ńa 
służbę do Rosji, a potem tu, ma prywatną posadę, jest 
rządcą wielkiej gorzelni, ma już niezły fundusz. Opowia- 
da on, że jest twoim dalekim krewnym i że ma dla cie- 
bie obowiązki". W samej rzeczy Piotr Koryzma po Za- 
wiszach był mi dalekim krewnym, kolegowaliśmy w Kiej- 
danach. Ody mu jakoś źle szło w Kowinie, wyjechał do 
Rosji, a stamtąd raz pisał do mnie, abym mu ułartwił nie- 
widki interes. Był to drobiazg, który każdemubym zro- 
bił. Leoz ponieważ rodzina go nawet opuściła, nie odpi- 
sując, on to uważał za coś nadzwyczajnego. Otóż zaraz^ 
zjawia się i p. Piotr Koryzna, po szczerem uściśnieniu 
mówi mi o swej wdzięczmości, a jeszcze więcej o tern, co 
słyszał od Józ. Jurewicza, był on nadzwyczaj zdolny, lecz 
bez charakteru. Rzucał się do wszystkich, a zawsze póź- 
niej wracał do mnie, ja naturalnie jaiko kolegę i człeka 
zdolnego bardzo, a nawet z dobrem sercem, zawsze 
przyjmowałem i o ile mogłem, pomagałem, lecz w końcu 
upadł tak nizko, że tułał się po ulicach Kowna pijany 
i tam zamarł. Koryzna odprowadza mię na stronę i mó- 
wi: „Ja mieszkam blizko, czy długo bawisz?" „Dzień je- 
den". „Słuchaj Jakóbie, ja nie mam nikogo, żadnych obo- 
wiązków, a fundusik niezły. Tobie jestem obowiązany, 
wiem, jakim byłeś kolegą, wiem, coś robił i ile cierpiałeś, 
zostań tu, lako chory. Ja ci ułatwię ucieczkę aż do Pe- 



— 241 — 

tersburga, mam z kupcami stosunki i pieniądze, jestem 
praktyczny, bądź spokojny, wszystko jaknaji&piej urzą- 
dzę. Wszakże żonie i dzieciom łatwiej wyjechać za gra- 
nicę, niż tu na koniec świata". Podziękowałem poczciwe- 
mu człowiekowi, ale nie zgadzało się to z mojem przeko- 
naniem, ani charakterem, nie umiałbym odegrywać roli 




Jakób Gieysztor (1866 r.), 

w ubiorze wtięziennym. 

w ucieczce, a tembardzded nie mogłem brać znacznych 
pieniędzy od człowieka zupełme obcego. Odmówiłem 
więc i wszelkiej pomocy, mówiąc, że mam oprócz rozpo- 
życzonych, paręset rubli. Serdecznie pożegnałem Feliksa, 
Brzostowskiego i Koryznę, i wyruszyliśmy dalej. 



„B P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 



16 



— 242 — 

Partja nasza^) była niezła, prowadził ją Włostowski 
z Grodzieńskiego, ociężały, słabej głowy i cliarakteru, 
lecz człeczysko dobre... 

Tak przybyliśmy do Irkucka. 

W Irkucku naszych było tłumnie, w dwuch mieści- 
liśmy się więzieniach: w turmie i w koszairach. M;nie się 
udało w tych ostatnich ulokować. Starostą był tam Bo- 
lesław Swida, dawny, kochany towarzysz. Wielu innych 
tam znaleźliśmy. Przed samym Irkuckiem spotkałem już 
jadących z Irkucka do Usola Laisockich... Lasoccy bo- 
wiem z Czekotowskimi i z Trzaskowskim, jadąc pocztą, 
naturalnie, że nas wyprzedzili. Czekotowska leżała moc- 
no chora... 

W Irkucku wszyscy byli tylko zajęci jednem: aby 
się dostać do Usola... Usole o wiorst 70 przeszło od Ir- 
kucka nęciło już blizkością, już towarzystwem. Tam wy- 
syłano familijnych i ludzi, mających protekcję... Wśród 
50 przeznaczonych (z naszej partji) i ja byłem. W dzie- 
sięciu wyjechaliśmy tam pocztą. Tak radził Swida, któ- 
ry też jechał, Giedrojć, Charmański, Eysymont... Moszyń- 
ski mógł być naznaczony, ale nie chciał rozdzielać się 
z towarzyszami... Popowski został... W Irkucku Swida mi 
powiedział, że jest orgamizacja i na Syberji, lecz ja sta- 
nowczo odpowiedziałem, że żadnych teraz organizacji 
nie pojmuję, tylko siłę moralną i pomoc braterską... 



Znaleźliśmy się wreszcie w Usolu, w którem miałem 
odbywać katorgę. 

Koniec. 



1) Ustęp ten nie żnajd.uje się w części, przygotowa- 
nej przez Gieysztora do wydania. "Wyjmujemy ją z jego 
własnoręcznych notat rękopiśmiennych, — dla zaokrąglenia 
całości. w . ~ 



DODATKI AUTORA. 
C. Rajnold Tyzenhauz. 

Rajnold hr. Tyzenhauz, to jedna z wybitnych posta- 
ci na Litwie, dość oryginalna, ale i najsprzeczniej sądzo- 
na. Wypiszę tu o nim najbezstronniej, co wiem na pewno 
z osobistych stosunków i pewnych źródeł, z góry jednak 
dodać muszę, że był to jeden z tej niewielkiej liczby ludzi, 
dla których miałem wielką słabość. Był to człowiek wyż- 
szy; ja po każdem z nim spotkaniu i najczęściej starciu, 
zawsze skorzystałem, w głowie nieraz było jaśniej, prze- 
konania nabierały hartu, gniewałem się i podziwia- 
łem go. 

Pierwszy raz spotkałem się na sesji już u Dowgirda, 
jako delegowany do sprawy włościańskiej w 1857 r., on 
był delegowanym z powiatu Nowo-Ałeksandrowskiego, ja 
z Kowna. On rozmawiał z Medekszą, którego już znał, 
a cbok ja stałem. „Tak to trudne, bardzo trudne nasze za- 
danie", powiedział swoim głębokim basem. „Zapewne — 
odparłem — ale tem świętszy obowiązek każe nam zająć 
się szczerze i sumiennie tą sprawą". „Tak, na zimno i ro- 
zumnie", — odparł Tyzenhauz. „Przepraszam Pana, ale 
ja powtarzam, przeważnie sumiennie, bo biada społeczeń- 
stwu, które w odwiecznym tym rozrachunku zaponmi o 
tem, co sumienie każe sprostować". Tyzenhauz poprosił 
Medekszę, aby nas zapoznał. Od tej chwili przez lat 
kilka ciągle spotykaliśmy się i ciągle ścieraliśmy się. 
Stosunek jednak osobisty był bardzo dobry, prawie ser- 



— 244 — 

deczny. On pierwszy wspomniał o pokrewieństwie, choć 
dalekiem, nas łączącem. 

W Wilnie nie raz bywałem u niego i na obiedzie, 
i stanowczo twierdzę, że w życiu codziennem on tak żył, 
jak żyć był powinien, — porządnie i bez zbytku... W czasie 
zjazdów, ponieważ miał obszerne mieszkanie, zbierali- 
śmy się u niego, — prawda nie dawał kolacji, ale nie o to 
wówczas chodziło. Już w 1857 r. w Kownie, choć był naj- 
młodszy z nais wszystkich, zadziwiał jasnemi pogląda- 
mi, wymową silną, logiczną. Z przekonań konserwaty- 
sta, z wielkiem uwielbieniem prawie dla Edwarda Ro- 
mera, był jego najsilniejszym poplecznikiem, a więc prze- 
ciwnikiem mego projektu wydziielenia odrazu ziemi. Ale 
były to (przekonania głębokie, a nie interes. On i Me- 
deksza wierzyli Romerowi. Był on też członkiem z No- 
wo - Aleksandrowskiego powiatu Komisji redakcyjnej 
(mającej ułożyć projekta do dyskusji). Następnie zasia- 
dał w Wilnie w Komitecie do spraw włościańskich. Gdy 
się urządzały zjazdy, we wszystkich obradach czynny 
brał udział, zawsze, jako umysł przeważnie kry- 
tyczny, nie stawiał projektów, ale wszysitkie podane 
silnie krytykował. W społeczeństwie, pragnącem rozwi- 
jać się, mającem bardzo mało ludzi inicjatywy, przy 
braku wyrobionej przewodniej idei, taki człowiek mógł 
być szkodliwym. Ale właśnie ta logika w krytyce, zimny 
rozum przy zupełnie dobrej wierze i miłości społeczeń- 
stwa czyniły dla mnie Tyzenhauza bardzo cennym dzia- 
łaczem. On wzajem zawsze mówił: „Panie Gieysztor! 
zmiłuj się, ja Panu podaję zamne argumenta, a pan mię 
zasypujesz kartaczami w imię uczucia i obowiązku". 
Czasem jego zimna krew i krytyka nieubłagana źle wpły- 
wała na ogół, co mię niecierpliwiło. Raz po takiej jego 
krytyce naszych czynności, ja publicznie wobec całego 
zgromadzenia mniej więcej tak mówiłem: „Panie, nie za- 
przeczysz mi Pan, że w gospodarstwie poważnem źród- 
łem bogactwa jest nawóz. Cóżbyś wszakże Pan powie- 



— 245 — 

dział o takim rolniku, któryby zbierał i skrzętnie powięk- 
szał te skarby, lecz nigdy ich nie używał w obawie, że 
będą użyte niewłaściwie lub mniej korzystnie, ależ z cza- 
sem te masy nawozu spalą się i znikną. Panie hrabio! 
Pan jesteś — przepraszam za porównanie — bogatą ko- 
palnią, któraby mogła użytecznie kraj zasilić, ma pan 
fundusz, rozum, charakter; co pan dotychczas dla kra- 
ju zrobiłeś? Wszystko, co my proponujemy, jest złe, czy 
i z pana nie będzie taki użytek dla kraju, jak z tych na- 
wozów, dla gospodarza zbyt oględnego?" Mówiłem to 
gorąco i z przekonaniem, nie w chęci obrażenia go. Tyzen- 
hauz wstał i z najzimniejszą krwią odparł: „A kto wie, 
może pan i masz rację!" A przy wyjściu ścisnął mi rękę 
mówiąc: „A toś mię porównał do kupy przepalonego gno- 
ju". Człowiek, który nie obraził się, bo czuł się wyższym 
i wiedział, że tu nie szło o osobistą obrazę, nie był czło- 
wiekiem pospolitym. 

Innym razem, gdy na sesji, wskutek jego opozycji, 
projekt jakoś nie przeszedł, w parę godzin spotykam go 
na ulicy, witamy się, pyta, gdzie idę. W tej chwili przy- 
chodzi mi na myśl zmistyfikować go: „a idę na pocztę 
za Ostrąbraimę zamówić na jutro rano konie pocztowe". 
„Co to jest, jedziesz, czy nie chorzy w domu?" „Nie, ale 
co tu robić! nasze projekta, jak pan mówisz i ja to widzę, 
są niepraktyczne, nic z tego nie będzie, a tymczasem, jak 
pan wiesz, jestem człowiek niebogaty, przejażdżki rujnu- 
ją, gospodarka się opuszcza, sam zginę, a nic dobrego nie 
zrobię". „Ależ, panie, pan to trzymasz, pan dajesz przy- 
kład, wszystko upadnie!" „Niech upada, wszakże to pan 
sam krytykujesz, mówiąc, że to głupstwo". „Ale serjo to 
mówię", — powiedział mi, biorąc za rękę. „Nie, ja tego 
nie zrobię, bo mi sumienie nie pozwala". „I nie rób! Każ- 
dy postępuje, jak wie i umie, ja muszę krytykować, ale 
nie rzucaj, pracuj". Rozmowa ta trwała długo, bo trzy ra- 
zy od imbarów dochodziliśmy do początku Ostrobram- 
skiej ulicy. 



— 246 — 

Na zjeździe (w maju r. 1862) ^) gdy został posta- 
wiony program działania, byl i Tyzenhauz; silnie razem 
ze mną popierał Domeykę, aby zaniecliać projektu po- 
dziękowania Starzeńskiemu i Domeyce za icłi kroki do 
ministrów, a robił to w tym celu, aby unikać demonstra- 
cji i bodaj, że na cłiwilę ów- 
czesną on miał słuszność z małemi zmianami. Gdy po- 
wstanie wybucłiło, dręczony niepokojem o dług zaciąg- 
nięty przeze mmie, 3000 rb., po odmowie Zawiszy, napi- 
sałem do Tyzenhauza, prosząc o pożyczkę tych 3000, 
wyraźnie pisząc, że ewikcja na mojem słowie i życiu, że 
może (suma ta) zginąć, ale udaję się do niego, bo nie wi- 
dzę rady. Tyzenhauz odpisał odmownie, dając za pre- 
tekst, „że nikomu nie pożycza". Tego nie spodziewałem 
się; zgryzło to mię. O głowie nie wątpiłem, zwątpiłem w 
serce, bo on wiedział, że osobiście nigdy więcej nad parę 
złotych dziennie nie wydawałem, żem nigdy nie miał 
dwuch tużurków, sam >namawiiał do tego, by się nie co- 
fać, a te 3000 dla niego były drobiazgiem. Minie szło o 
spokojną śmierć i o możność pracowania i życia w Wil- 
nie w czasie powstania. Z dymisją z Komitetu pensja się 
usuwała; majątek w czasie woijny nie mógł pokrywać 
wydatków, a trzeba było opłacić i swój podatek. Tu po- 
wiem, co się stało: 1000 rublii pożyczył mi Ant. Jeleński, 
skąd... zapłaciłem 300 rb. podatku, reszita była na życie 
i wydatki w czasie półrocza mieszkania w Wilnie. 

Gdy Ignacogród zabrano, w liiczbie pretensorów zja- 
wiła się Elżbieta Orwidowa, z wekslem na 3000 rb., da- 
nym Kazimierzowi Orwidowi i te wypłacono; po powro- 
cie więc z wygnania, ocalał jedyny fundusz 3000 rb. Or- 
widowa mi zwróciła, zapłaciłem więc 1000 rb. Jeleńskie- 
mu, 1000 Syruiciowi, a 1000 drobnych Jankowskiej i in- 
nym, i ci więc, co na słowo wierzyli, nic nie stracili. 

Odrzucając ofiarę Downarowicza ^), byłem rozczu- 



1) Por. pam. t. I, str. 166. 

2) Por. pam. t. I, str. 295. 



— 247 — 

lony niespodzianym jego postępkiem, odmowy Zawiszy 
i Tyzenhauza, osobliwie tego ostatniego, wyższego i ser- 
cem i umysłem, zabolały. Rozsądek i przywiązanie zac- 
nej krewnej ratowały mię od zbyt bolesnej wymówki, że 
idąc na ofiarę za ideę, nie spełniam obowiązków zwy- 
czajnych uczciwego człowieka... 

Wracam do Tyzenhauza. Umysł Tyzenhauza był 
przeważnie krytyczny, cechowała go pewna doza orygi- 
nalności, chęci zawsze postępowania przeważnie podług 
rozumu, uczucie głuszył, nazywając je chorobą nerwów. 
Naturalnie Tyzenhauz musiał być przeciwnikiem powsta- 
nia, bo tak samo, jak ja, widział brak wszelkich sił do 
walki, ruinę kraju i rozpoczętych uczaiwych usiłowań do 
jego podźwignienia. Tem bardziej, że on po części słusz- 
nie nawet to, co się działo już i dobrze, uważał przecie za 
robotę bardzo początkową i mnie nieraz powtarzał: „Łu- 
dzisz się, licząc na silne poparcie, idą w tej chwili za gło- 
sem poruszonego uczucia, ale nie rozumnego przekona- 
nia, a ty sądzisz, że podzielają twoje poglądy..." 

Rozmaicie wówczas sądzono tego człowieka, ja, 
przyznaję miałem do niego wielką słabość, jak do umy- 
słu wyższego. Gdy zjazd wileński na wniosek H. Kienie- 
wjcza prawie jednomyślnie naprzód zadecydował, żeby 
zarząd prowincji wobec wyjątkowego położenia jednej o- 
sobie powierzyć, a następnie także przez jednomyślność 
(bez 2 głosów, mego własnego i Aleksandra Oskierki) 
mnie do tego powołał, decyzję odłożyłem do dnia następ- 
nego, a sam udałem się do Tyzenhauza. Otwarcie mu 
powiedziałem, jak rzeczy stoją, o woli zebrania, i że 
przychodzę do niego z propozycją, aby on był rzeczywi- 
stym jakby dyktatorem, ja przyjmę godność dla ogółu, 
lecz poddaję się pod jego kontrolę, bo jeśli wierzę w swe 
uczucia dla kraju i nikomu w tem się uprzedzić niie dam, to- 
znam też swoją dość wrażliwą naturę, temperament za- 
palny a prędki; mam to przekonanie o sobie, że mi Bóg 
dał zdrowy, jak to mówią chłopski rozum, który przy po- 



— 248 — 

czuciu obowiązków i bezwzględnej miiJości kraju, wystar- 
cza mi do codziennej pracy i dozwala być użytecznym 
obywatelem, ale jest niedostateczny, by w tak ważnej 
chwili rządzić prowincją. Tyzenhauz wysłuchaj i do na- 
stępnego dnia odłożył odpowiedź. Nazajutrz zaś dał od- 
mowną. Następstwem była i moja odmowa i zgromadze- 
nie wybrało nas sześciu ^). 

W czasie powstania, gdy zbierano podatki, (naczel- 
nik miasta uskarżał się, że najbogatszy obywatel, miano- 
wicie Tyzenhauz uchyla się od opłaty. Udał się do niego 
Ant. Jeleński, jako członek Wydziału, zarządzający skar- 
bem i daremnie. Nie można było tak zostawiać interesu, 
nie szło już nawet o znaczniejszą stosunkowo sumę, ale 
o nieposłuszeństwo, zły przykład. Przybył do Wilna 
Edw. Romer, jak wspominałem, pierwszy człowiek Li- 
twy... Uprosiłem go, aby się udał do Tyzenhauza i przed- 
stawił mu konieczność opłaty; Romer wrócił z niczem, 
mówiąc, abym sam się z nim zobaczył. Gdym przyszedł, 
sam mię zagadnął. „Po tem, cośmy mówili w początku 
powstania, czemu mi przysyłasz Romera, a sam nie roz- 
mówisz się? Nie dałem, bo na co? Nie wierzę, jak wiesz, 
w skutek waszych usiłowań, jak i sam nie wierzysz. 
Mam obowiązek zachować fundusz, bo to potęga". Od- 
parłem, że tak być nie może: dają grosz swój nędzarze, 
muszą i bogacze, w stosunku, który dla nich jest stosun- 
kowo lżejszy, ponosić ciężary materjalne, gdy już od o- 
sobistych są wolni; że Rząd musi spełniać swój obowią- 
zek i przed niczem się nie cofnie. „Konieczność w tym 
kierunku sam przyznawałeś, krwawa demonstracja mu- 
si ocalić honor, tradycję prowincji; dzieci i bracia nasi, 
niosąc w ofierze życie, muszą mieć odzież, obuwie, broń'. 
Zapytał mię, czy mogę mu otwarcie powiedzieć, na co 
prawdziwie potrzebują obecnie pieniędzy. „Na broń zza 
granicy, którą dostawią na Żmudź". „Czy ją macie?" 
„Nie". „Wierzysz mi pan na słowo?" „Wierzę". „Otóż 



i)Por. ipam. t. I, str. 224. 



249 



masz moje słowo honoru, że jak mi powiesz, że broń jest, 
ja na twoje słowo dam sumę potrzebną, nie określając jej 
waszem wymaganiem dzisiejszem. Nie przesądzam uży- 
teczności otrzymania broni, ale na twe słowo dam. Czy 
dobrze?" Pomimo już wysłanej znacznej sumy, broni 
jeszcze nie było. Uważałem więc za właściwe przystać, 
wierząc święcie, że Tyzenhauz dotrzymałby swego sło- 
wa. Ale do mego aresztu (t. j. do końca lipca 1863 r.), bro- 
ni nie było, a 75,000 rb. ja sam w trzech terminach wy- 
słałem ! 

Zapisałem ten fakt, jako obronę Tyzenhauza, że on 
by się nie cofnął przed znaczną ofiarą, a razem jako wy- 
tłumaczenie Wydziału, że zostawił bezkarniie opóźnienie 
w opłacie. Jeśli jest w tem wina, to moja: nie mając pew- 
ności, że suma znaczna będzie dobrze użyta, czekałem na 
konieczność. Po klęsce Birżańskiej byłem u Tyzenhauza, 
znalazłem go zapłakanego, ale zastrzegł się, że to nic, 
to nerwy. „Nie tłumacz tych łez, to rzecz konieczna, prze- 
widziana..." Wstydził się zacnych łez! O, gdyby innych 
nie było powodów dla tego milionowego i niepospolitego 
człowieka ! 

Adres Domeyki Tyzenhauz podpisał na pierw- 
szej bardzo nielicznej liście. Gdy drukowano wyrok wy- 
działu na tych co, idąc za nowym Pondńskim- 

Domeyką adres za ułudę ocalenia szlacheckich przy- 
wilejów podpisali, moim wpływem wymogłem wy- 
mazanie z listy Tyzenhauza. Kierowała mną tu nie sym- 
patia, ale wprost dobrze zrozumiany interes sprawy. Ty- 
zenhauz był powagą. Umieszczenie jego na liście byłoby 
złe. Nie jeden by się tłumaczył jego przykładem, a kraj 
jeszcze o tem nie wiedział. Daleko mi bliższy był Kon- 
stanty Gieczewicz, towarzysz z Uniwersytetu, ale za 
tym, choć z bólem serca wstawiać się nie mogłem. Su- 
mienie nie pozwalało! 

Tyzenhauza już nie widziałem potem. Osobiste za- 
pomnienie, podpisanie adresu, wszystko to nie powstrzy- 
małoby mię od tego, aby będąc w Wilnie, z nim się nie zo- 



250 



baczyć, ale zaszły takie okoliczności, źe mu sam pierw- 
szy nie mógłbym ręki podać. Byłem w Wiatce, otrzymu- 
ję list, w którym mi oznajmiają o śmierci stryja Stefana, 
który w ostatnich czasach tak mii był oddany, zmartwi- 
ło to mię mocno, ale stokroć boleśniej dotknęła mię wia- 
domość, że pp. Edw. Romer i R. hr. Tyzenhauz podawali 
prośbę do Rządu, aby ich uwolniono od opłaty 10%, jako 
pochodzenia niemieckiego! Romer Edward, syn Machała! 
Sam tak znany i szanowany i Tyzenhauz... Ta aiposta- 
zla tem szkaradniej sza, że za uwolnionych od opłaty po- 
noszą ciężary sąsiedzi... Szulc, jenerał w służbie rosyj- 
skiej, niezaprzeczenie z pochodzenia Niemiec, gdy mu po- 
wiedziano, że z łatwością Rząd go uwolni od opłaty, gdyż 
nic na tem nie traci, powiedział: „Ja Niemiec, ale nie 
chcę, aby moa sąsiedzi za mnie płacili". Naturalnie Rząd 
nie uznał Romera i Tyzenhauza za Niemców, ale hańba 
została. 

Nic więc nie zostało po tym człowieku tak niepospo- 
litego umysłu, ale w którym chciwość zapanowała nad 
wszystkiern, a wpływ nędznych osobistości skrzywił cha- 
rakter, widocznie słabszy od umysłu. 

Wiele miał on i zalet, i sądzę, przy innych okolicz- 
nościach, inny byłby jego koniec, to pewna, żem w jego 
towarzystwie czuł się zawsze swobodnym, widziałem w 
nim człowieka rozumnego bez głupich przesądów,^) 



1) W uzupełnieniu powyższej charakterystyki notuje- 
my, iż Rajnold-Stanisław-Adam-Rudolf hr. Tyzenhauz był 
synem Konstantego, pułkownika wojsk polskach i Walerji 
z Wańkofwiczów. Urodził się 7 września 1830 r. w Postawach 
(gub. wileńskiej), zm. 15 lipca 1880 r. w Heidelbergu; pocho- 
wany został w grudniu r. 1880 w Rakiszkach (gub. kowień- 
skiej). Szczegóły te podane są przez p. A. Chiudzyńskiego. 

(Red.). 



— 251 — 

D. Ludwik Żyliński. 

Żyliński Ludwik zmarł w Warszawie w 1892 r. Za- 
sługuje na dłuższą i szczegółową biografię, do której da- 
ne trzeba i od rodziny zebrać. Rodzina Żylińslcicli z za- 
możnej szlachty w trockiem województwie i powiecie 
w tym wieku więcej się odznaczyła. Postać najwybitniej- 
sza X. Wacł. Żylińskiego biskupa wileńskiego, w końcu 
metropolity, pomijam, gdyż, mojem zdaniem, nie przy- 
nosi zaszczytu tej zacnej rodzime. Pan Ludwik wycho- 
wanie kończył w Petersburgu, jako inżynier wodnej ko- 
munikacji i w randze pulkowinika dostał dymisję. To fakt, 
że w czasach, gdy przeważnie garnęli się do inżynierów 
ludzie, aby robić fundusz i prawie każdy z nich mniej 
więcej dopiął swego założenia, Żyliński, chociaż doszedł 
do stopnia pułkownika, mic ze służby nie wyniósł. Fakt 

ten chlubnie go wyróżnia śród naszych 

Ubogacających się paniczyków i jest wybitną cechą pana 
Ludwika. W kowieńskiem dostał majątek drogą zapisu 
od imiennika Michała Żylińskiego, wcale nieciekawej oso- 
bistości, majątek ładny nad Niemnem, Średnik. W 1858 
r. na wyborach w Kownie razem zjawiło się dwuch nie- 
znanych zresztą powiatowi kandydatów: pan Ludwik 
i młody dymisjonowany oficer Stanisław Pusłowski. Pu- 
słowski młodziutki, hulaszczy, towarzyski, łacno pozyskał 
licznych zwolenników. Pana Ludwika nie znano, a nawet 
opinja jego imiennika, który mu Średnik przekazał, była 
zawadą. Lecz od Orwidów miałem o nim najlepsze i pe- 
wne dane, ludzie poważniejsi zebrali wiadomości, które 
wszystkie za p. Ludwikiem świadczyły, a w czasach po- 
ważnych (poruszonej już kwestji włościańskiej i obudzo- 
nej działalności) z całą energią należało popierać jego kan- 
dydaturę, i pan Ludwik przekreskował młodego panicza. 

Od samego początku swego urzędowania p. Ludwik 
zajął się gorliwie swym obowiązkiem, człek pracy, su- 
mienny, nie mógł być malowanym marszałkiem. 



-r- 252 ^ 

Od dzieciństwa w Petersburgu, służbista nie zagłu- 
szy! w swojem sercu zasad polskich. Z pierwszem drgnie- 
niem w Warszawie, z całą sympatią, z całą, że powiem 
młodzieńczą zawziętością oświadczył się za demonstra- 
cjami. Często powtarzał: „Tam to robią, tam to piszą, 
a u nas cicho". W tym się zawsze różniliśmy. Mnie nie 
obchodziło, co kto pisze, ale co my robimy. Sprawa wło- 
ściańska była zbyt ważną, aby ją narażać dla demonstra- 
cji. Ale obudzenie życia, opiinji zacnej — ten rezultat de- 
monstracji — wiele bodaj przypisać należy zamieszkaniu 
w kowieńskiem Żylińskiego: sam zacny, prawy, nic dziw- 
nego, że świecił innym przykładem. 



Klub kowieński zreformował się; był to klub polski, 
towarzystwo, zbierające się w nim, było polskie, a pan 
Ludwik łatwo się poddał pad kierunek najgorętszej mło- 
dzieży i ludzi, którzy często nadużywali jego dobrej woli, 
sami się na bok usuwając, jak przy pierwszych demon- 
stracjach. Demonstracja na pamiątkę Unji, w której Ży- 
liński czynny wziął udział, pociągnęła jego areszt i usu- 
nięcie z urzędu. W Kownie Żyliński pozyskał ogólną 
cześć wśród Rosjan zacnem, otwartem wypowiedzeniem, 
że wiedział, o co chodzi i właśnie, jako marszałek szlach- 
ty uważał za obowiązek być na obchodzie tak pamiętnym. 
Zacność i prawość charakteru zyskała wówczas życzli- 
wość i bodaj ocaliła go na potem... Do zarządu włościań- 
skiego Żyliński silnie mnie popierał, a gdy się organiza- 
cja zawiązała, jako marszałek nam prezydował. Gdy go 
rząd usunął, zawsze na zjazdach naszych również prezy- 
dował. W pamiętnikach moich wiele jest szczegółów 

o tym żelaznej woli człowieku mógł się 

mylić, ale zaiwsze był zacny i prawy. Z całą zimną krwią 
.... powiedział mi w 1863 r., gdym mu oświadczył, 
że wziąłem udział w Zarządzie powstania: „Jeśli pan, 
który potępiałeś ruchy, dziś stoisz na czele, cóż ja mam 



— 253 — 

zrobić, który dzwoniłem na to kazanie?" Jako naczelnik 
powiatu kowieńskiego, do końca był czynny. W Komisji 
nie mógł się przyznać, zapierał się; dano wiarę jego sło- 
wu, i Żyliński ocalał. 

Zacny i dobry Polak, zupełnie wyleczony z demon- 
stracji. Postać to wzniosła, przy całym ipozornym chło- 
dzie serdeczna, głęboka... Zacny sam, zbyt był pobłażli- 
wy dla innych i często otaczał się ludźmi, którzy w jego 
towarzystwie być niepowinni ^). 



E. Stanisław Montwiłł (sen.). 

Montwiłł Stanisław — wzór pracy i samopomocy. 
Pochodził z rodziny starej szlacheckiej, niezamożnej. Po 
rodzicach zaledwo parę tysięcy rubli odziedziczył. Sam 
mi mówił, że dzierżawił od mego ojca folwark Medeksze 
(obszaru 36 włók), przeważnie zrobił fundusz na dzier- 
żawach u Zabiełłów i Tyszikiewiczów, (pilny, pracowity, 
oszczędny bardzo. Przez czas długi nic nie kupował, sto- 
łował się z czeladzią, chadzał W kożuszku. Po żonie 
Dowgiałłównie wziął posag, umierając zostawił krociową 
fortunę. Pomimo zwykłej złośliwości ludzkiej, ogólnie 
opinja nic mu zarzucić nie mogła. Zawsze można 
tego człowieka cytować, jako przykład wzniesienia 
się do fortuny prawie pańskiej przez własną pracę 
uczciwą drogą. Pamiętam po powrocie moim z uni- 
wersytetu i objęciu Ignacogrodu, w lat dwa, gdy moja 
młocarnia już była w ruchu, a pierwszą była w tamtych 
stronach, na św. Karol u Nieławickich w Podbrzeziu, py- 

ti) Ludwik Żyliński z Źylin (uległych konfiskacie) syn 
ofesora Aleksandra Żylińskiego, podpułkownika inżynier j i, 
ostatni marszałek pow. kowieńsk. z wyboru (od 7 stycznia 
1859 r. do 13 września 1863 r.). Żonaty był z Zof ją Choroszewską. 
Miał synów: Wincentego, Konstantego i Ludwika. (Red.). 



— 254 — 

ta mię MontwiH: „Jakże młocarnia?" — Dobrze. — „Ale 
czasem się psuje?" — Tak, urządza md ją samouczek, po- 
nieważ razem jest wialnia, potrzebuje jeszcze uregulowa- 
nia, ale jeden z parobków, zdolny, sam może poprawić. 
„A tak, więc się psuje! niepotrzebne te Wymysły, cep się 
nie zepsuje". Przeszło lat kilka, ponieważ pan Montwiłł, 
jakkolwiek człowiek starej daty, ale był jasno widzący 
rzeczy, także sprowadza młocarmię, a po spotkaniu ze 
mną, gdym mu uśmiechając się powiedział: „A cóż? 
chłop — cep się psuje?" — zaśmiał się: „Tak, czasem 
wy młodzi lepiej to widzicie". W 1863 r. przed samym 
prawie moim aresztem, odwiedził mię w Wilnie, radząc 
się, jak postąpić z synem Aleksandrem, który się rwał 
do powstania. Rozmówiłem się szczerze i stanowczo po- 
wiedziałem, aby został w domu. Brat bowiem starszy 
Stanisław (jak czytelnik znajdzie w pamiętniku) czynny 
brał udział, był ranny, a nadziei żadnej na powodzenie 
zbrojnego ruchu nie było: ofiary i demonstracje musiały 
ustać. Pan Stanisław Montwiłł wówczas rozpytywał mię 
o stan interesów i z pożyczką sam się oświadczał, podzię- 
kowałem mu z wdzięcznością, ale nie przyjąłem. 

Z Irkucka, gdym się zajął sprowadzaniem obuwia, 
co, gdyby był kapitalik, mogło nie tylko zapewnić m\ 
utrzymanie, ale i dać możność powrotu z oszczędzoną 
sumką, napisałem, prosząc o pożyczkę tysiąca rubli, lecz 
otrzymałem odmowę, za pośrednictwem syna Aleksandra. 

Zapisuję i to, bo charakteryzuje to człowieka, które- 
go ja zawsze uważałem za jednego z porządniejszych 
obywateli. 



F. Zoruch. 

Żyd Zoruch Szepses, znajomy mój jeszcze z cza- 
sów instytutu, jeden z najstarszych antykwarjuszów wi- 
leńskich, bardzo wiele dzieł cennych przez niego naby- 



I 



— 255 — 

lem. Nigdy mię nie oszukał. Słowny i uczciwy. Kiedym 
z uniwersytetu przyjeżdżał do Wilna jeszcze w latach, 
gdy o równouprawnieniu Żydów nie mówiono, zawsze mu 
rękę podawałem. Stosunek ten przetrwał do 1863 roku. 
Gdym był aresztowany i pod wyrokiem śmierci, kiedy 
najbliżsi obawiali się odwiedzać mej żony, aby nie wnio- 
skowano o moich z niemi stosunkach, poczciwy Zoruch 
przez dzień się zjawiał do mej żony, pytając, co słychać. 
Gdym był na wygnaniu, zawsze też zasięgał o mnie 
wiadomości. 

Powróciłem do Warszawy w r. 1873. Jednego dnia 
w Biurze mówią, że ktoś do mmie przyszedł. Wychodzę. 
Stary, siwy, piękny Żyd rzuca mi się na szyję, całuje, ale 
w tej chwili chwyta ręce i te osypuje pocałunkami. Był to 
Szepses. Mówi, że miał interes, mógł wysłać ko-go z dzie- 
ci do Warszawy, ale wiedział, żem wróoił, więc sam 
przyjechał, przeprasza, że „zapomniał się", „ale ja taki 
rad, że pana widzę". Ile razy byłem w Wilnie, zawsze go 
odwiedzałem i mocno żałuję, że nie mam fotografii tego 
poczciwego Żyda, który był i dobrym Polakiem i praw- 
dziwie mi życzliwym. Był to Żyd bardzo przystojny, 
przypominał bardzo Majzełsa, rabina^) jak go z foto- 
grafii widziałem. Coraz mniej Żydów dawniejszych, Zy- 
dów polskich mamy na Litwie ^). 



1) Beer Majzels, nadrabin warszawski, znany z epoki 
jmonstracji, członek „Delegacji" w r. 1861. 

2) Zoruch Szepses zmarł r. 1887. Szczegóły o nim w ko- 
Fespondencji z Wilna p. L(ucjana) U(ziębły) w „Kraju" Nr 17 
z r. 1887. 



Da str. 6, 7. 



PRZYPISY (t. II). 

DO ROZDZIAŁU VL 

Do str. 6. 

Wyrzykowska Aleksandra, córka Antoniego 
i Józefy z Kopańskich Erdmanów, rodzona siostra wymienio- 
nego iw t. I pośrednika do spraw włościańskich Adolfa Erdma- 
na (ob.). Była żoną Kazimierza W. (z Jezioros). W epoce po- 
wstania mieszkała w Wilnie dla wychowania dzieci (syna Ale- 
ksandra i córki Marji). Zmarła wkrótce po powstaniu w Pe- 
tersburgu. 

Szczegóły od p. Marji Kojałłowiczowej. 



I 



Do str. 7. 



P. Weyssenhoffowa, u której autor mieszkał w domu Za- 
wadzkiego, jest to zapewne Walerja z Lappów, wówczas już 
widowa po Ottonie (t 1842 r.), synu Franciszika, P. Weys- 
senhoffowa zesłana była w r. 1863 do Orenburga, skąd wró- 
ciwszy około r. 1867/8, zamieszkała w Warszawie, gdzie 
zmarła po r. 1891, a przed r. 1900. 

Szczegóły od p. Jana Weyssenhoffa. 

Szumski Stanisław, kapitan wojsk francuskich, 
marsz, pow. wileńskiego (w latach 1828 — 31), parokrotnie — 
przed r. 1863 — (po r. 1831, za sprawę Konarskiego) więziony 
i ssyłany do Smoleńska, Wiatki i Permu, był synem; Waw- 
rzyńca, koniuszego wileńskiego i Marji z Koszczyców, urodź. 
1789 r. w Szumsku (pow. wileński); zmarł w Wilnie z cholery 
3 lipca 1871 r., pochowany w Wilnie na Rosie. Z żony Marji 
(z Mirskich), pozostawił jedyną córkę Marję (za Ignacym Lo- 

„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 17 



Do str. 7, 8, 10, 11. — 258 — 

pacińskim, członkiem Wydziału, — wielokrotnie w pamiętni- 
kach wymienianym). 

Notatka p. Euzebiusza Lopacińskiego. 

Do str. 8. 

O odezwie p. t. „Q ł o s obywatela z Litwy" mó 
wi Gieysztor w pamiętnikach w t. I, str. 228. 

Do str. 10. 

Gieczewicz Stanisław (1824 — 1867), syn Hipo 
lita, marszałka pow. wilejskiego i Katarzyny Wołodkowi 
czówny, genierał-maior wojsk rosyjskich; brat wymienionegc 
w pamiętnikach Konstantego G. Ożeniony z Bmilją Tomaszew 
ską. Por. Adam Boniecki, Herbarz polski, t. VI. 

„Dość wspomnieć... młodego Haukego" 
Autor mówi tu o Józefie Bosaku Haukem, synu Józefa, puł 
kownika sztabu głównego i adjutanta cesarza Napoleona. Uro 
dzony w r. 1834, skoligacony z rodami najwyższej artysto 
kracji europejskiej, wychowany w korpusie paziów w Pe- 
tersburgu, Józef Hauke w randze pułkownika opuścił świetnie 
zapowiadającą się karjerę wojskową (w r. 1861), a w r. 186^ 
ofiarował swe usługi „Rządowi narodowemu" i zasłynął poc 
imieniem Bosaka, jako niezmiernie ruchliwy i śmiały par 
tyzant w Sandomierskiem i Krakowskiem. Stoczył cały sze 
reg potyczek: pod Jeziorkiem (29 października), pod Strojne 
wem, pod Opatowem, pod Bodzechowem (16 grudnia), orga. 
nizował siły powstańcze, wydawał odezwy, jako „naczelnil 
korpusu II". Po ostatecznym upadku powstania, w kwietna 
r. 1864 przedostał się do Galicji i brał udział w zjeździe lip- 
skim, który miał się naradzać nad stanem rzeczy. Mieszkał na- 
stępnie kolejno we Francji, Włoszech, Szwajcarji. Zginął w 
r. 1871 (21 stycznia) pod Wioską Changey (koło Dijon) pod- 
czas ostatnich chwil wojny franko-pruskiej, walcząc pod Ga- 
ribaldim po stronie Francji. Sabowski Władysław, „Józef Hau- 
ke Bosak" — rys biograficzny (Kraków, 1871). 

Do str. 11. 

Bentkowski Władysław (1817—1887), syn Fe- 
liksa, były oficer artylerji pruskiej, który po wypadkach ro- 
ku 1848 podał się do dymisji, następnie (od r. 1852) w ciągi: 
lat kilku był posłem do sejmu pruskiego. Za dyktatury Lan- 
giewicza pełnił funkcje szefa sztabu dyktatora. Por. życiorys 
jego w „Kłosach" z r. 1887, t. XLV, str. 241. 



— 259 — Do str.. 14, 15. 

Do str. 14. 

Duchiński Onufry, rodem z Kujaw, brał udział w 
wojnie r. 1831 i był pod jenerałem Dembińskim w czasie jego 
sławnego odwrotu z Litwy. W r. 1831 emigrował do Francji, 
tu ożeniony z Francuzką, a następnie wdowiec, pozostawił 
dwiucłi synów w szkodę Batignolskiej i pod przybranym na- 
zwiskiem z francuskim paszix)rtem wyruszył do powstania 
r. 1863. Przez Kraków i Warszawę przybył do Wilna i tu 
otrzymał przeznaczenie do organizującego się powstania w 
grodzieńskiem, jako „naczelnik wojenny województwa gro- 
dzieńskiego". Po porozumieniu się w Sokółce ze znanym, par- 
tyzantem Walerym Wróblewskimi wyruszył do Białego Sto- 
ku i stąd dał hasło powstania w grodzieńskiem. Atoli żołnierz 
regularny — nie okazał się zdolnym do prowadzenia wojny 
„leśnej", partyzanckiej. Popełnił też liczne błędy taktyczne, 
które podnosili współcześni, stwierdzając zarazem wytrwałość 
i dobre serce tego człowieka. Główną niepomyślną dla siebie 
potyczkę stoczył pod Waliłami (29 kwietnia 1863 r.); nie mo- 
gąc znosić trudów wojennych, — osłabiony — podał się dc 
dymisji i takową od Rządu Narodowego otrzymać 15 sierpnia, 
poczem plac boju i kraj opuścił. Następcą Duchińskiego zo- 
stał Wróblewski. 

Gilłer, „Historja powstania", t. I, str. 184 — 203; art. Józe- 
fa Długosza p. t. „Oddziały powstańcze roku 1863 w guib. gro- 
dzieńskiej (druk. w „Przeglądzie Narodowym"). 



Do str. 15. 

Kozie łł - Poklewski Wincenty, brat wyżej 
wspomnianego członka Komit. ruchu Jana (pułkown. „Skały"), 
urodzony w r. 1839 w Serweczu, Po ukończeniu Akad. inży- 
nierów wojskowych, służył wojskowo na stanowisku pomoc- 
nika naczelnika inżynierów wojskowych początkowo w Wil- 
nie, następnie w Sweaborgu, skąd poszedł do powstania. Był 
naczelnikiem wojskowym pow. wilejskiego. Zginął w bitwie 
pod Władykami (pow. wilejski, nad rzeką Ilją) 16 maja 1863 r. 
Por. Eug. Kowalewski „Wspomnienia z przeszłości", przyczy- 
nek do historii powst. styczniowego na Litwie (Wilno, nakł. 
„Dziennika wileń.", 1907). 

Szczegóły otrzymaliśmy od brata p. Józefa Koziełł-Po- 
klewskiego, za pośrednictwem p. Edwarda Makarskiego. 

Wymieniaijąc „dwu eh Laskowskich" wśród do- 
wódców powstania — autor zapewne ma na myśli: 1) I g n a- 



Do str. 15. — 260 — 

cego Laskowskiego, którego Sierakowski, po klęsce 
birżańskiej, gdy sam, skutkiem rany odniesionej, z działań 
wojennych wycofać się musiał, zamiamował wodzem naczel- 
nym na Siwoje miejsce. 2) Stanisława Laskowskie- 
go, młodego oficera z petersburskiej akademjii artylerji, któ- 
rego Wydział litewski przysłał do Mińska^ w celu zorganizo- 
wania w Mińszczyźnie ruchu zbrojnego. Stanisławi L. istotnie 
zorganizował tu najsilniejszą i długio trzymającą się w lasach 
Bohuszewickich (w ihumeńskiem) partję, zwaną, ze względu 
na to, że przy niej się znajdował Bolesław Świętorzecki, „partją 
ŚwiętOTzeckiego". Przyborowski, „Dzieje 1863 roku", t. III, 
str. 80—99; A. Giller, „Polska w Walce", t. II, str. 206 i nast.; 
„Ze wspomnień wygnańca" (wyd. Zofja Kowalewska) str. 34 
i nast. 

Olędzki Stanisław, syn Stanisława i Antoniny 
Rymgajiłłówny, ur. 10 lipca 1832 r.; nauki pobierał iw szkole 
powiatowej szawedskiej, potem wi „korpusie szlacheckim" i aka- 
demii wojiskowej. Z czasem doszedł stopnia pułkownika i na- 
czelnika sztabu dywizji. Odbył kampanję na Kaukazie, był 
przy wzięciu w nieiwolę Szamila i sami go odwiózł do księcia 
Bariatyńskiego, naczelnika wojsk kaukaskich. W r. 1860 podał 
się do dymisji i wrócił do krajui, gdzie stryjenka Aleksandro- 
wa Olędzka prawem sprzedażnem. oddała mu dwa folwarki 
w pow. słuckim — Zaułki i Pniwody, zaś po jej zgonie wkrót- 
ce potem odziedziczył dobra Kosicze w Mińszczyźnie. W ro- 
ku 1863 został mianowany powstańczym naczelnikiemi wojen- 
nym nowogródzkimi (?), lecz obowiązki te spełniał bez energji 
ł stąd ściągnął na siebie zarzuty. Dopiero w r. 1864 areszto- 
wany obywatel pow. lidzkiego Kaszyc, będąc w więzieniu, 
zeznał, że Stanisław Olędzki „był wojewodą i przygotowywał 
powstanie". Olędzki przyznał się i został skazany do robót 
ciężkich, które odbywał wi Usodą i konfiskatę dóbr. Kaszyc 
zaś, pomimo zeznań, był skazany na wygnanie i konfi- 
skatę dóbr, które kupił jenerał Mawros. W Irkucku Olędzki 
ożeni i się z Heleną Podgórską, siostrzenicą towarzysza z ka- 
torgi Haumana. Po poziwoleniu powrotu do Królestwa, dzier- 
żawił od Zamoyskich maj. Stabrów, lecz nie powiodło się mu 
i schodził na dzierżawę coraz mniejiszą. W końcu dostał po- 
sadę w cukrowni Izabelinie pod Warszawą, gdzie też zmarł 
nagle w r. 190. (?), pozostawiwszy syna Stanisława (Mono- 
grafia rodu Olędzkich przez Feliksa Rymgajłłę. Rękop. w pc- 
siad. M. Brenszteina, str. 61 — 62). 

J e 1 s k i Jan, pochodził z rodziny w grodzieńskiera 
osiadłei, był oficerem w pułku huzarów Marjupolskim, gdzie 



— 261 — Do str. 15, 16. 

dosfużyl się stopnia sz,tabs-kapitana i miał opinję wzorowego 
oficera. Kolegował tu z iwielu Polakami, najzażylsze wszakże 
stosunki łączyły go z Józefem i Piotrem Pisanim. W latach 
pięćdziesiątych wyszedł do dymisji i wziął w, okolicach mias- 
teczka Wildze w dzierżawię folwiark skarbowy Wldze Albrech- 
towskie, mieszkać zaś stale z byłym koleigą swym Pio- 
trem Pisanim w Widzkim Dworze. Stąd też 3 maja 1863 r. wy- 
szedł do form/ującej się partji w lasach Belmonckich. Wyśle- 
dzony odrazu wraz z towarzyszami przez włościan miejsco- 
wych (;w tych stronach bardzo nieprzychylnych powstaniu) 
po paru dniach osaczony został wraz z partią swoją (18 ludzi 
liczącą) pod wsią Stawrowem^ przez wojsko. Nie chcąc się od- 
dać żywcem w ręce wojska, iwystrzałem z pistoletu pozbawił 
siebie życia; zwłoki pochowane zostały przez proboszcza w 
Twereczu, wkrótce jednak wydobyte przez Piotra Pisaniego 
i brata tegoż przewiezione były do Widzkieigo dworu. Za to 
przeniesienie Piotr Pisani wraz z bratem uwięziony został, 
Widzki Dwór zaś uległ sprzedaży przymusowej. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Pisamiemu z Wilna. 

Dmochowski Henryk, znany artysta rzeźbiarz, (ur. 
1810 w Wilnie, zginął w maju 1863). Studja prawne odbywał na 
uniwersytecie wileńskim, i tu otrzymał stopień doktora praw. 
Następnie poświęcił się rzeźbiarstwu, którego się uczył w 
Paryżu; udał się do Ameryki, gdzie wykonał wiele prac swo- 
ich (do najcelniejszych należy popiersie Kazimierza Pułaskiego 
na pomniku jego w Sawannach) ii znany był tutaj pod imieniem 
Henryka D, Saunders. Około r. 1860 H. D. powrócił do Euro- 
py i do kraju. W wypadkach r. 1863 wziął czynny udział i zgi- 
nął na czele oddziału w powiecie dziśnieńskim w maju t, r. 
Por. art. W. Gersona w „Wielk. Encyklop, ilustr." 

Orwidówna Kamilla, córka Franciszka i Teresy 
z Gieysztorów, ciotki Jakóba G. — Była to więc jego siostra 
cioteczna (a rodzoina Cezarego O.). Z notat autora pam. 

Do str. 16. 

„Oprócz oddziału R o g i ń s k i e g o..." Rogiński 
Joman, uczeń szkoły wojskowej w Cuneo, młody 20-letni za- 
paleniec, jednostka tniezmiernie czynna i ruchliwa; przygoto- 
wywał powstanie na Podlasiu, po wybuchu zaś stał się głośny, 
iko partyzant (bitwy: pod Niemirowem, Siemiatyczami) i 
kzedsięiwziął w lutym r. 1863 marsz na Litwę. Czas jakiś 
^krywał się w puszczy Białowieskiej, zajął Prużanę, lecz pod 
wsią Borki (w nocy z 25 na 26 lutego) -poniósł klęskę, a w 



Do str. 15, 16. — 262 — 

kilka dmi późjiiej w miasteczku Turowie ujęty został przez 
gen. Nostitza. Odstawiony do Brześcia-lit., później do War- 
szawy, miał być skazany na śmierć, lecz dzięki iwstawien- 
njctwu Nostitza i ze względu na wiek nader miody zamienio- 
no mu karę śmierci na dożywotnie zeslamie. Po latach 35-ciu 
wolność odzyskał i mógł do kraju powrócić. Wówczas to 
spotkał się z gen. Nostitzem, który (jak sam R. w skreślanych 
przez siebie wspomnieniach przyznaje) zachował się wobec nie- 
go w r. 1863 w sposób godny i rycerski. PrzyborowskL Dzieje 
1863 roku", t. I i II. A. Giller, „Historja powstania", t. I. 

B r u n n o w o w a, zapewne Jadwiga z hr. Potockich, 
córka Leona, oficera wojsk polskich i Józefy z hr, Kossakow- 
skich, żona Szymona Brunnowa (zmarłego wi r, 1878), Por, 
Bonieckiego „Hetrbarz polski", t, II; Kosińskiego „Przewodnik 
heraldyczny" IV, str. 368, 

„Rozkaż Wydziału z oznaczeniem dnia 
p o w s t an i a.„" Według Przyborowskiego (1. c. t. III, str, 41) 
termin ogólnego powstania na Litwie wyznaczony został na 
31 kwietnia, zapewne now. st, (sic! chociaż kwiecień ma 
dni 30); u Oillera („Polska w walce", t, II, str, 206) znajduje- 
my podobną wiadomość, iż dzień 19 (31) kwietnia (sic!) był 
wyznaczony do ogólnego powstania na Litwie; gdzieindziej 
(„Historja powstania", t, II, str. 308) — tenże autor wspomi- 
na, iż w kowieńszczyźnie dekret Wydziału nakazywał roz- 
począć powstanie 31 (19) marca; p. Eug. Kowalewski, uczest- 
nik powstania w wilejskiem, w cytowanych „Wspomnie- 
niach z przeszłości" (str. 20) powiada: „ogólne powstanie na- 
znaczone zostało na dzień 15 kwietnia"; w książce p. t. „Ze 
wspomnień wygnańca" (wyd. przez Z. Kowalewską), czyta- 
my (str. 10): „Nareszcie ruch ogólny wyznaczony został na 
dzień 20 maja". — Od p. Mikołaja Marcinowskiego, uczestn. 
wypadków w gub, mohylewskiej, znowuż wiemy, że wybuch 
w mohylewszczyźnie wyznaczony był na dzień 23 kwietnia 
1863 r. Wobec tych danych przyjąćby należało, albo I-o, że 
jednego terminu do ogólnego ruchu na Litwie nie 
wyznaczano wcale, albo 2-q, że poszczególni autorowie ina- 
czej rozumieją określenie „ogólny". Partyzantka samorzutna, 
jak wiadomo, zaczęła się na Litwie o wiele wcześniej (por, pa- 
miętniki niniejsze t. I, str, 226 i nast.), Ks. Mackiewicz, we- 
dług Oillera („Historja", t. II, str. 308), miał pierwszy dać ha- 
sło do powstania na Żmudzi 20 marca, zapewne nu st. 

Mackiewicz Antoni, ksiądz, jeden z najgłoś- 
niejszych partyzantów na Litwie, syn niezamożnych rodzi- 
ców z okolic Cytowian, urodzony około r. 1828 (w rubryceli 



— 263 -r Do str. 16, 18. 

na r. 1853 wymienony jest w wiieku lat 26, w rubr. na r. 1864 — 
w wieku lat 36). Po ukończeniu nauk w Wilnie, wstąpił zrazu 
na uniwersytet w Kijowie, lecz, przejęty ideałami demokra- 
tycznemi, marząc o bldższem obcowainiu z ludem, opuścił nie- 
bawem uniwersytet i wstąpił do seminarjum djecezalnego 
żmudzkiego w Worniach. W rubryceli na r, 1853 wymieniony 
jest, jako alumn III r. seminarjum. Według rubryceli na r. 1855 
był wikarjuszem krakinowskim, później — filjalistą w Pod- 
brzeziu (parafji surwiliskiej). Na tem stanowisku, na którem 
cieszył się wielkim wpływem na lud, zaskoczyły go wypadki 
r. 1863. Na wiadomość o wybuchu, mie czekając, jak się zda- 
je, na niczyje rozkazy, nie dbając o to, co powie Komitet wi- 
leński, nie wiedząc wogóle, jak ma się Litwa zachować, — już 
w lutym (8 marca?) odczytał), podczas namiętnego kazaniai, de- 
kret Rządu tymczasowego o uwłaszczeniu i począł w puszczy 
Krakinowskiej formować partję. Brał później udział w wielu 
potyczkach (między innemi w bitwie pod Birżami) i prze- 
trwał ze swoim oddziałemi aż do zimy r. 1863. W grudniu 
(z 4 na 5) ujęty, stracony został wi Kownie d. 16 (28) grud- 
nia 1863 r. W niektórych życiorysach ks. A. M. nieściśle i nie- 
zgodnie z rubrycelami podawany jest termin pobytu jego w 
seminarjum: miał się on w niem znajdować od 1846 r. do 
1850. Tak mówi A. Oiller (1. c. II, str. 319), Zygmunt Kolumna 
w „Pamiątce dla rodzin", a za nimi powtarzają inne opraco- 
wania (np. Mieczysławy Sieczkowskiej „Ksiądz Mackiewicz"). 
Charakterystykę ks. A. M. podaje Przyborowski (1. c. t. I, 
str. 24 i nast.). Por. broszurę o charakterze paszkwilowym A. 
Storożenki „Ksiendz Mackiewicz, predwoditiiel szajki mia- 
tieżnikow" (Wilno 1866), „Widen. wiestn." — „Kurj. wileń." z 17 
grudnia 1863 r. Nr 144. 

„K s. Szlagier" — zapewne ksiądz Wincenty Szlagier, 
urodź, około r. 1831, wyświęcony w r. 1858. Od r. 1859 do 
1862 był on wikarjuszem w Wilkach; od r. 1863 do 1867 — fi- 
ljalistą w Świętobrościu, później widzimy go kolejno na sta- 
nowiskach w Okmianie, w Upinie, w Naoianach, w Mieszku- 
ciach, od r. 1885 do 1892 jest proboszczemi w Lawkożemach, 
później od r. 1893 do 1903 w Lajżewie, od r. zaś 1903 — alta- 
rystą w Olsiadach. 

» Szczegóły z rubrycel djecezji żmudzkiej. 



Do str. 18. 



Utarczka pod wsią Now o-b ei r ż a m i (v. Nowo- 
berżą) (pow. kowieński, pod Datnowem), w urzędowym ra- 
porcie podana jest pod datą 15 marca 1863 r. („Wil. wiest." — 



Uo str. IS. — 264 — 

„Kurjer wileń," z 23 marca 1863 r. Nr 31). Takąż datę podaje 
i Giller — 27 marca now. st. (1. c. II, str. 320). Gdzieindziej 
czytamy inaczej, W bitwie tej brał również udział i ks. Mac- 
kiewicz. 

Pod P o p i e 1 a n a m i (miasteczkiem nad rz. Wentą w 
pow. szawelskimi) stoczył Dłusiki-Jabłoinowsiki najpoważniej- 
szą na Żmudzi potyczkę. Ze względu na to, iż obroty wojen- 
ne Dłuskieigo naogół mało są znane, przytaczamy o bitwie po- 
pielańskiej nieco szczegółów, jakie zebrać zdołaliśmy. 

Oto jak bitwę tę opisuje w swych rękopiśmiennych wspo- 
mnieniach p, t. „Pamiętniki Jurahy" Antoni Medeksza, 
na podstawie opowiadań jej uczestników: „Pod Popie- 
lanami stoczyliśmy najświetniejszą, jaka była na Żmudzi, po- 
tyczkę. Oddział nasz liczył przeszło trzystu ludzi. Przeciwko 
nam wysłano strzelców finlandzkich, zwanych „Krzyżakami" 
z poiwodu krzyżów białych... na baranich czapach. Nad ra- 
nem trąbka myśliwska zagrała na alarm. Kawalerję odesłano 
za lasy z polecemem obserwowania ruchów wojska. Patronów 
rozdano po sześćdziesiąt. Mieliśmy tego poddostatkiem. W 
czasie bitwy roznosiła patrony straż specjalna, która spełnia- 
ła zarazem funkcje sanitarne. „Krzyżacy" zaatakowali czwo- 
robok niemal ze wszystkich stron. Dłuski pilnował szeregów, 
zachęcał lub groził basowym swym głosem. Strony stały od 
siebie o kilkanaście kroków. Słyszano dokładnie, jak kniaź 
Bariatynskij wołał: „rebiata za mnoju!" Z jego ręki od strza- 
łu z rewolweru zginął... Władysław Janczewski. Ściany na- 
szej nie przełamał. Kilkunastu z rezerwy naszej wzmocniło 
zagrożony szaniec. Dziwny obraz przedstawiała ta oryginalna 
potyczka. Od czasu do czasu w antraktach toczyła się rozmo- 
wa między wojującemi stronami 



Potyczka trwała do późnego 

wieczora. Z naszej strony zginęło piętnastu ludzi. W tej licz- 
bie oficerowie: Janczewski, Lipski, Łapiński i Borkowski. Do- 
wiedzieliśmy się od jeńców, że ze strony przeciwników zgi- 
nęło przeszło dwustu strzelców i masę poraniono, Z tego po- 
wodu wojsko odstąpiło, oczekując posiłków. Nie posiadali sił 
dostatecznych dla atakowania nas powtórnie. Jabłonowski 
dziwił się, że nie wzięto nas w oblężenie. Zginęlibyśmy. Po 
zlustrowaniu rejterady przeciwnika i pogrzebaniu poległych, 



— 265 — Do str. 18—20. 

szybkim marszem w nocy przedzieraliśmy się przez puszcze 
nadgraniczne". 

Według ustnego świadectwa p. W o j c i e c h a Jasień- 
skiego, uczestnika partji Jabłonowskiego, który brał udział 
w bitwie popielańskiej, — partja ta w owym czasie dzieliła 
się na cztery kompauje,: I-o) Jankowskiego, 2-o) Aleksandra 
Grossa, 3-o) b. majora wojsk ros. Piekarskiego, 4-o) b. puł- 
kownika wojsk ros. Antoniego Jasieńskiego. Jabłonowski 
wciąż zbliżał się ku granicy pruskiej po transport broni, który 
miał przyjść stamtąd. Wywołało to szemrania wśród jego 
podkofnendnych, skutkiem czego Aleks. Gross się nawet od- 
dzielił. W składzie pozostałych trzech kompanji po potyczce 
nad granicą pruską pod Pojurzemi, zakończonej niepomyślnie, 
partja uległa rozproszeniu. Jabłonowski, zebrawszy resztki 
swego oddziału, rozwiązał go i wraz z paru towarzyszami 
p.rzeszedł granicę. Wywołane to zostało uczuciem bezna- 
dziejności walki, prowadzonej przy zupełnym niemal bra- 
ku broni. 

Szczegóły z rękopisu Ant. Medekszy i z opowiadań 
p. Wojciecha Jasieńskiego. 

Do str. 19. 

„Nad Niewiażę do swojej Laud y". — Lau- 
J da, dopływ Niewiaży z prawej strony, płynie mil kilka głów- 
nie śród siedzib szlachty zagonowej. Całe to po-Laudzie zo- 
wie się też „Laudą". 

Do str. 20. 

Zawisza Ignacy, właściciel Zacisza (w sąsiedztwie 
Ignacogrodu), był to syn Ignacego i Tekli Zawiszamki, dymi- 
sjonowany sztab-rotmistrz wojsk rosyjskich, rodzony wuj Ja- 
kóba Gieysztora; ur. 1816, zm.. w Zaciszu w r, 1863. 

Z notat Jakóba Gieysztora. 

L e n c z e — wieś w pow. kowieńskim (gm. krokowskiej). 
Według urzędowej wiadomości. utarczka wojsk rosyjskich pod 
dowództwem bar. Dellingshauzena z oddziałem Kuszłejki w 
okolicach wsi Lencze i Ożytany miała miejsce 20 marca (por. 
„Wilen. Wiest." — „Kurj. Wileń." z d. 4 kwietnia 1853 r.. 
Nr 35); według wychodzących w r. 1863 „Wiadomości o po- 
wstaniu na Litwie" (Wilino, 12 kwietnia 1863 r. Nr 2) potycz- 
ka ta nad rz, Szuszwą odbyć się miała 1 kwietnia (zapewne 
n. st.), Giller wymienia datę 5 kwietnia (1. c. t. II, str. 315). 
Oprócz Kuszłejki brali w tej potyczce, .zdaje się, udział i inni 
dowódcy (Kołyszko, ks. Mackiewicz). 



Do str. 20—23. _ 266 — 

.,Pod Cytowianami zginąJ... Cy t o w i c z". 
Było trzech partyzantów, braci Cytowiczów, na Żmudzi: Zy- 
grrnunt, Benedykt i Kazimierz — synowie Stanisława i Win- 
centy z Mercheiewiiczów. Autor mówi tu o Zygmuncie 
Cytowiczu, ur. w Podubisiu (w pow. szawelskim). Po 
ukończeniu korpusu kadetów w Petersburgu służył wojskowo 
w artylerii konnej w Tiwerze; po śmierci ojca osiadł na roli 
w maj. Szawkoty (około r. 1857). Podczas powstania wziął 
czynny udział w organizacji powstańczej pow. rosieńskiego 
i stanął na czele formującej się partji Partja ta całkiem niemal 
niezaopatrzona iw broń, ukrywając się w lasach Cytowiań- 
skich, rozproszyła się po niefortunnej potyczce w d. 25 marca 
1863 r. między Cytowianami (pow. rosieński) a Szydłowem, 
sam zaś naczelnik Z. C. poległ, licząc wówczas około 35 lat 
życia. Drugi brat Benedykt również wojskowy, brał udział 
w partji brata, był ranny, później wszedł do partji Pisarskiego 
(Jana Staniewicza), wreszcie, gdy jakiekolwiek nadzieje za- 
wiodły, emigrował za granicę i umarł w Paryżu. Trzeci brat 
Kazimierz, także opuścił służbę wojskową, był w partji 
brata, następnie Jabłonoiwskiego, wreszcie wzięty do niewoli, 
odbywał roboty ciężkie w kopalniach Nerczyńskich. Obecnie 
żyje i mieszka w Wilnie. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Kazimierzowi Cytowiczowi. 

Gdzie i kiedy opisał Konstanty Oieczewicz klęskę K o- 
z i e 1 1 y — nie umiemy powiedzieć. 

Do str. 21. 

Wiadomość urzędową oklęsceKieżgajły (Horodeń- 
skiego) i przypuszczalnej jego śmierci w bitwie nad rzeczką 
Lukną (w odległości 7-miu wiorst od toru kolejowego) — w d. 9 
maja — podał „Wilen. Wiestn." — „Kurj. Wiileń." z d. 18 maja 
1863 r. Nr 52. 

Do str. 22. 

W r. 1863 święto Wielkiej nocy st. st. przypadało 
31 marca st. st., wielki tydzień zatem 'wypadał na 
czas od 24 do 31 marca st. st. 

Do str. 23. 

Trzaskowski Ignacy, d-r, syn Kaspra it Kunegun- 
dy z Germanów Trzaskowskich, urodził się w Wilnie r. 1834, 
gimnazjum kończył w Słucku, a wydział lekarski w Moskwie. 
Po otrzymaniu dyplomu zamieszkał w pow. wiiłikomierskim w 
miasteczku Szatach, gdzie się zajmował praktyką lekarską. 



_ 267 — Do sfr. 23, 24. 

W r. 1863, znajdując się przy boku Sierakowskiego, w bitwie 
pod Birżami dostał się do niewoli i więzienia w Wilnie. Sąd 
polowy skazać go na 5 lat robót ciężkich z pozbawieniem 
praw stanu. D. 5 lipca 1863 r. wyruszy! w kajdanach na Sybir 
i w czerwcu dopiero roku następnego byl w Irkucku, skąd 
wysłany został do warzelni soli w Usolu (o mil 10 z górą od 
Irkucka). W czerwcu r. 1865 został tam zaliczony do kategorii 
poprawczej; w maju r. 1866 zwolniony od robót ciężkich i we 
wrześniu przenosi się do wsi Czeremchowa (o 120 wiorst na 
zachód od Irkucka) ; w maju r. 1868 przeniesiony do kategorii 
włościan z prawem zamieszkiwania w miastach; w styczn.iu 
r. 1870 otrzymał prawo zajmowaniia się praktyką lekarską. 
Przywrócony wreszcie do dawnych praw stanu osiadł w Ir- 
kucku (r. 1870). Jako lekarz, za swą wiedzę, sumienność, bez- 
interesowność i wielką łagodność, zyskał powszechne uzna- 
nie i miłość. Pamiętając więcej o cierpiących, niż o sobie, po- 
mimo rozległej praktyki, zostawił fundusik nader skromny. 
Zmarł nagle, wracając od chorego di. 25 lutego 1874 r. 

Szczegóły łaskawie udzielone nam zostały przez p, Ada- 
ma Trzaskowskiego i p. Amelję Borowską (z Mozyrza), w 
której posiadaniu znajduje się nader ciekawy zbiór kilkudzie- 
sięciu listów d-ra I. T. z wygnania. 

Do sir. 24. 

Co do zarzutu, czynionego Wydziiałowi, ż e, jakoby 
zazdroszcząc sławy Sierakowskiemu, wysłał go na 
•pewną śmierć w kowieńskie, to autor ma tu na myśli 
z pewnością ustęp z „Monografii oddziałów powstańczych na 
Żmudzi" Medekszy, p. t. „Zygmunt Sierakowski" (druk. w 
„Ojczyźnie", Bendilikon 1865, Nr 15 i 16), gdzie między innemi 
czytamy, iż „bladym patryjotom, wyznawcom agronomji, ma- 
szyn i ekonomii Rolniczego Towarzystwa", z jakich miał się 
składać Wydział, nie na rękę był Sierakowski dla swojej bar- 
wy czerwonej i że, aby się go pozbyć, „wysłano go w bagna 
i lasy, niejako na zatracenie". 

K o ł y s z k o Bolesław, ur, w r. 1838 w gub. wileń- 
skiej, w pow. lidzkim, w maj. rodzinnym Nowickiszki (matka 
była Jurszówna z domu). Po ukończeniu gimnazjum w Wilnie, 
wszedł do uniwersytetu moskiewskiiiego na wydział prav/a. 
W dobie manifestacji (r, 1861) czynny brał udział — podczas 
wakacji — przy ich organizowaniu w pow. lidzkim. Na sku- 
tek demonstracji studenckiej i bójki z policją (z powodu zmia- 
ny ustawy uniwersyteckiej), nie mógł dłużej bawić w Mo- 
skwie i wyjechał do Włoch, gdzie, wstąpił do ówczesnej szko- 



Do str. 24, 26. — 268 — 

ly wojiskowej polskiej w Genui, a następnie w Cuineo. Po roz- 
wiązaniu szikoły przybył ma Litwę i zasłynął, jako partyzant 
na Żmudzi. Po niepomyślnej potyczce pod Lenczami, zdołał 
zgromadzić cz^ś6 swe.j dawnej partji, połączył się z Siera- 
kowskim i brał udział w bitwiiie pod Birżami. Następnie został 
wraz z Sierakowskim ujięty i stracony w Wilnie, d. 28 maja 
• 1863 r. st. st. Miał brata Feliksa, również partyzanta, który 
emigrował i zmarł w Paryżu, oraz siositrę Adolfę (za Ludwi- 
kiem Makarewiczem). 

Szczegóły od p. Heleny Romańskiej, oraz z książki „Pa- 
miątka dla rodzin polskich..." Zygmunta Kolumny. 

■ Wysłouch — dowódca oddziału w pow. trockim. 

Do str. 26. 

Stengelmejerowie Edmund i Ignacy, cio- 
teczni bracia Jakóba Gieysztora. Pochodzili z rodziny nie- 
mieckieji, na Litwie osiadłej. Jeszcze dziad ich z Niemiec przy- 
były, lekarz, mówił zepsutą polszczyzną, lecz syn, urodzony 
z Polki, Ignacy — jako student medycyny Uniwersytetu Wi- 
leńskiego — wziął udział w powstaniu r, 1831, osiedliiił się na- 
stępnie nad Niewiażą i tu ożenił się z Emilją Zawiilszanką, ciot- 
ką Jakóba Gieysztora. Tego to małżeństwa synami byli Ed- 
m^und (urodź, około r. 1845) i Ignacy (ur. około r. 1848). Obaj 
poszli z ławy szkolnej do powstania: jeden z VII-ej, drugi 
z lY-iej klasy 0. Bylii kolejno w partjach Sierakowskiego, Ko- 
łyszki i w końcu ks. Mackiewicza. Edmund poległ w r. 1864 
(nie chcąc złożyć broni), natomiast młodszy Ignacy w przebra- 
niu uszedł za granicę, był w Anglji i we Francji, gdzie praco- 
wał jako robotniik w tartaku. Następnie, kiedy matka mogła 
korespondować z nim i dostarczać mu środków do życia, 
wstąpił do kolegium w Nancy, a później na uniwersytet w 
Tuluzie, gd^ie studjował miatematykę. Lecz rozwijająca się 
choroba piersiowa (której go nabawiły przejścia poprzednie) 
przyprawiła go tutaj o śmierć przedwczesną (1871 r.). 

Wiadomość zawdzięczamy p. Emilji Porębskiej. 

Zawisza Otton, syn Walerjana i Le>tycji z Erdma- 
nów, ur. w r. 1844 w Żemejtkiemiach, pow. kowieńskim, które 
rodzice jego trzymali w dzierżawie; kształcił się w Wilnie w 



1) Według informacji, podanej przez Gieysztora, byli 
uczniami gimnazjium Wileńskiego; według łaskawie nadesła- 
nego nam listu siostry obu, p. Emilji ze Stengelme jerów Po- 
rębskiej, obaj bracia poszli do powstania z gimnazjum Kiej- 
dańskiego. 



_ 269 — Do str. 26. 

gimnazjum; do partji (Sierakowskiego) wszedJ jeszcze jako 
uczeń VI klasy. Z powodu słabego zdrowia i' wzroku wycofa} 
się i po powstaniu wstąpił do instytutu technologicznego w Pe- 
tersburgu. Następnie, jako inżynier, zajmował posady -w głębi 
Rosji: w Kowrowie, Pskowie, Petersburgu. W ciągu ostatnich 
lat mieszkał w Wilnie; w za.targach polsko^itewskich należał 
do jaskrawych separatystów litewskich. Jest autorem' osławio- 
nego w swoim czasie „Hymnu litewskiego", gdzie uczucia 
swej niechęci do społeczeństwa polskiego aż nazbyt wyraźnie 
podkreślił. Zmarł w r. 1910 w Nervi (pod Genuą), dokąd się 
udał na kurację. Dokładną jego biografję wraz z podobizjią za- 
mieściło czasopismo „Litwa" z r. 1911, Nr 10. 

Kozakowski Stanisław, syn Karola Napoleona, 
dziedzica Szkółkowa, Kuran i Nowosiółek i Klementyny z Mc- 
rzyckich, ur. w r. 1837, rozstrzelany w Wiłkomderzu, razem 
z Michałem Staniszewskim 8 lipca 1863 r. (por. „Wilen. 
Wiest." — „Kurjer Wileń." z r. 1863). Był chorążym artylerii 
wojsk rosyjskich. 

Szczegóły od p, Euzebjusza Lopacińskiego. 

Chrypcewicz Józef, studenft uniwers. moskiew- 
skiego, partyzant, ranio^ny pod Ginetynami, pierwszej zwy- 
cięskiej potyczce Siier akowski ego; brał również udział w bi- 
twie pod Birżami. Wygnania uniknął, zmarł w latach 80-tych 
w. XIX, w młodym stosunkowo wieku, w maj. rodzinnym Wc- 
dakle (pow. wiłkomierskiego). 

Szczegóły od p. Romana Szwojniiickiego. 

Mineyko Zygmunt, syn Stanisława i Cecylji 
z Chrzczonowiczów z maj. Bałwaniszki w pow. oszmiańskim. 
Ciekawe koleje jego życia na dłuższą zasługują wzmiankę. 
Urodzony w r. 1840, uczęszczał do gitmnazjum w Wilnie, na- 
stępnie byi w szkole wojskowej inżynierów w Petersburgu. 
Do organizacji przystąpił w r. 1859. Skompromitowany z po- 
wodu demonstracji, postanowiił ukryć się za granicą, gdzie 
przebywał w latach 1861 — 62 ii był w Genui uczniem szkoły 
wojskowej. W wypadkach r. 1863 wziął czynny udział, naj- 
przód w obozie Langiewicza, później na Litwie, jako „naczel- 
nik wojenny" pow. oszmiańskiego, i tu stanął na czele oddziału 
z kilkud'ziesięciu ochotników złożonego. Pod osadą leśną Ro- 
soliszkami oddział ten uległ rozproszeniu, zam zaś M., ujęty 
przez włościan miejscowych, wydany zostaił wi ręce wojska 
i osadzony w więzieniu, najprzód w Oszmianie, a później w 
Winie. Skazany tu został na śmierć przez powieszenie (wyrok 
był mu nawet przeczytany), lecz dzięki staraniom maitki za- 
mieniono karę śmierci na 12 lat robót ciężkich. W katordze M. 



Do str. 26. — 270 — 

nie hyl, gdyż w drodze (z Tobolska) ujść zdołał przez Peters- 
burg za granicę. W Paryżu oddawał się w dałszym ciągu stu- 
diom w zakresie inżynierii wojskowej i ukończył w r. 1869 
Akademję sztabu głównego, w stopniu kapitana. Brał później 
udział w budowie kolei żelaznych i różnych przedsięwzię- 
ciach inżynieryjnych w Turcji europejskiej i azjatyckiej w 
ciągu lat 20 (do r. 1890), z krótką przerwą podczas wojny fran- 
cusko-pruskiej. Przeniósł się następnie do Grecji w dalszym 
ciągu poświęcając się pracom inżynieryjnym i wojskowym. 
Podczas wojny na Krecie w r. 1896 należał do Komisji wyko- 
nawczej, w r. 1897, jako szef sekcji topograficznej, należał do 
sztabu generalnego. W uznaniu jego zasług ciało prawodaw- 
cze greckie w r. 1910 przyznało Z. M — ce honorowe prawo 
obywatelstwa greckiego. W ciągu ostatniej wojny bałkań- 
skiej Z. M. był również czynny w sztabie generalnym (zwła- 
szcza przy oblężeniu Janiny). „Obecnie jestem w Atenach — 
tak pisze w liście do siostry — i pomimo 73 roku życia lepiej 
trzymam się na koniu od wielu młodych oficerów". Chociaż 
żonaty z Greczynką, nie zatracił Z. M. żywego poczucia łącz- 
ności z krajem. 

Wiadomość zawdzięczamy siostrze Z. M., p. Rozaljł z Mi- 
neyków Zasimowskiej. 

Pusłowski Adam — zapewne ten, o którym czytamy 
wzmiankę w „Wilen. Wiestn." — „Kurj^er Wileń." z r. 1863, 
2 lipca, Nr 72, iż stracony został w Nowogródku, 

Wawer, właściwie Konstanty Ramotowskit, jeden z naj- 
zdolniejszych dowódców powstania, który jako naczelnik siły 
zbrojnej południowej części województwa augustowskiego, 
zasłynął operacjami swojemi w dzisiejszej gub. łomżyńskiej 
i suwalskiej. Przyborowski 1. c. t. IV, str. 282 — 316. 

Parokrotnie • wymieniony w pamiętnikach Stefan 
Gieysztor (ur. 1801 (?), był syaem Jakóba (t 1809), i An- 
ny z Gąseckich. Jako brat młodszy Stanisława, ojca autora 
pamiętników, był tego ostatniego rodzonym stryjem. Miesz- 
kał wraz z żoną Józefą z"Oskierków (ur. 1805) w 
majątku swym Zabieliszki pod Kiejdanami, a po śmierci ojca 
Jakóba Gieysztora, był jego opiekunem. Za popieranie po- 
wstania oboje zostali (on wraz z żoną) osadzeni w więzieniu u 
Karmelitów w Kownie, a następnie skazani na wygnanie do 
Cywilska. Po powrocie do kraju (1868), aby być bliżej stron 
rodzinnych, zamieszkali w Prenach (w gub. suwalskiej). Tu 
umarł Stefan G. (w r. 1870), żona zaś jego Józefa zamieszkała 
n syna EmiJa w Szałtupiu i tu umarła (w 1885 r.). Oboje po- 
chowani w Prenach. Majątek ich Zabieliszki uległ sprzedaży 



— 271 — Do str. 26, 28. 

przymusowej na mocy ukazu z 10 grudnia niejakiemu puJkow- 
nifcowi Sotomce (za czwartą część wartości), następnie prze- 
szedł w ręce kowieńskiego marszałka szlachty Millera. 

Synowie: najstarszy Emiil ur. 1835 r, w Zabieliszkach 
tak, jak i wszyscy bracia jego, żonaty z Jadwigą Szukszcian- 
ką; kształcił się w Kiejdan;ach i Kownie, a następnie na wy- 
dziale prawnym uniwersytetu w Kijowie. Przed powstaniem 
mieszkał w Zabieliszkach, brał czynny udział w organizacji 
powstańczej, został aresztowany i po dziesięciiomiesięcznem 
więzieniu w Kownie zesłany do Kunguru (w gub. permskiej), 
gdzie przebył wraz z żoną cztery lata. Powrócili w r. 1868 
i zamieszkali w świeżo kupionym majątku Szałtupie (gub. su- 
walskiej), gdzie zmarł w r. 1888. Pochowany w grobach 
rodzinnych w Prenach. Bolesław (urodź, w r. 1839), był 
w partji ks. Mackiewicza, gdy zaś ta została rozbita, czas ja- 
kiś ukrywał się u pewnego leśmika, lecz wytropiony, zginą? 
w starciu z kozakami. Czesław (ur. 1841 r,), przedosta! się, 
jako emigrant, do Paryża, gdzie i, dotąd przebywa; Broni- 
sław (ur, w 1843 r.), byl w partji Sierakowskiego i w bi- 
twie pod Birżami został raniony; następnie aresztowany i 
więziony wraz z rodzicami w Kownie, zesłany był wraz z ni- 
mi do Cywilska (gub. kazańskiej). Po powrocie z wyigmania 
zamieszkał w Warszawie (i tu wyższe studja odbywał). Na 
krótko przed śmiercią przeniósł się do majątku bratowej, Emi- 
lowej, do Szałtupia i tu (bezżenny) umarł w r. 1893. Józef 
(ur. w r. 1845), jako młody, osiemnastoletni chłopak wraz z 
bratem Bronisławem brał udział w potyczce pod Birżami 
i tu zginął. 

Wiadomość zawdzięczamy p. Emilowej Gieysztorowej 
z Szałtupia. 

Jedynym synem Olgierda Wagnera, o którym tu 
autor mówi, był Witold Wagner (1844 — zm. 9 października 
1906 r.). Według wiadomości, którą zawdzięczamy synowi Wi- 
tolda, p, Karolowi Wagnerowi, Witold Wagner, jako situdent 
uniwersytetu krakowskiego, brał udział w r, 1863 w partji 
Narbutta. Po jej rozbiciu udał się za granicę do Wrocławia 
i tam studiów dokończył. Kary za udział w powstaniu nie 
poniósł. 

Do str. 28. 

Ginetynie — wieś w .pow. wiłkomierskim, par. to- 
wiańskiej. Utarczka pod G, miała miejsce 10 (22) kwietnia 
1863 roku. 



Do str. 30, d>2. — 212 — 

Do str. 30. 

Walki, stoczone w d. 25, 26 i 27 kwietnia st. st. (7, 8 i 9 
maija now, st,) 1863 r. pod wsiami Madejki, Gudziszki i Sznur- 
kiszki w okoli/cach miasteczka Birż, na pograniczu 
Żmudzi i Kurlandii, zJożyły się, jak wiadomo na największą 
w ruchu zbrojnym na Litw.ie bitwę, zakończoną zwycięstwem 
wojsk rosyjskich pod wodzą gen, Ganeckiego. Sierakowski 
ranny dostał się do niewoli. 

Właścicielką Kroszt była Ildefonsowa Kościał- 
kowska, Zofja z Żórawskich (zm, 1898 r.) Kroszty właściwie 
należały do jej męża Ildefonsa Kościałkowskiego (który był 
na wygnaniu w Samarze). 

S k r o b i s z k i (w pow, nowo-aleksandrowskimi) — na- 
leżały do Antoniego Komorowskiego. 

Do str. 32. 

Czerniak Maksymilian, m'łody zapaleniec, któ- 
ry po ukończeniu akademii wojskowej w Petersburgu, był w 
randze porucznika przy komisariacie w Petersburgiu. Przez 
komitet „Ziemli i Woli" wskazany Hier. Kieniewiczowi, był 
czyńmy w spisku kazańskim^ (o którym wyżej t. I, str. 225). 
Później brał udział w ruchu zbrojnym w pow. trockim, wzię- 
ty do niewoli, rozstrzelany został 19 października 1864 r, w 
Kazaniu. Czerniak był wyznania prawosławnego, lecz uważał 
siebie za Polaka i odpowiednie zeznanie złożył w Komisji 
śledczej. O nim dużo szczegółów w gaz. „Moskowskija Wied." 
Nr 232 z r. 1865. Prócz tego: Pantielejew. „Iz wospominanij 
proszłaho"; Przyborowski (1. c. t. III, str. 112); Kolumna (1. c. 
str. 41). 

Ganeckij Jan, syn Stefana (1810 — 1887), generał- 
adjutant, znany już przed r. 1863 z udziału w walkach na Kau- 
kazie, w r. 1863, jako komendant Finlandzkiego pułku lejb- 
gwardji, zadał klęskę Sierakowskiiemu, podczas wojny rosyj- 
sko-tuireckiej w r. 1877 — 78 brał udział w walkach pod Plewną 
i zdobył sobie tutaj wielki rozgłos wojenny. 

K s. I s z o r a Stanisław, syn Stanisława i Marji 
z Szantyrów (z Wołynia) ur. 1838 r. w maj. Cesarce pod Wil- 
komierzemi, wychowywał się w Piworuńcach, byl w giimna- 
zjum w Wilnie. Za odczytanie odezwy podburzającej na sta- 
nowisku wikariusza kościoła żołudzkiego (w pow. lidzkim) z 
wyroku sądu wojennego poniósł karę śmierci przez .rozstrze- 
lanie w Wilnie na placu Lukiskim d. 22 maja 1863 r. st. st., li- 
cząc wieku lat 25, kapłaństwa 2 (por. „Wileni Wiestn." — „Kur. 
Wileń." z r. 1863 NrNr 55 i 56 z d. 23 i 25 maja 1863 r.). 



— 273 — Do str. 32, 

Wskutek cokolwiek niejasnej stylizacji od- 
nośnego ustępu pamiętników („nowy g€n.-gubernator 
we dwa dni po przybyciu kazał rozstrzelać...") wmosićby moż- 
na — • niesłusznie, iż ndetylko wyrok, ale i kara nastąpiła nie 
22 maja, lecz wcześniej inieco ( gdyż gen.-gub. Murawjew 
przybył do Wilna 14 maja). Pieriwsza ta egzekucja w Wilnie 
za Murawjewa wielkie wrażenie wywarła na współczesnych, 
tak, iż w każdych niemal pamiętnikach owego czasu znajdu- 
jemy obszerniejsze o niej wzmianki (por. np. wspomnienia 
Żerwe'go w czasop. „Istoriczeskij Wiestnik" z r. 1898, Mo- 
sołow,, „Wilenskije oczerki 1863 — 65, Peteirsburg 1898, Niiko- 
tin „Iz zapisok...") niekiedy z błędną datą, niezgodną z podaną 
wyżej datą urzędową (np. u Mosołowa). Wiadomość o rodzi- 
nie ks. Iszory zaczerpnęliśmy od brata jego, p. Aleksandra 
Iszory. 

Z i e m a c k i Rajmund ksiądz — proboszcz ko- 
ścioła w Wawiórce, w pow. lidzkim, ukaramy śmiercią przez 
rozstrzelania został za odczytanie odezwy podburzającej. 
Egzekucja nastąpiła 24 maja 1863 r. st. st. na placu Lukiskim 
(por. dodatek urzędowy do „Wifen. Wiest." — „Kurj. Wileń." 
z r. 1863 z d. 25 maja Nr 56). Ze względu na błędnie podawa- 
ne o ks. Z. niektóre wiadomości, prostujemy je niniejszem. 
Z. Kolumna (1. c. str. 78), a za nim Przyborowski (1. c. t. III, 
str. 161) i wielu innych auto-rów mówią o ks. Z — m, jako 
„o przeszło 70-letnim starcu"; tymczasem, według wiadomo- 
ści, podanej przez synowca ks. Z., prof. Józefa Ziemackiego, 
w księdze pamiątkowej, wydanej przez zamieszkałych nad 
Newą Polaków, ku czci Orzeszkowej, p. t. „Jako lecące na 
wyraj żórawie" (str. 66), — ks. Rajmund Mikołaj Ziemacki, syn 
Jana i Katarzyny z Kamińskich, rotmistrzów oszmiańskich, 
urodził się w Dachnach, pow. oszmiiańskiego, r. 1810 d. 6 
września n. st. Chrzczony był w kościele parafialnym Loskim 
d. 11 tegoż roku i miesiąca. Uzupełniamy tę wzmiankę wiado- 
mością z rubrycel diecezjalnych, iż ks. Ziemacki wyświęco- 
ny został r. 1842; do r. 1845 był wikarjuszem kościoła św. Ra- 
fała w Wilnie, w r. 1845 wikarym prużańskim, w następnym — 
wikarym kiwatyckim, wreszcie w r. 1850 — proboszczem w 
Wawiórce i na tem stanowisku żyć przestał w r. 1863. Jedno- 
cześnie poniósł karę śmierci na Lukiszkach młody Albert 
Laskowic z. Był to syn Feliksa Laskowicza, obywatela 
pow. lidzkiego, właściciela dóbr Kirjanowce (matka była Wa- 
licka z domu). W r. 1863 A. Laskowicz liczył około lat 20-tu 
i właśnie po ukończeniu instytutu szlacheckiego w Wilnie 
przybył do domu rodziców, a stamtąd udał się do brata Jul- 
„B. P." Pamiętnika Gieysztora. Tom II- 18 



Do str. 32, 36, 37. — 274 — 

jana, właściciela maj. Czepielewszczyzna (w pow. lidzkim). 
Aczkolwiek A. L. istotnie mosił się z zamiarem wzięcia czyn- 
neg.o udziału w ruchu, jednak w partii nie był. Bezpośrednim 
powodem aresztowania było to, iż, podczas pobytu u brata, był 
w kościele w Nowojelni, w dniu, w którym miała być odczy- 
tana odezwa. Gdy ta odczytana przez księdza nie została, w 
zakrystii rozpytywał, dlaczego się to stało i wyrażał głośno 
niezadowolenie. Prócz tego poszlaką przeciwko niemu miało 
być i zamówienie u szewca butów z cholewami, co miało wy- 
mowoitie wskazywać, iż wybierał siię do partji. Zaznaczyć tu 
należy, iż w dod. do „Wilen. Wiestn." — „Kurj. Wileń." z dn. 
25 maja st. st. Nr 56, jest mowa o bezpośrednim udziale L. w 
ruchu. Nazwisko Laskowicza uległo w źródłach i opracowa- 
niacli zarówno polskich, jak i rosyjskich niejednokrotnym 
przekręceniom na „Laskowski", „Lasktewicz", nawet „Leśko- 
wicz" (np. u Przyborowskiego, Mosołowa, Nikotina). 

Szczegóły biograficzne zawdzi^ęczamy bratu przyrodnie- 
mu, p. Stanisławowi Laskowiczowi. 

Leśniewski Juljan, brat znanej ówczesnej śpie- 
waczki wileńskiej, z gub. lubelskiej, poniósł karę śmierci na 
Lukiszkach dopiero 10 czerwca 1863 r. Z tekstu pamiętników 
wnosićby można, iż nastąpiło to bezpośrednio po d. 24 maja 
1863 r. (Por. „Iz zapisok" S. A. Nikotina, str. 150; „Wilen. 
Wiestn." — „Kurj. Wileń." z 10 czerwca 1863 r. Nr 63). 

Do str. 36. 

„Powiaty dawniej składające obwód bia- 
ło s t o c k i", — mowa tu o powiatach białostockim, bielskim 
i sokolskim gub. grodzieńskiej, które wchodziły w skład „ob- 
wodu białostockiego". Obwód tętn w r. 1807 na mocy pokoju 
Tylżyckiego Napoleon ustąpił Rosji. — Od r. 1842 stanowią 
one część gub. grodzieńskiej. 

Do str. 37. 

Nieławicki Stanisław (ur. 1829, zm. 1900), syn 
Karola i Eleonory ze Śledziejewskich, wychowaniec instytutu 
szlacheckiego w Wilniew Osiadłszy na roli, w r. 1861 został 
zastępcą pośrednika do spraw włość, w pow. kowieńskim 
(Gieysztor go nie wymienił, por. t. I, str. 100 — 102). Za udział 
w organizacji w r. 1863 był więziony w Kownie, lecz po kil- 
ku miesięcach został uwolniony dila braku dowodów. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Rudolfowej Nieławdckiej. 



— 275 — Do str. 41, 42. 



Do str. 41. 



M o r y k o n i Lucjan, h r., syn Hieronima i Giertrudy 
z Saków, ur. w r. 1818 (30 października), dziedzic Świadości 
i Sół. (w pow. wiikomierskim), potomek rodziny włoskiej za 
Jana Kazimierza na Litwie osiadłej, skoligaconej z najmożniej- 
szemi rodzinami, kształcił się w szkole Bernardynów w Trasz- 
kunach i następnie, pod kierunkiem nauczyciela domowego 
ks. Dębińskiego. Żonaty był I-o v, z Marją Lopacińską, 2-o v. 
z Ludwiką Ledochowską, 3-o v. z Elżbietą Monday. Z upo- 
dobaniem oddawał się studjom przyrodniczym, zwłaszcza w 
zakresie mineralogii. Brał udział w organizacji r. 1863 i wszedł 
do wydziału (po aresztowaniu Al. Oskierki i Ant. Jeleńskiego), 
jako jego członek. „Cechowała tego człowieka z wyższemu wy- 
kształceniem i zdrowym sądem o rzeczach — pisze Qieysz.tor 
w swych notatach: dobroć wielka i niepraktyczna. On był ra- 
czej stworzony na uczonego badacza, na którego zrazu wy- 
glądał, jak na magnata. Lopaciński Ignacy przedstawił go, ja- 
ko swego zastępcę. Mało go znałem, pozory raczej odstrę- 
czały, ale myliły zarazem". Aresztowany na skutek udziału 
w wypadkach, więziony był w, Wilnie, najprzód u Misjonarzy 
(krótko), następnie u Eranciszkanów (kilka miesięcy), wresz- 
cie w Kownie (rok cały). Po powstaniu, niegdyś znacznej for- 
tuny dziedzic, „z rezygnacją filozoficzną", „z pogodą i zimną 
krwią", jak stwierdza Qieysz;tor w notatach, znosił zmianę 
swego losu i zajmował się udzielaniem lekcji. Zmarł w War- 
szawie 2 lutego 1893 r., pozostawił 7-ro dzieci. 

Szczegóły, otrzymane za pośrednictwem p. Zofji Kościał- 
kowskiej i p. Euzeb. Lopacińskiego. 

Podbereski Michał, syn Ksawerego i Anny Ró- 
merówny, ur. 1834 r., zm. 16 września 1905 r. W r. 1863 brał 
udział w organizacji powstania w pow. wileńskim (miał tam 
majątek rodowy Muśniki); w sprawach organizacyjnych jeź- 
dził do pow. jezioroskiego. Po powstaniu ukrywał się czas 
pewien, później udało mu się wyjść cało. Żonaty był z Heleną 
Fergisówną (zm. 1913 r,). 

Szczegóły od syna p. Podbereskiego i p. Michała Romera. 

Do str. 42. 

Bułhak Tomasz, niedawno wrócony z wygnania 
(już po wstąpieniu na tron cesarza Aleksandra II-go. Na wy- 
gnaniu był z powodu udziału w sprawie Konarskiego (1839). 
Po roku 1863 znowu ska-zany był na osiedlenie. Po powrocie 



Do str. 42. — 276 — 

mieszkał wraz z żoną (Wierzbicką z domu) w Warszawie. 
Zmarł w latach 80-tych w. XIX. 

Szczegóły od p. d-rowej Kleczkowskiej. 

Z Dalewskich Tekla Jenikowa, rodzona sio- 
stra wymienionych w pamiętnikach braci Dalewskich, ur. 1838 
roku w Kunkułce (w pow. lidzkim). Kształciła się nia pensji 
p. Ratowt w Wilnie. W wypadkach r. 1863 czynnie pomagała 
organizacji, wskutek czego była aresztowana na drugi dzień 
po aresztowaniu brata Franciszka. Na wygnaniu była w Insa- 
rze (gub. penzeńskiej). Obecnie mieszka w Warszawie. 

Szczegóły od rodziny. 

„Z tym projektem' przyszedł do mnie K a z. 
S z 1 a g i e r". Autor ma zapewne na myśli Szlagiera Kazimie- 
rza (1824 — 1878), znanego literata i artystę dramatycznego, 
który od r. 1859 był dyrektorem teatru wileńskiego i z gorli- 
wością pełnił ten obowiązek w ciągu lat sześciu. Por. obszer- 
niejszy życiorys (pióra Ant. Bądzkiewicza) w „Kłosach" z ro- 
ku 1878, t. XXVI, str. 30 i 36. 

„Od P o h u 1 a n k i... wieziono Sierakowski e- 
g o" — na Pohulance, gdzie obecnie szkoła wojskowa, był 
szpital wojskowy, w którym Sierakowski był osadzony. Por. 
„Iz zapisok J. A. Nikotina" (Petersburg) str. 152. 



Do str. 46. 



PRZYPISY 

DO ROZDZIAŁU VII. 

Do str. 46. 

„A r c h i w u m... było u Wizytek w klaszto- 
r z e". Klasztor wizytek znajdował się na Rosie, tam, gdzie 
obecnie prawo-sławny monaster żeński i cerkiew św. Marji 
Magdaleny. Wizytki, jak wiadomo, w r. 1864 wysłane zo- 
stały do Wersalu. 

Kalinowski Józef, syn Andrzeja, dyrektora insty- 
tutu szlacheckiego, i Józefy z Połońskich, która po swej matce 
Gąseckiej z domu była spokrewniona z Gieysztorem. Urodź. 
1 września 1835 r. w Wilnie. Kształcił się najprzód w instytu- 
cie szlacheckim w Wilnie, później ukończył szkołę agronomicz- 
ną w Hory-Horkach, wreszcie akademję Mikołajewską inży- 
nierów wojskowych w Petersburgu (1855). Mieszkał kolejno 
w Wilnie, Petersburgu, Kursku, Brześciu i ponownie w Wilnie 
(już po podaniu się do dymisji). Podczas powstania był czynny 
zwłaszcza przy końcu ruchu zbrojnego, jako kierownik wy- 
działu wojskowego na Litwie, skutkiem czego 13 marca 1864 
roku uwięziony został w Wilnie, a następnie wywieziony na 
Syberję do Usola. Później był w Irkucku i Permie do r. 1874. 
Wreszcie wyjechał za granicę i wstąpił d'o zakonu ks. Kar- 
melitów Bosych (r. 1877) i znany pod imieniem O. Rafała. 
Zmarł w Wadowicach (pod Krakowem) 15 listopada 1907 r., 
otoczony tutaj aureolą niemal świętości. Pozostawił po sobie 
pamiętnik, będący obecnie w rękach XX. Karmelitów w Wa- 
dowicach, pochowany w Czernej. Por. „Wspomnienie po- 
śmiertnei o ś. p. O. Rafale Kalinowskim", przez O. Romualda 
karmelitę i „Mowę żałobną" na pogrzebie O. Rafała przez ks. 

I Czermińskiego jezuitę. 
i (Szczegóły powyższe udzielone nam zostały łaskawie 
brzeiz brata O. Rafała, ks. J. Kalinowskiego). 
I 



Do str. 46. — 278 — 

Możemy się również z czytelnikami podzielić następują- 
cym wspomnieniem o ks. Rafale — kolegi jego z wygnania 
d-ra Jaworowskiego z Kowna. 

Z Józefem Kalinowskim poznałem się w Irkucku w 1869 
roku, po powrocie moim z kraju Zabajkalskiego. Chociaż nie 
wiązały mnie bliższe stosunki z p. Józefem, spotykałem go 
jednak często; wiedziafem, że był on inżynierem wojskowym, 
że służył w fortecy Brzeskiej, za co zaś mianowicie był ze- 
słany do Usola — tych szczegółów nie posiadałem, w ogól- 
ności mało interesowałem się tem, jakie kto stanowisko zaj- 
mował przed wygnaniem, dość tego, że wszyscy byliśmy ze- 
słani za jedną sprawę; wiem, że p. Józef, mieszkając w Irkuc- 
ku, zajmował się lekcjami u d-ra Łagowskiego i w innych do- 
mach, że mieszkał w domu, należącym do pleban ji; był to 
człowiek bardzo sympatyczny w stosunkach naszych, weso- 
łego usposobienia, pomimo to nadzwyczaj nabożny, i gdym 
patrzał na niego modlącego się podczas mszy, nieraz na myśl 
mi przychodziło, czy nie będzie p. Józef kiedykolwiek księ- 
dzem^ co i sta-ło się w przyszłości. Wtenczas w Irkucku było 
nas Polaków co najmniej z półtora tysiąca; pomiędzy tymi 
byli wierzący i bezwyznaniowi, jednak i tacy umieli uszano- 
wać pobożność p. Józefa i podtrzymywali z nim bliższe sto- 
sunki, nie poruszając nigdy spraw wiary. Kiedy wyjechał z 
Irkucka, tego nie pamiętam, lecz wiedziałem, że zamieszkał 
w Paryżu i był tam nauczycielem u ks. Władysława Czar- 
toryskiego; następnie dowiedziałem się, że wstąpił do klasz- 
toru karmelitów Ijosych w Galicji, gdzie został kapłanem i był 
przełożonym. W 1889 roku, będąc w Krakowie u Marjana 
Dubieckiego, postanowiliśmy odwiedzić ojca Rafała, bo takie 
przybrał imię zakonne w klasztorze w Czernej pod Krzeszo- 
wicami, W Czernej trafiliśmy na koniec niedzielnego nabo- 
żeństwa. Oczekiwaliśmy tedy na ojca Rafała w pa,rlatonum, 
był on zajęty wtenczas słuchaniem spowiedzi. (Muszę dodać, 
że w tym- klasztorze było tylko 2 kapłanów Polaków, obsłu- 
gujących potrzeby religijne ludu, inni zaś byli cudzoziemcami). 
Gdy wreszcie wszedł o. Rafał, zrobił on na mnie -urażenie 
ascety, o zapadłych policzkach, lecz z pogodną twarzą; roz- 
mowa tedy poszła gładko o naszej przeszłości, ożywił się oj- 
ciec Rafał, żałował tylko bardzo, że przybyliśmy w niedzielę 
a nie powszedniego dnia, bo miał jeszcze dużo osób do spo- 
wiadania, tak, iż rozmowa nasza trwać mogła nie więcej nad 
pół godziny. Od tego widzenia się raz tylko spotkałem Się z oj- 
cem Rafałem. Na dowód, jakie on miał uznanie w naszem spo- 
łeczeństwie i wśród duchowieństwa — przytoczę rozmowę. 



— 279 — Do str. 46, 48, 50—52. 

którą miaJem z biskupem wileńskim Krasińskim po bytniości 
w Czernej. Kiedy mu wspomnialemi, że byłem u ojca Rafała, 
że jest to mój ko-lega z Syberji, wtenczas biskup o ojcu Rafale 
tak się wyraził: „Dziś jes>t to człowiek święty, kiedy zaś do 
mnie przychodzi i całuje w rękę, czuję się tym aktem upoko- 
rzony i chętka mmie bierze samemu uklęknąć przed nim i uca- 
łować jego stopy i tylko powaga biskupa wstrzymuje mnie 
od tego". Muiszę dodać, że w tym czasie, kiedy Krasiński był 
biskupem wileńskim — w dobrych i przyjaznych był stosun- 
kach z ojcem ks. Rafała — Andrzejem". 

Do str. 48. 

Awejde Oskar, kolega Kalinowskiego z wydziału 
prawnego na uniwersytecie w Petersburgu, był członkiem 
różnych składów Komitetu centralnego', względnie Rządu na- 
rodowego. Aresztowany, złożył zeznania w^ nader wysokim 
stopniu obciążające mnóstwo osób. Zesłany mieszkał w Rosji, 
zajmując stanowisko sądowe. 

Do str. 50. 

O Erazmie Zabłockim i innych była mowa wyżej 
(t. I, sti. 384). Milewicz — zapewne Ildefons Milewicz, 
z zawodu geometra (art. Fel. Różańskiego p. t. „Z wojewódz- 
twa grodzieńskiego", druk. w książce zbiorowej p. t. „W czter- 
dziestą rocznicę" (1903 r.), str. 396). 

Do str. 51. 

„Do zaaresztowania w styczniu 1864 r. 
Kalinowski..." Właściwie w Tękopisie pamiętników czy- 
tamy w tym miejscu nie „w styczniu", lecz „w lu- 
tym". Zmieniliśmy datę ze względu na to, iż niżej (str. 131) 
autor mówi o styczniu, jako o miesiącu, w którym^ areszto- 
wany został Kalinowski, co się zgadza z datą wymienianą w 
w ielu źródłach i opracowaniach rosyjskich (por. np. pamiętni- 
ki J. A. Nikotina, str. 242; Briancew w osławionej książce „Pol- 
skij miatież 1863 goda" podaje datę aresztu K. na 7 stycznia, 
str. 223). 

Do str. 52. 

O tem, że F a 1 e w i c z pomocny był przy ukła- 
daniu ustawy T-w a Rolniczego, mówi autor w 
t. I, str. 80. 



Do str. 53—55, 58, 59. — 280 — 

Do str. 53. 

Dom Zawadzkich, w którym Gieysztor mieszkał, 
przy zaułku Zamkowym, w pobliżu kościoła ś-go Michała. 
P. Zawadzka — zapewne żona Adama Zawadz- 
kiego (1814 — 1875), który po zgonie ojca Józefa, znanego 
założyciela księgarni i „typografa uniwersytetu wileńskiego", 
w r. 1838 objął i prowadził drukarnię i księgarnię (por. nekro^ 
log A. Z., pióra Adama Pługa w „Kłosach" z r. 1875, t. XX). 

Do str. 54. 

„...M a.r s z a ł k o wa kowieńska Kupściowa z 
c ó r k a m i". Autor mówi tu o Julji z Hulewiczów Kupściowej 
(zm. w grudniu r. 1904), wdowie po marszałku szlachty pow. 
kowieńskiego z lat 1850 — 52 Nikodemie Kupściu ze Skoczun. 
Wymieniona w pamiętnikach jej córka Wanda wówczas 
była jeszcze nader młoda. P. Kupściowa w girudniu r. 1863 zo- 
stała wraz z córkami aresztowana i osadzona w murach mi- 
sjonarskich. Po kilkomieisięcznem więzieniu zesłana do Permu. 
Później, zanim otrzymała pozwolenie na powrót do kraju, 
mieszkała w Rydze. P. Wanda Kupściówna wyszła 
zamąż za Teodora Wańkowicza. Obecnie mieszka w Konstan- 
tynopolu. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Helenie Kupściównie. 

Do str. 55. 

Orgelbrand M a u ir y c y, ur, 1826, księgarz i wy- 
dawca, brat znanego również na polu księgarstwa polskiego 
Samuela. W Wilnie założył księgarnię w r. 1853, odprzedał 
zaś ją w r. 1866 E. T. Lambeckowi. 

Do str. 58. 

Młodszy syn Stanisława Aleksander Montwiłł — 
późniejszy (od ,r. 1878 do 1886) marszałek wiłkomierski z mia- 
nowania. 

Do str. 59. 

Kętrzyński — autor ma tu na myśli Wojciecha K. 
(ur. 1838 r.), dzisiaj zasłużonego historyka, wydawcę licznych 
.źródeł, autora wielu monografii, który obecnie jest dyrektorem 
Zakładu im. Ossolińskich we Lwowie. W r. 1863 był areszto- 
wany i karę forteczną odbył w Kłodzku na Śląsku. 



— 281 — DO' str. 60. 65. 

Do str. 60. 

Mackiewicz Bronisław, d-r (ur. 22 czerwca 
st. st. 1833 r. w Ruskiem Siole gub. wileńskiej, zm. 7 maja 
st. st. 1883 r. w Wilnie), syn Krzysztofa i Tekli z Lopacińskich. 
Kształcił się w gimnazjum wileńskiemu i na uniwersytecie mos- 
kiewskim. Po ukończeniu studjów mieszkał w Retowie (gub. 
kowieńskiej) i był lekarzem ks. Ogińskiego. Później czas ja- 
kiś był w Paryżu, kształcąc się dalej w swoim zawodzie. 
W r. 1863 był już w kraju, mieszkał w Ruskiem Siole i w Wil- 
nie i brał udział w ówczesnych wypadkach. Aresztowany zo- 
stał w Ruskiem Siole, więziony był w Wilnie, zesłany zaś w 
okolice Irkucka. Następnie, po ogłoszeniu ułaskawienia, miesz- 
kał w Irkucku, Ufie, Niżnim Nowogrodzie, wreszcie (około ro- 
ku 1875) mógł zamieszkać w Petersburgu, gdzie się doktory- 
zował. Po paru latach wrócił do Wilna i mieszkał tu do śmierci. 
Żonaty był z Adelą Zawadzką z Wilna (którą poślubił, będąc 
już na wygnaniu w Irkucku, w r. 1867). Miał troje dzieci: Boh- 
dana, Pawła i Ludwikę. 

Szczegóły zawdzięczamy synowi, p. Pawłowi Mackie- 
wiczowi. 

Siwicka E m i 1 j a ur. się w Kurlandji w Neubo.rn w 
r. 1841. Była córką Juljusza i Anny z Oskierków Siwickich. 
Wykształcenie otrzymała na wsi. W r. 1863 oddawała różne 
posługi powstańcom. W r. 1865 wstąpiła do zakonu sióstr mi- 
łosierdzia, w latach 1892 do 1902 była przełożoną zakładu 
Św. Kazimierza w Paryżu, opiekując się emigrantami i kształ- 
cąc dzieci polskie. Następnie była przełożoną Misji Katolickiej 
w Kukusz (w Macedonji). Zmarła w Krakowie w .r. 1910. 
Szczegóły zawdzięczamy p. Marj] Siwickiej. 

Nieławicka Barbara, córka Karola i Eleonory ze 
Śledziejewskich, rodzona siostra wymienionego w pamiętni- 
kach Stanisława Nieławickiego, zmarła w Wilnie 17 września 
1905 roku. 

Wiadomość zawdzięczamy p. Rudolf owej Nieławickiej. 



to 



Do str. 65. 



„Nadzwyczajny komisarz Głowacki" — 
zapewne Leon Głowacki, który, wysłany z Warsza- 
wy do Wydziału Litwy do Wilna, zanim przebył drogę po- 
wrotną, pod ciągłem wrażeniem grożącego mu niebezpieczeń- 
stwa (ze względu na ścisły diozór policyjny na kolejach) — do- 
1 stał pomieszanie zmysłów. Wrócił do Warszawy, ale już spra- 
L^j^ ze swej misji zdać nie zdołał: myśl jego splątała się na 



Do str. 65, 72. _ 282 — 

zawsze. Po czterdziestu latach jeszcze żył, ale ro-zum, raz za- 
tracony, już ani na chwilę nie dal znaku istnienia. Por. Marjan 
Dubiecki. „Romuaidl Traugut" (Kijowi 1911), str. 118, przy- 
pisek. 

Do str. 72. 

Skirmunt Kazimierz, syn Aleksandra i Konstan- 
cji z Sulistrowskich, ur. 1824 r. w Molodowie (gub. grodzień- 
skiej, na granicy miłiskiej). Szkoły odbył w Mitawie, uniwer- 
sytet ukończył w Petersburgu, gdzie kolegował z Gieyszto- 
rem, będąc o rok od niego wyżej na wydziale przyrodniczym. 
Ożenił się w r. 1848 z Heleną Skirmuntówmą, uzdiolnioną ma- 
larką i rzeźbiarką, kobietą nader wzniosłych zasad (1827 — 
1872), której życiorys skreślił Br. Zaleski p. t. „Z życia Li- 
twinki" (Poznań, 1874). Zamieszkał wówczas K. S. w dobrach 
żony w Kołodnemi w Pińszczyźnie (w gub. mińskiej). Gojący 
rzecznik uwolnienia i uwłaszczenia włościan przemawiał w 
tym duchu na zjazdach mińskich, W r, 1861 został pośredni- 
kiemi do spraw włościańskich, które urządzał u siebie i w c-kc- 
licy. Za niepo^dpisanie adresu aresztowany i uwięziony w Miń- 
sku, był zesłany do miasteczka Kołogrywa, potem do Kostro- 
my, gdy zaś zosobna, po tymże roku 1863 aresztowano żo- 
nę jego, Helenę, i po paromiesięcznem więzieniu w Pińsku ze- 
słano do Tambowa, otrzymał K. S. pozwolenie zamiieszkania 
razem z żoną w Tamibowiei, a następnie w Kirsanowie w gub. 
tamibowskiej. W r. 1867, korizystając z pozwolenia, odwiedził 
rodzinę w kraju, poczem udał się z powrotem na zesłanie w 
Krymie, gdzie zamieszkał w posiadłości ogca, później swojej 
w Bałakławie, i tam do końca życia przebywał. Zmarł w ro- 
ku 1893 w Symferopolu. Zostawił czworo dzieci: Irenę, Kon- 
stancję, Stanisława i Kazimierę (zamężną za Kazimierzem 
Romerem). 

Szczegóły zawdzięczamy p. Konstancji Skirmuntównie. 

Oskie rka Szczęsny, syn Emila i Malwiny z Je- 
leńskich (Emil był rodzonym bratem Bolesława Oskierki. o 
którym wyżej t. I, str. 254 i 404). Za niepodpisanie adresu ze- 
słany był Szcz. Oskierka do Kunguru (gub. permskiej). Po po- 
wrocie do kraju mieszkał w maj. Makanowiczach w pow. rze- 
czyckim. Zmarł w Wilnie w latach 80-tych w. XIX. Zostawił 
trzech synów. 

Szczegóły zawdzięczamy p.p. Edwardostwu Mikuliczom. 

„Jana Wiszniewskie go" — zapewne nie Jana, 
lecz Tadeusza Wiszniewskiego, syna Jana. Był 
to kandydat nauk przyrodniczych uniwersytetu petersbur- 



— 283 — . Do str. 72, 77. 

skiego, człowiek wielkiej zacności i rozumu, znany ze, swojego 
patryjotyzmu. W r. 1861 został w pow. mozyrskim, gdzie po- 
siadał dobra Simonowicze, pośredTiikiem do spraw włościań- 
skich. Za odmowę podpisania adresu był zesłany na Syberję, 
a wraz z nim inni (z gub. mi^ńskiej wymienieni w t. I, str. 350). 
Zmarł na wygnaniu w stanie bezżennym. Majątek uległ kon- 
fiskacie. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Al. JeJskiemu, za pośred- 
nictwem p. Jana Weyssenhoffa. 

J e 1 s k i, który wysłany był za niepodpisanie adresu, — 
zapewne Włodzimierz Jelski (por, t. I, str. 250), ale 
nie rozumiemy, dilaczego autor mówi o nim, jako o wysłanym 
z gub. grodzieńskiej. 

„W ywiezienie mar szał kó w..." nie wszyscy ze 
wspomnianych tutaj piastowali godność marszałkowską. 

Do str. 77. 

Zamachu na Domejkę dokonał d. 30 lipca Jan Bień- 
kowski, felczer z zawodu, który poniósł karę śmierci w Wil- 
nie (wraz z dwoma synami') w d. 28 sierpnia 1863 r. („Wil. 
Wiestn." — „Kurj. Wileń." z d. 29 sierpnia 1863 r. Nr 85 i 97). 
Mieszkał wówczas Domejko przy ul. Niemieckiej, w domu 
Manasewicza (o'becnie noszącym Nr 22). 

Zdanowicz Ignacy, syn Aleksandra, profesora wi- 
leńskiego instytutu szlacheckiego, znanego pedagoga i histo- 
ryka (1805—1868 r.) i Bmiilji z Piaseckich; ur. 1 stycznia 1840 r. 
Ukończył uniwersytet w Petersburgu ze stopniem kandydata. 
Był naczelnikiem m. Wilna po ucieczce Małachowskiego. 
Ujęty w domu rodziców na Zarzeczu, powieszony został w 
Wilnie na placu Łukiskim d. 23 grudnia 1863 r. w wieku lat 23. 
Na cmentarzu Bernardyńskim w Wilnie wzniesiony jest wspól- 
ny pomnik Aleksandra, Ignacego i Emilji Zdanowiczów. 

Zaznaczyć tu należy, iż na pomniku, jako dzień śmierci 
J. Z. wyryta jest data 23 igrudnia (zgodniie z tem, co mówi 
Gieysztor w pamiętnikach). Natomiast komunikat urzędowy 
(..Wilen. Wiestnik" — „Kurjer Wileński") z d. 24 grudnia 
1863 r. Nr 147), oraz niektóre opracowania (np. Kolumna 1. c. 
str. 177) podają datę 21 grudnia st. st. (czyli 2 stycznia n. st.). 
Sadzimy, iż należy przyjąć datę 23 grudnia. 



Do str. 80. 81, 



PRZYPISY DO ROZDZIAŁU VIII. 

Do str. 80. 

„Zawieziono mię do c y t a de 1 i". Cytadela w 
Wiliiie — kompleks budynków rządowych między miastem a 
Antokolem, w których znajdowała się komendantura z odwa- 
chem. W o-brębie cytadeli był dom t, zw. Nr 14, przeznaczony 
na więzienie stanu. 

P. o. komendanta m. Wilna był generał W i a t k i n Ale- 
ksander, syn Sergiusza, — który zajmował to stanowisko 
od 3 października 1853 r. Por. „Pamiatnaja Kniżka wil. gub." 
na 1865 g. 

„Zawieziono mię do ś w. Piotra" — do mu- 
rów klasztoru kanoników lateraneńskich przy kościele św. 
Piotra na Antokolu. 

Malewski — zapewne Władysław Malewski z Wyso- 
kiego Dworu — posądzony o udział w powstaniu, — nie miał 
dowodów przeciwko sobie zbyt ciężko świadczących, padł 
wszakże ofiarą własnego zdenerwowania i niepokoju o obrót 
sprawy. Oto, gdy policmajster, zwiedzając więzienie, żar- 
tem (całkiem bezpodstawnie) nastraszył M., iż wkrótce spotka 
go kara śmierci, M. tak się tą myślą o śmierci przejął, iż za- 
żądał sprowadzenia golibrody i brzytwą w pojedynczej ka- 
merze więzienia św. Piotra gardło sobie przeciął (r. 1863 
1 września). 

Szczegóły od synowca, p. Bronisława Malewskiego. 

Do str. 81. 

Bracia Józef i Aleksander Rewkowscy, 
szlachta, mieszkańcy m. Wilna, oskarżeni o współudział w za- 
machu na życie marszałka Domejki, na mocy wyroku sądu 
polowego, ponieśli karę śmierci przez powieszenie na Lukisz- 
kach w d. 5 sierpnia st. st. 1863 r. Wiadomość urzędową o 



__ 285 — Do str. 81, 82. 

tern podał „Wilen. Wiestnik" — „Kurjer Wileński" z d. 6 sierp- 
nia 1863 r. w N-rze 87. Przyborowski (1. c. t. III, str. 214 podaje 
bJędną datę). 

„P o z n. a ł e m... Kiimontowicza z part j i Nar- 
b u 1 1 a". W wypadkach r. 1863 brali udziajt trzej bracia KI., 
synowie Konstantego i Antoniny z Rossudowskich: Boleslaw% 
Antoni i Jan z maj. Lebiodki w pow. lidzkim. Gieysztor ma 
zapewne na myśli Antoniego KI., ex-poruczniika dragonów 
w wojsku rosyjskiem, który był w partji Narbutta, następnie 
aresztowany czas pewien przebywał w więzieniu w Wilnie, 
a następnie zesłany został do robót ciężkich, — w drodze 
wszakże umarł (Bolesław, o ile wiemy, więziony był w Li- 
dzie, Jan, aczkolwiek również był w partji N., całkiem wię- 
ziony nie był). Należy zaznaczyć, iż oprócz rodziny Klimonto- 
wiczów, jest jeszcze rodzina KlimeiUtowiczów (przez e w środ- 
ku). Z rękopisu pamiętnika trudno wyrozumieć, jak to nazwisko 
czytać należy. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Walentynie Moksiewiczów- 
nie i p. Wandalinowi Klimontowiczowi. 

Wyprawa do Świeczek. Tak nazywano party- 
zantkę, tragicznie zakończo-ną a przedwcześnie rozpoczętą w 
pow. wMejskim przez emisariusza z Królestwa Karola Nowa- 
kowskiego (znanego pod imieniem Olizara-Światołdycza). 
Zdołał on w oszmiańskiem przed terminem wyznaczonym na 
powstanie ogólne (15 kwietnia ?) podnieść ruch pewien i utwo- 
rzywszy drobny, bo z 22 ludzi złożony, oddziałeik, znany pod 
nazwą „partji Boksztańskiego", przerzucił się z pow. osz- 
miańskiego do wilejskiego, przez Obórek, Borezowce, Dusz- 
czyce, Gródek — dotarł do majętności Rajnolda Kurowskiego 
świeczki. Tu, w Świeczkach, partja cała została napadnięta 
przez wojsko i ludność wiejską i zostawiwszy na placu kilku 
poległych i wziętych do niewoli, rozproszyła się. Dwór w 
Świeczkach został doszczętnie zrujnowany. Olizar ledwie z 
życiem uszedł. (Por. Kowalewski Eugienijusz. „Wspomnienia 
z przeszłości", Wilno, nakł. „Dziennika Wileńskiego" 1907). 

Do str. 82. 

Mówiąc o pięciu podejrzanych o zamach na Do- 
mejkę, auto-r ma z pewnością na myśli wymienionych dwuch 
wyżej braci Rewkowskich, oraz Józefa Jabłońskiego i Ka- 
rola Sipowicza, którzy ponieśli karę śmierci na Lukiszkach 
7 sierpnia 1863 r. st. st. Por. „Wilensk. Wiestn." — „Kurjer 
Wileński" z d. 8 sierpnia 1863 r. Nr 88. Sprostować tu należy 
pewną niedokładność w pamiętnikach: piąty z p o d e j- 



Do str. 82, 83, 90, 93, 95, 97. — 286 — 

rżanych Bolesław Lomanowicz został ułaskawiony 
i otrzymał zamianę karę śmierci na dożywotnie roboty ciężkie 
w koT)a'ln.iach. Por, jak wyżej, oraz Mosołow 1. c. str. 51, 52. 

Do str. 83. 

H r eib n i c k i Adam, syn Justyna, marszałka pow, le- 
pelskiego (gub. witebska) i Tekli Górskiej; ur, w r. 1835, po- 
średnik do spraw włościańskich pow. dziśnieńskiego, właści- 
ciel licznych dóbr w gub. wileńskiej i witebskiej, poślubił w 
r, 1874 Katarzynę Szczyttównę. Żyje dotąd i mieszka za gra- 
nicą. Ma dwu synów bezżennych (Justyna i Jana), obywateli 
gub. wileńskiej i witebskiej. 

Szczegóły od p. Euzebiusza Lopacińskiego. 

Do str. 90. 

Michał Jan Heidenreich („Kruk"), b. oficer 
sztabu generalnego rosyjskiego, dowódca powstania w lubel- 
skiem, głośny z bitwy pod Żyżynem. i klęski pod Fajsławicami. 

Do str. 93. 

„Ten zaś, któremu opatrzność dała umysł 
n i eipospol ity, był teoretykiem... zaślepio-> 
nym we własnyc h... projektach" — autor ma tu . 
na myśli oczywiście Wielopolskiego. 

Do str. 95. 

Suworow Aleksander, syn Arkadiusza, wnuk 
słynnego wodza generalissimusa Suworowa; ur. 1804 r., zm. 
1882, był wojennym generał-gubernatorem Petersburga od r. 
1861 do r. 1866. Przedtem był generał-gubernatorem gubernii 
nadbałtyckich i zyskał tu sympatię ludności mieiscowej, bę- 
dąc niechętny znoszeniu odrębności prowincionalnych. Znany 
był, iako przeciwnik systemu Murawiewa, w Petersburgu sta- 
rał się ulżyć niedoli zesłańców polskich, przez Petersburg 
przeieżdżaiących i wśród nich wszystkich iak nailepszą o so- 
bie zostawił pamięć. Por. „Russkij biograf, słowar". 

Do str. 97. 

Mienzielinsk, miasto pow. gub. ufimskiei, na le- 
wym brzegu rzeki Menzeli, przy uiściu do niei d^wu innych 
rzek, o 30 mil od Orenburga. (Encykl. Orgelbranda). 



287 — Do str. 100—103. 



Do str. 100. 

„Stanęliśmy w Czółnach" — t. zw. Czotny — 
Biereżnyje w. gub. ufimskiej, pow, mien^ielińskim, przystań nad 
rz. Kamą. 

Gubernja ufimska w okresie czasu od 1802 do 
1865 obejmowała dzisiejszą gubernję ufimską i orenburską. 
Z wymienionych miejscowości: B i e 1 e b b e j, m. pow. gub. 
ufimskiej, nad rz. Bielebeją w odległości 167 wiorst na połud.- 
zach. od Ufy; Wierchnieuralsk — widocznie miejsco- 
wość inna, niż znane miasto pow. gub. orenburskiej nad rz. 
Uralem; T r o i c k — m. pow., dzisiaj w gub. orenburskiej, nad 
rz. Ują; B i r s k — m. pow. gub. ufitnskiej, przy ujściu rz. So- 
lichy do Białej w odległości 103 wiorst na półn.-zach. od Uft; 
Czelabińsk — miasto pow. dzisiaj w gub. orenburskiej. 

Do str. 101. 

Ludwik h r. B r ó e 1-P 1 a t e r, syn Kazimierza i bar. 
Heiden, współdziedzic majątków Indryca-Izabelin, Pustynia 
(w pow. drysieńskim, gub. witebskiej) oraz kapitału, wypła- 
calnego przez rząd za starostwo daugieliskie (nadane niegdyś 
podkanclerzemu Kazimierzowi hr. Platerowi. Po ukończeniu 
studiów inżynieryjnych w Petersburgu, urzędował dwa trzy- 
lecia, jako marszałek szlachty w Dyneburgu. W r. 1863, za 
śmiałą odpowiedź, daną Murawjewowi, zesłany do Ufy, skąd, 
po kilkuletnim pobycie, powrócił i umarł (około r. 1880) u 
krewnych, osiadłych w Księstwie Poznańskiem. 

Szczegóły zawdzięczamy Eugienjuszowi hr. Bróel-Pla- 
terowi. 

Do str. 102. 

P.p. Siemaszkowie w Ufie. Jan Siemaszko i żona 
jego Walerja z Karpuszków, właściciele maj. Gierniki w gub. 
wileńskiej, które były najprzód pod sekwestrem, a później ulcr- 
gły sprzedaży przymusowej. Na wygnaniu znaleźli się za po- 
moc, której dostarczali biorącym udział w ruchu. Z Ufy p.p. 
Siemaszkowie emigrowali do Galicji i tam zmarli. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Marji z Siemaszków 
Obrębskiej. 

Do str. 103. 

23 września — dzień św, Tekli, dzień imienin 
pierwszej żony Jakóba Gieysztora. 



Do str. 104. — 288 — 

Do str. 104. 

Burhardt Michał, d-r, syn Józefa i Eugienji z Tu- 
takowskich, ur. 1838 r. Nauki szkolne odbywał w Kiejdanach, 
Wilkomierzu i w Wilnie, zdobył następnie świadectwo, nie- 
zbędne dla wstąpienia do uniwersytetu, w Dorpacie; studja le- 
karskie odbywał w Moskwie i ukończył je w r. 1855, w wa- 
runkach materialnych nader ciężkich. Był później lekarzem 
wojskowym w Telszach (ciesząc siię ogólnią wziętością i 
sympatją); w r. 1863 aresztowany tutaj „za sprzyjanie po- 
wstaniu", osadzony był w twierdzy dyneburskiej, a następnie 
zesłany do Ufy, z pozbawieniem prawa zajmowania się prak- 
tyką. Czas pewien zarabiał na życie, jako nauczyciel rysun- 
ków, później (już posiadając prawa lekarskie) był w Orenbur- 
gu i Sterlitamaku. Nabyty za oszczędności chutor „Litwinka" 
w Sterlitamaku był przez lat kilka małą oazą polską na dale- 
kiej obczyźnie dla wygnańców polskich, którzy się tam tulili. 
W r. 1878 zamieszkał w Wilnie, i tu w r. 1908 życie zakończył. 
Żonaty był z Antoniną Medekszanką. 

Szczegóły od p. Michałowej Burhardtowej. 

Bohuszewicz Tadeusz, ostatni z wyboru mar- 
szałek pow. lepelskiego. Rodzicami jego byli: Dominik, chorą- 
ży wojsk polskich i Marja z Worońców, łowczanka wojew. 
mińskiego (którzy zawarli związek małż. w styczniu r. 1825). 
Był właścicielem dóbr Wacławów (niegdyś Szerszniami zwa- 
nych, które ojciec jego Dominik, sam człowiek niebogaty, 
wziął w posagu po żonie). Zesłany w r. 1863 był T. B. na wy- 
gnanie do Ufy i Pskowa. Zmarł w Warszawie 13 listopada 
1893 roku. 

Dane posiadamy od p. Br. Spasowskiego ze Stefanowa, od 
p. Euz. Lopacińskiego i p. Winc. Mienickiego z Sielihor. 

Wojciechowski Kajetan — był przed powsta- 
niem prezydentem Izby Cywilnej w Mińsku. W r. 1863 nale- 
żał do organizacji, i wskutek pewnych podejrzeń nagle zesła- 
ny został do Ufy, gdzie przebywał czas dłuższy. W latach 
siedemdziesiątych wieku zeszłego wrócił do kraju i mieszkał 
w majątku swej żony (Pawlikowskiej z domu) Biesiadach w 
powiecie mińskim. Zmarł w Warszawie (dokąd się był udał 
dla kuracji) — w początkach ósmego dziesiątka wieku ubiegłe- 
go. Ogólnie był znany, jako człowiek wielkiej zacności. 

"Wiadomość zawdzięczamy p. Zofji Kowalewskiej, wydaw- 
czyni wielokrotnie cytowanych pamiętników p. t. „Ze wspo- 
mnień wygnańca". 

Bisping Aleksander — pierwszy ordynat na Mas- 
salanach w (gub. grodzieńskiej, syn Kamilla i Leontyny z Woł- 
łowiczów. 



— 289 — Do str. 106. 

Do str. 106. 

Konoplański Franciszek, „wojewoda" wileński, 
ur. 1814 r. w maj. Komorowo (gub. wileńskiej, pow. dziśnień- 
skim), syn Jakóba i Józefy z Orzeszkowskich. Lata dziecinne 
spędzał w majątku Komorowie, następnie kształcił się w Po- 
łocku (w korpusie kadetów), po ukończeniu zaś tego zakładu 
poświęcił się służbie wojskowej, lecz po kilku latach wyszedł 
do dymisji i pracował na roli aż do r, 1859. W roku tym wy- 
brany został na ostatnich sejmikach w Wilnie na asesora (rad- 
cę) Izby cywilnej i na tem stanowisku pozostawał aż do ro- 
ku 1863. W organizacji powstańczej po usunięciu się Mikołaja 
Giedrojcia został „wojewodą" wileńskim. Na skutek podejrzeń, 
został przez Murawjewa ze stanowiiska asesora usunięty i ze- 
słany administracyjnie do Ufy. Bawił tu wszakże krótko, i 
przeniesiony został napowrót do Wilna, do murów Domini- 
kańskich, gdzie wdrożono przeciwko niemu nowe śledztwo. 
Tu miał być zrazu skazany na stracenie, ostatecznie jednak 
wyrok zamieniono mu na zesłanie do robót ciężkich. Atoli Ko- 
noplański nie doszedł do miejsca przeznaczenia. W drodze do- 
stał zapalenia płuc i życie zakończył w szpitalu miejskim w 
Ochańsku (18 marca 1864 roku). Majątek ziemiski uległ konfi- 
skacie, żona z trojgiem małoletnich dzieci (syn i dwie córki) 
zostały bez środków do życia. 

Wiadomość zawdziięczamy p. Izabellii Konopiańskiej. 



,B. P," Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 19 



Dostr. 110, Ul, 116. 



PRZYPISY DO ROZDZIAŁU IX. 

Do str. 110. 

Świętorzcicki Fortunat, syn Stanisława i Justy- 
ny ze Świętorzeckich, rodzony starszy brat Michała Święto- 
Tzeckiego z Malinowszczyz-ny, przyjaciel Ohryzki i innych 
owoczesnych wybitnych Polaków w Petersburgu. Żyje obec- 
nie, licząc 83 lata wieku. 

Szczegóły od p. Józefy Obiezierskiej. 

Do str. 111. 

Zawieziono mnie do „d w o r c a". — Dworzec, 
pałac niegdyś przez biskupa Massalskiego wzniesiony, rezy- 
dencja gienerał-gubernatorów wileńskich. 

L e b i e d i Cl w Piotr, syn Siemiona (b. redaktor cza- 
sopisma „Russkij Inwalid"), pułkownik, miał powierzony so- 
bie główny nadzór nad więzieniami. Por. Mosołow, 1. c, str. 77. 

Do str. 116. 

„W yparłem się znajomość i... D o r m a n o w- 
skiego". O Mieczysławie Dormanowskim, czy też Derma- 
nowskim na podstawie pamiętników A. N. Mosołowa (1. c, 
str. 120) i wiadomości urzędowej w „Wilen. Wiestniku" — 
„Kurjerze Wileńskim" (z d. 24 grudnia r. 1863, Nr 147) tyle tyl- 
ko możemy powiedzieć, iż był on rodem z Poznania, przybył 
do Wilna z Warszawy i został aresztowany jeszcze w sierpniu 
r. 1863. Stawiony przed sądem pod zarzutem udziału w orga- 
nizowaniu ruchu w gub. wileńskiej z ramienia rządu warszaw- 
skiego, jako tegoż komisarz, — poniósł karę śmierci w Wil- 
nie na Lukiszkach 21 grudnia 1863 r., st. st. Taką datę podaje 
komunikat urzędowy, zdaje się wszakże, iż jest ona błędna i że 
przyjąć należy datę 23 grudnia, zgodnie z tem, co mówi Giey- 
sztor (por. przyp. do str. 77. „Z d a n o w i c z"). 



— 291 — Do str. 117, 119, 121. 

Dostr. 117. 

Szełgunow, Paweł, syn Nikanora, pułkow- 
nik pułku preobrażeńskiego, później generał-major. W r. 1864 
został gubernatorem mińskim, po ustąpieniu zacnego Andrzeja, 
syna Leona, Kożewnikowa, który odznaczał się usposobieniem 
łagodnem i był przez M^urawjewa nidubiony. Szełgunow na- 
tomiast posiadał względy gen.-gubernatora wileńskiego, cho- 
ciaż w gruncie rzeczy charakterem swoim znacznie się od 
niego różnił. Był starym kawal&rem, wrażliwym na wdzięki 
niewieście, — głośny zwłaszcza był w swoim czasie stosunek 
jego ze znaną w Mińsku generałową Połtoracką. W r. 1868 
Szełgunow otrzymał dymisję i zamieszkał W' dobrach Bohu- 
szewicze (w ihumeńskiem), sko-nfiskowanej własności niegdyś 
Bolesława Świętorzeckiego. Tu podobno oddał się gorliwym 
praktykom religijnym oraz uczył dziatwę miejscową śpieiwów 
cerkiewnych i historji kraju. Po r. 1890, sprzedawszy dobra 
niegdyś otrzymane, przeniósł się do stohcy, gdzie wkrótce 
zmarł schorowany. 

Szczegóły od p. Aleks. Jelskiego^ za pośrednictwem p. Ja- 
na Weyssenhoffa. 

Do str. 119. 

„...p oszła kartka dop. Ogińskie j..." Nie wie- 
my, o jakiej p. O. autor tutaj mówi — Kunegunda z hr. Pla- 
terów, księżna Gabrijelowa Ogińska, zmarła wi Wilnie (1865 r.), 
a zaślubiona ks. Q. O. w r. 1805, wiele współczucia miała 
dla więźniów, lecz wiek jej ni© zgadza się z tem-, co autor mó- 
wi o niej niżej (por. pamiętniki niniejsze, t. II, str. 128: „bar- 
dzo młoda pani Ogińska"). Może to żona wymienionego w t. II, 
na str. 216, Mikołaja Ogińskiego? 

Do str. 121. 

„W yprawa Demontowicza" — głośna w swoim 
czasie wyprawa morska, zorganizowana przez ajenta rządu 
powstańczego w Anglji Cwierczakiewicza i ajenta litewskie- 
go Demontowicza pod wodzą pułkownika Łapińskiego, Wyru- 
szyła d. 25 marca z Londynu, a miała na celu wylądować na 
brzegach żmudzkich w okolicy Połągi, by dowieźć broń na 
Litwę, a zwłaszcza na Żmudź. Celu wszakże nie dopięła, (po- 
mimo przychylności ze strony Szwedów), gdyż rząd rosyjski, 
w porę powiadomiony, nakazał pilne strzeżenie zarówno sa- 
mego statku, na którym ekspedycja żeglowała, jak i wybrze- 
ży. Po paru nieudanych próbach wylądowania, które kilka- 
naście ofiar w ludziach pochłonęły — Łapiński powrócił do 



Do^str. 121, 123. -^ 292 — 

Londynu. O przygodach tych, przypominających poetyczne 
awantury Orlandowe, znajdzie czytelnik obszerniejsze wska- 
zówikii u Przyborowsikiego, (1. c. t. III, str. 66 i ss.). Z pa- 
miętników pułkownika P. Łapińskiego „Powstańcy na morzu 
w wyprawie na Litwie" (Lwów 1878). Wreszcie „Głos na- 
rodu" z d. 23 stycznia 1913 r., Nr 18. 

Z i e n k o w i c z Feliks, syn Pawła (niegdyś ucznia gi- 
mnazjum Swisłockiego, który podczas procesów filomackich 
zesłany był do batalionów poprawczych w Orenburgu) i Marji 
z Ponikwickich, ur. w r. 1843 w pow. brzeskim w Mokranach. 
Nauki pobierał w Prużanie i w Białymstoku, poczem wstąpR 
na wydział przyrodniczy uniwersytetu petersburskiego. W ro- 
ku 1860 czy 1861 opuścił uniwersytet petersburski i udał się 
do Paryża, gdzie rozpoczął studja lekarskie. Brał udział w 
wyprawie morskiej Lapińskiego-Demontowiiczai (o czem zo- 
stawił nawet pamiętnik, przechowywany w rodzinie). Po 
przyjeździe ,do kraju czynny był w organizacji powstańczej, 
jak się okazuje z pamiętników Gieysztora, czas pewien był na- 
wet sekretarzem Wydziału. Aresztowany był w sierpniu 
r. 1863, poczem (w grudniu t. t.) skazany został na 12 lat ro- 
bót ciężkich i (naturalnie) pozbawienie majątku. Katorgę od- 
bywał w Usolu, gdzie przebył lat cztery, poczem otrzymał 
pozwolenie na przemieszkiwanie w Irkucku. Na Syberji prze- 
był ogółem lat 19 (do 1882), następnie powrócił do Rosji euro- 
pejskiej, mieszkając zrazu w Nowogrodzie, następnie (po otrzy- 
maniu pozwolenia na powrót do kraju) w gub. grodzieńskiej 
(w pow. brzeskim), w gub. lubelskiej — wreszcie od r. 1902 — 
W' Warszawie. Tu był urzędnikiem w T-wie rektyfikacji i 
sprzedaży spirytusu i 7 kwietnia (25 marca) 1910 r. życie za- 
kończył. Pochowany na Powązkach. Żonaty był z rodzoną 
siostrzenicą swoją córką Tytusa Pusłowskiego (sądzonego na 
osiedlenie do Ufy) i Pauliny Zienkowiczówny. 

Informacje zawdzięczamy p. Feliksowej Zienkowiczowej. 

Kułakowski Sarmata (vel Sarmat), syn Domini- 
ka i Róży z Iwanowskich, z zawodu architekt. Aresztowany 
był w Wilnie i zesłany do Omska. Po powrocie do kraju za- 
mieszkał w Wilnie. Zmarł w Warszawie w r. 1897, gdzie ba- 
wił chwilowo. Był nieżonaty, — rodzonym jego bratem był 
kilkakrotnie w pamiętnikach wymieniony Romuald K. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Teresie Zakrzewskiej, 

Do str. 123. 

Mickiewicz J u 1 j a n, lekarz wolnopraktykujący — 
poniósł karę śmierci w Kownie 5 listopada 1864 r., z wyroku 



— 293 — Do str. 123, 125. 

sądu wojennego, wskutek tego, iż, jak głosi komunikat urzę- 
,dowy, „zajmował wyższe stanowisko w kowieńskiej organi- 
. zacji rewolucyjnej, w charakterze komisarza kowieńskiego, 
czynnie zarządzał powstaniem w gub. kowieńskiej, i, utrzy- 
.mując bezpośrednie stosunki z t. zw. Wydziałem rewolucyj- 
nym na Litwie, przedsiębrał energiczne środki w celu rozpo- 
] wszechnienia spisku i propagandy rewolucyjnej". „Wilen. 
' Wiestn." z 10 listopada 1864 r., Nr 129. 

Od p. Władysława Kondratowicza, który, jako młody 
chłopiec, był świadkiem zaaresztowania Tytusa 
-Dalewskiego w mieszkaniu matki, p. Kondratowiczowej, 
na Skopówce w d. 8 grudnia 1863 ir., — posiadamy wersję nie- 
co odmienną w paru. szczegółach: o zmienionym charakterze 
Kuszelewskiego w pół godziny po jego wyjściu przyszedł 
ostrzec p. Kondratowiczową pewien rudy Żyd (?), który 
często widywał się u p. K — wej z Dalewskim; dowiedziawszy 
się o tem p. K — owa i mieszkająca u niej p. Tekla Zenowi- 
czówna, chciały T. D — go uprzedzić, lecz ani w mieszkaniu je- 
go (przy ul. Rudnickiej), ani chodząc przez czas długi po mieś- 
cie znaleiźć go nie mogły; za przybyciem p. K — wej o istotne 
nazwisko T. D — go (rzekomo Parfianowicza) wcale jej nie py- 
tano, wyjawić też gO' nie mogła. 

Co do p. Kondratowiczowej (Pauliny z Mitraszew- 
skich), — żony poety, — to została ona niezwłocznie osadzona 
w więzieniu, i była więziona (u Misjonarzy, w szpitalu w wię- 
zieniu etapowem, t. zw. „pieresylnej turmie") w ciągu lat kilku 
i>ez konfirmacji wyroku wraz z kilkunastu innymi — wskutek 
-zaginienia aktów sądowych. Uwolniona została; dzięki wsta- 
wiennictwu Michałowej hr, Tyszkiewiczowej, w r. 1868, 
•Zmarła w r, 1886. 

Szczegóły od p. Wład. Kondratowicza. 

P a r f i a n o w i c z Witold (kilkakrotnie wyżej wspo- 
mniany) wobec dawnego znajomego swojego p. Marcinow- 
skiego W' Tomsku, miał mówić, iż to on wydał ukrywającego 
się za jego paszportem T. D — go. Parfianowicz w Tomsku 
zmienii wyznanie i zajmował z czasem różne stanowiska 
służbowe na Syberji. 

Wiadomość zawdzięczamy p, Mikołajowi Marcinow- 
skiemu. 

Do str. 125. 

Termin rozpoczęcia ruchu wMohylew- 
szczyźnie wyznaczony był na dzień 23 kwietnia r, 1863. 



i 



Do str. 125. — 294 — 

•Topór-Zwierzdowski miał zebrać partię z pośród młodzieży, 
kształcącej się w instytucie Hory-Horeckim i zająć Hory-Hor- 
ki, Poźniak zorganizować miał partję pod Mohylewem, wresz- 
cie Kosa-Źukowski (ex-oficer artylerii), zgromadziwszy od- 
dział po,d Krzyczewem, miał opanować znajdującą się tutaj ar- 
tylerię, poczem wszystkie oddziały powinny były połączyć 
się pod wodzą Topora. Wspominiany tutaj Tadeusz Czu- 
d o w s k i, czynny w organizacji mohylewskiej, znajdował się 
właśnie w partji Kosy. Partja ta atoli (gromadząca się w ma- 
jątku p. Brodowskiego) zamiast zapowiedzianych 600 uczestni- ■ 
ków liczyła zaledwie 60, i wobec rozgłosu, jakiego nabył pro- 
jekt napadu na arsenał Krzyczewski i przybycia tutaj znacznej 
liczby żołnierzy, — musiała odstąpić pierwotnego zamiaru i 
nie napadając na Krzyczew, podążyła ido Topora. Po drodze, 
skutkiem fałszywego alarmu i wieści o śmierci Kosy-Żukow- 
skieigo, w znacznej części uległa rozproszeniu, tak, iż Kosa 
. tylko część drobną oddziału doprowadził do Topora. Czudow- 
ski należał do tych czterech (Czudowski, Bartoszewicz, Mar- 
cinowski, Połoński), którzy się od partji odbili. Po drodze na- 
potkał (wraz z Bartoszewiczem) oddział zbrojny, stawił opór 
i został zabity (koniec kwietnia r. 1863). 

Wiadomość tę zawdzięczamy p. Mikołajowi Marcinow- 
skiemu, uczestnikowi partji Kosy. 

O śmierci T a d. C z u d o w s k i e g o otrzymaliśmy od 
p. Jana Weyssenhoffa i p. Zygmunta Brodowskiego wiado- 
mość dodatkową, którą, ze względu na blizkie stosunki, łączą- 
ce T. Cz — go z Gieysztorem, tu przytaczamy: „Czudowski za- 
bity został na gruntach wsi Leciahy-Rudnia wśród okolicz- 
ności następujących: Czudowski wraz z Bartoszewiczem zdą- 
żali do partji boreckiej i po drodze chcieli przebyć rzekę Pro- 
nię przez most koło Leciah. Most ten atoli był spalony. W po- 
szukiwaniu innej przeprawy na rozstaju napotkali oddział żoł- 
nierzy pod wodzą znajomego oficera, oraz ciągnących wraz 
z nim włościan. Oficer pozwolił już Czudowskiemu i jego to- 
warzyszowi jechać wolno, gdy wtem; żołnierze, rewidujący 
brykę z własnej inicjatywy, znaleźli tam^ broń i patrony. Wów- 
czas rzucili się wraz z włościanami (bez rozkazu oficera) 
na obu. Czudowski długo bronił się, został raniony śmiertelnie 
i skonał, Bartoszewicz zaś po kilku uderzeniach upadł, nie 
zabity, lecz tylko ogłuszony i przyszedł wkrótce do siebie. 
Szczegóły opowiadał później Bartoszewicz. Taki był epilog 
partyzantki „Kosy". 



— 295 — Do str. 127, 128. 

Do str. 127. 

W procesie Konarskiego odegrał rolę i przyczynił się ze- 
znaniami swojemi do obciążenia winy wielu zamieszanych — 
Antoni Orzeszko, który skazany był wówczas na wy- 
gnanie do Tomska. 

Do str. 128. 

Ulanowski Władysła w, lekarz nie dyplomowany 
z uniwersytetu dorpackiego. Po r. 1863 zesłany do Kunguru 
(gub. permskiej). Na skutek udziału w powstaniu stracił maj. 
Bołowsk (?) pow. rzeżyckiego. Po powrocie osiadł w 
Galicji (?). 

Dane od p. Bronisława Spasowskiego ze Stefanowa 
(Lepel). 



Do str. 131, 132, 134, 135. 



PRZYPISY DO ROZDZIAŁU X. 

Do str. 131. 

„Tu z okien u-i d z i a ł eim,... Czekanowskie- 
g o, żołnierza, było to w wigilję Trzech Król i". Błąd 
w nazwisku i w dacie: według wiadomości urzędowej („Wi- 
lenskij Wiestnik" Nr 4 z r. 1864) nazywał się ów żołnierz „Ja- 
kób Czecha", vel „Ciechanowicz", data zaś śmierci jego — 
d. 13 stycznia 1864 r. 

Do str. 132. 

„Był to młody człowiek z petersburskiego uni- 
wersytetu" — według wiadomości, udzielonej nam przez 
p. Mikołaja Marcinowskiego — Parfianowicz Witol d — 
był studentem uniwersytetu w Kijowie (por. t. I, str. 384). 

Do str. 134. 

„W yrzykowska Maryni a", córka wymienionej 
wyżej Aleksandry Wyrzykowskiej, w owych czasach kształ- 
ciła się na pensji p. Weryżyny, następnie u p. Pietkiewiczowej. 
Wyszła zamąż za Jerzego Fossa, Niemca, — mieszka obecnie 
w Petersburgu. 

Szczegóły od p. Marji Kojałłowiczowej. 

Do str. 135. 

„Pan Kupfer ma do pana intere s"... — czy 
nie Teodor, syn Juljana von Erzdorf - Kupfer, radca stanu, 
urzędnik do szczególnych poruczeń przy generał-gubernato- 
rze (był na tem stanowisku od 6 maja 1862 r.). Por. „Pamiat- 
naja Kniżka Wil&n. gub." na r. 1865. 



_ 297 — Do str. 136, 138—141. 

Do str. 136. 

„Lekarz A s t m u s", — albo raczej A s m u s Karol, 
syn Marcina, w r. 1864 (od 24 kwietnia) byl starszym ordy- 
natorem czasowego szpitala wojskowego. Por. „Pamiatn. 
Kniź.", jak wyżej. 

Do str. 138. 

„Jadących nas... spotkali... Konst. S k i r- 
m u n t..." Konstanty Skirmunt rodzony brat wzmiankowanych 
w pamiiętnikach Kazimierza i Aleksandra, żonaty z Oabrjelą 
Umiastowską, — stale mieszkał w Szemetowszczyźnie w pow. 
święciańskim. W r. 1864, zdaje się, przez czas krótki więziony 
w Wilnie, znany byl później z gorliwej pracy na roli i w prze- 
myśle (garbarnia, gorzelnia) oraz z założenia w Szemetow- 
szczyźnie kasy pożyczkowo-oszczędnościowej dla włościan i 
drobnych posiadaczy. Zmarł po r. 1880. Życiorys osobny dru- 
kowany był w „Kłosach". 

Szczegóły od p. Konstancji Skirmuntówny. 

Do str. 139. 

Mury klasztoru F r a n c i s z k a n ó w: w Wilnie (przy ul. 
Trockiej) służyły za więzienie wr. 1863. 

Do str. 140. 

Z zestawienia dat wynika, iż do szp-itala przybył Gieysztor 
11 marca 1864 r. st. st. 

Do str. 141. 

Ks. Wacław Hundius, syn Stanisława, magistra 
filozofji, nauczyciela szkoły powiatowej, i Aspazji z Odrowąż- 
Kamińskich, ur. 1828, wyświęcony na księdza w: r. 1851 w 
tymże roku został wikariuszem kościoła św. Jana w Wilnie; 
od r. 1854 był wice-proboszczem tegoż kościoła (którego pro- 
boszczem był ks. prałat Aleksander Wróblewski) i na tern sta- 
nowisku pozostawał do r. 1862, w którym jest podany, jako 
mansjonarjusz w Michaliszkach (pow. wileńskiego). W r. 1863 
brał udział w wypadkach ówczesnych, — jaki, nie wiemy; 
wspomina Gieysztor nieco później, iż komisarzem powiato- 
wym kowieńskim został (z nominacji Dzierzkowskiego) Hun- 
dius. Nie umiemy rozstrzygnąć, czy się tu mówi o ks. Hun- 
diusie, czy też o kim innym. Pod r. 1863 miejsce pobytu ks. 
Hundiusa w rubryceli d^jecezjalnej wskazane nie jest. W ro- 



Do str. 141. — 298 — 

ku 1864 zesłany został na Syberję. Atoli w Permie musiał 
przebyć czas dłuższy z powodu choroby. Pod datą 23 — 28 
kwietnia 1865 r. w wyczerpującym liście ,do matki uskarża się 
na nader ciężkie warunki pobytu, i opisuje wzruszające szcze- 
góły swego życia i swe cierpienia fizyczne: tyfus, wrzody, 
wreszcie zupełne wyczerpanie. Tu też w Permie życie zakoń- 
czył. W Wilnie powszechnie był lubiany i szanowany. Bliższe 
stosunki łączyły go z Wład. Syrokomla, który, ofiarowując 
mu „Dęboroga", pisał do niego te słowa: 

„Mój bracie wedle serca, mój ojcze w Chrystusie, 

Szlę ci obraz kapłana, zacny Hundiusie. 

Jako stary bernardyn był swej wiosce wzorem, 

Ty dla naszego Wilna bądź definitorem. 

Gdy w nasz^e twarde głowy biją dogmatyści, 

Twój głos niech nasze serca od grzechu oczyści. 

Świętojańską po Skardze objąwszy ambonę, 

Ty jeden możesz działać na serca skruszone. 

Płacz, sróż się, jako Chrystus płacze lub się sroży, 

Litwini w twoich słowach odgadną głos Boży". 

Wiersz ten jest umieszczony w zbiorowem wydaniu pism 
Syrokomli (t. VI, str. 324), lecz nosi tytuł: „Do ks. J ul j a n a 
Hundiusa". O rezultatach rewizji u ks. Hundiusa — por. Komu- 
nikat Nr 234 w wyd. „Sbornik dokumientow muzieja grafa M. 
N. Murawjewa" t. I (A. Bieleckij). 

Szczegóły od p. Antoniego Hundiusa, oraz (na podstawie 
rubrycel) podane nam zostały przez ks. prał. Jana Kurczew- 
skiego. 

Węcławowicz Onufry, ur. około r. 1833 w maj. 
Burbiszki, syn Onufrego i Filipiny z Horwattów. Kształcił się 
najprzód w domu, następnie na uniwersyteicie w Dorpacie. Po 
ukończeniu studjów zamieszkał w wydzielonym mu przez ojca 
majątku Samsony w gub. mohylewskiej i poidczas wypadków 
r. 1863 czynną rolę odegrywał w organizacji (nie jest wszakże 
w pamiętnikach Gieysztora wśród osób, kierujących organi- 
zacją wymieniony). W Mohylewie r. 1863 aresztowany, za 
sprawą gubernatora miejscowego, był przedmiotem szczególnie 
surowej indagacji, przewieziony wreszcie został do Wilna i 
skazany na karę śmierci. Dzięki staraniom swej siostry 
(p. Władysławów ej Pomarnackiej) w Petersburgu przez b. 
gen.-gub. wileńsk. Nazimowa i ministra Adlerberga został uła- 
skawiony, i, pomimo kalectwa (chodził o kulach), skazany na 
12 lat robót ciężkich. Wysłany z Wilna został dopiero w zimie 
r. 1864/5. Dzięki przychylności gen.-gubernatora petersbur- 
skiego, księcia Suworowa, który widział niemożebność wysy- 



— 299 — Do str. 141, 142, 147, 148. 

łania kaleki do robót ciężkich, przez czas dłuższy zatrzymany 
został — będąc niemal na wolnej stopie — w Peitersburgu. Na 
Sybirze był w miiejscoiwościach różnych, m^iędlzy iwnemiii w 
Tobolsku, Krasnojarsku i Barnaule. Powrócił do kraju około 
r. 1874. Zmarł w Petersburgu r. 1883, pochowany w Oniksz- 
tach. O Onufrym Węcławowiiczu wspomina w swych pamiętni- 
kach hr. Murawjew, widząc w przychylności d'la niego Suwo- 
rowa żywy dowód „intrygi" polskiej w Petersburgu. Obszer- 
niejszą jego charakterystykę podaje Pantielejeiw w książce „Iz 
wospominanij proszłago" (ks. II, Petersburg, 1908, str. 114 i 
nast.). 

Niektóre szczegóły zawdzięczamy p.p. Edwardostwu Mi- 
kuliczom. 

Żyliński Konstanty, rodzony brat wymieniionego 
wyżej w pamiętnikach, marszałka Ludwika. 

Do str. 142. 

S t a k mi a n, Fryderyk syn Chrystjana, — doktór medy- 
cyny, był starszym ordynatorem czasowego wojskowego 
szpitala w Wilnie (na tem stanowisku od 12 lutego 1864 r.). 
Por. „Pamiatnaja Kniżka Wilen, gub." na r. 1865. 

Do str. 147. 

P a n i u t i n Stefan, syn Teodora — rozpoczął karjerę 
swoją służbową w Warszawiei, przy ks. Paskiewiczu, jako 
urzędnik do szczególnych poleceń, służbę w Warszawie opu- 
ścił w r. 1861, po zapoczątkowaniu ery rządów Wielopolskie- 
go. Gubernatorem wileńskim mianowany został w r. 1863 (po 
Hallerze), na życzenie gen.-gubernatora Murawjewa, i funkcje 
te pełnił aż do r. 1868, zyskawszy tu sobie opinję „jednego 
z wybitnych działaczy w walce z polonizmem", zwłasz- 
cza w zakresie otwierania nowych cerkwi prawosławnych, 
urządzania obchodów cerkiewnych i nauki jęz. rosyjskiego w 
szkołach ludowych. Opuścił swe stanowisko przy gen.-guber- 
natorze Potapowie, zaś później, podczas ostatniej wojny turec- 
kiej, zarządzał oddziałem Ros. Cerwonego Krzyża najprzód w 
Czarnogórzu, a następnie na placu boju. Zmarł w Petersburgu 
4 października 1885 r. w randze radcy tajnego, jako sekretarz 
stanu. „Wil&nskij Kalendar" na r. 1886. 

Do str. 148. 

Losiew Aleksander, syn Michała, r. 1819, zm. 1885, 
pochodź, z gub. orłowskiej, zm. w Wilnie. Naczelnik żandar- 



Do str. 148. — 300 — 

merji w gub. wileńskiej, pozpoczął karjerę służbową w wojsku 
r. 1S36. Po wojnie krymskiej (w której bral udział) wszedł do 
korpusu żandarmerji, — zrazu w; Witebsku, później w Wilnie, 
gdzie kolejno od podpułkownika doszedł do rangi gen.-porucz- 
nika, z którą wyszedł w r. 1884 do dymisji. 

„Wilenskij Kalendar" na r. 1886. 

Łapicki Hektor, brat wymiemonych w pamiętnikach 
Juljana i Michała (ob.). Z działów rodzinnych otrzymał mają- 
tek Ptycz (w pow. mińskim), zaś po żonie (Jakubowskiej z do^ 
mu) majątek Rudę. Młody, zamożny, z wykształceniem uni- 
wersyteckiem obywatel, w dobie przedpowstaniowej znany 
był powszechnie na gruncie mińskim, gdyż do Mińska często 
przyjeżdżał. Cechowała go próżność i ambicja. W r. 1863 
wszedł do organizacji, a gdy Kornel Peliksza, wojewoda miń- 
ski, uszedł za granicę (październik 1863 r.), .począł się H. L. 
ubiegać o to odpowiedzialne i niebezpieczne stanowisko i objął 
je istotnie, lecz na krótko, niebawem bowiem został areszto- 
wany. Po osadzeniu w klasztorze Bernardynów w Mińsku, był 
H. Ł, poddany badaniu Komisji śledczej pułkownika żandąrm- 
skiego Losiewa (ob.), który zasłynął ze swej umiejętności wy- 
dobywania zeznań. Będąc doskonałym psychologiem, Losiew 
umiał zagrać na próżności H. L.: schylał przed nim czoło, jak 
przed wielkim mężem stanu, kazał żołnierzom oddawać ho- 
nory „wojewodzie" i prezentować przed nim broń, przyjmo- 
wał go herbatą i cygarami, traktował nie jak więźnia, lecz mi- 
łego gościa. W rezultacie H. Łapicki poczynił zeznania, kom- 
promitujące wiele bardzo osób, zwłaszcza należących do or- 
ganizacji mińskiej, a zesłanych później do katorgi lub na osie- 
dlenie. Zrazu nie domyślano się przyczyny licznych aresztów, 
lecz później ze zgrozą powtarzano nazwisko Łapickiego, Sam 
on, po konfiskacie maj. Ptycz, zesłany został w głąb państwa, 
W lat kilka wszakże powrócił na Litwę, ukazując się w pow. 
borysowskim. Pomimo, iż niektóre domy ziemiańskie przyj- 
mowały go u siebie, przebaczając krzywdę, wyrządzoną 
członkom wielu rodzin w kraju, — ogół zawsze z pewną nie- 
chęcią nań patrzał. Zmarł H. Ł. przed kilkunastu laty. 

Szczegóły listownie otrzymaliśmy od p. Zofji Kowalew- 
skiej (która o braciach Łapickich wspomina również w „Obraz- 
kach mińskich" — str. 84). Wzmiankę o zeznaniach Łapickie- 
go podaje również Pantielejew w swoich „Wospominanjach 
proszłago". Skądinąd — od p. Al. Grabowskiego — mamy wia- 
domość, iż H. Ł. był na wygnaniu w Kostromie. 

Ś w i d a Jan, d-r, syn Florjana i Nimfy ze Świętorzec- 
kich (właścicieli majątków Hlewin, Hranicze i in.); ur. w Miń- 



— 301 — Do str. 148. 

sku-litewskim w r, 1835. Oimnazjum' ukończył (z- medalem zło- 
tym w Słucku (1854), poczem wstąpił na wydział lekarski w 
Woskwie (na ten właśnie ze względu na brak wakansów na 
innych). Po odbyciu studjówi uniwersyteckich wyjechał dla 
dalszego kształcenia się za granicę i był kolejno w Wiedniu, 
Pradze, Paryżu i wreszcie w Berliniei, gdzie go zastały wy- 
padki r. 1863. Wkrótce po powrocie do kraju wprowadzony 
został przez Bolesława Śwętorzeckiego do organizacji, zrazu 
powstrzymującej Litwę od przedwczesnego wybuchu, następ- 
nie stojącej na jego cze/le. Podczas powstaniia w r. 1863 i pocz. 
1864 był naczelnikiem pow. borysowskiego, wskutek czego, 
gdy zaczęły się masowe areszty, na mocy zeznań Łapickiego f 
Kaszyca wj Mińsku, w lutym r. 1864 został aresztowany w maj. 
Kraśna wraz z wielu innymi członkami organizacji mińskiej 
i osadzany w więzieniu mińskiem. Stąd dla braku dowodów 
winy miał być wysłany na osiedlenie, lecz po skasowaniu 
wyroku przez Murawjewa i ponownem rozpatrzeniu sprawy, 
skazany został na śmierć, a po ułaskawieniu na 12 lat robót 
ciężkich. Wskutek tego majątek J. $w. uległ konfiskacie i, po- 
dzielony na dwie połowy, oddany został p. Kołodiejewowi i 
Połtorackiemu. 3 sierpnia 1864 r. etapem poszedł d-r J. S. 
z Mińska do Wilna, a stamtąd koleją do Petersburga. W Pe- 
tersburgu, dzięki staraniom Spasowicza i przychylności miej- 
scowego generał-gubernatora (Suworowa) mógł (wraz z Bo- 
lesławem Swidą) pozostawać czas dłuższy, lecz nie skorzy- 
stał z tego, nie chcąc rozstawać się ze swoją partją. Podążył 
tedy wraz z nią dalej na wschód koleją przez Moskwę do 
Niżnego Nowogrodu, stamtąd na barży do Permu, etapem pie- 
szo do Tobolska i na furmankach do Tomska, z Tomska, zno- 
wu pieszo do Irkucka. Z Irkucka wraz z całą partją miał iść 
d-r J. Świda za Bajkał do Siwakowej, jednak wskutek starań 
p. Bonifaco-wej ze Świdów Krupskiej, został wysłany do Uso- 
la, gdzie było około 300 polskich sikazańców (między innemi 
i Jakób Gieysztor), zatrudnionych przy warzelniach soli. W ka- 
tordze był przeszło lat 3, poczem (r. 1868) przeszedł na osied- 
lenie i zamieszkał w Irkucku, zajmując się praktyką lekarską. 
Chociaż z początku lekarze skazańcy, jako pozbawieni praw, 
nie mieli prawa podpisywać recept, ale radzili sobie w te,n 
sposób, iż kupowali blankiety z podpisami lekarzy rosyjskich, 
a niie mających praktyki i środków (za setkę blankietów pła- 
cili po 6 — 10 rs.). Praktyka J. Św. wciąż wzrastała, tak, iż 
miał on tutaj z praktyki pod koniec pobytu w Irkucku przeszło 
10000 rocznie. Zupełną amnestję, nawet bez zwykłej aryngi 
„za iskluczenijem stolic i Zapadnago krają" otrzymał 7 sierpnia 



Do stF. 148. — 302 — 

1874 r., — ^wówczas powrócił do kraju i, ożeniwszy się (r. 1875), 
osiadł w Wilnie, Obecnie mii'eszka w Nowej Woli pod Wierz- 
bołowem (w gub. suwalskiej). 

Wiadomość powyższą zawdzięczamy samemu d-ro^wi 
Świdzie, 

„W. O r d a" — z pew.nością Witold' O r d a, jedyny 
syn Wiktora, marszałka pow. pińskiego, i Marceliny z Szyr- 
mów, urodził się wi maj. Biżerewicze, w pow. pińskim, w ro- 
ku 1828, zm. w r. 1895 w Nowoszycach w pow. kobryńskim. 
Czynnego udziału w powstaniu (według świadectwa rodziny) 
nie brał, dozwolił wszakże licznej dosyć partjd pod wodzą 
rządcy Boczkowskiego wyjść z Nowoszyc, w których chwi- 
lowo ukrywał się Romuald Traugut. Więziony był w Grodnie 
w ciągu ośmiu miesięcy. Ożeniony był dwukrotnie: najprzód 
z Walerją z Wojszwiłłów (zmarłą wkrótce po ślubie), potem 
z Wandą z Kieniewiczów z Dereszewicz. Pozostawił czworo 
żyjących dzieci (wszystkich diwan-aścioro): Stanisława, Karo- 
la, Wandę i Kaiarzynę. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Jadwidze Smolkównie. 

„H. O s k i e r k a" — z pewnością Henryk Oskierka, ur. 
w r. 1827, zm. 16 grudnia 1866 r. w Rudakowie w gub. miń- 
skiej, rodzony brat Aleksandra. Czynnego udziału w powsta- 
niu nie brał (Gieysztor nazywa go „powiatowym"), był jednak 
więziony przez czas pewien w Mińsku. 

Wiadomość zawdzięczamy p.p. Edwardostwu Mikuliczom. 

Wymieniem w pamiętnikach — H. Kieniewicz, W. 
Ord'a, H. Oskierka — wymownym są do w. o d e m 
luźnego związku, który istniał między Wydziałem li- 
tewskim a przedstawicielami organizacji prowncjonalnej. Pa- 
miiętniki nazywają ich „powiatowymi" naczelnikami ruchu, — 
tymczasem, według informacji, zaczerpniętych przez nas u 
najbliższej rodziny, nie brali oni w nim udziału czynnego, Hie- 
ronim Kieniewicz zaś, którego Gieysztor wymienił wśród 
osób naczelnych w organizacji (por. t. I, str. 252, 401, 407), we- 
dług świadectwa rodziny, nietylko nie brał żadnego udziału 
organizacyjnego w sprawie, ale był jej przeciwny. Widocznie 
Wydział poprzestał na zanominowaniu osób, tu wymienio- 
nych, lecz nominacja ta mdała znaczenie tylko teoretyczne. 

Świętorzecki Rodryg, syn Władysława i Kazi- 
miery ze Swidów, ur. w majątku Krzywiczach (pod Rako- 
wem, w gub. mińskiej) r. 1824. Kształcił się w gimnazjum 
mińskiem, następnie był na służbie cywilnej (z wyborów) w 
Komisji „budowniczej". Jako członek organizacji mińskiej w 
r. 1863, skazany został na 20 lat robót ciężkich. Odbywał je 



— 303 — Do str. 148. 

w Usolu (gub. irkuckiiei), gdzia miieszkat około lat ośmiu. Po 
manifeście, skracającym mu termin kary pierwotnej, był w roli 
osiedleńca w fabryce Tiulmeńskiej, a następnie pracował w 
zarządzie górniczym w Irkucku, Do kraju wrócił w r, 1880 
i zamieszkał u siostry p. Cezarowej Świdowej w Hraniczach 
(w pow. wilejskim). Zmarł w r. 1909. Pochowany na cmenta- 
rzu w Radoszkowiczach. 

Wiadomość zawdzięczamy p. Zofji Kowalewskiej. 

Świętorzeckl Apolinary, brat rodzony Rodry- 
ga, ur. 1834 r. w Krzywiczach. Kształcił się w instytucie szla- 
checkim^ w Mińsku. Następnie dwa lata był w akademii me- 
dycznej w Petersburgu, i tyleż w uniwersytecie w Moskwie. 
W r. 1863 znalazł się w partji Pawła Dybowskiego (Zaremby). 
Aresztowany później był na wygnaniu. Dzisiaj mieszka w maj. 
Hraniczach (w pow. wilejskim) u siostry p. Cezarowej $wi- 
dowej, której majątkiem zarządza. Szczegóły, dotyczące 
udziału Apol. Świętorzeckiego w powstaniu, oraz dzieje jego 
wygnania znaleźć można w cytowanych wielokrotnie pa- 
miętnikach jego, wydanych p. t. „Ze wspomnień wygnańca" 
przez p. Zofję Kowalewską. 

Obuchowicz Napoleon, syn Jana i Pauliny 
Oskierczanki, rodzonej siostry Bolesława Oskierki, o którym 
wspominają pamiętniki (ob.), ur. w r. 1840. Dzieciństwo spę- 
dził przy rodzicach w majątku ich Nowodwórce i Kruhowi- 
czach, koło Kiecka, następnie oddany był do gimnazjum słuc- 
kiego. Potem był na uniwersytecie w Moskwie, lecz na pierw- 
szą wiadomość o powstaniu pośpieszył do Kruhowicz, które 
przed jego przybyciem ledwo uniknęły katastrofy, gdyż omal 
że nie stały się miejscem potyczki niewielkiej partji Rogiń- 
skiego (już rozbitej pod Siemiatyczami) i zdążającego wślad 
za nim wojska rosyjskiego. Ponieważ dzierżawca i zacny są- 
siad ojca p. Napoi. Obuchowicza, ex-wojskowy Władysław 
Maszewski, otrzymał rozporządzenie od Rządu Narodowe- 
go utworzenia partji, przeto Napoleon Obuchowicz znalazł się 
w liczbie pięćdziesięciu kilku źle uzbrojonej młodzieży, która 
pod wodzą Maszewskiego podążyła, by się połączyć z partją 
Świętorzeckiego (a raczej Laskowskiego), operującej w la- 
sach Ihumeńskich. Po drodze Maszewski miał się spotkać 
z inną partyjką i otrzymać pieniądze oraz marszrutę, coby mu 
ułatwiło dojście do Świętorzeckiego, — nie spotkał się wszak- 
żei. „Bez żadnych tedy wskazówek — opowiada p. Obucho- 
wicz w łaskawie nadesłanym do redakcji „Biblj. pamiętni- 
ków" liści'e — poszliśmy d'alej i na trzeci dzień po wyjściu 
1 maja 1863 r. doścignęło nas wojsko (2 czy 3 roty i sotnia ko- 



Do str. 148. _ 304 — 

żaków). W tej chwili byliśmy otoczeni i zasypani gradem kul. 
Stałem tuż kolo Maszewskiego. Po kilku naszych wystrzałach, 
Maszewski padł ugodzony kulą w serce, padł też obo-k stoją- 
cy Milarewski, student uniwers. kijowskiego, padł szlachcic 
Osijewskii i kilku imnych. Ja otrzymałem kulę koło ramienia, 
która i dziś (gdzieś siedzi w mojem' ciele, chociaż mi nie dtoku- 
cza. I my kilku żołnierzy zabiliśmy, ale naturalnre nie prze- 
szkodziło to nas otoczyć, powiązać i popędziś do poblizkiej 
wioski. Działo się to wi ihumeńskimi powiecie, koło wsi Ozier- 
oe. Więźniów zaprowadzono, a o ile byli ranni, zawieziono do 
Słucka, o kilka mil odległego'. Trzeba oddać sprawiedliwość, 
iż 0'bejście się z nami było ludzkie; rannych wziął pod swoją 
opiekę lekarz z naszej partji, zacny Kiernożycki". W Słucku, po 
śledztwie, w czasie którego uczestnicy partji nikogo nie skom- 
promitowali, skazani oni zostali (jako niechcący się zgodzić na 
wytażenie skruchy z powodu udziału w powstaniu) wszyscy 
do ciężkich robót, w tej liczbie i Napoleon Obuchowicz na 
cztery lata katorgi. Po pięciomiesięcznymi pobycie w Słucku — 
w październiku r. 1863 Nap. Obuchowicz wraz z innymi prze- 
tranzlokowany został do Bobrujska (gdzie już znaleźli ucze- 
stników partji Horyhoreckiej), Na wiosnę r. 1864 przyszła 
konfirmacja wyro-ku od Murawjewa. Skazani na katorgę wy- 
prawieni zostali do Wilna, a stamtąd zwykłą drogą przez Niż- 
ny Nowogród, Perm, — etapem do Tiumenia, Tomska przez 
Krasnojarsk, Irkuck do Siwakowa (o wiorst kilka od Czyty). 
Był to początek r. 1865. W liczbie 'koło 200 skazańców N. Obu- 
chowicz odesłany został do t. zw. „zawodów" Nerczyńskich, 
gdzie został okuty w kajdany r tu rozpoczął katorgę (w t. zw. 
„Aleksandrowskim zawodzie"). Na wiosnę r. 1866 wrócony 
został znowuż pod Czytę i doczekał manifestu z r. 1867, który 
skracał termin katorgi. Z kilkunastu innymi znalazł się wresz- 
cie O. w lutym r. 1868 na o-siedleniu w Irkucku. Tu zaczęło 
się dla niego nowe życie. Zajmował się udzielaniem lekcji mu- 
zyki, zamieszkał z sąsiadem swoim Jerzym Mogilnickim, 
spotkał się z wujem Emilem Dybowskim (dotąd żyjącym), po- 
tajemne robił wycieczki do Usola, gdzie między innemi spo- 
tykał się z Jakóbem Gieysztorem. — „Zawsze czułem dla nie- 
go wiele sympatji i szacunku, — pisze do nas p. N. O. — mia- 
łem mu tylko za złe jego stosunek do Antoniego Jeleńskiego, 
którego sądził zbyt surowo" (wspominamy o tem zdaniu ze 
względu na to, iż i „pamiętniki" Gieysztora zawierają nie je- 
den sąd cierpki o Ant. Jel.). Na mocy manifes>tu wierzbołow- 
skiego w r. 1871 otrzymał powrócenie praw i po przebyciu 
t. zw. przez wygnańców, „kwarantanny europejskiej" w Wiat- 



— 305 — Do str. 148, 150, 151 

ce (gdzie znowu się spotkał z Jakóbem Gieysztorem, Bolesła- 
wem Oskierką, blrzkim przyjacielem swoim Karolem Stan- 
kiewiczem oraz poznał się z biskupemi Krasińskim) — powró- 
cił do umiłowanych swych Kruchowicz, w których dotychczas 
przebywa. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Napoleonowi Obuchowiczowi. 

Czekotowski Otton, syn Jana i Anny z Pstroc- 
kich, rodzony brat d-ra Piotra Cz. (najmłodszy z rodzeństwa). 
Ukończył gimnazjum, w Mińsku i mieszkał tamżei przy bracie 
d-rze Piotrze. Porwany wirem wypadków, dostał się do wię- 
zienia w Wilnie, był czas jakiś w szpitalu wojskowym na Po- 
hulance. Skutkiem starań osobistych siostry, Michaliny Cz., 
i ro,d'ziców, oraz ze względu na wiek młody, — uniknął ze- 
słania na Syberję i został internowany pod dozorem policyj- 
nym w Mohylewie. Zwolniony wreszcie z tego biernego stano- 
wiska, złamany i wykolejony życiem nienormalnem, tułał się 
przez długie lata bez pracy i celu, — przedwcześnie star- 
gawszy zdTowie i siły. Zmarł w Mińsku w lat parę po d-rze 
Piotrze Cz. (t. j. po r. 1882). 

Szczegóły zawdzięczamy p. d-roweij Kazimierze Cze- 
kotowskiej. 

Politowski Zygmunt — rodem z gub. kowień- 
skiej (?). W epoce wypadków z r. 1863 był nauczycielem ma- 
tematyki w pięcioklasowem progimnazjum w Mołodecznie. 
W r. 1863 był podobno komiisarzem pow. wilejskiego. Por. Eug. 
Kowalewski. „Wspomnienia z przeszłości". 

„Stary K 1 o 1 1" — zapewne Benedykt Klott z ,d'ziśnień- 
skiego, z maj. Ukle, ojciec pięciu synów, — był na wygnaniu 
w Woroneżu, — skąd wrócił na mocy manifestu. Zmarł w 
Uklach po r. 1870 w wieku lat przeszło 75. 

Szczegóły od p. Jana Klotta. 

Do str. 150. 

„Na dole mieszkała Kondratowiczów a..." 
istotną przyczyną tego, że los K. nie był rozstrzygnięty, było 
zagubienie aktów procesowych, o czem była mowa w przy- 
pisie do str. 123 (t. II.). 

Do str. 151. 

Ingielewiicz — zapewne mowa tu o Wincentym 
I n g i e 1 e w i c z u, synu Mateusza i) Antonelli z Syrwidów. 
Urodził się on 11 października 1816 r., nauki pobierał w szkole 
w Chwało jniach, którą ukończył w r. 1835. Następnie urzędował 

„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 20 



Do str. 151, 152, 154. — 306 — 

w sądzie powiatowym w Wiłkomierzu (od 1838 do 1849 r.). 
później byl sekretaTzem opieki szlacheckiej, wreszcie (od ro- 
ku 1855) prowadził kancelarię powiatowego marszałka szlach- 
ty i byl kuratorem szpitala. Czynny w organizacji powstańczej. 
d^TTiisję otrzymał w grudniu r. 1863 i zesłany był na Syberję. 
PozwiOlenie na powrót do kraju uzyskał dopiero w r. 1874. 
Zmarł w Bruzguliszkach 7 marca 1889 r., pochowany na cmen- 
tarzu w Laukiesie. Żonaty był z Ludwiką Dobrogórską. 

Szczegóły zawdzięczamy ks. Tadeuszowi Zawadzkiemu. 

Do str. 152. 

I b i a n y — okolica szlachecka w pow. kowieńskim, przez 
Ibiańskich głównie była zamieszkana, dziś zasiedlona przez 
raskplników, po doszczętnem jej spaleniu w r. 1863. Por. 
.„Słownik gieograficzny"; Mo-sołow, 1. c. str. 112. 

S u 1 i s t r o w s k i Józef Aleksander, ur. w 1834 
roku, syn Józefa Sul., marszałka pow. oszmiańskiego i Elżbie- 
ty Sorokówny,. dziedzic Jachimowszczyzny, która to majęt- 
ność uległa sprzedaży przymusowej. Kształcił się w gimna- 
zjum w Wilnie i Mitawie, studja uniwersyteckie odbywał w 
Petersburgu i Kijowie (na wydziałach: najprzód lekarskim, 
później hist.-literackim). W r. 1864 aresztowany, wysłany zo- 
stał do Czembaru (w gub. penzeńskiej), później do Niżnego 
Nowogrodu i Pskowa. Żona Wanda z Gruszeckich towarzy- 
szyła mu na wygnanie. Zmarł 18 kwietnia 1906 r. 

Szczegóły od p. Euzebiusza Lopacińskiego. 

Do str. 154. 

Jugan Mikołaj, syn Bazylego, — członek Komisji 
śledczej. Po ukO'ńczem'u Pawłowskiego korpusu kadetów 
(r. 1854) odbywał aż do r. 1866 służbę wojskową w aTtylerjl 
polowej; jako oficer r. 1863 — 4 był członkiem Komisji śledczej 
do spraw politycznych w Wilnie. Od r. 1866 był adiutantem j 
przy dowódcach wojsk okr. wojskowego wileń., oraz urzędni- 
kiem do szczególnych poruczeń przy gen.-gubernatorze wi- 
leńskim. W r. 1871 rozpoczął służbę w żandarmerii, zrazu ja- 
ko naczelnik żandarmerii pow. rzeżyckiego, następnie poJ- 
tawskiego, wreszcie został szefem żandarmerii w Grodnie. ■ 
Zmarł w Grodnie 21 kwietnia 1895 r. w randze gen.-majora, • 
mając lat 61. „Wilenskij Kalendar" na r. 1896. 

Gogiel Mikołaj, syn Waleriana (1838—1870), by| 
członkiem „osobnej Komisji śledczej wileńskiej do spraw p( 
litycznych" aż do jej zniesienia r. 1867. Jest autorem pisemka 
p. t. „Josafat Ogryzko i pietierbUrgskij rewolucionnyj rżond 
w diele poiledniago polskago miatieża" (por. t. I, str. 281). 



>1 

ik~ 



_ 307 — Do str. 158, 161, 167. 

Eto str. 158. 

Potapow Aleksander, syn L w a, ur, w 1818, 
zm, 24 października 1886 r. Od r. 1835 poświęca! się karierze 
wojskowej, brał udział w kampaniach węgierskiej i „wschod- 
niej" w latach 1853 — 56. W r. 1856 został adiutantem przy bow 
ku cesarza; od r. 1860 pełnił obowiązki policmaistra w Peters- 
burgu, a następnie (iuż jako gen.-maior) był oberpolicmai- 
strem w, Moskwie, lecz wkrótce wezwany został na stanowi- 
sko zarządzaiącego III oddziałem' własnej Jego Cesarskiei Mości 
kancelarii i p. o. naczelnika sztabu korpusu żandarmów. W ro- 
ku 1864 mianowany był pomocnikiem gen.-gubernatora wileń- 
skiego (naówczas Murawiewa), lecz miał z nim częste utarcz- 
ki, i był przez niego źle notowany w Petersburgu, gdyż Po- 
tapow nie ukrywał, że bynaimniei nie pochwala bezwzględne- 
go i tak strasznego systemu Murawiewa. W r. 1865 opuścił 
Wilno, i był „atamanem nakaznym" kozaków dońskich; przy- 
był do Wilna ponownie w r. 1868, mianowany dowódcą woisk 
okr. wojskowego wileńskiego i generał-gubernatorem (po Ba- 
ranowie). Ze względu na dawny antagonizm Potapowa z Mu- 
rawiewym, iego łagodne obejście i ludzkość w stosunku do 
więźniów w r. 1863, — powitano w Wilnie nominację jego na 
generał-gubernatora, jako zapowiedź zmiany antypolskiego 
naówczas kursu polityki, co wszakże urzeczywistnione nie 
zostało. Bądź co bądź iednak pousuwał Potapow wielu urzęd- 
ników z czasów Murawiewa, którzy szczególnie przez ludność 
mieiscową byli nie lubiani, a przez to uznani za nieodpowied- 
nich. (Sympatią ludności wileńskiei cieszyła się również żona 
Potapowa — Katarzyna). W r. 1874 został Potapow szefem 
żandarmerii w państwie. W r. 1876, skutkiem rozwijającei się 
choroby umysłowej, wyszedł do dymisji (jako generał ka- 
walerii). 

„Wilen. Kalendar" r. 1887. — Niektóre szczegóły od d-ra 
Wład. Zahorskiego. 

^ Do str. 161. 

^ „Zabiłem naidzieię nawet osobistego 
szczęścia..." sądzimy, iż iest tu mowa o pierwszym za- 
wodzie miłosnym Jakóba Gieysztora.. 

Do str. 167. 

„Gdy wrócił zza granicy, został aresz- 
towany..." Hieronim Kieniewicz aresztowany był właści- 
wie w drodze powrotnei, przeieżdżaiąc granicę w Aleksan- 
drowie. Przyborowskf 1. c. t, III, str. 116. 



Do str. 169, 172, 173, 182. — 308 — 

Do str. 169. 

„Czerwińsk i". Zapewne autor ma tu na myśli Paw- 
ła Czerwińskiego, ex-studenta z witebskiego, który 
skazany był za udział w ruchu, ucieczkę z fortecy podczas 
śledztwa i objęcie po tej ucieczce dowództwa nad oddziałem. 
Data jego śmierci nie jest nam znana (dat&y podana przez Ko- 
lumnę — 19 marca 1863 r. — wydaje, się nam stanowczo^ 
błędną). 

Do str. 172. 

Zapewne autor mówii tu o Janie Dybowskim (uro- 
dzonym 1816 r. i zmarłym przed laty kilkunastu), synu Leo- 
polda i Anny z Jeleńskich, a rodzonym bracie wymienionej 
wielokrotnie w pamiętnikach Fab. Dybowskiej. Dzierżawił 
maj. Dunajczyce od Romualda Jeleńskiego. Powstaniu sprzy- 
jał i popierał je, swemi stosunkami przeważnie, — lecz nader 
ostrożnie. Szczegóły od p. Emila Dybowskiego. 

Do str. 173. 

Chaimański Juljan z pow. wiłkomierskiego, syn 
Józefa Bibersztejn-Charmańskiego i Justyny z Dowmont-Sie- 
sickich. Po ukończeniu instytutu szlacheckiego w Wilnie, 
mieszkał w gub. wileńskiej, oddając się pracy na roli. Aresz- 
towany, osadzony w więzieniu przy kościele św. Piotra, zrazu 
skazany był na karę pieniężną 1 wyjazd do Rygi. Po kilkumie- 
sięcznej tam bytności, gdy powrócił, został aresztowany po- 
nownie i czas diłuiższy więziony uDomiinLkanów i wN-rze 14 cy- 
tadeli. Sprawę jego połączono ze sprawą Jakóba Gieysztora, 
Antoniego Jeleńskiego, Mikołaja Giedrojcia i ostatecznie ska- 
zano na osiem lat robót ciężkich. Karę odbywał J. Ch. w Usolu 
w ciągu lat trzech, poczem przeszedł do kategorji osiedleń- 
ców. Czas jakiś mieszkał w Krasnojarsku, później miał miejsce 
w kopalniach złota, znowu wrócił do Krasnojarska, wreszcie 
przeniósł się do Tiumenia i tu założył magazyn konfekcji dam- 
skiej. Mając na mocy manifestu prawo, po dziesięciu latach, 
przeniósł się do Rosji europ, do Jekaterynosławia (dla wy- 
chowania dzieci). Obecnie mieszka J. Ch. w Kijowie. Żonaty 
był z córką b. profesora uniwersytetu wileń. Wyrwicza. 

Szczegóły zawdzięczamy samemu p. Juljanowi Char- 
mańskiemu. 

Do str. 182. 

Dalewski Konstanty, syn Dominika i Dominiki 
z Narkiewiczów, ur. w Kunkułce w pow. lidzkim (gub. v/ileń- 



_ 309 — Do str. 182, 184, 185. 

skiej), w r. 1837, zginął rozstrzelany w Paryżu 27 maja 1872 r., 
rodzony brat wymienionych w „Pamiętnikach" Franciszka, 
Aleksandra i Tytusa, szwagier Sierakowskiego. Po ukończeniu 
nauk gimnazjalnych, wstąpił na uniwersytet do Moskwy, lecz, 
wskutek podniesionej kwestji włościańskiej, przechodzi na 
miernictwo, w tem przekonaniu, że na tem polu lepiej potrafi 
służyć krajowi. Po ukończeniu studjów mierniczych objął po- 
sadę w gub. kowieńskiej, lecz wkrótce później, po wybuchu 
powstania, gdy Sierakowski objął dowództwo nad siłą zbroj- 
ną w gub. kowieńskiej. Konstanty D. staje przy nim z garstką 
młodzieży (wśród której między innemi byli ze wzmiankowa- 
nych w pamiętnikach trzej synowie Stefana Gieysztora: Bo- 
lesław, Józef i Bronisław, dwaj Stengelmejerowie i inni). Zrazu 
walczy jako szeregowiec, później, po bitwie pod Birżami, po- 
zostaje pod dowództwem Laskowskiego, a wreszcie kieruje 
własnym oddziałkiem, Odważny, zawsze spokojny, nawet 
wówczas, gdy z placu boju pod gradem kul unosi rannych lub 
broń po poległych, ciężko ranny zdaje dowództwo nad swym 
oddziałkiem Rutkowskiemu, uchodzi za granicę, wraca atoli 
kilkakrotnie dla ratowania resztek swojego oddziałku. Za gra- 
nicą wynalazł zajęcie dla siebie i dla kilku Żmudzinów, którzy 
z nim przyjechali, w St.-Gallen, igdizie pracuje w fabryce wy- 
robów żelaznych, później, gdy byt towarzyszy był już za- 
bezpieczony, — jedzie do Paryża i otrzymuje pracę w księ- 
garni Wł. Mickiewicza. W czasie oblężenia Paryża, K. D. za- 
ciągnął się do 6-go bataljonu gwardii narodowej i zyskał wiel- 
kie swej zwierzchności uznanie. Po zawarciu rozejmu K. D. 
podał się do dymisji, w woj.nie cywilnej udziału nie brał i wró- 
cił do swej pracy wi księgami, 27 maja 1872 r., wskutek fał- 
szywego doniesienia, że z domu, w którym znajdowała się 
księgarnia, padł strzał — stawiony przed trybunałem' wojsko- 
wym, został rozstrzelany w ogrodzie Luksemburskim. Według 
charakterystyki, którą posiadamy, „był to człowiek prawy, 
nieustraszony, sumienny pracownik wszędzie, gdzie go nie- 
ubłagany los rzucał. Cichy, zamknięty w sobie, skory w nie- 
sieniu pomocy potrzebującym". Szczegóły od rodziny. 
Rogów — nad Niewiażą w pow. wiłkomierskim. 

Do str. 184. 

Poniewieżyk — d0'bra nad Niewiażą w pow. ko- 
wieńskim. 

Do str. 185. 

Mirski Ferdynand, syn Ignacego, dziedzica na 
Zajnowie, Polesiu i t. d. i Franciszki Wargirdówny. Po r. 1831 



Do str. 185, 188. — 310 — 

mieszkał we Francji; należał do Mirskich, zazwyczaj tytułu 
książęcego nie używających. Por. Żychliiiski, „Złota księga 
szlaclity polskiej", rocznik IV (Poznań 1882). 

Do str. 188. 

N i e m e k s z a A n t o n (i, ur. około r. 1824, znany w swoim 
czasie kapłan-rytualista, używający nader złej opinji wśród 
ogółu polskiego. Curriculum vitae tej głośnej bądź co bądź w 
swioim czasie osobistości jest następujące: w r. 1838 wstąpił 
do Dominikanów wileńskich i pobierał nauki w nowicjacie; 
w r. 1844 przeniesiony z rozporządzenia władzy djecezalnej 
do seminarium wileńskiego, skąd w sierpniu tegoż roku wy- 
słany był do akademji duchownej w Petersburgu, gdzie w 
r. 1848 otrzymał stopień kandydata teologji i w tymże roku 
(wi grudniu) — święcenia kapłańskie. W roku 1849 (23 
czerwca) uzyskał stopień magistra teologji i został przy aka- 
demji, jako prefekt, czyli pomocnik inspektora, i bibliotekarz. 
W r. 1851 (sierpień) został p. o. profesora historji kościelnej, 
w r. zaś 1854 — profesorem tejże. W r. 1856 otrzymał krzyż 
t. zw. „napiersnyj" za gorliwość. W tymże roku medal i krzyż 
na pamiątkę wojny r. 1853 — 56. Stanowisko profesora opuścił 
w r. 1860 (z nagrodą jednorazową 400 rs.). W r. 1861 został 
kanonikiem honorowym wileńskimi i wiice-proboszczem ko- 
ścioła Św. Jana w Wilnie, w tymże roku otrzymał stopień do- 
ktora prawa kanonicznego; w r. 1862 dostał ordier św. Stani- 
sława (2 ki.) i wprowadzony przez władzę świecką (po wy- 
wiezieniu biskupa Adama Krasińskiego), jako prałat nadetato>-' 
wy do kapituły; instalacja jego odbyła się jednocześnie z in- 
stalacją słynnych Piotra Żylińskiego i Edwarda Tupalskiego,] 
26 grudnia 1863 r. W pamiętiiikach rosyjskich tego czasu wsp( 
minany jest jako zaufany Murawjewa, zwłaszcza z powodi 
rodi, jaką odegrał przy wywiezieniu Wizytek wileńskich d< 
Wersalu (np. Mosołow 1. c, str. 116, 211; Nikotin i. c, str. 217) 
Zmarł A. N. 27 listopada 1878 r. 

Szczegóły faktyczne od ks. prał. Jana Kurczewskiego. 



Do str. 190, 192. 



PRZYPISY DO ROZDZIAŁU XI. 

Do str. 190. 

Kossowski Władysław — o jegO' roli w ówczes- 
nych wypadkach ciekawe szczegóły podaje Pantielejew, „Iz 
wospominanij proszłago" t, II, 

Do str. 192. 

„R e c h n ii e w s c y"... „d^r Rymowicz". 

R e c h n i e w s k i J u I j a n, adwokat, ur. w Mińszczyź- 
nie, nauki gimnazjalne odbywał w Mińsku, uniwersyteckie w 
Moskwie. Czas jakiś był nauczycielem w Grodnie, potem wy- 
kładał ekonomję polityczną w szkole budownictwa w Peters- 
burgu t urzędował w ministerjum oświaty za czasów liberal- 
nego ministra Gołownina. Dymisjowany przez następcę Go- 
łowninia, Tołstoja, po wprowadzeniu reformy sądownictwa, zo- 
stał adwokatem przysięgłym w Petersburgu. Należał tu do 
kółka redakcyjnego „Słowa" Ohryzki. W r. 1861 ożeinił się 
z Leokadją z Ihnatowiczów, córką pedagoga i dyrektora gi- 
mnazjum. Dom R. był jednym z ośrodków ówczesnego życia 
polskiego w Petersburgu. Lata 1863/4 nie ściągnęły na R — kich 
żadnych represji, natomiast po zamachu w r. 1867 dokonano 
u R — go rewizji i poddano badarniu na rozkaz Murawjewa, 
który poszukiwał inspiratorów i wspólników zamachu wśród 
Polaków. W r. 1872 porzucił praktykę adwokacką ii dla wy- 
chowania dzieci osiadł w Libawie i, jako radny miejski! i czło- 
nek Zarządu miasta, brał tu czynny udżia»ł w sprawach miej- 
scowych. W Libaiwie wznowiły się stosunki R — go z Jai- 
kóbem Gieysztorem, który po powrocie z wygnania przy- 
jeżdżał do Libawy dla kąpieli morskich. Zmarł J. R. w Liba- 
wie p. 1886. Żona jego zmarła tamże w r. 1894. 

Szczegóły zawdzięczamy synowi, p. Tadeuszowi Rech- 
niewskiemu. 



Do str. 192, 195, 196. — 312 — 

R y m o w i c z Feliks, d-r, syn Tadeusza i matki 
Daukszanki z doijiu. Urodził się w r. 1826 w Paprogach Dol- 
nych w pow. wiłkomiierskim. Do szkól uczęszcza! w Wilnie. 
Uwięziony w r. 1848 — 49 podczas rozruchów szkolnych, do- 
piero w r. 1852 uzyska! możność wyjazdu do Petersburga. 
Tu wstąpi! do akademii wojskowo-lekarskiej i po ukończeniu 
studiów osiad! w Peteirsburgu. By! przyjacielem Józefa O- 
hryzki, Zygmunta Sierakowskiego i sta! blizko ówczesnych wy- 
padków. W r. 1863 by! lekarzem przy ministrze sekretarzu 
stanu dla spraw Królestwa Polskiego i bezpośredniego udziału 
w powstaniu nie bra!, lecz okazywa! chętną pomoc więźniom 
i u!atwia! wielu przedostanie się za granicę. W r. 1900 osiad! 
w Warszawie, gdzie też życie zakończy! w r. 1908. Nosi! się 
wciąż z myślą spisania pamiętników, — niestety zamiaru tego 
nie wykona!. 

Szczegó!y zawdzięczamy synowi, p. Zygmuntowi Rymo- 
wiczowi (za pośrednictwem p. Józefa Gieysztora). 

Do str. 195. 

O pobycde w Ret o wie — mówi autor w t. I, str. 137 
i nast.; o pobycie w Warszawie — w t. I, str. 184 i nast. 

Do str. 196. 

„M aryinia Zawiszank a", córka Waleriana i Letycji 
z Erdmanów, by!a nietylko koleżanką p. Marji Wyrzykowskiei 
(o którei wyżei) od p. Pietkiewiczowei, lecz iednocześnie iei 
siostrą cioteczną. Wyszła zamąż I-o v. za Mikołaja Jankow- 
skiego, 2-0 V. za Artura Koia!!owicza. Mieszka obecnie w Wil- 
nie. Jest siostrą wymienionego w pamiętnikach Ottona Zawi- 
szy, a iednocześnie spokrewnioną z Jakóbem Gieysztorem 
przez iego małtkę i żonę. 

Szczegó!y zawdzięczamy samei p. Marji Koia!!owiczowei. 

Chrystowska B ogum i! a, córka Michała i 
Wilgeforty z Koplewskich, ur.w r. 1846. Wychowywała się w 
domu wuia Bolesława Czerniewskiego (żonatego ze Stanisła- 
wą Koplewską). Nauki pobierała na pensji p. Weryżyny w 
Wilnie (razem z Marią Wyrzykowską). Gdy Bolesław Czer- 
niewski wysłany został do Tobolska, dokąd towarzyszyła mu 
żona, — wraz z wujostwem poiechała tam i B. Chr — ka i tu 
poznała Dominika Bociarskiego, którego następnie (r. 1868) już 
w kraju zaślubi!a. 

Szczegó!y od p. Bogumi!y Bociarskiej. 

Ludwika Kossakowska, rodzona siostra Jarosła- 
wa (ob.), ur. około r. 1845. W dobie powstania miała ciotkę 



— 313 — Do. str. 196, 198— 2U1, 205. 

Marję Kossakowską, zakonnicę u Wizytek. Stąd zapewne po- 
średniczyć mogJa. będąc jeszcze bardzo młodą, w przecho- 
wywaniu w klasztorze P.P. Wizytek papierów powstańczych. 
Zaślubiła później Rudolfa Nieławickiego. Zmada w Polankiesiu 
9 sierpnia 1887 r. 

Szczeigóły od Jarosławowej hr. Kossakowskiej. 

Do str. 198. 

„...p r z y z n a ł s i ę... do stosunków z Ale- 
ksandrę m..." autor ma tu naturalnie na myśli Aleksandra 
Oskrerkę. 

Holewiński Władysław (ur. 1834), jeden z wy- 
bitnych prawników polskich. Powołany przez Wielopolskiego 
na katedrę prawa cywilnego w Szkole głównej, rozpoczął 
wykłady w r. 1862 i prowadził je bez przerwy, najprzód w 
Szkole głównej i później na uniwersytecie, aż do r. 1897. 

Do str. 199. 

Antoni Górecki (1787 — 1861), znany w swoim cza- 
sie autor lic-znych bajek, pieśni rycerskich i krakowiaków. 

Do str. 200. 

„Mikołaj i Antonii" — oczywiście Mikołaj Gie- 
drojć i Antoni Jeleński. 

Do str. 201. 

„...1 ada dzień w. ks. Konstanty obejmie 
rząd y..." Wielki książę Konstanty Mikołajewicz (1827—1892). 
drugi z kolei syn cesarza Mikołaja I, znany ze swych humani- 
tarnych poglądów w epooe reform panowania cesarza Ale- 
ksandra II; od czerwca 1862 do października 1863 r. był na- 
miestnikiem w Królestwie Polskiem. 

Do str. 205. 

„Powiedz mi pan, czy na secinę tu bę- 
dących waszych „d i e j a t i e 1 e j"..., jak wiadomo 
wśród urzędników, których sprowadził Murawjew na Litwę, 
znalazło się wielu zgoła nieodpowiednich, o czem z ubolewa- 
niem wspomina Murawjew w swych pamiętnikach, druków. 
w „Russk. Starinie". A oto, jak charakteryzuje ich autor ar- 
tykułu p. t. „Władimir Iwanowiicz Nazimow" („Russkaja Sta- 
rina", 1885): „Jakiej zaś wartości byli w większości wypad- 



Do str. 205—207, 209. — 314 — 

ków ci urzędnicy, — po zaatestowaniu ach przez Murawjewa, 
zbyt wiiele mówić nie trzeba; diosyć stwierdzić, liż z rozporzą- 
dzenia Michała Mdkołajewicza (Murawjewa) niektórzy z nich 
powróceni byli na miejsce dawnego urzędowania „etapem, ni© 
jako aresztanai"; z czasem okazało się, że główni naczelnicy 
tych dykasterjów i instytucji, których Michał Mikołajewicz 
prosił „w (imię interesów sprawy rosyjskiej w kraju zachod- 
nim" o przysyłanie mu ludzi zupełnie pewnych i urzędników 
zdolnych, wysyłali mu takich, którzy za swe sprawowanie 
naganne zasługiwali na usunięcie według trzeciego punktu". 
Niektórzy z nich „przybywali do kraju z pustą kieszenią 
i z jedyną myślą o poprawieniu rozstrojonych finansów" (por. 
„Russkaja Starina" 1885 r. t. II, str. 330, 331). 

Do str. 206. 

„D-r Przybylski" — autor ma tu na myśli zapewne 
doktora Karola Przybylskiego, młodszego bra- 
ta Wacława. Karol Przybylski złożył zeznania, które przyśpie- 
szyły tragiczne rozwiązanie losów Romualda Traugutta. Por. 
Marjan Dubiecki. Romuald Traugutt (Kijów 1911). 

Do str. 207. 

Potocki Aleksander, o którym autor mówi w 
przypisku na str. 207, — może dziedzic Humańszczyzny, skon- 
fiskowanej mu po r. 1831; zmarły 1868 r., syn Szczęsnego, 
gen.-artylerji lit, i Zofji Czelicze Oreczynki? Por. Kosiński. 
Przewodnik Heraldyczny III, str. 380. 

Do str. 209. 

„...n apisałem' dla dizieci krótki rys po- 
bytu w więzieni u..." Znaleźliśmy go w dodatku do pa- 
miętników, — nie podajemy wszakże tutaj, gdyż zaw.iera on 
streszczenie tego, co autor mówi w tekście pamiętników. 

Cyłow Mikołaj, syn Iwana (1801 — 1879), gen.-major 
i pisarz polityczny i wojskowy — niegdyś pełnił służbę na 
Kaukazie, później był policmajstrem w Carskiem Siole. W ro- 
ku 1863 — był w Wilnie i należał do Komisji śledczej. Bro- 
szury i pisma jego, dotyczące spraw polskich, utrzymane są w 
duchu wysoce stronniczym („Oczerk polskago wozstanija w 
1863 i 1864 g."; „Sbornik rasporiażeniiji grafa Murawjowa po 
usmireniju polskago miatieża", „Sigizmund Sierakowskij i jego 
kaźń"). 



— 315 — Do str. 209—211, 213, 214. 

T u p a 1 s k i — skazany na zaludnienie, zapewne Ale- 
ksander, syn Andrzeja — zmarł po' poiwrocie z wygnania w 
pow. nowogródizkim. 

„0'R o u r k e" — skazany na rok fortecy — autor 
ma tu na myśli Konstantego 0'R o u r k ^'a, syna Józefa 
i Amelii z Podhorodeńskich, urodzonego we Wsielubiu w^ ro- 
ku 1821. Kształcił się K. O. w instytucie szlacheckim, następnie 
służył wojskowo w pułku huzarów na Wołyniu i brał udział 
w kampanii węgierskiej. W latach 50-tych wys-zedł do dymisji. 
Podczas wypadków z r. 1863 został wezwainy do Walna i osa- 
dzony w więzieniu u Dominikanów, a następnie wysłany do 
twierdzy w Dyneburgu. Był właścicielem ziemiskim; w pow. 
nowogródzkim. Zmarł w stanie bezżennym w r. 1898. 

Szczegóły od Józefa hr. 0'Rourke'a. 

Do str. 210. 

„O d c y t a d e 1 i d o „t u r m y" spory to kawał 
drogi" — od cytadeli przy ul. Anto^kolskiej do „turmy" — za- 
pewne do więzienia na Lukiszkaćh. 

Do str. 211. 

Ożarowski, zapewne Konstanty, syn Franciszka, ka- 
merjunker, późniejszy ochmistrz dworu. Wówczas był urzęd- 
nikiem do szczególnych poruczeń przy gen.-gubernatorze. 

Do str. 213. 

Teklogród-Ejgule" — przed) r. 1863 własność 
Gieysztora w okolicach Kiejdan. 

Do str. 214. 

Jak wiadomo, hr. Murawjew Michał, syn Miko- 
łaja (1796 — 1866), generał piechoty, był generał-gubernato- 
rem wileńskim („głównym naczelnikiem' kraju") od 1 maja 1863 
roku do 17 kwietnia 1865, następca jego von Kauffman 
Konstanty, syn Piotra, generał-adjutant, generał lejte- 
nant — zajmował to stanowisko od 17 kwietnia 1865 r. do 
9 października 1866 r. Był to człowiek, jak go charakteryzuje 
w swych wspomnieniach Nikotin (1. c. str. 261), „pomimo nie- 
mieckiego nazwiska, prawosławny i zupełny Rosjanin". O ile 
dymisja Murawjewa spotkana była przez ogół polski, jako za- 
powiedź zmiany systemu, o tyle nominacja Kauffmana była 
dowodem, że system ten, na razie przynajmniej, zmianie nie 
ulegnie. 



Do str. 215. — 316 



Do str. 215. 



B o n o 1 d i o w a L e o k a d j a z Bagniewskich, córka 
wice-gubernatora, żona znanego śpiewaka, przyjaciela Mo- 
niuszki, Achillesa Bonioldiego, o którym kilkakrotnie wspomi- 
nają pamiętniki niniejsze. Zmarła w Warszawie w r. 1911. Po- 
zostawiła dwie córki: Stani-slawę (za Cieszkowskim) i Kazi- 
mierę (za Nagrodzkim). Była siostrą cioteczną znanej pisarki 
Zofji Klimańskiej („Zofji z Brzozówiki"). 

Wiadomość zawdzięcz. p. Stamisławowi Lopacińskiemu. 

Kleczkowska Franciszka, ur. w Wilnie 2-go 
kwietnia 1827 r., zm. tamże 15 października 1889 r. Była za- 
łożycielką i przełożo.ną pensji dla panien w Wilnie, na której 
założenie otrzymała zezwolenie w i. 1856. Do r. 1863 pensja 
była bardzo liczna, do składu nauczycieli należeli ludzie, znani 
ze swoich uzdolnień pedagogicznych (Bądzkiewicz, Kurkowski, 
Sławiński, Szlagier). Wiele paniein z Litwy i Białej Rusi ukoń- 
czyło pensję Kleczkowskiej, wynosząc ze swego tutaj pobytu, 
oprócz rozwoju umysłowego, uczucia szczerze polskie. W ro- 
ku 1863, po uwięzieniu braci, Fr. KI. została również uwięziona 
w murach klasztoru Franciszkańskiego w Wilnie, gdzie prze- 
była prawie dw'a lata. Po uwolnieniu z więzienia nad'al zajęła 
się kształceniem młodego pokolenia i, pomimo napotykanych 
przeszkód, poświęcała się umiłowanej pracy nauczycielskiej aż 
do śmierci. 

Wiadomość zawdzięczamy p. E. Kleczkowskiej. 



Do str. 217, 220, 221. 



PRZYPISY DO ROZDZIAŁU XII. 

Do str. 217. 

Borszczow Emil, adwokat przysięgły, urodzony w 
Krzemieńcu z ojca Aleksandra, pułkowmka żandarmerii (?) i 
matki Polki; do szkól uczęszczał w Krzemieńcu, i gorąco się 
pirzejąl kulturą polską. Był przyjacielem Rymowicza, Spasowi- 
cza i innych, człowiek serdeczny i towarzyski, przez wszyst- 
kich był znany i ceniony. Jako wykonawca testamentu d-ra 
Jerzego Kozłowskiego, opiekował się młodzieżą szkolną w Pe- 
tersburgu. Zmarł w Petersburgu w r. 1904; pochowany na 
cmentarzu Wołkowskim. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Zygmuntowi Rymtowiczowi. 

Do str. 220. 

„T r z e'b a tych d w u c h Sewerynów Rome- 
rów rozróżnia ć". Dla ścisłościi zaznaczamy, iż ów Se- 
weryn Mikołaj Romer, marszałek trocki, o którym Gieysztor 
z taik wyraźną mówi niechęcią, posiadał dobra dziedziczne 
Hubinka w grodzieńskiem, urząd marszałkowski piastował od 
r. 1848 do 1850. Pamiętać należy, iż ucierpiał on za sprawy 
r. 1863 i w r. 1864 uwięziony, zesłany był do Tobolska, skąd 
wrócił dopiero w r. 1872. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Eug. Romerowi. 

Do str. 221. 

Radziwiłłowie z Ignacy, d-r, ur. 1817 r. (w Wik- 
torynie, pod Dołhinowem, gub. wileńskiej), syn Józefa i Wik- 
torii, niezamożnych, bo na 6-włókowem gospodarstwie sie- 
dzących rolników. Studia odbywał na uniwersytecie wileń- 
skim, po którego ukończeniu osiadł w Petersburgu, zajmiując 
tu stanowisko przy szpitalu dziecięcym („Wospitatielnyj 
dom") — około lat 20. Ożenił się w r. 1857, w sześć lat później 



Do str. 221, 224. — 318 — 

(po r. 1863) umarł; pochowany na cmentarzu wyborskim. Zosta- 
wił jak najlepszą pamięć po sobie warstw szerokich. Chętnie 
sJużyl, dzięki swoim stosunkom, pomocą wygnańcom z r. 1863, 
oraz tym, którzy w latach 1863 — 4 do Petersburga w spra- 
wach swych krewnych przybywali. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Oktawji z Medunieckich 
Chmielewskiej (I-o v. Radziwiłlowiczowej). 

Oskierka Alfons, syn Albina Oskierki (matką by- 
ła baronówna Osten-Sacken), wychowanie pobierał w Char- 
kowie; był pułkownikiem sztabu głównego i profesorem aka- 
demji wojskowej w Petersburgu, ożejiiony z Moniką Oskier- 
czanką z Hieronimowa w pow. rzeżyckim gub. witebskiej. 
Podejrzany o bliższe stoisunki z Ohryzką, otrzymał dymisję i 
osiadł w dobrach żony w gub. witebskiej. Zmarł około ro- 
ku 1896 (?). — „Ja w nim straciłem jednego z najbliższych so- 
bie ludzi", — taką wzmiankę o Alf. O. znajdujemy w .notatach 
Jakóba Gieysztora. 

Dane życiorysowe zawdzięczamy p.p. Edwardostwu Mi- 
kuliczom. 

Jocher Adam, syn Adama, znanego bibliografa i bi- 
bliotekarza Uniwersytetu wileńskiego, i matki Teofili z Łow- 
miańskich, ur. w Wilnie 2 grudnia 1838 r., zm. w randze gen,- 
lejtenanta w Petersburgu 19 listopada 1900 r. Kształcił się zra- 
zu w gimmazjum wileńskiem, następnie (od r. 1849) w Głównej 
(dziś Mikołajewskiej) szkole inżynierów, którą wraz z t. zw. 
„klasami oficerów" ukończył z dyplomem pierwszego rzędu 
w r. 1855 i od r. 1856 aż do śmierci wykładał nauki inżynie- 
ryjno-wojskowe w wielu szkołach wojskowych — średnich i 
wyższych — w Petersburgu. Był prócz tego członkiem za- 
rządu i prezesem (od r. 1898) rzymisko-katolickiego T-wa Do- 
broczynności w Petersburgu i odegrywał wybitną rolę w ży- 
ciu Polaków nad Newą, ciesząc się, dzięki nieposzlakowanej 
prawości charakteru, ogólnym szacunkiem. Był autorem kilku 
dzieł („Dołgowremiennaja fortifikacja", „Kriepostnaja wojna"), 
które zyskały mn imię wśród powag wojskowych. Por. ne- 
krologi w pismach z r. 1900, oraz osobno broszura Cezara Cui 
(Kiui) (w jęz. ros.) „A. A. Jocher". 

Szczegóły zawdzięczamy p. Jadwidze z Jocherów Rudzkiej. 

Do str. 224. 

„W czasie naszego pobytu zmarł Cesa- 
rz e w i c z..." Cesarzewicz, następca tronu, najstarszy syn 
cesarza Aleksandra II, urodzony w 1843 r., zmarł 12 kwietnia 
1865 r. w Nizzy. 



— 319 — Do str. 225, 227, 228. 

Do str. 225. 

Korkozowicz Hektor, syn Michała, marszałka 
pow. borysowskiego i Scholastyki z Uniechowskich; u.r, 4 
grudnia 1819 r. w Rusinowiczach (gub. mińska). Brał udział 
w kamrpfanji węgierskiej, w r. 1863 zaś w wypadkach ówczes- 
nych, walcząc w znanej w ihumeńskieTn partji Bolesława 
Świętarzeckiego, który, uchodząc za granicę, zdał dowódz- 
two nad resztkami partji H. K. Partja ta wszakże niedługo 
się już trzymała. Schwytany z bronią w ręku miał być ska- 
zany na śmierć, wyrok ten wszakże zamdeniony był przez Mu- 
rawjewa na 15 lat robót ciężkich. W drodze, dzięki staraniom, 
zatrzymany był na rok cały w Petersbu/rgu, jako chory, I tu 
zmarł z tyfusu 20 kwietnia 1866 r. Żonaty był z Teodozją 
Słotwińską, z którą miał troje dziieci: Jadwigę, Leona i Elizę. 

Szczegóły zawdzięczamy synowi p. Leonowi Korkozo- 
wiczowi z Loh (gub. mińska). 

Do str. 227. 

Kungur — m. powiatowe w gub. permskiej. 

Do str, 228. 

K r a s n o u f i m s k — m. pow. w gub. permskiej. 

Ekaterynburg — przy głównym trakcie Syberyj- 
skim, m. pow. gub. permskiej. 

Aleksander Despot-Bratoszyński Zeno- 
wi c z, ur. r. 1828 w Kietowiszkach w pow. trockim, zm. w 
Oleizie na Krymie w r. 1895; znany gubernator tobo-lski — 
pochodził ze znanej starożytnej rodziny litewskiej, gimnazjum 
ukończył w Wilnie, a następnie udał się na uniwersytet do 
Moskwy. Po ukończeniu studjów prawnych w r. 1848 za- 
mierzał poświęcić się działalności naukowej, lecz niespodzie- 
wanie wysłany do Permu, wstąpił do służby rządowej i wraz 
z Murawjewem Amurskim wyjiechał do Syberji, której po- 
święcił najlepsze lata swojego życia. Urzędował najprzód w 
Irkucku, później w Kiachcie, której został w r. 1859 guberna- 
torem, i w tym charakterze prowadził układy dyplomatyczne 
z Chińczykam'i, i jeździł w misjach dyplomatycznych do Urgi 
i Pekinu, a niepozorna Kiachta za jego rządów zaludniła się 
i uporządkowała. W końcu r. 1862 otrzymał nominację na gu- 
bernatora w Tobolsku i na tem stanowisku zastał go rok 1863. 
D. Zenowicz wykazał tu nietylko niepospolite zalety swego 
umysłu, energję i zdolności adminiistracyjne, ale jednocześnie 
serce szlachetne i pragnął ulżyć, przestrzegając zresztą ściśle 



Do str. 228, 231—233. — 320 — 

litery prawa, niedoli wygnańców. Liczni autorowie wspomnień 
syberyjskich poświęcają mu gorące sJowa uznania, a wielu 
z dawnych wygnańców wyraża się o nim do dziś dnia z 
wdz<ięcznością. W r. 1865, na własne żądanie, zwolniony od 
obowiązków gubernatora, osiadł od r. 1867 na stałe w Peters- 
burgu, jako członek ministerjum spraw wewnętrznych. Poza 
udziałem w różnych komitetach i komisjach, opracowujących 
projekta reform prawodawczych, był czynny w życiu pol- 
skiem w Petersburgu, między innemii przyczynił się do zało- 
żenia T-wa Dobroczynności przy kościele św. Katarzyny w 
Petersburgu. W r. 1894 otrzymał dymisję; zmarł na Krymie, 
dokąd się udał dla poratowania zdrowia. Pozostawił po so- 
bie pamiętniki. Por. art. w Wielk. Encykl. Ilustr. i w „Kraju" 
z r. 1897 (str. 133 Działu literacko-aTtystycznego). Świeżo 
wspomnienie o D. Z — czu wydał Juljan Talko-Hryncewicz. 

Do str. 231. 

„...P o k 1 e w s k i daje mi i e j s c a". Autor ma tu na 
myśli Polaka z Litwy rodem, Koziełł-Poklewskiego, który 
dorobił się ogromnej fortuny dzięki swym przedsiębiorstwom 
przemysłowo-handlowym (w zakresie gorzelnictwa, poszuki- 
wania złota etc.) na Sybeirjiw Wynajmował on także rządowi 
parowce dla przewożenia więźniów do Tomska. W owych 
czasach mieszkał K.-P. w okolicach Tiumenia. Nazywano go 
„Królikiem syberyjskim". W swych biurach i przedsiębior- 
stwach dawał zatrudnienie licznym' wygnańcom polskim- i 
chętnie ich wspierał. 

Do str. 232. 

Popów sk i Józef, czy nie uczeń szkoły gen. szt. w 
Paryżu, ur. w^ r. 1841, który pracował, jako organizator po- 
wstania w kijowskiem. Był w ciężkich robotach na Syberji. 
Po powrocie był posłem do rady państwa w Wiedniu? 

Józef Białynia-Chołodecki. „Księga pamiątkowa..." str. 334. 

K s. Bolesław Aleksandrowicz, dziekan dy- 
neburski, ten sam zapewne, który dysponował na śmierć 
Leona hr. Platera. Więziony był w twierdzy dyneburskiej, na- 
stępnie zesłany na osiedlenie, zmarł w Tiumeniu. Por. księga 
zbiorowa p. t. „Z nad Dźwiny" (art. Eugenjusza hr. Platera) 
i wspomnienia Alfreda Romera („Tyg. Ilustr." z r. 1912, 
Nr 31, 38, str. 645, 793). 

Do str. 233. 

N a r y m, miasteczko na Syberji w gubernji i okręgu 
Tomskim, nad Narymką, o 2 wiorsty od rzeki Obi, w części 
środkowej krajiu Narymskiego (por. Wielka Encykl. Ilustr.). 



— 321 — Do. str. 235—6, 238, 2A2. 



Do str. 235. 



„...takie książki, jak „Czarna k s i ę g a..." „Czarna księ- 
ga" — wydawnictwo, które ukazało się wkrótce po wypadkach 
roku 1863, — pisana w sposób jaskrawy i namiętny. 

Do str. 236. 

Łagowski Józef, d-r, był w Usolu wraz z żoną i 
dziećmi, później mieszkał w Tiumeniu, wreszcie w Irkucku, 
gdzie cieszył się wielkiem uznaniem i olbrzymią praktyką. 
Zmarł w Irkucku r. 1870. Żona wraz z sześciorgiem dzieci wy- 
jechała wówczas na Wołyń. Był to, — jak go charakteryzuje 
przyjaciel i kolega d-r Ignacy Trzaskowski — „człowiek nie^ 
pospolitych zalet charakteru, a jako lekarz, — znakomity 
operator, dobry botanik i niezmordowany na polu nauki pra- 
cow?iik. Operacje najtrudniejsze wykonywał z niepospolitym 
talentem". „W gruncie pełen zacności, lecz niepospolicie 
szorstkich, nawet brutalnych, form, zyskał prawdziwe uzna- 
nie mieszkańców miasta. Ogromny tłum ludu, towarzyszący 
pogrzebowi, wymownie świadczył o zasługach zmarłego 
przybysza, który, nie znany w początku, czteroletnią pracą 
zjednał powiszechną miłość i szacunek". 

Szczegóły z listów d-ra Ignacego Trzaskowskiego (ob.) 
pisanych z Irkucka w r. 1870. 

Do str. 238. 

O r d a Edmund — zmarły przed kilku laty w maj. Ra- 
kowa na Wołyniu. 

Do str. 242. 

Dla zilustrowania nastroju, w jakim Jakób Gieysztor 
szedł na wygnanie, pozwalamy tu sobie przytoczyć modlitwa, 
przechowaną przez p. Bojarską, towarzyszkę wygnania p. 
Władysławowej Sołtanowej, a przez Gieysztora skreśloną: 

„Krzyż mojem szczęściem, krzyż mojem zbawieniem. 

Krzyż mi otwiera drogę do nieba. 

Krzyż mnie wyniesie swojem ramieniem 

Tam, gdzie na wieki cierpieć nie trzeba. 

Na Krzyżu Jezus cierpi r kona. 

Na Krzyżu wisi świata zbawienie, 

Czemuż ma dusza taka strwożona, 

Kiedy przed sobą widzi cierpienie, 

„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 21 



Do str. 242, 243, 245, 251. ^ 322 — 

Cierp duszo moja! Krzyż twój czeka ciebie. 
Cierp, módl się, dźwigaj, nim staniesz u brzegu; 
Wiedz, że po krótkim' życia twego biegu 
Jest ci nagroda przeznaczona w niebie". 
Zawdzięczamy ją uprzejmości p. Władysława hr. SoJtana. 



PRZYPISY DO „DODATKÓW AUTORA". 

Do str. 243. 

O poznaniu się z Tyzenhauzem — autor mówi w t. I, str. 62. 

Do str. 245. 

„...od i m b a r ó w dochodziliśmy do początku Ostrobram- 
skiej ulicy..." — nazwę „imbarów" noszą domy w Wilnie 
przy ul. Wielkiej, niedaleko dawnego ratusza. 

Do str. 251. 

Żyliński Wacław, arcybiskup metropolita mohy- 
lewski (1803 — 1863), zrazu (od r. 1846) administrator, później 
od r. 1848 biskup djecezji wileńskiej, paljusz arcybiskupi, otrzy- 
mał w r, 1856. Posiadał wielu przeciwników politycznych. 



I 



UZUPEŁNIENIA. 

DO TOMU I-GO. 

Do str. 33. 

W uzupełnieniu wzmiianki o życiorysach Jakóba 
Gieysztora, notujemy, iż życiorys J. G. skreślił Wiktor 
Wittyg W' t, II (str. 127, 128) znanego dzieła „Ex-Li:bris'y bi- 
bliotek polskich XVI— XIX wieku" (1907). 

Do str. 34. 

D o liczby pis mi Jakóba Gieysztora, wymie- 
nionych na str. 33 — 34, dodać należy życiorys Michała Świę- 
torzeckiegov p. t. „Michał Świętorzecki" — wspomnienie po- 
śmiertne; wydawnictwo „Nowej Reformy", czcionkami dru- 
karnii Narodowej, Kraków, 1892; 8-vo, str. 10. Wzmiankowa- 
liśmy o nim w t. I, na str. 394. 

Oo str. 58 (na str. 290). 

Dodatkowa wiadomość o Franciszku Ledochow- 
skim: urodził się w Warszawie 1806 r., zmarł w Rydze 
1870 r. Był synem Stanisława i Elżbiety z Hofmanów, był ucz- 
niem „szkoły podchorążych". Około r. 1854 zamieszkał w 
majątku drugiej swej żooy Ludwiki hr. Broel-Platerówny 
(pierwszy raz żonaty był z Zofją z Krompolców). Udziału w 
ruchu 1863 r. nie brał. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Elżbiecie Roippównie. 

Do str. 80 (na str. 299). 

Dzięki uprzejmości p. Eugeniusza Romera z Cytowian, 
otrzymaliśmy wyjaśnienie sprawy „dwuch braci Prze- 



— 324 — 

Ciszewskie h". Była to sprawa między synami Rocha i 
Aloizy z Zienkowiczów: starszym Antontim a młodszym Hie- 
rommem. Antoni, marsz, rosieński w r. 1829 brał czynny 
udział w wypadkach r. 1831, poczem 26 lat spędził na emi- 
gracji w Paryżu. Hieronimi — był marszałkiem rosieńskim w 
latach 1855 — 62. Antonii fundusz swój, odziedziczony po ro- 
dzicach, stracił, skutkiem, czego powstały między nim a bra- 
tem jego Hieromimem nieporozumienia. Zajmował się tą spra- 
wą sąd obywatelski i powziął d. 16 grudnia 1858 r. uchwałę, 
której jeden z ustępów brzmi, jak następuje: „Po ścisłem 
przejrzeuiiu dokumentów... powzięliśmy sumienne przekona- 
nie, że w podziale rodzicielskie} doli na trzech synów i dwie 
córki rodzonego potomstwa, Antoni Przeciszewski, były mar- 
szałek rosieński, po roku 1831 tułacz obcych krajów, pokrzyw- 
dzonym nie był. Warunki miienia pomiędzy synami Rochów 
Przeciszewskich, a braćmi rodzonymi Szczęsnym, Antonim i 
Hieroniimem w spadku po rodzicach, jeżeli się w czem różniły, 
to chyba z przewagą korzyści Antoniego. Warunki jego uży- 
cia były dla Antoniego pasmem strat, nie padających na winę 
ani rodziców jego, ani braci: Szczęsnego i Hieronima". Nie 
mniej wszakże sąd wyraża przekonanie, iż uczucie nie po- 
zwoli Hieronimowi być obojętnym widzem nieszczęścia i nie- 
doli brata. Wyrok, pisany ręką Edwarda Romera i podpisany 
przez arbitrów, między imnemi Edw. Romera, Walerego Jan- 
czewskiego, Michała Weyssenhoffa, Medarda Kończę, Jakóba 
Kazimierza Gieysztora — jest w posiadaniu p. Eug. Romera. 

Do str. 80 (na str. 302). 

Wiadomość o Sewerynie Romerze, synu Mi- 
chała, uzupełniony dodatkową wiadomością, otrzymaną odj 
syna, p. Kazimierza Romera, iż był on dziedzicem dóbr Dow- 
gierdziszki w pow. trockim; żonaty był z córką Kletego Bur- 
by Anielą Burbianką i miał dzieci: Marję i Kazimierza; że ani 
do demonstracji, ani do ruchu w r. 1863 nie należał, zostać 
wszakże skazany na zesłanie do Kostromy; jako chory, był 
jednak lat parę w areszcie domowym-, aż wreszcie na po- 
daną do tronu prośbę o po'zostawienie w kraju — przychylni 
odebrał odpowiedź. 

Do sir. 80 (na str. 304). 

Pieńkowski Ludwik, syn Dominika i Katarzyn] 
z Komorowskich, urodzony w majątku dziedzicznym Sutnie^ 
(gub. grodzieńska, pow. bielski). Gimnazjum ukończył w Śwf-i 



— 325 — 

stoczy, wydział dyplomatyczny — na uniwersytecie w Dor- 
pacie; poczem osiadł na gospodarstwie w maj. Dołobowie w 
gub. grodzieńskiej, pow. bielskim. W wypadkach r. 1863 i w 
organizacji był czynny, — podobno, jako naczelnik pow. biel- 
skiego, później zaś — po wyjściu Kopernickiego, jako woje- 
wódzki trzech powiatów. Aresztowany, był zrazu więziony 
w Bielsku, później w Grodnie, gdzie, jako więzień, wziął 13 
kwietnia 1863 r. ślub z Wiktorją Władyczańską. Wysłany na 
osiedlenie na Syberję (dokąd towarzyszyła mu żona), był w 
Tomsku, w Narymie, później znowu w Tomsku. Po uzyska- 
niu pozwolenia na powrót do kraju, — czas jakiś musiał miesz- 
kać W' Warszawie (majątek był obłożony kontrybucją i zni^ 
szczony). W strony rodzinne powrócił dopiero w r. 1872, i tu 
zajął się gospodarstwem i wychowaniem dziecin W r. 1894 
stracił żonę. Sam zaś zmarł w r. 1905 i pochowany na cmen- 
tarzu dołóbowskim. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Eust. Jałiilnickiemu. 

Do str. 191 (na str. 365). 

Paszkiewicz Juljan, członek komitetu białych w 
Warszawie, był to syn Jana i Elżbiety z Eysymontów, urodzo- 
ny w Augustowie (gub. suwalskiej). Ukończył instytut rolni- 
czy w Marymoncie i mieszkał stale w maj. Hołny — Mejera, w 
pow. sejneńskim. Żonaty był ze Stefanją Horodeńską. Zmarł 
w Hołnach r. 1911. 

Szczegóły od p. Bronisława Kunatta. 

Do str. 230 (na str. 382). 

O Janie Smolaku szczegóły dodatko^v"e znaleźć 
można we „Wspomnieniach" Alfreda Romera. Tyg. Ilustr. 
Nr 35, str. 729. Smolak siedział czas jakiś w twierdzy dyne- 
burskiej, ostatecznie znalazł się na wygnaniu. 

Do str. 250 (na str. 391). 

Żyliński K o Ui s t a n, t y, syni Aleksandra i Konstancji 
Quillet (I-o V. Kochańskiej), rodzony brat marszałka Ludwika 
Żylińskiego. Szkoły kończył w Wilnie. Mieszkał w maj. Żyli- 
.ny (w pow. trockim), które po wypadkach r. 1863 uległy kon- 
fiskacie. Sam K. Ż., jako przywódca O/rganizacji pow. troc- 
kiego, został aresztowany w r. 1863 i zesłany do Szadryńska. 
Po powrocie do kraju zamieszkał w Królestwie. Zmarł w 
Warszawie w r. 1905. Żonaty był z Różą Hołownianką. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Wandzie Żylińskiej. 



— 326 — 

Do str. 262 (na str. 416). 

Ad. Eysymont — zapewne Adolf Eysymont, 
skazany na roboty ciężkie w Usolu, który zmarł po powrocie 
do Rosji Europejskiej w Rybińsku. Żonaty był z Emmą Ga- 
wrońską. 

Dla uniknięcia nieporozumienia, zaznaczamy wyraźnie (co 
zresztą sam autor w t. II podkreśla), iż w pamiętnikach mowa 
jest odwu różnych Sewerynach Romerach, i że 
wymieniony w t. I, na str. 262 i w kilku innych miejscach 
marszałek Sew. Romer, bynajminiej identyczny nie jest z Se- 
werynem Romerem, synem Michała, wymienionym między in- 
ne.mi w t. I, na str. 80. Obu nie szczędzi autor słów ostrych 
w t. II, lecz, jak mogliśmy się przekonać z otrzymanych wy- 
jaśnieoi, niepowściągliwy sąd jego o Sewerynie Romerze, sy- 
nu Michała — przypisany być musi przedewszystkiem różnicy 
zapatrywań na ówczesne wypadki, jaka między Gieysztorem 
a Romerem istniała. 



DO TOMU ii. 

Do str. 125. 

„K s. L i d e j k o — zacny kapłan z trockie- 
g o..." Zapewne ksiądz Maciej Lidejko, którego nazwisko figu- 
ruje Wi rubryceli na r. 1855, z adnotacją, iż liczył on wówczas 
wieku lat 29, kapłaństwa 6 i był wikariuszem łyngmiańskim 
aiż do r. 1859; w rubryceli na r. 1860 widzimy go na stanowis- 
ku wikariusza w Żoślach, wreszcie (od r. 1862) jako admini- 
stratora żyżmoTskiego. 

Do str. 251. 

Życiorys L u d wi i k a Żylińskiego, uzupełniany wia- 
domością dodatkową, iż urodził się on w r. 1822, zmarł zaś 
1892 r. 

Szczegóły zawdzięczamy p. Wandzie Żylińskiej. 



INDEKSY. 



SCHEMATYCZNY SPIS CZŁONKÓW ORGANIZACJI 
(zestawiony według pamiętników Gieysztora i przypisów). 

Ze względu na to, iż wybitniejsi członkowie or- 
ganizacji na Litwie wymienieni są w różny cłi miejs- 
cach bądź pamiętników bądź też przypisów z bliż- 
szem określeniem ich organizacyjnych funkcji, — 
podajemy nazwiska ich poniżej, — dla łatwiejszego 
zorjentowania się w ugrupowaniu scheme- 
tycznem. Te nazwiska, imiona lub funkcje, które 
umieszczamy w schemacie niniejszem na podstawie 
nie samych pamiętników Gieysztora, lecz wiado- 
mości, zgromadzonych w przypisach,— bierzemy w 
nawiasy. Dla ścisłości zwracamy uwagę, iż jest to 
spis niekompletny, gdyż obejmuje wyłącz- 
nie osoby, wspomniane na pewnych stano- 
wiskach organizacyjnych tylko w dwu tomach 
niniejszych pamiętników. 

Komitet ruchu. 

Konstanty Kalinowski, Zygmunt Czechoiwicz, Edmund 
Weryho, Jan Koziełl-Poklewski, d-r Bolesław Dłuski, Antoni 
Zaleski, (Nestor) Du Laurens, (Ludwik Zwierzdowski). 

WYDZIAŁ ZARZĄDZAJĄCY prowincjami Litwy (przeisto- 
czony w WYDZIAŁ WYKONAWCZY), a wyłoniony z org, 

„białych". 

W I-szym składzie: Jakób Gieysztor (prezes), An- 
toni Jeleński (skarbnik), Aleksander Oskierka (naczelnik mia- 
sta), Franciszek Dalewski, Ignacy Lopaciński, Hieromim Kie^- 



— 328 — 

niewicz. Komisarz od Rządu Warszawskiego: (Nestor) Du 
Laurens. Sekretarz wydziału: Olgierd Wagner. Do kores- 
pondencji: Zygmunt Czechowicz. 

W Il-im składzie: Jakób Gieysztor (prezes — do 31 
Lipca), Lucjan Morykoni (skarbnik), Władysław Małachowski 
(naczelnik miasta) — do ostatnich dni lipca; Józef Kalinowski 
(wydz. wojny). Konstanty Kalinowski. Ignacy Lopaciński i Ol- 
gierd Wagner, — dorywczo — por. t. II, str. 42. Komisarz od 
„Rządu Narodowego": (Nestor) Du Laurens — w początkach. 
Sekretarz Wydziału: Karol Falewicz, później — Feliks Zien- 
kowicz. 

Pod koniec r. 1863 główni przedstawi- 
ciele org. centralnej w Wilnie: Konstanty Kalinowski, Ty- 
tus Dalewski; (komisarz?) Mieczysław Dormanowski. 

Komisarze nadzwyczajni: (Leon) Głowacki, 
Oskar Awejde. Dla porozumienia się przybywali: z Petersbur- 
ga — Baraniecki,, z Poznania — Kętrzyński. 

Naczelnicy m. Wilna — kolejno: Aleksander Os- 
kierka, Władysław Małachowski, Ignacy Zdanowicz. 

Naczelnik policji (później): Orzeszko. 

Pomocnicy miejscy: (Wacław) Bułharowski, d-r 
(Maurycy) Kleczkowski, (Edward) Pożerski, Sobolewski, Jan 
Kałussowski, Jamont, Tomaszewski, Zolner, Tytus Dalewski, 
(Bernard) Piepol, (Henryk) Baranowicz, Mołochowiec, (Kazi- 
mierz) Sulistrowski i in. 

Organizacja gub. wileńskiej. 

Naczelnik wojewódzki cywilny wileński 
(„wojewoda") — kolejno: Mikołaj Giedrojć i Franciszek Ko- 
nO'plański. Komisarz wojewódzki: Jan Ciechanowski. 

Naczelnicy i komisarze powiatowi, oraz 
ich pomocnicy okręgowi: pow wileński — Witold 
Giedrojć; pomocnicy (okręgowi): Konstanty Baliński, Za- 
wadzki. Pow. trocki — Konstanty Żyliński, komisarz ks. Mi- 
chał By szewski, (Konrad) Źyżniewski — czasowo; pomocnicy: 
Ignacy Tański, Wiktor Mańkowski, Wincenty Rudomina i in. 
Pow. wilejski — Konstanty Tukałło (czy też Ludwik Kowa- 
lewski — „naczeln, wojen."?) (Komisarz Zygmunt Politowski); 
pomocnicy: Michał Świętorzecki (Ignacy Kurowski, Smogo- 
rzewski, d-r Józef Koralkiewicz). Pow. święciański — Kon- 
stanty Masłowiski; komisarz Jan Żarnów ski; pomocnik Apoli- 
nary Tański; okręgowy Juljan Charmański. Pow. dziśnieński — 
Michał Obrąpalski; komisarz Henryk Dmochowski. Pow. osz- 



— 329 — 

miański — d^r Szyszło; (komisarz d-r Witkowski). Pow. lidz- 
ki — (Konstanty) Henszel; komisarz (Witold) Gażycz. 

Przywódcy samodzielnych partji, oraz t. 
zw. naczelnicy wojenni: wi pow. wileńskimi — Horo- 
deński („naczelnik wojenny"); w pow. trockim — Klety Kore- 
wa („nacz. wojen."). Lada, Lubicz, Wisłouch; w pow, wilej- 
skim — Wincenty Kozielł - Poklewski („naczeln. sil zbroj- 
nych"?); w pow. lidzkimi — Ludwik Narbutt („macz. wojen."); 
w pow. dziśmenskim — Henryk Dmochowski — zastępczo; w 
pow. oszmiańskim> — Zygmunt Minejko („nacz. wojen."). 
(Czechowicz, Poradowski). 

Organizacja gub. grodzieńskiej. 

Naczelnik woje w. cyw. grodzieński („wo- 
jewoda"): Apollo Hofmeister; zastępca jego — (Erazm) Za- 
błocki; komisarz, przeprowadzający organizację — Kon- 
stanty Kalinowski. 

Naczelnicy powiatowi, oraz ich pomocni- 
cy: naczelnik m, Grodna: d^-r Celestyn Ciechanowski; pow. 
Słonimskim: powiatowy (Józef) Strawiński, „miastowy" — d-r 
(Władysław) Symonowdcz; jego pomocnik d-r Wilczewski; 
(w pow., niegdyś składających obwód białostocki: nacz. pow. 
bielskiego, później nacz. trzech powiatów: Ludwik Pieńkow- 
ski). Inni członkowie organizacji w gub. grodzieńskiej (o nie 
dających się bliżej określić funkcjach): Stanisław Kamieński. 
(Ildefons) Milewicz, (Józef) Wojsiatycz, (Piotr) Pokubiatto, 
(Stanisław) Sylwestrowiiicz, Redych, Ad(olf) Eysymont; ksiądz 
Czopowicz, Seweryn Romer (syn Aleksandra). 

Przywódcy samodzielnych partji, oraz t. 
z w. „n aczelnicy wojen n i": (Onufry) Duchiński; (Wa- 
lerian Wróblewski), (Roman) Rogiński; (w pow. wołkowys- 
kim — Gustaw Strawiński). 

Organizacja gub. mińskiej. 

Naczelnik woje w. cyw. miński („wojewo- 
da"); kolejno — Antoni Jeleński — czasowo; Kornel Peliksza, 
Hektor Łapicki; zastępca — Bolesław Świda; komisarz — 
Bolesław Świętorzecki. 

Naczelnicy i komisarze powiatowi, oraz 
ich pomocnicy: pow. miński — kolejno: Adam Wańko- 
wicz, Bolesław Oskierka (Hektor Łapicki?); naczelnik m. Miń- 
ska d-r Piotr Czekotowski (d-r Siemiradzkii?). Pow. bory- 
sowski (d-r Jan Świda). Pow. mozyrski: H. Kieniewicz (Bo- 



— 330 — 

lesław $wida?). Pow. rzeczycki: Mieczyslawi Prozor (Bole- 
sfaw Świda?), Pow. piński: Aleksander Skirmunt. Pow. ihu- 
meński: Bonifacy Krupski; naczelnik „miastowy" d-r (Franci- 
szek) Nowicki. Pow. bobrujski: (Apolinary) Łukaszewicz. 
Pow. slucki: (Jerzy) Mogilnicki. Pow. nowogródzki: Konstan- 
ty Kaszyc; komisarz d-r (Władysław) Borzobohaty. Powia- 
towy niewiadomego powiatu: W(itold) Orda? Okręgowi (czy 
nie z pow. nowogródzkiego?) (Konstanty) 0'Ro'urke, (Ale- 
ksander) Tupalski; ks. Maciej Radziwiłł. Pomocnicy: Mosz- 
czyński, Tarczyński. 

Przywódcy samodzielnych partji, lub „na- 
czelnicy woje nn, i": Stanisław Olędzki, Stanisław Las- 
kowski (Paweł Dybowski, Hektor Korkozowicz, Masze wski, 
Rogiński). 

Organizacja gub. kowieńskiej. 

Naczelnik woje w. cyw. kowieński („woje- . 
woda"): Aleksander Chmielewski; pod koniec r. 1863 — Dzierz- 
kowski. Komisarz w; — wa — kolejno: d-r Bolesław Dłuskij 
d-T Józef Kościałkowski, Stanisła^w Pusłowski *); d-r Juljai 
Mickiewicz. Komisarz delegowany do Kowna: Michał 
Berkman. 

Naczelnicy i komisarze powiatowi, ora2 
ich pomocnicy okręgowi: Pow. kowieński: Ludwil 
Żyliński, później Hundius; komisarz pow. Józef Piłsudzki;| 
„miastowy" Walery Kulikowski, później Oieryc; okręgowi 
pomocnicy: Jan Kudrewicz, Władysław Chlewiński, Juljar 
Szukszta. Pow. poniewieski: kolejno — Józef KordzikowskiJ 
Mieczysław Siesicki; pomocnicy: Adam Podolecki, (Feliks) Ro- 
mański. Pow. rosieński — kolejno: Cezary Narbutt, Chlewiń- 
ski, Pow. telszewski: Antoni Węsławski, (Erard) Choiseull 
(„nacz. wojenny"?). Pow. szawelski: Ignacy Witkiewicz. Pow.| 
wiłkomierski — kolejno: Ferdynand Sawicki, (Wincenty) Ini- 
gielewicz. Pow. nowo-aleksandrowski (jezior oski): J. Bohda^ 
nowicz, pomocnik Ant. Komorowski; czynny organizator 
ksiądz (Michał) Skorupski. Czynny członek organizacji o fui 
kcji nie wiadomej: Lubomir Gadon. 



*} Z tekstu pamiętników (t. I, str. 260; t. II, str. 151) tru- 
dno wyrozumieć, czy trzej pomienieni komisarze działali, ja-j 
ko powiatowi w pow. nowo-aleksandrowskim (jezioroskim)ij 
czy też, jako wojewódzcy w Kownie, 



— 331 — 

Przywódcy samodzielnych partii i „na- 
czelnicy wojen n i": Zygmunt Sierakowski, ksiądz An- 
toni Mackiewicz, Bolesław Kołyszko, Ignacy Laskowski, Zyg- 
munt Cytowicz „(nacz. wojen. pow. rosieii."); d-r Bolesław 
Dłuski, (Jan) Jelski, (Konstanty Dalewski, Seweryn Gross, Al- 
bert Miński, Kuszłejko, Kasperowicz, Staniewicz). 

Organizacja gub. witebskiej. 

(Naczelnik wojew. cyw.?) Antoni Okuszko; (Paweł) Czer- 
wiński. ■ 

Organizacja Inflant. 

Naczelnik wojew. cyw. inflancki („woje- 
woda"): Władysław Sołtan; komisarz (Józef) Ponset; 
Leon Plater. 

(Przywódca partji Zygmunt Bujnicki). 

Organizacja gub. moiiylewskie?. 

Naczelnik cyw. wojew. mohylewski („wo- 
jewoda") — kolejno: Ignacy Brzostowski, później Władysław 
ks. Lubomirski; komisarz — d-r Michał Oskierka (czynny 
także w organ, mińskiej). Członkowie organizacji (o funkcjach 
bliżej nie określonych): Tadeusz Czudowski, Czerwiński, (Wi- 
told) Parfianowicz. 

Przywódcy samodzielnych partji i t. zw. „naczelnicy wo- 
jenni". Ludwik Zwierzdowski, (Pozniak, Żukowski). 



(Niniejszy spis schematyczny w indeksach, niżej umiesz- 
czonych, uwzględniony nie jest). 



SPIS OSÓB. 

(Liczby rzymskie oznaczają tom, — arabskie stronę. Licz- 
by podkreślone oznaczają strony, na którycb podana jest wia- 
domość obszerniejsza. Opuszczone: imiona monarchów, za 
których panowania rzecz się działa, osoby, wymienione jedy- 
nie dla wyjaśnienia stosunków pokrewieństwa, oraz Jakób 

Gieysztor). 



Accord Cyrjak I, 197, 368; 

II, 100. 
Accordowa I, 368; II, 88. 
Acernus (Klonowicz) I, 99, 

319. 

Adlerberg II, 298. 
Akielewicz Mikołaj I, 108, 
227, 335. 

Akkowie I, 69. 
Aksakow, gub., II, 100. 
Albertus p. Miński. 
Aleksandrajtis p. Gross Se- 
weryn. 

Aleksandrowicz (Bolesław), 

ksiądz, II, 28,232,233,320. 
Aleksandrowiczowie II, 103. 
Ali-Pasza I, 383. 
Ambrożewicz Mieczysław I, 

171, 180, 356; II, 17, 20. 
Andriolli (Elwiro) I, 246, 312, 

375; II, 60. 
Ankę I, 359. 
Astmus (Asmus) d-r II, 136, 

139, 140, 214, 297. 



Awejde Oskar (Szmidt) II, 
48, 66, 76, 77, 154. 166. 190, 

191, 193—195, 198, 206, 
279. 

B. II, 28. 

Baliński Jan I, 19, 391. 

Bali/ński Konstanty I, 248, 

391; II, 82. 
Baliński Michał I, 298. 
Baraniecki (z Petersburga) 

11, 59, 192. 

Baraniecki Adrjan 1, 187, 188, 

192, 362, 364. 
Baranów, gen.-gub. II, 307. 
Baranowicz Henryk I, 248, 

389—390. 
Bariatinskij ks. II, 260. 
Bartoszewicz II, 294. 
Bartoszewicz Juljan I, 298. 
Bądzkiewicz II, 316. 
Bąkowski Henryk II, 238. 
Beklemiszew, gub. I, 412. 
Bentkowski Władysław II, 

12, 258. 



— dd2> 



Bereśniewicz Aleksander ks, 

biskup I, 10, 11, 381. 
Berkman Michał I, 94, 312 — 

313; II, 151, 215. 
Berkmanowa I, 312; II, 78. 
Berkmano-w ie I, 168, 312. 
Berliński Zenon II, 152. 
Bezzuoli I, 353. 
Bębnowski, gieometra I, 66. 
Bibikow, gen. gub. I, 289, 

293. 
Biegiczow I, 118, 123, 150. 
Bielski (jego kronika) I, 26. 
Bieńkowski Jan II, 77, 122, 

283. 
Billewicz Franciszek I, 229, 

284, 380—381. 
Billewicz Hipolit I, 97, 

319. 
Billewicz Karol I, 102, 324— 

325. 
Billewiicz prezes I, 138. 
Bisping (Aleksander) II, 104, 

288. 
Bitowt Jóezf I, 206. 
Bnińscy II, 236. 
Bniński I, 166. 
Bobrowski Adam I, 102, 

322—323. 
Bociarski Dominik I, 15, 229, 

379—380, 381; II, 229. 
Boczkowski II, 302, 
Bogdanowicz Wł. I, 58, 62. 
Bogusławski Wilhelm II, 

221. 
Bohdanowicz J. I, 260. 
Bohdanowicz Paweł I. 102. 
Bohdanowicz Zenon I, 102, 

122 (?), 123, 138—141, 

144—146, 148. 149. 
Bohuszewicz (Tadeusz) II, 

104. 288. 
Bojarska II. 321. 
Boksztański II. 285. 



Bonoldi Achilles I, 220, 230, 

242, 264, 265, 373—374. 
Bonoldiowa Leokadja II, 215, 

316. 
Borkowski II, 264. 
Borszczow II, 217, 317. 
Bortnowski (Józef?) I, 149, 

349. 
Borzobohaty Władysław d-r 

I, 254, 406—407. 
Bourbaki I, 373. 
Branicki I, 264. 
Brezoiwa hr. I, 282. 
Brodowski II, 294. 
Brodziński Kazimierz I, 408. 
Brońcowa II, 223. 
Brunnowowa bar. II, 16, 

262. 
Brzostowski Ignacy I, 166, 

256, 412; II, 239 (por. t. I, 

str. 412), 241. 
Bubin I, 413. 
Buchholz (jego pensjonat) I, 

327. 
Budrys I, 329. 
Bujnicki Zygmunt I, 410. 
Bukowski Adam II, 229. 
Bukowski Henryk I, 414. 
Bułhak Tomasz II, 42, 275— 

276. 
Bułharowski Wacław I, 246, 

385; II, 215. 
Bułyczew II, 149. 
Burba Klety I, 42, 47, 59, 63, 

68—72, 74, 93, 97, 110, 124, 

126, 153, 160, 183, 291, 316; 

II. 222. 
Burhardt Michał, d-r II„ 104, 

288. 
Butkiewicz II. 151. 
Butler Jan I, 230. 
Butler Tadeusz I, 102, 157— 

159, 321. 
Byków, d-r II, 152. 



— 334 



Bystram Karol I, 58, 61, 63, 

71, 102, 283. 
Bystramowie I, 81. 
Byszewski Micha}, ksiądz, I, 

250, 391. 

Chamiec II, 84. 
Charmański Juljan II, 173, 

185, 209, 233, 227, 232, 308. 
Charytonowicz (dom Ch — a) 

II, 84. 
Chlewiński Władysław 1, 15, 

258, 413—414, II, 151 (?). 
Chłapowski I, 166, 288. 
Chmieleński I, 314. 
Chmielewska Aleksandrowa 

II, 234. 
Chmielewski (z Trockiego) 

I, 250. 
Chmielewski, pośrednik, II, 

83. 
Chmielewski Aleksander I, 

34, 97, 107, 153, 229, 256, 

258, 260, 316—317, 360; 11, 

42, 54, 91, 100, 151, 152, 

163, 218, 219, 2M. 
Chmielewski Konrad, d-r. I, 

15, 97, 128, 136, 152, 153, 

180, 200, 207, 229, 231, 254, 

314, 317, 360, 361, 379, II, 

15, 191. 
Chodynicki Donat II, 142. 
Chodynicki Paweł II, 142. 
Chodźko Ignacy I, 65, 77, 

297, 353. 
Choiseul Aleksander I, 414. 
Choiseul (Erard) I, 260, 329, 

414. 
Chojnowska II, 215. 
Chomiński Feliks I, 102, 

327—328. 
Chomiński Stanisław, gub., 

I, 46, 69, 83. 88, 91, 94. 97, 

110, 111, 118, 295—296, 

341. 



Chrapowicki Gabrjel I, 59. 
Chrypcewicz (Józef) II, 26, 

30, 269. 
Chrystowska Bogumiła II, 

196, 215, 231, 312. 
Ciechanowicz (Czekanow- 

ski?) II, 131, 296. 
Ciechanowiecki Aleksy I, 

300. 
Ciechanowski Celestyn, d-r 
I, 250, 262, 398. 
Ciechanowski Jan I, 248. 

390. 
CoUens, pastor I, 344. 
Cwierczakiewicz II, 291. 
Cyłow (Mikołaj) gen. II, 209, 

314. 
Cytowiicz Benedykt II, 266. 
Cytowicz Kazimierz II, 266. 
Cytowicz Zygmunt I, 382; 

II, 20, 266. 
Czajewicz(?) ksiądz II, 50, 

51. 
Czapski Adolf I, 58, 86, 127. 

182, 183, 204—208, 211, 

229, 282—283; II, 12. 
Czapski Edward I, 58, 59, 

64, 66, 102, 110, 111, 286, 

287—288; II, 12. 
Czapski Marjan I, 24. 55, 80, 

130, 155, 281—282, 286, 

318. 
Czartoryscy książęta I, 90. 

408. 
Czartoryski Adam ks. I, 340. 
Czartoryski Władysław, 

książę. I, 307; II, 278. 
Czechowicz („Ostoja") I, 

389. 
Czechowicz (dom Cz — a) II, 

176. 
Czechowicz Zygmunt I, 15, 

220, 221, 233, 235, 371— 

372; II, 53, 83, 86, 87, 96, 

122, 163. 



— 33; 



Czeczot Jan I, 308. 
Czekanowski p. Ciechano- 
wicz. 
Czekotowscy II, 242. 
Czekotowska Kazimiera I, 

405; II, 234, 242. 
Czekotowska Michalina I, 

405; II, 305. 
Czekotowski Otton II, 149, 

305. 
Czekotowski Piotr, d-r. I, 

254, 404—406; II, 100, 101, 

111, 142, 149, 234. 
Czeremszański, d-r, II, 229, 

230. 
Czerkasskij I, 346. 
Czerniak (Maksymilian) II, 

32, 158, 159, 160, 163, 167, 

272. 
Czerniewscy II 231. 
Czerniewski Bolesław 1, 102, 

172, 207, 229, 323, 379, II, 

229, 231, 232, 312. 
Czerwiński I, 256. 
Czerwiński (Paweł) II, 169, 

308. 
Czopowicz (Andrzej) ksiądz 

I, 236, 384; II, 50 (?), 
51 (?). 

Czudowski Tadeusz I, 14 — 
16, 20, 256, 412; II, 125, 
294. 

Czyż Konrad II, 141, 149. 

Dalewscy II, 41, A2, 123. 

Dalewski Aleksander I, 23, 
24. 153,238,310,312,346— 
347, 384. 

Dalewski Franciszek I, 23, 
24. 89—91, 94, 99, 103, 105, 
121, 161, 169, 176, 197, 218, 
219, 221, 225, 228, 230— 
233, 238—242, 246, 289, 
310, 312, 349, 376, 384, 388; 

II, 7, 22—24, 33, 39, 41, 44, 



49—51, 112, 115, 134, 145, 

163, 168, 174, 191, 227, 

233 (?); 276. 
Dalewski Konstanty II, 182, 

308—309. 
Dalewski Tytus I, 248, 388; 

II, 59, 76, 78,111,122—124, 

127, 128, 132, 169, 293. 
Dalewskie, II, 215, 227. 
Danenbergowie I, 203, 204. 

369. 
Danilowicz Ignacy (jego 

„Skarbiec dyplomatów" I, 

306. 
Danowski Florjan I, 23, 24. 
Dauksza I, 170, 356. 
Daziaro (jego sklep) II, 224. 
Dąbrowska II, 233. 
Dellingshausen II, 265. 
Dembicki Maksymilian II. 

118, 121. 
Demibiński gen. II, 258. 
Demibiński ksiądz II, 188. 
Demontowicz II, 121, 291— 

292. 
Dermanowski p. Dormanow- 

ski. 
Dębiński, ksiądz. I, 352.. 
Diesnickij, nauczyciel instyt. 

I, 13. 
Dietl I, 407. 

Dłuski Bolesław („Jabło- 
nowski") I, 180, 220, 230, 
260, 359—362, 374, 386; II, 
16—19, 24, 25, 169, 264— 
266. 

Dmochowski Henryk I, 194; 

II, 15, 261. 

Dołęga p. Sierakowski. 
Dolmatow II, 104. 

Domejko Aleksander, marsz. 
I, 65, 86—88, 112, 120, 128, 
164—166, 169, 170, 176— 
178, 182, 183, 205, 207, 218, 



336 — 



220, 245, 294, 297, 300, 309, 

341, 355, 356; II, 41, 68— 

78, 82, 86, 109, 126, 201, 

246, 249, 283, 284. 
Dormanowski Mieczysław 

II, 116, 119, 120, 122, 153, 

172, 290. 
Dowgialło Stanisław I, 129. 
Dowgird Józef, marsz. I, 46, 

55, 58, 68, 69, 72, 80, 82, 

86—88, 93, 94, 97, 103, 109, 

120, 125, 153, 183, 281. 
Downarowicz Aleksander I, 

68, 69. 294—295; II, 58, 59, 

212, 246. 
Downarowicz Stanisław I, 

294. 
Drozdowscy II, 102, 106. 
Dubiczyński II, 200. 
Dubiecki Marjam II, 278. 
Duchiński (Onufry) II, 14, 90, 

169, 258—259. 
Duchnowscy II, 221. 
Du Laurens (Nestor) I, 220, 

228, 231—233, 374—375; 

II, 33—39, 41, 45, 46, 61, 

63—66, 76, 109, 145, 159, 

163, 172, 190. 
Dunin, II, 228. 
Dybek prof. I, 409. 
Dybowska Fabjanna I, 240, 

384—385; II, 40, 46, 199, 

215, 226. 
Dybowski Benedykt I, 43, 

44, 103, 104, 331, 333. 
Dybowski Emil I, 351; II, 

304. 
Dybowski Jan II, 172, 201, 

202, 308. 
Dybowski Paweł („Zarem- 
ba") I, 384; II. 303. 
Dymsza Kleofas I, 42, 59, 62, 

71, 72, 93, 97, 110, 124, 141, 

152, 183, 184, 291—292, 

293. 



Działyński Jan I, 363. 
Dziczkowskł (?) I, 236, 384; 

II, 51 (?). 
Dzień Mikil I, 410. 
Dzierdziejewski F. II, 212, 

223. 
Dzierdziejewski L. I, 154. 
Dzierzkowski (d-r ?) II, 50, 

51, 151, 297. 

Engelhardt I, 341. 

Erdman II, 98. 

Erdman Adolf I, 102. 114, 

325—326. 
Erdmanówna Pamelja I, 159. 
Ettingerowa gen-wa II, 221. 
Eysy monit Ad (olf) I, 262; 

II, 242, 326. 

Falewicz Karol I, 80, 304; 

II, 41, 52. 56, 63, 191, 279. 
Filipow I, 21. 
Fiszer I, 386. 
Fowelin d-r, II, 142, 147, 148, 

153, 170, 176, 178. 179, 208. 

213, 214, 216, 223. 
Fowelinowie II, 216. 
Francuzowicz Konstanty I, 

102, 320—321. 
Frołow II, 33. 
Fudakowski I, 186, 188, 192, 

364. 

Gadon Antoni I, 102. 329— 

330. 
Gadon Lubomir I, 82, 107, 

153, 307, 413; II, 151, 163, 

218. 
Gadon Tytus I, 59. 63, 71. 72, 

102, 281. 292—293. 
Gajewski II, 41, A2. 
Galiński II, 234. 
Gałęzowski I, 264; II, 191. 
Gan Franciszek I. 23, 24. 
Ganeckij II. 32. 272. 
Garibaldi I, 359 ;II, 258. 



— 337 — 



Gawrońska (z Godlewskich) 

I, 46. 
Gażycz (Witold) I, 250, 

396—397; II, 122, 146. 

Gieczewicz Konstanty I, 20, 
80, 93, 128, 162—165, 178, 
218—220, 222, 245, 300; II, 
14, 86, 87, 249, 266. 

Gieczewicz Stanisław II, 10, 
258. 

Giedgowd, prezydent, I, 59. 

Giedgowid (miody) I, 137, 
142, 145—147. 

Giedgowd Franciszek I, 14, 
59, 62, 63, 71, 72, 291. 

Giedrojć Cezary II, 86. 

Giedrojć Mikołaj I, 15, 20, 
93, 164, 244, 248, 250, 
348—349, 376, 390; II, 86, 
91, 106, 122, 153, 160, 162 
—165, 172, 173, 179 ,184, 
185, 200, 203, 209, 217, 223, 
228, 231, 234, 237, 238, 289, 
308, 313. 

Giedrojć Witold I, 15, 248, 
390—391; II, 86, 120, 122, 
186. 

Giełgud I, 288. 

Gieryc II, 151. 

Gieysztor Adam I, 31, 50. 

Gieysztor Bolesław I, 15; 

II, 27, 28, 182, 271, 309. 
Gieysztor Bronisław II, 30, 

271, 309. 
Gieysztor Czesław II, 27; 

271. 
Gieysztor Dominik I, 8. 
Gieysztor Emil II, 27, 227, 

271. 
Gieysztor Jam I, 26, 27, 119, 

131—133. 
Gieysztor Józef I, 15; II, 27, 

271. 
Gieysztor Kazimierz I, 26, 

27, 50; 11,88,211, 223, 22A. 

„B. P." Pamiętniki Gieysztora 



Gieysztor Leokadjusz I, 9, 
133. 

Gieysztor Ryszard I, 31, 50. 

Gieysztor Stanisław (ojciec 
Jakóba) I, 8. 

Gieysztor Stanisław (syn 
Jakóba) I, 26, 27, 32, 37, 
50, 130, 171; II, 88, 223, 
224. 

Gieysztor Stefan I, 10, 21, 
145, 286; II 27, 270—271, 
309. 

Gieysztor Tadeusz I, 26, 27. 
50, 158, 171; II, 88, 211, 
223, 224. 

Gieyszto-r Witold I, 26, 27; 
II, 148, 149, 175—179. 

Gieysztor Władysław I, 229, 
382. 

Gieysztor Zenon I, 129, 130, 
342; II, 26, 88, 94, 106, 222. 

Gieysztorowa Anna I, 9. 

Gieysztorowa Helerna z Ey- 
symontów I, 31, 50. 

Gieysztorowa Józefa z Os- 
kierków I, 10; II, 270. 

Gieysztorowa Leokadia I, 8, 
133, 159. 

Gieysztorowa Teikla z Zawi- 
szów I, 26, 50; II, 41, 88, 
89, 96, 104, 116, 118, 136, 
153, 174—177, 179, 181, 
189, 200, 220, 222. 

Gieysztorówna Leokadja I, 
27, 50, 159; II, 176, 223. 

Giller Agaton I, 197, 367; 
II, 15. 

Gintowt Aleksander ks., ar- 
cybiskup, I, 10. 

Głowacki (Leon) II, 65, 66, 
281—282. 

Godlewska prezesowa I, 46. 

Gogiel II, 81. 

Gogiel II, 154, 155, 160, 161, 
166, 167, 171, 172, 192 — 

, Tom II. 22 



338 — 



194, 196, 199, 200, 211, 214, 
306. 

Golicyo książę I, 21. 

Goltz Adam I, 193, 196, 365. 

Gombrowicz Onufry I, 229, 

377. 
Górecki (Antoni) (jego baj- 
ki) II, 199, 203, 313. 
Górski (ogród G — go) II, 216. 
Górski Konstanty I, 351. 
Górski Ludwik I, 186, 188, 

192, 363. 
Górski Tytus I, 58, 63, 284, 

308. 
Gościewicz I, 358. 
Grąbczewski Ludwik I, 284, 

381. 
Gross Seweryn („Aleksan- 

drajtis") 1, 102, 328; II, 265. 
Grothus Karol I, 71, 112, 

113. 
Grum Jan II, 222. 
Grużewski Jan I, 58, 62, 63, 

71, 72, 291. 
Grużewski Zygmunt I, 58, 

62, 63, 101, 120, 172, 287, 

316. 
Grygorjew II, 208, 210, 214, 

216. 
Gurowski I, 233. 
Guttry Aleksander I, 185 — 

188, 192; 362—363. 
Gzowski (Gierwazy) I, 197, 

367. 

Harasimowicz II, 151. 
Harasimowicz Jan I, 380. 
Hauke (Józef) II, 10, 25, 258. 
Heidenreich („Kruk") II, 90, 

286. 
Henszel Konstanty I, 250, 

361, 396. 
Herman Florian II, 221, 
Hercen Aleksander I, 80, 302. 
Hildebrand I. 404. 



Hofmeister Apollo I, 22, 252, 

397—398, 50; II, 224, 228. 
Holewiński (Władysław) II, 

198, 313. 
Horodeński („Kieżgajło") I, 

191; II, 15, 21, 103, 169, 

266. 
Horodeńskie Adela i Idalja 

II, 103. 
Hrebnicki (Adam?) II, 83. 

286. 
Hryncewicz (Henryk?) I, 

100, 320, 379. 
Hryncewicz Kleofas I, 102. 
Hryniewiecki Adolf I, 332. 
Hundius II, 151, 297 (?). 
Hundius (Wacław) ks. II, 

141, 149, 150, 188, 228, 

297—298. 
Huszcza Józef I, 102, 139, 

328. 
Huszczowie I, 141. 

Ibiański Cezary II, 221. 
Ihnatowicz II, 118, 121. 
Ingielewicz (Wincenty) II 

151, 305—306. 
Iskryckij I, 306. 
Iszora (Stanisław) ks. II, 32. 

272—273. 
Iwan II, 150. 
Iwanienko I. 345. 
Iwiński (Wawrzyniec) I. 

145, 147, 290, 345. 

Jabłoński Józef II, 285. 
Jabłonowski (ob. Dłuski). 
Jacuński Leon II, 103, 106. 
Jagmin Józef I, 102, 326. 
Jamont I, 246, 401; II, 148. 
Janczewski II, 206. 
Janczewski Cyprjan I, 101, 

109, 285. 336. 
Janczewski Franciszek I. 

285. 



— 339 — 



Janczewski Henryk I, 285. 

Janczewski Walery I, 58, 62, 
63, 68, 69, 71, 72, 74, 93, 
101, 157—159, 172, 285 — 
286, 316; II, 9, 209, 324. 

Janczewski Władysław II, 
264. 

Jankowska II, 246. 

Jankowski Ludwik II, 265. 

Jankowski, d-r. II, 104. 

Januszkiewiczowa, d-rawa, 
II, 97, 98. 

Jasieński Antoni II, 265. 

Jasieński Jan I, 102. 

Jasieński Rudolf I. 80, 302. 

Jasieński Teodor I, 114, 337, 
360. 

Jasiewicz Karol I, 389. 

Jaszwil, książę, II, 152. 

Jeleńscy II, 231. 

Jeleńscy (synowie Antonie- 
go) II, 28. 

Jeleńska Mieczyslawowa I, 
119. 

Jeleńska Sabina I, 304; II, 
40, 150, 208, 226. 

Jeleński Antoni I, 80, 90, 94, 
103, 107, 164, 169, 170, 179, 
218, 219, 224, 225, 228, 231, 
232, 242, 252, 254, 256, 304, 
332, 376, 384; II, 7, 28, 31, 
33, 39—41, AA, 54, 86, 112, 
113, 115, 137, 141, 142, 149, 
150, 153—155, 158—175, 
178, 179, 184, 189, 195, 
199—201, 208, 209, 212, 
217—220, 223, 225—227, 
240, 246, 248, 275, 304. 308, 
313. 

Jeleński Juljan I, 102, 327. 
Jeleński Kazimierz I, 244, 

385; II, 201. 
Jeleński Ludwik I, 87, 88, 

169, 250, 355; II, 71. 



Jeleński Mieczysław I, 82, 

94, 385; II, 14, 86. 
Jeleński Napoleon I, 178 — 

180, 191, 357. 
Jeleński Paweł 1,304; 11,207. 
Jelski I, 166, 350—351, 400; 

II, 72, 283. 
Jelski (Jan) I, 322; II, 15, 21, 

169, 260— 26L 
Jenikowa Tekla (z Dalew- 

skich) II, 42, 276. 
Jeśmanowa Antonina I, 167. 
Jewreinow I, 24. 
Jo.cher Adam II, 221, 318. 
Jocher Jan II, 229. 
Jugan II, 154, 155, 159, 160, 

166, 167, 172, 174, 175, 188, 

192, 195—197, 199—206, 

211, 213, 306. 
Junger II, 118, 121. 
Jungerowie II, 122. 
Jurewicz I, 329. 
Jurewicz II, 240. 
Jurgens Edward I, 193, 195, 

196, 365—366. 
Jurjewicz Stanisław I, 300. 

Kalinka Walerjan ks. I, 130, 
342. 

Kalinowski Andrzej I, 13; II, 
279. 

Kalinowski Józef I, 15, 371; 
II, A6, 277—279, 63, 132, 
143, 169, 191. 

Kalinowski Konstanty I, 
220—222, 230, 233, 235— 
237, 246, 248, 299, 370— 
371, 388; II, 14, 34, 48—51, 
52, 62—66, 68, 75, 76, 87, 
91, 116, 120, 122, 123, 126, 
131 — 134, 140, 143—148, 
151, 153, 163, 169, 172. 182, 
279. 

Kalinowski (Wiktor) I, 79(?), 
299, 370, 371. 



340 — 



Kałusowski Jan I, 246; II, 

215. 
Kamieński Stanisław I, 262. 
Kamiński II, 218. 
Karłowicz Jan I, 396. 
Karp' Felicjan I, 86, 87, 91, 

126, 182, 285, 308; II, 72, 

110. 
Karpowicz Juljan I, 80. 
KasperO'Wicz I, 287. 
Kaszy c I, 254, 406, 407; II, 

159, 165, 172, 200, 260, 

301. 
Katajew II, 119, 121, 131. 
Kaufman gen. -gub. I, 298; II, 

214, 315. 

Kaulbach (jego freski) I, 76. 

Keller gub. I, 405. 

Keyserling Hugo I, 102, 112. 

Keyserling Karol I, 71, 102, 
112. 

Kętrzyński II, 59, 280. 

Kicka gen — ^^wa I, 415. . 

Kicki gen. I, 189, 365. 

Kieniewicz Hieronim I, 178, 
180, 196, 224—226, 231, 
2Z2, 242, 248, 358, 375; II, 
32, 60, 116, 122, 158, 167, 
191, 196, 234, 247, 272, 307. 

Kieniewicz H. I, 252, 401 ; II, 
148, 302. 

Kieniewicz, brat stryjeczny 
Hieronima II, 234. 

Kieniewicz Stefan I, 350. 

Kiernożycki, d-r, II, 304. 

Kiersnowscy II, 58. 

Kiersnowska Filomena I, 37. 

Kieżgajło p. Horodeński. 

Kinkulkin I, 26, 99, 319. 

Kirkor Adam Honory I, 77, 
297—298; II, 69, 86. 

Kleczkowska Franciszka II, 

215, 316. 
Kleczkowski Maurycy, d-r, 

I, 246, 386—387; II, 215. 



Klimański Napoleon I, 163, 

164, 348; II, 54. 
Klimontowicz II, 81, 82, 285. 
Klopman baron I, 58, 59, 64. 
Klott II, 149, 305. 
Klobukowski Aleksander I, 

47, 115, 116, 338, 339. 
Kobiernicki Marcjan (jego 

utwory) I, 32, 34. 
Kobylański mec. II, 238. 
Koczorowski I, 185 — 188, 

190, 192. 
Kohn Albin II, 120, 122, 126. 
Kolendówna Ludwika II, 133, 

134, 136, 140. 
Kolyszko (Bolesław) II, 24, 

28, 265, 267—268, 268. 
Komar II, 26. 
Komar Konstanty I, 102, 111, 

321. 
Komar Władysław I, 118, 

156. 
Komorowscy II, 31. 
Komorowski Antoni I, 260, 

415. 
Komorowski Antoni II, 272. 
Komorowski Wiktor I, 102. 

322. 
Komprecht (jego zakład) I, 

330. 
Konarski Stanisław ks. 

(wyd. Vol. leg.) I, 298. 
Konarski Szymon I, 11, 14, 

16, 258, 282, 288, 289, 291, 

293, 299, 300, 302, 357, 412; 

II, 127, 210, 257, 275, 294. 
Kończą Medard I, 58, 63, 71, 

72,82,86,90, 119, 120, 177. 

183, 184, 205, 207, 288 — 

289; II, 185, 324. 
Kondratowicz (Ludwik) (Wł. 

Syrokomla) I, 78. 79. 97— 

99, 170, 172, 180, 194. 209, 

241, 298, 312, 315, 319, 

355; II, 178, 195, 298, 305. 



341 — 



Kondratowicz Kazimierz I, 

170, 171, 180, 204, 356; II, 

178. 
Kondratowiczowa I, 99, 170; 

II, 123, 150, 293. 
Konopacki II, 118. 
Konoplański Franciszek II, 

106, 109, 120, 121, 126, 289. 
Konstanty W. Książę II, 201, 

313. 
Koraikiewicz Józef, d-r, I, 

394. 
Kopernicki II, 325. 
Kopyłow I, 331. 
Kordzikowski Józef I, 102, 

258, 323; II, 141. 
Korecki], wice-gub.. I, 46, 

118,340. 
Korewa Antoni I, 227. 
Korewa Klety I, 109, 118, 

227, 246, 335—336; II, 16. 
Korewa Ksawery I, 227, 332. 
Korewa Onufry I, 109, 227. 
Korkozowicz Hektor II, 225, 

319. 
Korkozowicz Justus II, 104. 
Korotyński Wincenty I, 170, 

355. 
Korsak I, 8. 
Korsaków gen. II, 231. 
Korwin-Kurkowski gen. II, 

72. 
Kory zna Piotr II, 240, 241. 
Korzon, fotograf, II, 38, 40, 

141. 
Korzon Tadeusz I, 96, 97, 

125, 314—315. 
„Kosa" p. Żukowski. 
Kościałkowska Ildefonsów a 

II, 30, 31, 272. 
Kościałkowski Janusz I, 180, 

362. 
Kościałkowski Józef, d-r. I, 

97, 132, 159, 203, 260, 



317—318, 320; II, 16, 31. 

80, 163, 169. 
Kościuszko Tadeusz I, 8, 9, 

34, 320, 336, 369; II, 69. 
Kossak Juljusz I, 353. 
Kossakowscy I, 70; II, 13. 
Kossakowska Ludwika II, 

196, 312—313. 
Kossakowska Marja II, 313. 
Kossakowski Franciszek II. 

110. 
Kossakowski Jarosław I, 15, 

248, 287, 387; II, 13, 31, 

127. 
Kossko Onufry I, 58, 61, 283. 
Kossowski Władysław II. 

190, 194, 206, 311. 
Kostrowicki Adam II, 103. 
Kotomkin I, 21. 
Kowalewski Ludwik I, 394. 
Kozakowski Józef II, 59. 
Kozakowski Stanisław 11,26, 

30, 269. 
Koziełł-Poklewski I, 315; II, 

231, 320. 
Koziełł-Poklewski Jan 1, 220, 

221, 233, 370, 373, 394; II, 

15, 169 (?) 
Koziełł-Poklewski Wincenty 

I, 373, 394; II, 15, 169 (?), 
259, 266. 

Kozłowski Jerzy, d-r, II, 317. 

Kozłowski Szymon, ks. ar- 
cybiskup, I, 10, 11. 

Kożewnikow gub. II, 291. 

Kracner II, 151. 

Krajewski Aleksander I, 195, 
198, 366. 

Krajewski Henryk I, 195, 
366. 

Krasiński Adam, ks. biskup, 

II, 279, 305, 310. 
Krasiński Wincenty (jego 

pułk) I, 307. 



342 



Krasiński Zygmunt I, 8, 250; 

II, 71. 
Kraszewski (Józef Ignacy) I, 

33, 150, 194, 195, 198, 366; 

II, 149. 
Kremerowie I, 203, 204. 
Krieger Wewel von, gub. I, 

46, 123, 149, 150, 151, 161, 

182, 184, 200, 207, 208, 211, 

341. 
Kromwel I, 225. 
Kronemberg Leopold I, 185, 

186, 188—191, 193, 194, 

363, 365. 
Kruk p. Heidenreich. 
Krupscy I, 303; II, 236. 
Krupska (Stefanja) II, 301. 
Krupski Bonifacy I, 20, 80, 

252, 302—304; II, 148. 
Krygier ob. Krieger. 
Krzysztoporski Klemens I, 

186, 188, 192. 
Krzywicki I, 165, 349; II, 

72. 
Kucewicz Władysław II, 

211. 
Kudrewicz Jan I, 101, 111, 

134, 154, 157—159, 172, 

258, 320. 
Kudrewiczowa Antonina I, 

159. 
Kukieł gen,. II, 223. 
Kulikowski Walery I, 258, 

413; II, 41. 
Kułakowski Romuald I, 45, 

46, 97, 118. 
Kułakowski Sarmat II, 121, 

122, 292. 
Kupfer II, 135, 136, 185, 296. 
Kupść J. I, 184. 
Kupściowa marszałkowa II, 

54, 227, 280. 
KupściówTia Wanda II, 54, 

136, 150, 280. 
Kurkowski II, 316. 



Kurkowski Fabjau I, 15; II, 

38, 39, 228. 
Kurowski II, 83. 
Kurowski (Ignacy?) I, 394. 
Kurowski Rajnold II, 285. 
Kurtz (Aleksander) I, 196, 

367. 
Kuszelewski (Józef) I, 248; 

II, 116, 122, 123, 144, 146, 

228. 
Kuszłejko II, 265. 

La Fontaine (jego bajki) I, 

319. 
Lambeck II, 280. 
Landsberg Karol I, 102, 324. 
Landsberg Kazimierz I, 180, 

359. 
Langiewicz Marjan I, 245, 

385; II, 8, 11, 14, 258, 269. 
Langner II, 120, 126. 
Laskarys (Jerzy) I, 15, 220, 

246, 348, 375; II, 60. 
Laskowicz (Albert) II, 83, 

273—274. 
Laskowscy II, 15, 22, 90. 
Laskowski Ignacy I, 324; II, 

15, 28, 91, 260, 309. 
Laskowski Stanisław I, 254, 

383; II, 15, 57, 91, 260, 303. 
Lasoccy, d-rostwo, II, 234, 

236, 242. 
Laune, d-r. I, 131. 
Lebiediew Piotr II, 110, 290. 
Ledochowski Franciszek I, 

58, 62, 71, 72, 102, 290, 323. 
Lenartowicz Teofil I, 353. 
Leopold, służący Syruciów, 

II, 31. 
Leśniewski (Juljan) II, 33, 

274. 
Lewandowski II, 239. 
Lewikow Mikołaj I, 395. 
Lewkiew I, 10. 
Libelt Karol I, 397. 



343 — 



Lidejko (Maciej) ks., II, 152, 

326. 
Ligenza I, 303. 
Limanowscy (bracia) I, 43, 

106. 
Limanowski Bolesław I, 332, 

Limanowski Józef I, 333. 
Limanowski Lucjan I, 3"33. 
Lipnicki (Augustyn), ks., I, 

170, 355. 
Lipski II, 264. 
Lubeccy II, 182. 
Lubecki Edwin II, 238. 
Lubicz I, 250; II, 91. 
Lubincew gen. I, 395. 
Lubomirski Eugeniusz, ks. I, 

103, 194, 306, 330. 
Lubomirski Stefan, ks., I, 

137 (?), 166, 218, 219, 300, 

344. 
Lubomirski Tadeusz, ks.. I, 

186, 188, 192, 194, 363— 

364. 
Lubomirski WJadysJaw, ks., 

I, 256, 344. 
Lutkiewicz Bronisław I, 2d), 

24. 

Laaa I, 250; ii, 91. 
Łagowscy II, 236. 
Łagowski, d-r, II, 278, 321. 
Lanskoj minister. I, 103, 296, 

331, 346. 
Łapicki Hektor I, 400, 401, 

407, 408, 411; II, 148, 300, 

301. 
Łapicki Juljam I, 82, 116, 

306—307. 
Łapicki Michał I, 178, 358. 
Łapiński II, 264. 
Łapiński II, 291, 292. 
Łappa Aleksander I, 137, 

166, 176, 178, 179, 183, 218, 

219, 344—345, 376, 405. 



Łappa Dominik I, 405. 

Łomanowicz Bolesław II, 
286. 

Łopaciński Ignacy I, 166, 
225, 231, 232, 242, 243, 245, 
(341?), 352—353, 388; II, 
7, 15, 33, 42, 46, 63, 78, 159, 
160, 191, 211, 219, 275. 

Łosiew (Aleksander) I, 371, 
394,401; II, 148, 171, 174— 
176, 178, 179, 190, 192, 193, 
200, 207, 208, 213, 218, 
299—300. 

Łozińscy II, 236. 

Łukaszewicz (Apolinary) I, 
252—254, 403. 

M. I, 163. 

Mackiewicz Antoni, ks.. I, 
324; II, 16, 18—20, 143, 
262, 262—263, 264, 265, 
268, 271. 

Mackiewicz Bronisław, d-r, 
II, 60. 75, 132, 142, 149, 
152, 281. 

Mackiewicz Juljan I, 172. 

Majewski I, 358. 

Majewski Karol I, 193, 365, 
366. 

Majewski Konstanrty I. 372. 

Majzels II, 255. 

Malczewski Antoni I, 353. 

Małecki Edward I, 102. 

Małecki Józef II, 100, 101. 

Malewski II, 80, 284. 

Malicki (?) Karol II, 81. 

Malinowski Mikołaj I, 77, 
297. 

Małacliowski Władysław I, 
172, 356; II, 39, 41, 42, 47, 
51, 54, 62—64, 66. 68, 75— 
77, 82, 116, 126—128, 131, 
145, 146, 154, 169, 283. 

Manasewicz (dom M — a) II, 
283. 



— 344 



Mańkowski Wiktor I, 250, 

392. 
Marcinowski II, 232. 
Marcinowski Mikołaj II, 294, 
Masłowski Konstanty I, 250, 

394—395; II, 173, 209, 210. 
Massalski (Ignacy) biskup II, 

290. 
Maszewski Władysław II, 

303, 304. 
Matejko Jan I, 362. 
Mawros II, 260. 
Medeksza Adam I, 14, 15, 33, 

55, 58, 62, 63, 70, 73, 79, 

96, 97, 100. 109, 118, 130, 

133, 152, 154—156, 163, 

172, 180, 203, 208, 258, 

282; II, 9, 243. 
Medeksza Antoni I, 230, 382. 
Merkułow I, 229. 
Mialdar Jonik I, 409. 
Michałowski (muzyk) II, 130, 

133. 
Mickiewicz Adam I, 21, 97, 

101, 285, 292, 297,308,336; 
II, 69. 

Mickiewicz Juljan, d-r, II, 

123, 144, 151, 292—293. 
Mickiewicz Władysław I, 

407; II, 309. 
Mierosławski (Ludwik) I, 24, 

106, 192, 334, 363, 366. 
Mierzejewski Seweryn. I, 

350. 
Mikszewicz Władysław I, 

102, 324. 

Mikulski Adolf II, 142, 149, 

218. 
Milarewski^il, 304. 
Milewicz (Ildefons) I, 262; 

II, 50, 132, 142, 160, 279. 
Miller II, 271. 
Milutin (Mikołaj) I, 73, 296, 

346. 
Miładowski II, 153, 190. 



Miładowski Florjan I, 358. 

Mineyko I, 82; II, 138. 

Mineyko Zygmunt I, 389; II, 
26, 269—270. 

Miniszewski (Józef Aleksan- 
der) I, 366. 

Miński Albert („Albertus") 
I, 289. 

Mirski - Światopełk Ferdy- 
nand II, 185, 186, 187, 209, 
210, 223, 224, 227, 229, 230, 
309—310. 

Mogilnicki Jerzy I, 166, 178. 
254, 351—352, 407; II, 148, 
304. 

Mokrzecki Filip, ks.. I, 13, 14. 

Mołochowiec I, 248, 389; II, 
59. 

Moniuszko Stanisław I, 312, 
374, 400; II, 26. 

Montwiłł Aleksander II, 58, 
254, 280. 

Montwiłł Stanisław II, 58, 
212, 253—254. 

Montwiłł Stanisław jun. I, 
248, 387—388; II, 13, 30, 
127. 

Morsztyn Hieronim I, 32, 36. 

Morykoni Lucjan II, 41, 46, 
63, 77, 83, 86, 87, 275. 

Morykoni owa II, 46. 

Moszczyński II, 148. 

Moszyński Witold II, 238, 
242. 

Mowsza Cyrulik II, 120, 133. 

Muller (dom M— a) I, 103, 
331. 

Murawjew- Michał hr. gen.- 
gub. I. 254, 282, 292, 293, 
298, 303, 308, 310, 349, 350, 
353, 371, 392, 405, 411; II, 
32, 33, 42, 51, 68—72, ^2, 
86—89, 94, 104, 122, 123, 
126, 128, 131, 142—144, 
147, 149, 151, 152, 158, 159. 



345 



167, 170, 171, 173, 174, 178, 
179, 185, 192, 195, 196, 
200—203, 206—210, 214, 
217, 220, 272, 286—289, 
291, 299, 301, 304, 307, 310, 
311, 313, 314, 315.' 
Murawjew Mikołaj gub. I, 
341. 

Napoleon III I, 311, 361; II, 
13. 

Narbutt I, 326. 

Narbutt Cezary I, 260, 414. 

Narbutt Ludwik I, 228, 246, 
376—377; II, 16, 19, 30, 41, 
81, 91, 203, 271, 285. 

Nazimow Włodzimierz gen.- 
gub. I, 46, 56, 82, 86, 97, 
103, 105, 107, 112, 120, 122, 
123, 149, 160, 161, 177, 
208—211, 220, 229, 246, 
293, 3d2, 346, 354, 357, 374, 
380, 390, 392; II, 32, 69, 80, 
114, 137, 219, 298, 313. 

Niejełow, audytor główny, 
II, 218. 

Nleławiccy II, 253. 

Nieławicka Barbara II, 60, 
215, 281. 

Nieławicki II, 58. 

Nieławicki Stanisław II, 37, 
274. 

Niemcewicz Juljan Ursyn 
I, 26. 

Niemeksza Antoni ks. II, 188, 
310. 

Nikolin II, 133, 138—140. 

Niszkowski (liotel N — go) I, 
230, II, 47. 

Nowakowski Karol (Olizar- 
Swiatołdycz) II, 285. 

Nowodworski II, 200. 

Norwid Cyprjan I, 353. 

Noskowski II, 96. 

Nostitz gen. II, 262. 



Nowicki Franciszek, d-r. I, 
252, 402—403; II 148 229. 

Nowicki Napoleon I, 258. 
412. 

Obrąpalski Michał I, 250, 
395—396; II, 142, 149, 210. 

Obuchowicz Napoleon II, 
148, 303—305. 

Odyniec Antoni Edward I, 
77, 78, 297; II, 72. 

Ogińska II, 119, 121, 128, 
291. 

Ogiński Ireiueusz I, A2, 58, 
60, 70, 72, 93, 111, 122— 
124, 126, 137—140, 145, 
147, 148, 149, 161, 182,209, 
229, 290; II, 195, 281. 

Ogiński Mikołaj II, 216. 

Ogrodnik Antoni I, 410. 

Ohryzko Józefat I, 79, 168, 
231, 281, 298, 405; II, 9, 10, 
59, 190, 191, 193, 194, 
197_199, 206—208, 306. 
311. 312. 

Okuszko Antoni I, 166, 254. 

Olechnowicz I, 358. 

Olędzki II, 229. 

Olędzki Stanisław I. 407(?); 
II, 15, 22, 22S, 260. 

Ołdakowski Napoleon II, 

234. 
Ołsufjew I, 338. 
Orda Edmund II, 238, 321. 
Orda W. II, 148, 302. 
Orgelbrand (Maurycy) II, 

55. 280. 
0'Rourke Konstanty I, 15; 

II, 209, 315. 
0'Rourkowa II, 200. 
Orwid Adam II, 73, 89. 
Orwid Cezary I, 15, 250, 

392—393; II, 41, 83, 89. 
Orwid Franciszek I, 10. 



— 346 



Orwidcwa Teresa z Giey- 
sztorów I, 10. 

Orwidowa Zofja Elżbieta I, 
393; II, 59, 73, 82—84, 86, 
89, 121, 212, 213, 246. 

Orwidowie II, 251. 

Orzeszko I, 106, 248, 334; II, 
77, 116, 118, 120, 122, 123, 
127, 128, 137, 145, 146. 

Orzeszko Antoni II, 295. 

Orzeszko Kalikst, marsz. I, 
300. 

Orzeszkowa Eliza I, 317; II, 
273. 

Osijewski II, 303. 

Oskar M. II, 186. 

Oskierczyna II, 38, 39, 215. 

Oskierczyna Alfonsowa II, 
221. 

Oskierka Aleksander I, 20, 
80, 82, 90, 94, 99, 105, 162, 
164—166, 169, 170, 172, 
176, 178, 179, 201, 218, 219, 
222, 22A, 225, 232, 235, 
240—242, 246, 300, 301, 
304, 349, 376, 405; II, 7, 
9—12, 14, 24, 26, 33, 38, 
40, 44, 50, 81, 86, 90, 112, 
116, 120, 137, 138, 141, 145, 
154, 158, 163, 168, 174. 194, 
198, 206, 246, 275, 313. 

Oskierka Aleksander II, 221. 

Oskierka Alfons II, 221, 318. 

Oskierka Bolesław I, 14, 15, 
254, 404, 408; II, 148, 305. 

Oskierka Henryk I, 404; II, 
148, 302. 

Oskierka Michaił, 256, 410— 
411; II, 46, 142—143, 169, 

Oskierka Szczęsny I, 350; II, 
72, 282. 

Oskierkowie II, 227. 

Ostoja p. Czechowicz. 

Ostroga p. Poradowski. 

Ożarowski II, 211, 315. 



Pac-Pomarnacka Władysła- 
wowa II, 298. 
Pac-Pomarnacki Bronisław 

I, 102, 321. 
Pac-Pomarnacki Juljan I, 71, 

72, 296. 
Pac-Pomarnacki Tacyt I, 

381. 
Pachomow I, 355. 
Paniutin gub. I, 352; II, 147, 

186, 216, 299. 
Parfianowicz (Witold) I. 236, 

248, 371, 384, 411; II, 50, 

123, 132, 190, 293. 
Pasek (pamiętniki P — a) II, 

57. 
Paszkiewicz Juljan I, 191, 

325. 
Paszkowski Wiktor I, 333. 
Pawłowski Aleksander II, 

238, 
Peliksza Kornel I, 15, 252, 

400, 405, 407; II, 91, 148, 

163, 300, 
Perthees geograf I, 51. 
Piasecki Kazimierz I, 87, 

308—309. 
Piekarski II, 265. 
Pieńkowscy I, 358. 
Pieńkowski Ludwik I, 80; 

II, 324—325. 

Piepol (Bernard?) I, 248. 

388. 
Pietkiewiczowa II, 133, 134, 

136, 139, 140. 
Pietkiewiczowa (jej pensja) 

II, 296, 312. 
Piłsudzki Józef I, 258. 413. 
Piłsudzki Kazimierz I, 58, 

63, 229, 284. 
Piotuch-Kublicki Antoni I, 

58, 86, 182—184, 205, 

283—284. 
Pisani Józef I, 102, 322, 261. 
Pisani Piotr II, 261. 



347 



Pisarski (Staniewicz) II, 266. 

Plater Michał II, 38. 

Plater - Bróel hr. Adartii I, 

126, 182—184, 197, 204, 

206, 207, 341—342; II, 12. 
Plater Broel hr. Leon II, 101, 

287. 
Plater-Broel hr. Stanisław I, 

166, 354. 
Plater-Zyberk Stanisław I, 

166. 169, 176, 178, 185 (?), 

186—188, 196, 200, 218, 

219, 222, 223, 300, 352, 

354; II, 13. 
Podbereska Anna I, 289. 
Podbereski Michał I, 289; II, 

41, 128, 149, 211, 275. 
Podbereski Adam I, 132, 260, 

343, 344. 

Poklewski - Koziełł ob. Ko- 

ziełł-Poklewski. 
Pokrowscy II, 221, 222. 
Pokrowska II, 95, 96, 221. 
Pokubiatto Piotr, I, 262, 

415—416. 
Pol Wincenty I, 353. 
Polewoj I, 21. 
Politowski (Zygmunt?) I, 

106, 394; II, 59, 149. 
Połoński II, 294. 
Ponset (Józef?) I, 229, 256, 

381; II. 169. 
Popławski Adolf I, 97 153, 

318. 

Popowski Józef II. 232, 237, 

242; II, 320. 
Paradowski („Ostroga") II, 

91. 

Potapow (Aleksander) gen.- 
gub. I, 310; II, 158, 175, 
176, 179, 186, 187, 189, 190, 
213, 214, 307. 

Potapowowa Katarzyna II, 
307. 



Potocki Aleksander II, 207, 

314. 
Potocki Stanisław I, 189, 

365. 
Potocki Tomasz I, 313, 315. 
Poznański (hotel P — go) II, 

7, 40, 84, 110. 
Pozniak II, 294. 
Pożerski Edward I, 246, 386; 

II. 215. 
Preiss Aleksander I, 339. 
Prokopowicz II, 98. 
Prószyński II, 72, 87. 
Prozor Karol, oboźny I, 109, 

336, 401. 
Prozor Maurycy I, 70,79,210. 
Prozor Mieczysław I, 109, 

252, 401, 404, 408. 
Przeciszewscy bracia I, 80, 

299; II, 323—324. 
Przeciszewski Adolf I, 58, 

291. 
Przeciszewski Hieronim I, 

58, 86, 126. 155, 283. 
Przeciszewski Konstanty I, 

102, 229, 325. 
Przesmycki, d-r, II, 103. 
Przybylski (Karol), d-r, II, 

206, 314. 
Przybylski Wacław („Ma- 
ciek") I, 15, 20, 231, 348, 

383—384; II, 9, 191, 198, 

206. 
Pugaczow I, 225. 
Puławski Kazimierz (pom- 
nik P— go) II, 261. 
Pusłowski (Adam) II, 26, 

270. 
Pusłowski Stanisław I, 100, 

260, 320; II, 151, 222, 251. 
Puzyna Piotr I, 102, 324. 
Pyrzyński II, 234. 

R... M... ks. II, 201. 
R... S... II, 209, 210. 



348 — 



R... S... (syn Michała) II, 210. 
Racz (Ratcz) Bazyli I, 90, 

310; II, 174, 179, 201, 211, 

214. 
Radziwiłł (Karol) ks. „Panie 

Kochanku" II, 202. 
Radziwiłł Macie) ks. II, 209. 
Radzi'W'iłłowicz (Ignacy) d-r 

II, 221, 317—318. 
Ramotowski Konstanty 

(„Wawer") II, 26, 270. 
Ratowt (pensja p. R.) II, 276. 
Rechnieiwscy II, 192, 311. 
Redych I, 262. 
Reer Jan I, 22, 252, 300, 397. 
Regulus II, 181. 
Rejtan II, 181. 
Rekke bar. I, 59. 
Rennenkampf gen. I, 414. 
Rewkowscy (Aleksander i 

Józef) II, 81, 82, 284—285, 

285. 
Rodziewicz II, 104. 
Rogalewicz I, 196. 
Rogiński (Roman) II, 16, 

261—262, 303. 
Romańczuk Antoni I, 410. 
Romańczuk Stanisław! I, 410. 
Romanowski Józef I, 410. 
Romanowski Piotr I, 410. 
Romański (Feliks) I, 260, 414. 
Romanus gen. I, 296. 
Romer Alfred I, 206, 207, 

369—370. 
Romer Edward I, 29, 58, 60, 

62—64, 70—73, 80, 82, 83, 

88, 90, 102, 288—290; II, 

31, 244, 248, 250, 324. 
Romer Michał I, 107, 109, 

170, 334, 336. 
Romer Seweryn (syn Mi- 
chała) I, 80, 81, 82, 302; II, 

141, 142, 149(?), 220, 324, 

326. 
Romer Seweryn (syn Alek- 



sandra) marszałek, I, 262, 

II, 220, 229, 317, 326. 
Rómerowie Alfredostwo 

24. 
Ropp Ludwik bar. I, 58, 64, 

71, 72, 102, 112, 113, 151. 
Ropp Wilhelm) bar. I, 59, 64. 
Rostowcew gen. I, 300. 
Rotwand Stanisław I, 351. 
Różycki Edmund I, 19, 20. 

184, 200. 
Rudomina Wincenty I, 15, 

105 250, 332. 
Ruprecht Karol I, 95, 193, 

195, 196, 198, 314. 
Rutkowski II, 309. 
Rutkowski Kazimierz I, 102, 

323. 
Rybaczewski Adamek I, 134. 
Rybaczewski Tomasz I, 134, 

135, 150. 
Rychlewski I, 382. 
Rychterówna Michalina II, 

102, 106. 
Rymkiewicz II, 229. 
Rymkiewicz Feliks I, 229, 

377—379. 
Rymowicz (Feliks), d-r, ił, 

192, 207, 217, 312, 317. 



S. I, 309. 
Sagatis I, 134. 
Samaryn I, 346. 
Samojło, d-r, II, 234, 237. 
Saranczow, policm., II, 83, 

84, 86—89, 114, 115, 142, 

147, 153, 214. 
Sawicki Adolf I, 97, 318. 
Sawicki Ferdynand I, 260, 

415. 
Sawicki Jan, d-r, („Stella") 

I, 46, 97, 99, 318. 
Scewola II, 181. 
Schmeman II, 214. 



I 

4. 1 



349 



Sidorowicz, adwokat, I, 394; 
II, 186. 

Sidorowicz Jan I, 82, 306; 
II. 152. 

Sieheń I. 200. 

Siemaszkowie II, 102, lOó, 
287. 

Siemioncw II, 175—178, 192, 
214, 233(?). 

Siemionowowie II, 231. 

Siemiradzki, d-r. I, 405. 

Sierakowska Apolonia z Da- 
le wskich I, 168, 354—355; 
II, 10, 34, 95, 227. 

Sierakowski Zygmunt („Do- 
łęga") I, 17—20, 22, 79, 
168, 184, 196, 197, 200, 213, 
281, 287, 299, 375, 386, 390; 
II, 10. 15, 22, 24—26, 28, 
30—32, 34, 37, 41—44, 56, 
85, 86, 95, 127, 162, Io9, 
201, 203, 260, 267—269, 
271, 272, 276, 309, 312, 314. 

Siesiccy II, 231. 

Siesicka (Mieczysławowa*^) 
II. 227. 

Siesicki II, 146. 

Siesicki Feliks I, 58, 70, 72, 
288. 

Siesicki Mieczysław I, 15, 
58. 229. 260, 377; II, 141, 
149. 151. 

Sikorska (dom zajezdny 
S— ej) II, 42. 

Sipowicz Karol II, 285. 
Siwicka Emilja II, 60, 215, 

281. 
Skarżyński Dyonizv I. 97, 

130. 133. 180, 193, 196, 313, 

315—316. 
Skarżyński Onufry I, 315. 
Skawińscy II, 236. 
Skawińska, d-rowa. II. 235. 
Skawiński, d-r, II, 234, 



Skirmunt Aleksander I, 252, 

300, 402; II, 148. 
Skirmunt Kazimierz I, 350; 

11, 72. 

Skirmunt Konstanty II, 138, 

297. 
Skorupski (Michał) ksiądz. I, 

172, 260, 356—357; II, \3I, 

232, 233. 
Skworcow I, 113; II, 220. 
Slesar Adam I. 410. 
Slesar Antoni I, 410. 
Sławiński II, 316. 
Słowacki I, 292, 397 
Smiarowski I, 134; II, 17. 
Smogorzewski I, 394. 
Smolak Jan I, 230, 382; II. 

325. 
Smuglewicz Piotr, d-r I, 114, 

337. 
Snarska II, 103. 
Snarski Tomasz I, 170, 355. 
Śniadecki Andrzej I, 23, 170, 

391. 
Sobański Feliks I, 351. 
Sobolewski, kamieniarz. I, 

246; II, 81, 82, 215. 
Sobolewskij gen. I, 371; II, 

40(?), 111, 112, 124, 131. 
Sokołowski II, 137. 
Sokołowski II, 234. 
Sołomka II, 271. 
Sołowjew I, 47, 151, 152, 

346; II, 195. 
Sołtan Michał I, 187, 188, 

192, 364—365. 
Sołtan Stanisław I, 109, 336. 
Sołtan Stanisław (iun.) 1. 166, 

191, 192, 250, 349—350; II, 

12, 50, 146, 218, 229, 232. 
Sołtan Władysław I, 254, 

408—410, 100, 101, 104— 
106. 111. 
Sołtan Wojciech II, 100. 



350 



Sohanowa Władysławowa 

II, 321. 
Sopoćko Leopold I, 180, 208, 

359. 
Soroka Michał II, 100, 102, 

107. 
Spasowłcz Włodzimierz I, 

79, 99, 299, 306, 380, 401; 

11, 10, 192, 221, 301, 317. 
Spejer ob. Szpejer. 
Stacłiowski II, 125. 
Stakman, d-r, II, 142, 299. 
Staniewicz Jan I, 168, 284(?). 
Staniszewski I, 106, 333. 
Staniszewski I, 386. 
Staniszewski Micłiał II, 269. 
Stankiewicz I, 358. 
Stankiewicz Karol II, 305. 
Starzeński Kazimierz I, 196, 

197, 367. 
Starzeński Wiktor hr. I, 90, 
91, 120, 121, 137, 165, 166, 
169, 176, 178, 183, 185— 
188, 196, 218, 219, 222, 223, 
310-^11, 375, 376; II, 8, 

12, 14, 246. 
Statkowski Apolinary I, 97, 

126, 183, 184, 206, 318. 
Stejman ob. Sztejman. 
Stengelmejer ob. Sztengel- 

mejer. 
Stoły pin I, 31, 392. 
Straszewicz Edward I, 102, 

325. 
Strawiński Gustaw I, 399. 
Strawiński (Józef) 1, 250, 262. 

399—400; II, 220. 
Strod Justyn I, 410. 
Strot Antoni I, 410. 
Suchodolski ob, Dormanow- 

ski. 
Sufczyński I, 186, 188, 192. 
Sulistrowski Józef II, 152, 

306. 
Sulistrowski Kazimierz I, 



248 (?), 390(?); II, 59(?), 

234(?). 
Sulistrowski Leon I, 256, 

410; II, 72, 101, 106, 107. 
Suworow Aleksander ks. I, 

409; II, 217, 220, 221, 286, 

301. 
Świacki Józef I, 411. 
Świda Bolesław I, 20, 252, 

400—401, 407, 408; II, 148, 

242, 301. 
Świda Jan, d-r, I, 30, 407; II, 

148, 300—302. 
Świętorzecka Józefa I, 411. 
Świętorzecka Leokadia II, 

184. 
Świętorzecka Olimpia I, 411. 
Świętorzecki Apolinary II, 

148, 303. 
Świętorzecki Bolesław I, 15, 

231, 254, 264, 382—383, 

408; II, 57. 91, 260, 291, 

301, 303, 319. 
Świętorzecki Fortunat II, -'A 

110 ,290. ^ 

Świętorzecki Michał I, 167. 
Świętorzecki Michał I, 250, 

399—394, 394; II, 290,323. 
Świętorzecki Mieczysław I, 

411. 
Świętorzecki Rodryg II, 148. 

302—303. 
Swirtun Jarosław I, 102, 330. 
Swolkień B. II, 28. 
Sylwestrowicz (Stanisław) 

I, 262, 415. 
Symonowicz Władysław d-r 

I, 252, 399; II, 81, 220. 
Symonowiczowie II, 236. 
Syruć Szymon I, 31, 58, 62, 

101, 102, 130, 131, 133, 172. 

286; II, 246. 
Syruciówna Tekla I, 130, 

342—343; II, 5—7, 42. 43. 

55, 56, 77—79, 82, 83, 86, 



— 351 



88, 152, 176, 181, 184, 196, 

211, 214. 
SyruciówTiy I, 170. 
Szamil I, 377; II, 260. 
Szapiro I, 97, 153. 
Szełgunow II, 117, 139, 145, 

291. 
Szemioth Józef I, 86, 183, 

184, 205, 308. 
Szetkiewicz Kazimierz I, 15, 

114. 250, 338, 409; II, 80, 

100, 101, 106. 
Szlagier Kazimierz II, 42, 

276, 316. 
Szlagier (Wincenty) ksiądz 

II, 16, 263. 
Szpejer II, 154, 192. 
Sztejman II, 82, 96, 120, 122, 

126. 
Sztengelmejer II, 182. 
Sztengelmejer Edmund II, 

26, 182, 183, 268, 309. 
Sztengelmejer Ignacy II, 182. 
Sztengelmejer Ignacy (iun.) 

II, 26, 183, 268, 309. 
Sztengelmejerowa Emilja z 

Zawiszów I, 11, 159; II, 

182, 184. 
Sztengelmejerówna Emilja 

II, 184. 
Szukszta Juljan I, 102, 258, 

II. 219. 
Szumski (Stanisław) II, 7, 

198, 211, 256. 
Szuwalow hr. I, 407. 
Szwcjnicki Konstanty I, 101. 
Szwojnicki Władysław I, 69, 

102, 172, 295. 
Szylling Stanisław I, 180 — 

182, 362; II, 234. 

Szymańska Barbara II, 102, 

106. 
Szyszko Józef I, 80—82, 128. 
Szyszło d-r I, 250. 



Tański Apolinary I, 250, 395; 

II, 152. 
Tański Ignacy I, 250, 391— 

392. 
Tettinger, komtur, I, 362. 
Tiarwia Andrzej I, 410. 
Tiarwia Jonik I, 410. 
Tokarzewski I, 197. 
Tomaszewicz II, 122, 
Tomaszewski I, 246. 
Tomkowicz Ignacy d-r I, 

405; II, 234. 
Topór p. Zwierzdowski. 
Totleben I, 282. 
Towiański I, 292. 
Traugutt I, 366, 373, 402; II, 

302, 314. 
Trubeckoj ks. I, 21. 
Trzaskowski Igancy d-r II, 

23, 242, 266—267, 321. 
Trzaskowski Władysław I, 

102, 325. 
Tukałło Konstanty I, 250, 

393, 394; II, 122. 
Tukałło Mieczysław I, 87, 

128, 250, 309, 394; II, 14, 

72, 87. 
Tupalski II, 209, 315. 
Tupalski ksiądz II. 310. 
Turczyńska II, 229. 
Tuczyński II, 148. 
Turski Michał I, 312. 
Twardowski II, 234. 
Tyszkiewicz (Kazimierz?) I, 

44. 
Tyszkiewicz Benedykt I, 58, 

79, 83, 284. 
Tyszkiewicz Eustachy I, 

170, 355. 
Tyszkiewicz Jan hr. I, 80, 

107, 119, 305, 334; II, 212, 

213. 
Tyszkiewicz Józef I, 112, 

226, 302, 336, 353. 
Tyszkiewicz Juljan I, 153. 



— 352 



Tyszkiewicz Kazimierz I, 

333. 
Tyszkiewicz (Michał?) I, 

210. 
Tyszkiewiczowa Janowa I, 

119. 
Tyszkiewiczowa Michałowa 

II, 293. 
Tyzenhauz Rajniold I, 43, 58, 

59, 62, 94, 116, 130, 163, 

22A, 290, 300; II, 31, 59, 77, 

86, 87, 212, 243—250, 322. 

Ulanowski (Władysław) II, 

128, 295. 
Ulryk w. mistrz I, 362. 
Ułasewicz II, 216. 
Ułasewiczowa II, 56. 
Ustriałow II, 113. 

Wagner Karol I, 107, 334— 

335, 341; II, 7. 
Wagner Olgierd I, 245, 385; 

II, 7, 27, 42, 46, 159, 160, 

271. 
Wagner Witold II, 27, 271. 
Wakulski p. Wokulski. 
Walicki Leopold I, 416. 
Wańkowicz Adam I, 254, 

350, 407; II, 148. 
Wańkowicz Aleksander I, 

120, 340. 
Warawski II, 194. 
Wasilczykow, gen.-gub.. I, 

311. 
Wawer p. Ramotowski. 
Wawrzyniec (służący G.) 

II, 38, 79. 
Wereszczyński Kazim.ierz I, 

102, 128. 
Wereszczyński Michał I, 58. 
Werj/ho Edmund I, 220, 250, 

233. 370, 372—373. 
Weryho Jan I, 372. 
Weryżyna (pensja p. W.) II, 

296, 312. 



Weyssenhoff Michał I, 206, 

207, 370; II, 149, 152, 324. 
Weyssenhoffowa (Walerja?) 

II, 7, 53, 55, 256. 
Węcławowicz Onufry II, 

141, 149, 152, 298—299. 
Węgleński (Franciszek) I, 

196, 367. 
Węsławski Antoni I, 102, 

260, 328—329, 414. 
Wiatkin, komendant, II, 80, 

120, 209, 284. 
Wieliczko Bolesław I, 159, 

172, 174, 201, 260, 347. 
Wieliczko Ignacy I, 102, 159, 

172, 174, 229, 321, 379. 
Wieliczkowie (Ignacostwo) 

II, 231. 
Wielopolski Aleksander mar- 
grabia, I, 49, 190, 200, 292, 

299, 351, 365, 366; II, 93, 

286, 313. 
Wieniawski II, 38. 
Wiesielickii gea II, 124, 131, 

133, 135. 137, 138, 144. 
Wilczewski (Walerian) d-r I, 

252, 399; II, 103. 
Wilczyński (album W — go) 

I, 116, 339. 
Wilium Franka I, 410. 
Wisłouch I, 250, 372, 375; II, 

2A, 268. 
Wiśniowski Teofil I, 328. 
Wiszniewski (Jan ? Ta- 
deusz?) I, 350; II, 72, 

282—283. 
Witgensztejn ks. I, 303. 
Witkiewicz Ignacy I, 102, 

260, 326—327, 379. 
Witkiewiczowie II, 234. 
Witkowski d-r I, 396. 
Witorzeniec Witold (jego 

paszport) I, 371. 

por. Kalinowski Konstanty. 
Włostowski, II, 242. 



353 



Wojciechowski (Kajetan) II, 

104, 288. 
Wojnicki II, 73. 
Wojsiatycz (Józef) I, 262, 

415. 
Wcjszwiłlo Zenon I, 229, 379. 
Wokulski (Wakulski), po- 

licm. II, 229. 
Wolniewicz I, 186, 187. 
Wołłowicz Henryk I, 15, 

114, 337; II, 104, 148. 

WołJowicz Michał I, 368. 

Wołonczewski Maciej, bis- 
kup I, 381. 

Wołowski I, 116, 339. 
Wołyński Artur d-r I, 38. 
Wrangel bar. I, 345. 
Wróblewski Aleksander, 

ksiądz, II, 297. 
Wróblewski Walery II, 259. 
Wrotnowski Antoni I, 47, 

115, 116, 338, 339. 
Wykowski Józef II, 103, 125. 
Wyrzykowska (Aleksandra) 

II, 7, 78, 79, 88, 89, 110, 

199, 214, 256. 
Wyrzykowska Marja II, 134, 

184, 196, 214, 296, 312. 
Wysłouch p. Wisłouch. 
Wysocki gen. I, 318. 

Zabiełło Ignacy I, 100, 320. 
Zabiełło Karol I, 24. 
Zabiełłowie I, 133; II, 253. 
Zabłocki (Erazm?) I, 236, 

237, 252, 262, 384; II, 50, 

145, 146, 163, 279. 
Zacharewicz Ignat I, 410. 
Zaleski Antoni I, 166, 220, 

227, 230, 242, 246, 353-^. 
Zaleski Bronisław I, 14, 22, 

80, 102, 130, 196, 231, 264, 

265, 300, 386, 404; II, 61, 

167, 215. 



Zaleski Feliks dr- II, 238 — 
241. 

Zamoyscy I, 193; II, 260. 

Zamoyski hr. I, 408. 

Zamoyski Andrzej hr. I, 49, 
103, 141, 190, 292, 313, 
330—331, 357; II, 93. 

Zamoyski Józef I, 166, 350; 
II, 11, 12. 

Zan Tomasz I, 308. 

Zaranek II, 232. 

Zaremba p. Dybowski Pa- 
weł. 

Zawadzcy II, 53, 280. 

Zawadzka (Adamowa?) II, 
53, 55, 280. 

Zawadzki I, 248. 

Zawadzki Adam, księgarz, II, 
7, 40, 55, 136, 146, 280. 

Zawisza Benedykt I, 9. 

„Zawisza Czarny" I, 8. 

Zawisza Edmund I, 9. 

Zawisza Franciszek I, 203. 

Zawisza Ignacy I, 9, 33, 107, 
109, 245, 334, 336. 

Zawisza Ignacy II, 20, 265. 

Zawisza Jan I, 129, 167, 200, 
252, 342; II, 59, 223, 246. 

Zawisza Krzysztof I, 167. 

Zawisza Krzysztof, stolnik, 
I, 203, 369. 

Zawisza Leon I, 9. 

Zawisza Otton II, 26, 268— 
269, 312. 

Zawisza Piotr I, 8, 203, 369. 

Zawiszanka Marja II, 196, 
214, 312. 

Zawiszowie I, 8, 203; II, 183. 

Zawiszyna Alfonsa I, 159. 

Zawiszyna Tekla z Zawi- 
szów I, 11, 25, 167, 203. 

Zawiszyna Teresa ze Swię- 
torzeckich I, 167. 

Zdanowicz Aleksander I, 13 
14; II, 120. 



,B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 



23 



— 354 — 



Zdanowicz Igniacy II, 77, 
120, 128, 143, 283, 290. 

Zelwerowicz p. Zylwero- 
wicz. 

Zenowicz - Despot Aleksan- 
der I, 321, 379, 403; II, 
228—232, 319—320. 

Zenowicz Ignacy I, 20. 

Ziemacki Rajmund, ksiądz, 
II, 33, 273. 

Zienkowicz Feliks II, 121, 
122, 129, 292. 

Zmieczarowski II, 125. 

Zolner, nożownik I, 246; II, 
118, 122. 

Zoruch (Szepses) I, 26; II, 
178, 254—255. 

Zwierzdowski Ludwik („To- 
pór") I, 103, 121, 331; II, 
125, 169, 293—294. 

Zwoncow I, 21. 

Zylwerowicz (Zelwerowicz) 
I, 106, 333. 

Żagiell L 341. 



Źarnowski Jan I, 250, 395. 
Żeligowski Edward („Ant. 

Sowa") I, 17, 24, 130, 299, 

348. 

Żerwe (Oerwais) Piotr I. 

118, 122, 123, 150, 160, 340. 
Żukowski („Kosa") II, 294. 
Żukowski Edward I, 300. 
Żupański, księgarz, I, 33, 74. 

76, 296, 353. 
Żychowski I, 37. 
Żyliński Konstanty I, 250; II, 

141, 149, 299, 325. 
Żyliński Ludwik I, 45, 46, 82. 

86, 93, 96, 97, 107, 108, 117. 

124, 125, 153, 183, 206, 258. 

307; II, 222, 251—253, 326. 
Żyliński Michał II, 251. 
Żyliński Piotr, ksiądz, II. 

310. 

Żyliński Wacław, ksiądz, ar- 
cybiskup, II, 251, 322. 

Żyżniewski (Konrad) I, 250. 
392. 



SPIS MIEJSCOWOŚCI. 



(Liczby rzymskie oznaczają tom, arabskie — stronę. Opuszczo- 
ne: Wilno, Kowno, miejsce druku wymienionych dzieł, oraz 
nazwy obwodów, gubernji, powiatów). 



Abelin I, 327. 
Adamów I, 320. 
Akatuja I, 310. 
Akwisgran I, 74. 
Aleksandrów II, 307. 
Aleksandrowskie zakłady 

(zawody) I, 398. 
Aleksota I, 130. 
Algier I, 383. 
Ambenmujża I, 352. 
Ancyr I, 413. 
Antonosz I, 289. 
Antuzów I, 290. 
Anuliszki I, 325. 
Archangielsk I, 9, 369. 
Arsdal I, 352. 
Aschabad I, 373. 
Aschafenburg I, 286. 
Ateny II, 270. 
Auszbikowo (Aużbikowo) I, 

319. 

Baćki I, 311. 
Bagatela I, 286. 
Baliszki I, 324. 
Bałakława II, 282. 
Balwaniszki II, 269. 
Barnauł II, 299. 



Bebra (Bewern) I, 352. 
Bejniajcie (Benajcie) I, 10, 

25. 
Bejsagoła I, 118, 340. 
Bejżany I, 395. 
Belebej I, 338, 415; II, 100, 

287. 
Belmonckie lasy II, 261. 
Belweder I, 291. 
Berezowce II, 285. 
Berlin I, 287, 334, 339, 397; 

II, 301. 
Berzniki I, 367. 
Berźany I, 324. 
Bialogród I, 406. 
Białowieska puszcza II, 261. 
Bialozierski monaster 1,354. 
Białystok I, 346; II, 259, 292. 
Bielebej p. Belebej. 
Bielsk I, 346: 
Biesiady (pow. wilejski) I, 

372. 
Biesiady (pow. miński) II, 

288. 
Bijuciszki I, 348. 
Bilcz I, 365. 
Biliewicze I, 284. 
Birkenruh I, 322, 415. 



— 356 



Birsk II, 99, 100, 287. 

Birże I, 260, 293, 305, 317, 
387, 388; II, 28, 30—32, 40, 
56, 58, 91, 169, 249, 263, 
267—269, 271, 272, 309. 

Birżyniany I, 284. 

Biżerewicze II, 302. 

Błogosławieństwo I, 327. 

Bobrujsk I, 254, 285, 311, 
336; II, 304. 

Boczkienikiele I, 368. 

Bodzechów II, 258. 

Bohuszewickie lasy II, 260. 

Bohuszewicze I, 382; II, 291. 

Bołowsk II, 295. 

Bonn I, 292. 

Borek I, 317. 

Borki II, 261. 

Borowicze I, 354. 

Borówka I, 357. 

Borysów I, 405. 

Bożejków I, 306. 

Bratnowo I, 381. 

Brody I, 398. 

Brodziec I, 403. 

Bruzguliszki II, 306. 

Brześć Lit. 1,56, 346; 11,262, 
277, 278. 

Brzostowica Mur. I, 349, 
350. 

Bucewicze I, 306. 
Buczuny I, 285. 
Bukareszt I, 383. 
Burbiszki II, 298. 
Butańce I, 323. 
Buzułuk I, 355. 
Bykowniki I, 410. 
Bystrampol I, 283. 
Bzowiec I, 351, 352. 

Carewo I, 303, 347. 
Carskie Sioło I, 56. 
Cesarka II, 272. 
Changey II, 258. 



Charków I, 287, 300, 312, 

374, 386. 
Chojniki I, 401. 
Chołopienicze I, 304, 405. 
Chrobrze I, 385. 
Chrzczeniszki I, 296. 
Chwałojnie I, 291, 329; II, 

305. 
Cuneo II, 261, 268. 
Cytowiany I, 382; II, 20, 

263, 266, 323. 
Cywilsk I, 321, 393; II, 270, 

271. 

Czarnorucze I, 349. 
Czeboksary I, 390. 
Czelaba I, 351. 
Czelabińsk I, 399; II, 100, 

287. 
Czembar I, 284, 380, 381; II, 

306. 

Czepielewszczyzna II, 274. 
Czerdyń I, 282, 318, 332, 355. 
Czeremchów II, 267. 
Czerna II, 277—279. 
Czerwony Dwór I, 284. 
Czeryków I, 412. 
Częstochowa I, 22, 198. 199, 

200. 
Czołny II, 98, 287. 
Czyta I, 287; II, 304. 

Dajnów I, 316. 

Daromin I, 392. 

Datnów I, 362; II, 263. 

Degajcie I, 284. 

Degucie I, 284. 

Dereszewicze I, 401; II, 302. 

Dijon II, 258. 

Dołobowo II, 325. 

Dołhinów I, 395; II, 317. 

Domnino I, 395. 

Dorpat I, 62, 282, 292, 299, 
300. 307, 319, Z22, 324. 328, 
331, 345, 349, 351, 365, 377, 



— 357 



404, 406, 415; II, 127, 128, 

288. 295, 298, 325. 
Dowbory I, 375. 
Dowgielany I, 337, 360. 
Drezno I, 309, 325. 
Drohiczyn I, 356. 
Druja I, 395. 
Druwiszki I, 324. 
Dubicze I, 376. 
Dubrownt> I, 363. 
Duderhof I, 11. 
Dukszty I, 370. 
Dunajczyce I, 304; II, 308. 
Duszczyce II, 285. 
Duśmiany I, 391. 
Dydwiże I, 342. 
Dykteryszki I, 308. 
Dyneburg I, 229, 256, 284, 

305. 317, 322, 352, 356, 357, 

378—380, 391, 410; II, 13, 

89, 2^2, 287, 315. 
Dyrwiany I, 284. 
Dzierżany I, 285. 
Dzisna I, 250, 395; II, 149. 

Ekateryniburg II, 228, 319. 
Ekaterynoslaw I, 403; II. 

308. 
Eleonorów I, 320. 
Ellern I, 357. 
Ems I, 292. 

Fajsławice II, 286. 
Filipowiczei I, 351. 
Florencja I, 290, 353. 
Fryburg I, 362. 
Fryburg (Szwajcarski) I, 
310. 

Gidle I, 306. 
Giedrojcie I, 302, 
Giegrany I, 328. 
Gienewa I, 299, 302. 
Gienua II, 268, 269. 
Glerniki II, 287. 



Gile I, 291. 

Ginetynie II, 28, 269, 271. 

Gładkiszki I, 391. 

Gniezno I, 78. 

Goreckowszczyzna I, 389. 

Górki I, 400. 

Goszcza I, 385. 

Granopol I, 302. 

Grignoni I, 292. 

Grochowiska I, 385. 

Gródek II, 285. 

Grodno I, 166, 178, 200, 218, 
235, 236, 248, 252, 317, 346, 
350, 358, 371, 398, 399, 
415; II, 14, 104, 132, 146, 
149, 163, 302, 306, 311, 325. 

Gromadzice I, 332. 

Gruże I, 289. 

Gudziszki II, 272. 

Halicz I, 400. 
Hancewicze I, 358. 
Hanuszyszki I, 332, 338. 
Heidelberg I, 315, 385; II, 

250. 
Hieronimów II, 318. 
Hlewin II, 300. 
Hołny-Mejera II, 325. 
Homburg I, 74—76, 80; 296. 
Horlów I, 390, 398. 
Horodło I, 124. 
Hory-Horki I, 331, 390, 412, 
. 413; II, 277, 294, 304. 
Hoża I, 415. 
Hranicze II, 300, 303. 
Hruszewicze I, 354. 
Hubinka II, 317. 
Humanszczyzna II, 314. 

Ibiany II, 151, 152, 306. 

Ignacogród I, 11, 25—27, 31, 
49, 110, 149, 153, 202—204, 
286, 294, 337; II, 106, 183, 
216, 246, 256. 

Ignatycze I, 350, 400. 



358 



Ihnatów I, 302. 

Ihumeń I, 252, 303, 402, 403. 

Ilgiże I, 413, 414. 

Ilgów I, 379. 

Indryca II, 287. 

Inowrocław I, 78. 

Insar I, 379; II, 276. 

Irkuck I, 30, 31, 36, 287, 298, 
301, 303, 310, 349, 351, 372, 
373, 377, 386, 390, 398, 401, 
403, 413, 415, 416; II, 236, 
242, 267, 277, 278, 281, 292, 
301, 304, 321. 

Iszalin I, 414. 

Izabeliij I, 403; II, 260. 

Izabelin II, 287. 

Jachimowszczyzna II, 306. 
Jaczonka I, 404. 
Jakubów I, 415. 
Jakubowice I, 377. 
Jakuszówka I, 370. 
Jam pol I, 322. 
Janina II, 270. 
Janobil I, 319, 324. 
Janopol I, 292, 320, 323. 
Januszew I, 288. 
Jasionówka I, 384. 
Jassy I, 400. 
Jaszuny I, 391. 
Jazdajcie I, 330. 
Jekaterynburg, Jekateryno- 

sław p. Ekaterynburg, 

Ekaterynoslaw. 
Jeziorko II, 258. 
Jeziorosy (Nowo - Aleksan- 

drowsk) I, 58, 172, 183, 

260, 356; II, 116, 137, 232, 

257. 
Johaniszkiele I, 308. 
Józefów I, 282. 
Józefów I, 387. 
Józefów I, 351. 
Juchniszki I, 332. 
Jurborg I, 327. 



Justynów I, 414. 
Jużynty I, 370. 

Kalisz I, 399. 

Kalwaria Żmudzka I, 329. 

Kałnoberża I, 110, 111, 286, 

287. 
Kaługa I, 120, 291. 
Kalup I, 352. 
Kamczatka I, 331. 
Kamieniec I, 311. 
Kamień I, 410. 
Kamieńszczyzna I, 203. 
Kańsk II, 238, 240. 
Kargopol I, 318. 
Karolinów I, 24. 
Karopol I, 325. 
Kaukaz I, 326. 357, 359, 360, 

362, 376; II, 260. 
Kazań I, 358, 386, 403, 415; 

II, 96, 97, 158, 167. 191, 

227, 272. 
Kazimierzów I, 321. 
Kiachta II, 319. 
Kiawloki I, 379. 
Kiejdany I, 10—12, 23, 24, 

55, 94, 153, 168, 212, 281— 

283, 286, 287, 312. 317. 318, 

320; II, 104, 268, 270. 271, 

288. 
Kielmy I, 291. 
Kietowiszki II, 319. 
Kieturaki I, 284. 
Kijów I, 186, 292, 317. 399, 

405, 413; II, 232, 263, 271, 

304, 306, 308. 
Kirjanowce II, 273. 
Kirsanow II, 282. 
Kiwatycze II, 273. 
Kłodzko II, 280. 
Kniażyn I, 395. 
Kojrany I, 352, 353. 
Kolonia I, 78. 
Koło dno II, 282. 
Kołogrywa II, 282. 



— 359 — 



Kotamna I, 401. 
Komarowicze I, 355. 
Komorowo II, 289. 
Koncewo I, 10. 
Konstantynopol I, 383; II, 

280. 
Kopatkiewicze I, 304. 
Korwie I, 390, 391. 
Kosicze II, 260. 
Kostroma I, 412; II, 300, 324. 
Kownatów I, 284. 
Kowrow II, 269. 
Kozliszki I, 323. 
Krakinów II, 263. 
Kraków I, 200, 230, 307, 315, 

333, 339, 354, 361, 362, 388, 

398; II, 259, 271, 277, 278, 

281. 
Krasław I, 410. 
Kraśne I, 412. 
Kraśnik I, 415. 
Krasnojarsk I, 403; II, 238, 

299, 304, 308. 
Krasnoufimsk I, 395; II, 39, 

227, 319. 
Kremieńczuk p. Krzemień- 

czuk, 

Kretynga I, 336. 
Krewno I, 289, 369. 
Królewiec I, 300, 315, 320, 

368. 
Kroszty II, 30, 272. 
Kroże I, 283, 284, 285, 291, 

316, 318, 324, 325, 326, 359, 

380, 381, 413. 
Kruhowicze II, 303, 305. 
Kruszwica I, 78. 
Kruszyna I, 306, 330. 
Krzemieńczuk I, 345. 
Krzemieniec II, 317. 
Krzeszowice II, 278. 
Krzyczew II, 294. 
Krzywicze II, 302, 303. 
Krzywosądz I, 334. 



Kuchcice I, 342. 

Kujany I, 294. 

Kukusz II, 281. 

Kuldża I, 373. 

Kungur I, 345; II, 227, 228, 

271, 282, 295, 319. 
Kunkułka I, 346, 354, 388; II, 

276, 308. 
Kurany II, 269. 
Kursk I, 46, 392, 393; II, 277. 

Kurszany I, 345. 
Kutno I, 391. 

Lachowicze I, 390. 

Lada I, 350. 

Lady II, 57. 

Landwarów I, 336. 

La Rochelle I, 373. 

Lasdon I, 351, 394. 

Lasy I, 337. 

Lauda II, 19, 265. 

Lebiedka II, 285. 

Leciahy-Rudnia II, 294. 

Lencze II, 20, 265, 268. 

Leodjum I, 363. 

Lepary I, 337. 

Libawa p. Lipawa. 

Lida I, 250, 312, 376, 392.. 

Ligumy I, 377—379. 

Linkowiec 1, 131, 343, 344. 

Linogiry I, 377. 

Lipawa I, 329, 330, 413; II, 

311. 
Lipeck I, 412. 
Lipowicze I, 412. 
Livenbersen I, 327. 
Londyn I, 302, 307, 356, 361, 

362; II, 291, 292. 
Lozanna I, 373, 407. 
Lubieszówi I, 407. 
Lublini I, 339, 415. 
Ludziewicze I, 304. 
Lwów I, 51, 333, 338, 368; 

II, 15, 280. 



— 360 



Łachów I, 281. 
Lachwa I, 401. 
Lajwiszki I, 134, 344; II, 16. 
Lajżew II, 263. 
Laksztuciany I, 376. 
Laukiesa I, 357; II, 306. 
Laukściany I, 284. 
Lawkożemy II, 263. 
Lazarówka I, 400. 
Łęczyca I, 367. 
Lohy II, 319. 
Losk II, 273. 
Luby I, 292. 
Luczyce I, 385. 
Lukinia I, 288, 289. 
Luków I, 295. 
Lyngmiany II, 326. 

Macie I, 356. 
Maćkowicze I, 372. 
Madejki II, 272. 
Makanowicze II, 282. 
Makarjew I, 312. 
Maksimowicze I, 403. 
Malew I, 400. 
Malinowszczyzna I, 393, 394, 

411; II, 290. 
Malta I, 416. 
Mamolnica I, 409. 
Mankuny I, 368. 
Marciniszki I, 387. 
Marjampol I, 299. 
Marywil I, 295. 
Massalany II, 288. 
Mazany I, 328. 
Medeksze I, 8, 25; II, 253. 
Mentona I, 300. 
Menzelińsk II, 97, 98, 100, 

286. 
Michaliszki II, 297. 
Michałpol I, 412. 
Mieciawicze I, 303, 304. 
Mieszkucie II, 263. 
Mikielewszczyzna I, 404. 
Milki I, 396. 



Mińsk I, 80, 166, 178, 179, 
205, 252, 254, 306, 314, 331, 
345,, 351, 357, 371, 401— 

406, 410—412; II, 100, 101, 
104, 132, 149, 163, 234, 
260, 288, 291, 300 — 303, 
305, 311. 

Mitawa I, 288, 292, 302, 307, 
324, 327, 328, 347, 349, 379, 
402, 413, 414; II, 282, 306. 

Mitruny I, 415. 

Mohylów I, 166, 304, 390, 
398, 411, 412; II, 132, 169, 
294, 298, 305. 

Mołodeczno I, 389, 394; II, 
305. 

Mołodów II, 282. 

Monachium I, 311, 314. 

Moskwa I,. 56, 232, 292, 306, 
314, 317, 331—333, 356, 
358, 359, 362, 364, 366, 379. 
382, 387—389, 396, 397, 

407, 410, 412, 414; II, 10. 
84, 96, 109, 122, 228, 266. 
267, 288, 301, 303, 307, 
309, 319. 

Mostowlany I, 370. 
Mosty I, 384. 
Motkowice I, 351. 
Mozyrz I, 252. 
Mściż I, 337. 
Muśniki II, 275. 

Nadany II, 263. 
Nałęczów I, 317, 375. 
Nancy I, 358; II, 268. 
Narwidziszki I, 302. 
Narym II, 233, 320, 325. 
Nerczyńsk I, 413. 
Nereczyńskie kopalnie I, 24. 

367, 372, 412; II, 266. 
Nerczyńskie „zawody" II, 

304. 
Neuborn II, 281. 
Nicea I, 308, 405; II, 318. 



361 — 



Nidoki I, 283. 
Niemirów II, 261. 
Nieśwież II, 202. 
Niowodnica Nargilewska I, 

311. 
Nizki I, 412. 
Niżny Nowogród I, 405; II, 

96, 227, 281, 301, 304, 306. 
Nowa wieś I, 334. 
Nowa Wola II, 302. 
Nowickiszki II, 267. 
Nowo-Aleksandrowsk p. Je- 

ziorosy. 
Nowoberże II, 18, 263. 
Nowodwórka II, 303. 
Nowogród I, 282, 354; II, 

292. 
No-wogródek I, 254, 406, 407; 

II. 270. 

Nowojelnia II, 274. 
Nowo-Radomsk I, 306. 
Nowosiółki I, 303. 
Nowosiółki II. 269. 
NowGszyce II, 302. 

Obórek II. 285. 
Ochańsk I, 399; II, 289. 
Okmiana I, 327; II, 263. ' 
Oknista I, 304. 
Okołów I, 337. 
Olany I, 302. 
Oleiza II. 319. 
Olsiady II, 263. 
Olszew I. 295, 296. 
Ołkuny I, 349. 
Omniszew I, 373. 
Omsk I, 317, 379; II, 122, 
169, 292. 

Onikszty I, 381. 

Opatów I, 331; II, 125, 258. 

Opitołoki I, 24, 119, 133, 340; 

II, 175. 
Opoczno I, 317. 
Orenburg I, 22,, 47, 126, 299, 



300, 314, 326. 386; II, 98, 

257, 288, 292. 
Orsk I, 397. 
Orwistów I, 282. 
Ościuko'wicze I, 309, 393. 
Ostrohlady I, 401. 
Ostrów I, 411. 

Oszmiana I, 250, 389; II, 269. 
Owsianiszki I, 9. 
Ozierce II, 304. 
Ożytany II, 265. 

Pacunele I, 359. 

Paprogi Dolne II, 312. 

Paryż I, 220, 231, 264, 291, 
292, 300, 307, 315, 324, 339, 
350, 352, 358, 361—363, 
367, 373, 374, 383, 386, 387, 
391, 396, 397, 400, 407, 414; 
II, 12, 13, 167, 191, 215, 
259, 261, 266, 268, 270,271, 
281, 293, 309, 324. 

Pawłowicze I, 412. 

Pau I, 352. 

Penza I, 329, 357. 

Perm. I, 318, 372, 387; II, 98, 
227, 228, 257, 277, 280, 298, 
304, 319. 

Petersburg 1, 9, 1 1, \(y—ZZ, 63, 
79—81, 94, 114, 115, 151, 
154, 200, 209, 231, 2AA, 287, 
298—303, 305, 306, 311, 
318, 326, 335—338, 345, 
„ 349, 354, 356, 360, 370, 372, 
373, 377, 379, 380, 382, 383, 
388, 390, 392, 393, 397, 
399_403, 410—413; II, 9— 
11, 48, 57, 59, 86, 88, 90, 
95, 96, 102, 109, 110, 132, 
147, 191 — 194, 196, 198, 
199, 206, 207, 213, 214, 217, 
219—223, 226, 221, 232, 
238, 251, 252, 257, 266, 
269, 270, 272, 277, 279, 
281—283, 286, 287, 290, 



— 362 — 



292, 298, 299, 301, 303, 306, 

307, 310—312, 317—320. 
Piątek I, 45. 
Pieniany I, 288. 
Pietków I, 367. 
Pietrowsk I, 22, 287, 387. 
Pietrozawodsk I, 299. 
Pilamont I, 172, 287. 
Pinega I, 387. 
Pińsk I, 252. 
Piotrków I, 314. 
Piotrkowice I, 363. 
Piworuńce II, 272 
Plewna II, 272. 
Płytniki I, 10, 392, 393. 
Pniwody II, 260. 
Podbrzeź I, 180, 362: II, 253, 

263. 
Podgaj I, 285. 
Podgaj I, 413, 414. 
Podgórze I, 333. 
Podlesie I, 337. 
Podłokie I, 320. 
Podszacie I, 321. 
Podubicze I, 376. 
Podubisie I, 325 3^-7, II, 256. 
Podwiliszki I, 296. 
Pojeziory I, 326. 
Pojurze II, 265. 
Pokiewie I, 382 
Polepi© I, 281. 
Polesie II, 309. 
Polankiesie II, 313. 
Po laga I, 62, 293, 329, 336. 
Połock I, 283, 395; II, 289. 
Poltawa I, 282. 
Pominije I, 328. 
Poniewież I, 58, 112, 113, 

135, 180, 229, 258, 317, 324, 

337, 377; II, 141. 
Poniewieżyk I, 109, 335; II, 

184, 309. 
Popiel I, 362. 

Popielany I, 361; II, 18, 264. 
Porze cze I, 402. 



Postawy II, 250. 
Poswol I, 362. 
Poszawsze I, 326. 
Poszokornie I, 325. 
Poszumierz I, 174, 201, 347. 
Poszuszwie I, 413. 
Potruszle I, 285. 
Powierpiany I, 291. 
Powiryńcie (Powiervńcie) I, 

283. 
Powirwicie I, 379. 
Poznań I, 51, 97, 170, 185, 

186, 363; II, 12, 59. 290. 
Preny II, 270, 271. 
Prezma I, 408, 409. 
Pruszków I, 199. 
Prużana I, 312, 356; II, 261, 

292. 
Psków I, 329, 333, 338, 378, 

382; II, 269, 288, 306. 
Ptycz II, 300. 
Pustynia I, 287. 
Puszki I, 322. 
Puzbary I, 410. 

Raczkiewicze I, 300. 
Radoszkowicze I, 372; II, 

303. 
Rady I, 323. 

Radziejowszczyzna I, 392 
Radziwiłłów I, 318. 
Rajewszczyzna I, 301. 
Rakiszki II, 250. 
Raków II, 302. 
Rakowa II, 321. 
Rapperswil I, 37, 323. 414. 
Ratkuny II, 31. 
Rauby I, 326. 
Razań I, 409. 
Repsze I, 328. 
Retów I, 42, 122, 124, 138, 

140, 145, 147—149, 151, 

229, 290, 345; II, 195, 281 

312. 
Rogów II, 182, 309. 



363 — 



Rogówek I, 321. 

Romajnie I, 282. 

Rosienie I, 58, 183, 229, 260. 

Rosoliszki II, 269. 

Rożew I, 392. 

Rubszany I, 321. 

Ruda II. 300. 

Rudaków I, 301; II, 302. 

Rudobiełka I, 344, 345. 

Rudzica I, 384. 

Rusinowicze II, 319. 

Ruskie Sioło II, 281. 

Rusota-Zabloć I, 415. 

Rutka I, 406, 407. 

Rybińsk II, 326. 

Ryga I, 21, 284, 308, 322, 327, 
328, 350, 355, 378, 379, 387, 
409; II, 12, 280, 308, 323. 

Rzeczyca I, 252. 

Rzepnicze I, 399. 

Rzeszów I, 368. 

Rzym I, 231, 264, 292, 306, 
309. 

Saimt-Cyr I, 383. 

Sałanty I, 336. 

Samara I, 288, 354, 355; II, 

227, 272. 
Samsony II, 298. 
Saratów I, 412. 
Sarja I, 352, 353. 
Sawannah II, 261. 
Sawejki I, 282. 
Sejny I, 315, 368. 
Serwecz I, 373; II, 259. 
Siady I, 329. 

Sieheniowszczyzna I, 396. 
Sielihory II, 288. 
Siemiatycze II, 261, 303. 
Siewakowa I, 287, 310, 387, 

390; II, 301, 304. 
Simonowicze II, 283. 
Sitce I, 294. 
Skierniewice I, 312. 
Skoczuny II, 280. 



Skopiszki I, 356. 
Skorbuciany I, 355. 
Skorojtyszki I, 380, 381. 
Skrobiszki I, 387; II, 31, 272. 
Slepianka I, 403. 
Słobodsk (Slobodskoje) I, 

31, 378. 
Slonim I, 252, 399; II, 81. 
Sluck I, 252, 302, 355, 400, 

410; II, 266, 301, 304. 
Smoleńsk I, 406; II, 257. 
Sokółka II, 259. 
Soleczniki I, 318, 334, 385. 
Solikamsk I, 301. 
Soły II, 275. 
Spiraki I, 377, 378. 
Średnik I, 124; II, 251. 
Stabrówi II, 260. 
Stawrów II, 261. 
Stankuniszki I, 283. 
Stara Rusa I, 399. 
Stawarele I, 322. 
Stawy I, 351. 
Sterdyń I, 363. 
Stefaniszki I, 380. 
Stefanów II, 288, 295. 
Sterlitamak II, 288. 
St.-Qallen II, 309. 
Strabla I, 310, 311. 
Strasburg I, 318. 
Strawieniki I, 332. 
Strojnowo II, 258. 
Strunojcie I, 394, 395. 
Strzelcze I, 415. 
Stwołowicze I, 400. 
Suderwa I, 391. 
Surwiliszki I, 119, 340; II, 16. 
Surwiliszki I, 371, 372. 
Suryszki I, 320, 325. 
Sutki I, 327. 
Suwałki, I, 31. 
Swaraczyzna I, 395. 
Sweaborg II, 259. 
Świadość I, 275. 
owieczki II, 81, 285. 



~ 364 — 



Święciany I, 250, 296; II, 

173. 
Świętobrość I, 118, 119, 337, 

340; II, 16. 
Świsfocz I, 356, 370, 371; II, 

324. 
Swojatycze I, 288. 
Symferopol II, 282. 
Syrutyszki I, 286. 
Szabiszki I, 359. 
Szadryńsk I, 381, 397; 11,324. 
Szałtupie II, 270, 271. 
Szaty I, 321; II, 266. 
Szawkoty II, 266. 
Szawle I, 59, 68, 69, 183, 

229, 260, 318, 324, 326, 379, 

391. 
Szemetowszczyzna II, 297. 
Szetejnie I, 130, 286, 342, 343. 
Sznurkiszki II, 272. 
Szołków II, 269. 
Szostaków I, 397. 
Szumsk II, 257. 
Szumsko I, 351. 
Szweksznie I, 341, 
Szydłów I. 118, 340. 
Szyły I, 321. 
Szyrwinty I, 309. 

Tambów I, 366, 367, 387; II, 

282. 
Tara I, 315. 
Tarnów I, 370. 
Tarnowszczyzna I, 406. 
Taurogi I, 325. 
Teklogród-Ejgule II, 213, 

315. 
Telsze I, 59, 183, 229, 260, 

329, 330, 379; II, 120, 288. 
Tiulmeń II, 303. 
Tiumeń I, 349, 401; II, 304, 

308, 320, 321. 
Tobolsk I, 262, 303, 317, 321, 

323, 327, 350, 378, 379, 389, 

394, 395, 401, 403, 404; II, 



173, 210, 223, 228, 229— 
232, 235, 270, 299, 301, 312. 
317, 319. 

Tomsk I, 24, 316, 317, 327, 
362, 381, 382, 393, 403; II, 
122, 131, 148, 234—236, 
293, 295, 301, 304, 320, 325. 

Tóplitz I, 357. 

Traszkuny I, 323, 377, 386; 
II, 275. 

Troick I, 282; II, 100, 151, 
287. 

Troki I, 248. 

Trościeniec I, 404. 

Troupie I, 288. 

Tryszkany I, 324, 359. 

Tuluza II, 268. 

Turów II, 261. 

Twer I, 377, 393, 409; II, 96, 
266. 

Twerecz I, 322; II, 261. 

Ufa I, 299, 308, 314, 389, 399, 
405, 406, 409, 410; II, 88, j 
97, 98, 100—107, 109, 111, ^ 
113, 121, 131, 143, 146, 153, 

. 196, 222, 221, 281, 287— 
289. 

Upina II, 263. 

Usole I, 30, 36, 53, 241, 301, 
303, 304, 349, 377, 384, 386. 
398, 399, 401, 404, 415; II. 
236, 242, 260, 267, 277. 
292, 303, 304, 308, 321, 325. 

Ust-Kamienogorsk I, 368. 

Ust-Sysolsk I, 330. 

Uzuliszki I, 410. 

Użukrewno I, 408. 

Użwenty I, 284. 

Wacławów (alias Szersznie) 

II, 288. 
Wadowice II, 277. 
Wadowicze I, 404. 
Wakka I, 305. ■ 



— 365 — 



Waliły II, 259. 

Wambuty I, 292, 293. 

Warnawin I, 407. 

Warpuciany I, 327. 

Warszawa I, 9, 31. 47, 50, 
54, 82, 94, 95, 97, 115, 174, 
178, 184—198, 200, 201, 
205, 212, 228, 231, 232, 245, 
252, 256, 281, 282, 287, 288, 
292, 301, 303, 306, 310, 
313—315, 318, 331, 338, 
350, 353—355, 357—360, 
363, 365, 366, 368, 372, 374, 
379, 383, 389, 390, 395, 397, 
399, 404; II, 8, 9, 11, 12, 
14, 32, 34—36, 48, 52, 55, 
58, 62—66, 68, 69, 82, 90, 
91, 95, 124, 126, 154, 166, 
169, 177, 189, 191, 195, 196, 
198, 199, 206, 214, 251, 255, 
256, 259, 260, 271, 275, 276, 
281, 288. 290, 292, 299, 312, 
313, 316, 325. 

Wawiórka II, 273. 

Werro I, 327. 

Werki I, 305. 

Wersal II, 277, 310. 

Węckowice I, 282. 

Wiatka I, 31, 36, 220, 325, 
349, 354, 357, 375, 378, 390, 
393, 404; II, 250, 257, 305, 

Wiązy ń I, 300. 

Widzę I, 301, 334. 

Widzę Albrechtowskie II, 
261. 

Widzki Dwór II, 261. 

Wiedeń I, 368; II, 301, 321. 

Wielikij Ustiug I, 288. 

Wierchnieuralsk I, 316; II, 
100, 287. 

Wierchoturje I, 309. 

Wiernyj I, 373. 

Wierzbo Jów I, 411; II, 302. 

Wiktoryni II, 317. 

Wiktoryszki I, 324. 



Wilejka (pow.) I, 250, 301. 

Wilanów I, 351. 

Wiljanów I, 305. 

Wilki II, 263. 

Wilków I, 367. 

Wiłkomie-rz I, 58, 157. 183, 

228—230, 260, 283, 288, 

289; II, 269, 272, 288, 306. 
„Windrejewski) Zawód" I, 

335. 
Wismonty I, 337. 
Witebsk I, 166, 352, 409; II, 

169, 300. 

Witkowszczyzna I, 391. 
Wiżuny I, 66, 287. 
Władyki I, 373; II, 259. 
Włocławek I, 11. 
Włodzimierz II, 96. 
Wodakle II, 30, 269. 
Wojniuny I, 326, 378. 
Wola Pulewna I, 318. 
Wołchów I, 409. 
Wołduciszki I, 396. 
Wołogda I, 46, 296. 353. 
Wołożyn I, 305, 336. 
Wornie I, 379; II, 263. 
Woroneż I, 9, 292, 302, 311, 
334, 336. 

Wrocław I, 392; II, 271. 

Wroniawy I, 354. 

Wysoki Dwór I, 332; II, 284. 

Zabieliszki I, 10, 11, 21, 24. 
168, 286, 355; II, 270, 271. 
Zabłudów I, 384. 
Zacisze II, 20, 265. 
Zadołże I, 337. 
Zajeziory I, 329, 330. 
Zajnówi II, 309. 
Zalesie I, 134, 344. 
Zamek I, 320. 
Zamość I, 368. 
Zamsze I, 362. 
Zapole I, 287. 



366 



Zarzecze I, 400. 
Zaułki II, 260. 
Zdaniszki I, 292. 
Zdzięciól I, 364, 408. 
Złoty Potok I, 415. 
Zubiszki I, 353 . 
Zurych I, 333. 

Żejmy I, 288. 

Żemajtkienie I, 320; II, 268. 
Żemelany I, 328. 



Żmujdki I, 283. 
Żołudek II, 272. 
Żory I, 325. 
ŻośIe II, 326. 
Źuchorany I, 391, 392. 
Żwaniec I, 21. 
Żydomla I, 398. 
Żyliny II, 253, 325. 
Żytomierz I, 16, 292. 
Żyżmory II, 326. 
Żyżyn II, 286. 



i 



SPIS AUTORÓW ORAZ OSÓB, 

od których pochodzą wiadomości w przypisach. 
(Liczby rzymskie oznaczają tom, arabskie — stronę). 



Ap. Bie (z Szawel) I, 391. 
Araimowicz Ignacy I, 409. 

Bajkow I, 348. 

Baranowiczówna Helena I, 
390. 

Bartoszewicz Juljan I, 342. 

Bartoszewicz Kazimierz I, 
335. 

Bądzkiewicz Antoni II, 276. 

Bielecki] A. I, 333; II, 299. 

Bobrowski Leon I, 323. 

Bociarska Bogumiła II, 312. 

Bociarski Dominik I, 315, 
381. 

Bohuszewiczówna Kazimie- 
ra I, 371. 

Boniecki Adam II, 258, 262. 

Borowska Amelja II, 267. 

Borowski Kazimierz I, 373, 
II, 259. 

Borzobohaty Konstanty I, 
407. 

Brensztejn Michał I, 40, 
281—284, 288, 290, 291, 
293, 294, 301, 305, 307, 320, 
325. 328, 330, 335, 337, 342, 
345, 347, 356, 406; II, 260. 

Briancew II, 279. 



Brodowski Zygmunt II, 294. 
BuJharowska Antonina I, 

386. 
Burhardtowa Antonina I, 

321; II, 288. 
Bystram Władysław I, 283. 

Charmański Juljan II, 308. 
Chmielewska Leonardowa I, 

317. 
Chmielewska Oktawja II. 

318. 
Chmielewski Konrad I, 317. 
Chołodecki-Białynia Józef I, 

20, 310, 367; II, 320. 
Chomińska Emilja I, 328. 
Chomiński Aleksander I, 296. 
Chomiński Stanisław I, 293, 

294, 296. 
Chudzyński Antoni II, 250. 
Ciechanowski Michał I, 390, 

398, 400. 
Cierpińska Helena I, 306. 
Cui Cezar II, 318. 
Cyłow N. I, 281. 
Cytowicz Kazimierz II, 266. 
Czechowicz Edmund I, 372. 
Czekotowska Kazimiera I, 

406; II, 305. 



368 — 



Czermiński Florjan I, 166. 
Czudowski Tadeusz I, 412. 

Długosz Jan I, 399; II, 259. 
Dmochowska Emma I, 357. 
Dobrzycki Henryk I, 375. 
Drzniewiczowa Paulina I, 

325. 
Dubiecki Marjan I, 336, 362, 

384, 394; II, 282, 314. 
Du Laurens Michał I, 374. 
Dybowski Emil I, 385; II, 

308. 
Dymsza Henryk I, 292. 

Francuzowicz Józef I, 321. 

Gadonowa Marja I, 330. 
Gażyczówna Anna I, 397. 
Gerson Wojciech II, 261. 
Gieysztor Józef II, 312. 
Gieysztor Stanisław I, 7, 40; 

II, 178. 
Gieysztorowa Emilowa II, 

270. 
Gieysztorowa Helena I, 7, 40. 
Giller Agaton I, 22, 216, 314, 

336,367,374,376,399,411; 

II, 259, 260, 262, 263—265. 
Gogiel N. W. I, 281, 298. 
Grabiec I, 314. 
Grabowski Aleksander 1, 

338; II, 300. 
Grabski Władysław I, 314. 
Grużewski Bolesław I. 287, 

291. 

Henszelówna Aniela I, 396. 
Horwatt M. I, 352. 
Hryncewicz-Talko Juljan II, 

320. 
Hryszkiewiczowa Józefa I, 

414. 
Hundius Antoni II, 299. 
Huszcza Konrad I, 328. 



Iszora Aleksander II, 272. 
Iwaszkiewicz Janusz I, 336. 

J. S. I, 411. 
Jagmin Józef I, 326. 
Jahilnicki Eustachy II, 325. 
Jasieński Wojciech I, 302, 

337; II, 265. 
Jeleńska Konstancja I, 355. 
Jelski Aleksander I, 307, 309, 

351, 358, 401; II, 283, 291. 
Jurjewicz Franciszek I, 286, 

414. 

Kempner Stanisław I, 363. 
Kieniewiczowa Magdalena 1, 

358. 
Kirkor Ad. H. I, 294. 
Kleczkowska El. I, 386, 391; 

II, 316. 
Kleczkcwska Maurycowa I, 

387. 
Klimontowi.cz Wandalin II, 

285. 
Klott Jan II, 305. 
Kłyszewski Władysław I, 

37. 
Kojałłowiczowa Marja I, 

326; II, 257, 312. 
Kolumna Zygmunt I, 331; II, 

263, 268, 272, 273, 283. 
Kończą Paweł I, 289. 
Kondratowicz Władysław I, 

356; II, 293. 
Konoplańska Izabella II. 289. 
Kontry m Ignacy I, 319. 325, 

381. 
Kordzikowski Józef I, 323. 
Korkozowicz Leon II, 319. 
Korniłow A. A. I, 57. 
Korotyński Wincenty I, 290, 

335, 375. 
KoTzon Tadeusz I, 40. 41^ 

52, 315, 345. 
Kościałkowska Zofja I, 322, 

415; II, 275. 



— 369 — 



KościaJkowska Zyndram 

Wiła I, 290, 321, 415. 
Kosiński II, 262, 314. 
Kossakowska hr. Ludwika I, 

387; II, 312. 
Kossko Jan, I, 283. 
Kotwiczowa Izabella I, 349, 

391. 
Kowalewska Zofja I, 299, 

307, 358, 383, 394, 403, 405, 

406; II, 57, 260, 262, 288, 

300, 303. 
Kowalewski Eugeniusz I, 

394, 395; II, 259, 262, 285, 

305. 
KozieH-Poklewski Józef I, 

'373; II, 259. 
Kozłowska Elżbieta I, 390.. 
Kraszewski I, 300. 
Kraushar Aleksander I, 366. 
Kręćki August I, 40, 366. 
Krukowiczowa Marja I, 412. 
Krzemiński Stanisław I. 339. 
Kudrewicz Edward I, 320. 
Kulikowski Eugenjusz I, 413. 
Kunatt Bronisław II. 325. 
Kunatt Zygmunt I, 286. 343. 
Kupściówna Helena II. 280. 
Kurczewski Jan ks. I, 391; 

II, 297, 310. 

Landsberg Feliks I, 324, 359. 

Laskarys Jerzy I, 336. 

Laskowicz Stanisław II, 274. 

LeyasseuT I, 339. 

Licz I, 371. 

Limanowski Bolesław I, 332, 

333. 
Lubicz Stanisław I, 314. 

Łapiński P. II, 292. 
Lappa Dominik I, 345. 376. 
Lopaciński Euzebiusz I, 284, 

377, 410; II, 257, 269. 286, 

288, 306. 



Lopaciński Stanisław I, 353, 
374; II, 275, 316. 

Mackiewicz Paweł II, 281. 
Majewska Józefa I, 373. 
Makarski Edward I. 373; II, 

259. 
Malewski Bronisław I, 332; 

II, 284. 
Mańkowski Józef I, 392. 
Marcinowski Mikołaj II, 262, 

293, 294. 
Marszewska Jadwiga I, 316. 
Massalski I, 400. 
Matusewiczowa Barbara I, 

382. 
Medeksza Antoni I, 382; II, 

264, 265, 267. 
Meysztowicz Aleksander I, 

308. 
Mienicki Wincenty II, 288. 
Mikszewicz Antoni I, 324. 
Mikuliczjowie Edwardostwo 

I, 404; II, 282,299,302,318. 
Moksiewiczówna Walentyna 

II, 285. 

Monczuńska Teodora I, 376. 
Mościcki Henryk I, 40, 336, 

370. 
Mosołow II, 273, 274, 286, 

290, 291, 306, 310. 
Murawjew M. I, 293, 356; II, 

299. 

Nieławicka Rudolfowa II, 

274, 281. 
Nikotin I, 371, 374; II, 273, 

274, 276, 279, 310, 315. 

Obiezierska Józefa I, 394; II, 

290. 
Obrąpalski Stanisław I, 395, 

396. 
Obrębska Marja II, 287. 
Obst Jan I, 296. 



„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 



24 



— 370 — 



Obuchowicz Napoleon II, 

305. 
Okulicz Stefan I, 323, 388. 
Okuliczowa Krystyna I, 321, 

377. 
CRouTke Józef hr. II, 315. 

Pac-Pomarnacki Ryszard I, 
296, 321, 381. 

Pantielejew I, 298, 358, 403; 
II, 272, 299, 300. 

Piątkowski Henryk I, 375. 

Pieczynis Stanisław I, 313. 

Piłsudzki Jan I, 284. 

PiJsudzki Jan I, 413. 

Pisani I, 322; II, 261. 

Plater-Broel hr. Eugeniusz 
I, 352, 354, 382, 410; II, 
287, 320. 

Pławska Marja I, 371. 

Pług Adam II, 280. 

Podbereski Stanisław. II, 275. 

Podgórska Marja I, 392- 

Pokubiatto Wiktor I, 415- 
416. 

Porębska Emilja II, 268. 

Przyborowski Walery I, 20, 
57, 314, 315, 319, 331, 333, 
340, 346, 357, 367, 374— 
377; II, 260, 262, 263, 270, 
272—274, 285, 292, 307. 

Rechniewski Tadeusz II, 311. 
Rogiński Roman I, 413. 
Romańska Helena 1,344,359, 

377, 414; II, 268. 
Romer Alfred I, 357, 391; II, 

320, 325. 
Romer Eugeniusz II, 317, 

323, 324. 
Romer Kazimierz II, 324. 
Romer Michał I, 309, 393; II, 

275. 
Romer Michał Kazimierz 1, 

290, 302. 



Roppówna Elżbieta II, 323. 
Różański Feliks II, 279. 
Rudzka Jadwiga II, 318. 
Rutkowska I, 323. 
Rymgajłło Feliks II, 260. 
Rymkiewicz Waoław I, 379 
Rymowicz Zygmunt II, 312, 

317. 
Sabowski Władysław II, 

258. 
Sawicka Amelia I, 415. 
Sawicka Marja I, 357. 
Sipajłło Kazimierz I, 349. 
Siwicka Marja II, 281. 
Skirmuntówna Konstancja I, 

402; II, 282, 297. 
Sieczkowska Mieczysława 

II, 263. 
Smolkówna Jadwiga II, 302. 
Sołtan Adam. I, 350. 
Sołtan Władysław I, 365, 

409. 410; II, 322. 
Sołtysowa I, 376. 
Spasowski Bronisław II, 288, 

295. 
Starzeński Wiktor hr. I, 311. 

367. 
Stasiulewicz I, 398. 
Siatkowski Apolinary I, 318. 
Storożenko II, 263. 
Świda Jan 1,407,408; 11,302. 
Śiwidówna St. I, 304, 401. 
Świętorzecki Apolinary I, 

299, 383, 403, 405; II, 57. 
Swirtun Józef I, 330. 
Szwańska Helena I, 395. 
Szukscina Zofja I, 414. 
Szwojnicki Roman I, 324; II, 

269. 
Szylling I, 362. 
Tańska Klementyna I, 392, 

395. 
Tołłoczkowa Karolina I, 356. 
Trzaskowski Adam I, 267, 

325. 



— 371 



Trzaskowski Ignacy II, 321, 
Tyszkiewicz Eustachy 1,284, 
Uziębfo Lucjan I, 403; II, 

255. 
Wagner Karol I, 335, 385; II, 

271. 
Walicki Aleksander I, 374. 
Wańkowiczowa Amelja I, 

404, 
Wańkowiczowa Marja I, 

403, 
Wańkowiczowa Zofja I, 400. 
Weyssenhoff Jan I, 307, 309, 

370; II, 257, 283, 291, 294. 

Węsławski Witold I, 329, 
414, 

Wilczewski Walerian d-r I, 
399, 

Witkiewicz Ignacy I, 327. 
Wittyg Wiktor II, 323, 



Z. K, I, 372, 

Zahorski Władysław I, 40; 

II, 307. 
Zakrzewska Teresa II, 292. 
Zaleska Marja I, 354. 
Zaleski Bronisław I, 57, 67, 

299, 302, 314, 339; II, 282. 

Zasimowska Rozalja II, 270. 
Zawadzki Tadeusz ks. II, 
306. 

Zenowiczowa I, 295. 
Ziemacki Józef II, 273. 
Zienkowiczowa Paulina II, 

292. 
ZmitTOwicz Józef I, 308. 

Żerwe II, 273. 
Żychliński II, 310. 
Żylińska Wanda II, 325, 326. 
Żyżniewski Jan I, 392. 



SPIS ILUSTRACJI. 

(w porządku alfabetycznym). 



tom str. 

1. Akielewicz Mikołaj I 108 

2. Aleksandrowicz Bolesław ksiądz II 233 

3. Anibrożewicz Mieczysław I 79 

4. Andriolli Elwiro I 223 

5. Baranowicz Henryk I 239 

6. Berkman Michał I 175 

7. Bonoldi Achilles I 215 

8. Borzobohaty Władysław I 259 

9. Byszewski Michał ksiądz I 249 

10. Ciechanowski Celestyn I 251 

11. Ciechanowski Jan I 249 

12. Cytowicz Zygmunt II 19 

13. Chmielewski Aleksander I 263 

14. Chomiński Stanisław I 67 

15. Czapski Adolf I 61 

16. Czapski Edward I 63 

17. Czechowicz Zygmunt I 226 

18. Czekotowski Piotr I 259 

19. Czudowski Tadeusz I 262 

20. Dalewski Franciszek I 173 

21. Dalewski Konstanty II 183 

22. Dalewski Tytus II 60 

23. Z Dalewskich Tekla Jenikowa II 52 

24. Dłuski-Jabłonowski Bolesław I 181 

25. Domejko Aleksander I 85 

26. Dormanowski Mieczysław II 117 

27. Dowgird Józef I 59 



— 373 — 



tom str. 



28. Drozdowski Stanisław II 101 

29. Falewicz Karol II 40 

30. Fowelin K , . . , , II 143 

31. Gieczewicz Konstanty I 95 

32. Giedrojć Mikołaj I 165 

33. Giedrojć Witold I 247 

34. Gieysztor Bronisław II 29 

35. Gieysztor Czesław II 29 

36. Gieysztor Emil II 29 

37. Gieysztor Jakób t. I ilustr. wstępna. 

38. Gieysztor Jakób I 241 

39. Gieysztor Jakób t. II ilustr. wstępna. 

40. Gieysztor Stefan II 29 

41. Grużewski Zygmaint I 71 

42. Henszel Konstanty I 247 

43. Hundius Wacław ksiądz II 139 

44. Janczewski Walery (z żoną i córką) I 100 

45. Jeleński Antoni I 164 

46. Jeleński Napoleon i Hieronim Kieniewicz ... I 177 

47. Jugan Mikołaj II 159 

48. Kalinowski Józef II 47 

49. Kalinowski Konstanty I 234 

50. Kleczkowska Franciszka II 215 

51. Kleczkowski Maurycy I 235 

52. Klobukowski Aleksander I 115 

53. Kołyszko Bolesław II 25 

54. Kończą Medard I 73 

55. Konoplański Franciszek II 107 

56. Korewa Klety I 227 

57. Korzon Tadeusz I 96 

58. Kościałkowski Józef I 263 

59. Kossakowski Jarosław I 23r 

60. Koziełł-Poklewski Jan I 217 

61. Koziełł-Poklewski Wincenty II 13 

62. Krupski Bonifacy I 255 

63. Kulikowski Walery I 264 

64. Ledochowski Franciszek I 70 

65. Łopaciński Ignacy I 169 

66. Łosiew Aleksander II 191 

67. Mackiewicz Antoni, ksiądz II 17 

68. Małachowski Władysław II 49 

69. Masłowski Konstanty I 247 

70. Medeksza Adam I 60 



— 374 — 



tom str. 

71. Minejko Zygmunt II 27 

72. Mogilnicki Jerzy I 257 

73. Morykoni Lucjan II 45 

74. Murawjew gen. gub. w swoim gabinecie .... II 67 

75. Narbutt Cezary I 263 

76. Nazimow Włodzimierz I 104 

77. Niejełow, audytor II 217 

78. Niemeksza Antoni, ksiądz II 187 

79. Nowicki Franciszek I 255 

80. Obrąpalski Michał I 249 

81. Ohryzko Józef at II 239 

82. Olędzki Stanisław II 15 

83. Orwid Cezary I 243 

84. Oskierka Aleksander I 171 

85. Oskierka Bolesław I 257 

86. Oskierka Michał « I 262 

87. Paniutin Stefan II 147 

88. Peliksza Kornel I 255 

89. Plater Leon , I 261 

90. Pokubiatto Piotr I 251 

91. Ponset Józef I 261 

92. Potapow Aleksander . II 157 

93. Eomer Edward I 65 

94. Rudomino Wincenty I 245 

95. Sierakowski Zygmunt II 21 

96. Siesicki Mieczysław I 263 

97. Siwicka Emilja II 61 

98. Skirmunt Aleksander I 257 

99. Skirmunt Kazimierz II 71 

100. Skorupski Michał, ksiądz I 264 

101. Sołtan Stanisław I 167 

102. Sołtan Władysław z synem I 261 

103. Starzeński Wiktor I 121 

104. Strawiński Józef • I 253 

105. Sulistrowski Kazimierz I 241 

106. Sulistrowski Leon II 70 

107. Świda Bolesław I 255 

108. Świda Jan , , I 257 

109. Świętorzecki Bolesław I 259 

110. Symonowicz Władysław I 253 

111. Syruć Szymon I 101 

112. Syruciówna Tekla II 6 

113. Trzaskowski Ignacy II 23 



— 375 



tom str. 



114. Tyszkiewicz Jan z żoną I 106 

115. Tyzenliauz Rajnold . II 85 

116. Wagner Karol II 7 

117. Wagner Olgierd II 7 

118. Wańkowicz Adam I 259 

119. Weryho Edmund I 219 

120. Węcławowicz Onufry II 141 

121. Wilczewski , , I 251 

122. Wojciechowski Kajetan II 105 

123. Wrotnowski Antoni I 117 

124. Zaleski Antoni I 221 

125. Zaleski Bronisław II .11 

126. Zdanowicz Ignacy II 119 

127. Zwierzdowski Ludwik II 125 

128. Żyliński Ludwik I 83 



SPIS RZECZY 
zawartych w tomie Il-gim. 



str. 



ROZDZIAŁ VI. W wirze walki (Marzec, kwiecień, 

maj — połowa czerwca 1863 r.) 5 — 43 

Czynności i posiedzenie Wydziału— 5. Wia- 
domość o dyktaturze Langiewicza (10 marca n. 
st.) — 8. Wezwanie urzędników do dymisji — 8. Sto- 
sunki z Warszawą i Petersburgiem — 9. Misja Jó- 
zefa hr. Zamoyskiego — 11. Nadzieje kwietnio- 
we — 12. Partyzanci — 14: Narbutt — 16, Dłuski- Ja- 
błonowski — 16, ks. Mackiewicz — 18, inni — 20. Przy- 
bycie Sierakowskiego — 22. Jego plany — 22. Działa- 
nia wojenne w gub. kowieńskiej — 24. Porażka 
pod Birżami i ujęcie Sierakowskiego — 28. Sprawy 
wileńskie — 31. Powrót Kieniewicza — 32. Przybycie 
Muraw jewa — 32. Pierwsze egzekucje w Wilnie 
(ks. Iszory, ks. Ziemackiego i in.) — 32. Sprawa 
gien. Frołowa — 33. Przekształcenie „Wydziału za- 
rządzającego" na „Wydziai wykonawczy" — 34. 
Charakterystyka tej zmiany — 35. Eomisarz Rzą- 
du Du Laurens i kilka szczegółów o nim — 37. 
Aresztowanie Aleksandra Oskierki — 38; Antonie- 
go Jeleńskiego — 39; Franciszka Dalewskiego — 41. 
Śmierć Sierakowskiego (15 czerwca 1863 r.) — 42. 

ROZDZIAŁ VII. Najcięższe czasy. Koniec czerwca, 

lipiec r. 1863) 44-7!) 

Osamotnienie — 44. Nowi ludzie: Mory ko- 
ni — 46. Józef Kalinowski — 46. Małachowski — 47. 
Powtórna (dłuższa) charakterystyka Konst. Kali- 

„B. P." Pamiętniki Gieysztora. Tom II. 25 



— 378 — 



str. 



newskiego — 48. Falewicz — 52. Instrukcje i pro- 
jekta warszarwskie— 52. Życie osobiste i ważniej- 
sze na jegio tle wydarzenia — 53: obawa rewizji, 
spalenie notat Zygmunta Sierakowskiego i Bole- 
sława Świętorzeckiego — 55; stosunki pieniężne — 
osobiste i publiczne — 58. Zatarg z Du Lauren- 
s'em— 61. Nieporozumienia w łonie „Wydziału"— 62. 
Zatarg z Kządem warszawskim — 62. Projekt utwo- 
rzenia „Komitetu rządzącego Litwą" — 63. Przyby- 
cie nadzwyczajnego komisarza z Warszawy Gło- 
wackiego — 65. Przybycie Oskara Awejde — 66. 
Sprawa adresu Domejki — 68. Wyrok na Domej- 
kę— 74. Zamach (30 lipca 1863 r.)— 76. Aresztowanie 
Jakóba Gieysztora (31 lipca 1863 r.)— 77. 

ROZDZIAŁ VIII. W więzieniu i na wygnaniu w Uf ie. 

(Sierpień— grudzień r. 1863) 80—107 

Wrażenia więzienne (w cytadeli i przy kość. 
Św. Piotra)— 80. W policji— 83. Policmajster Sa- 
ranczow — 84. Pożegnanie z rodziną i wyjazd z Wil- 
na — 88. Charakterystyka pamiętników — 89. Pogląd 
na całokształt wypadków — 90. W Petersburgu — 95. 
Droga do Ufy — 96. Współwygnańcy w Ufie — 100. 
Spostrzeżenia i stosunki — 102. Areszt ponowny 
i wyjazd z powriotem do Wilna — 106. 

ROZDZIAŁ IX. Z powrotem— w Wilnie. (Koniec ro- 
ku 1863) . , 108—129 

Droga powrotna do Wilna — 108. W Mos- 
kwie — 109. W Petersburgu— 109. Przyjazd do Wil- 
na — 110. U Dominikanów — 111. Pierwsze badania 
w komisji śledczej (13 grudnia 1863 i nast.) — 112. 
Egzekucja Dormanowskiego i Zdanowicza — 119. 
Uwięzienie i egzekucja Dale(wskiego — 122. Koniec 
roku 1863 — 124. Pogląd na udział w powstaniu — 124. 
Powstanie na Białej Rusi — 124. Pogląd na cało- 
kształt ruchu — 126. Orzeszko — 127. Stosiunek ogółu 
do więźniów — 128. Nastrój wśród więźniów — 129. 

ROZDZIAŁ X. Pod śledztwem. Rok 1864 130—188 

W odosobnionej celi — 130. Komisja Wiesie- 
lickiego — 131. Aresztowanie Kalinowskiego — 132. 
Półtrzecia miesiąca w cytadeli — 133. Nastrój reli- 
gijny — 134. Zapusty w więzieniu — 136. Ukończenie 
(pozorne) śledztwa — 137. W szpitalu więzień- 



— 379 



str. 

nym — 140. Egzekucja Kalinowskiego — 140. Sąd — 
144. Obciążające zeznania (Kuszelewskiego, Orzesz- 
ki, Gażyca i Zabłockiego) — 144. Wykrycie i osą- 
dzenie organizacji mińskiej — 148. Sprawa organi- 
zacji kowieńskiej — 150. U Franciszkanów — 152. 
Zwrot w sprawie — 153. Ponownie u Dominika- 
nów — 153. Zeznania Oskara Awejdy — 154, i Anto- 
niego Jeleńskiego — 155. Widzenie się z Jeleń- 
skim — 160. Walka wewnętrzna — 161. Szczegóły 
decydujące i sprawa kazańska Hieronima Kienie- 
wicza — 163. Przyznanie się Gieysztora — 168. Wra- 
żenie zeznania Gieysztora — 170. Zeznania Miko- 
łaja Giedrojcia — 172. Śmierć synka i jego po- 
grzeb — 174. Odwiedziny gen. Raczą i memorjal 
dla niegio^ — 179. Zdanie o niektórych ludziach i wy- 
padkach — 181. Medard Kończą — 185. Ferdynand 
Mirski— 185. Koniec roku— 187. 

ROZDZIAŁ XI. Rozstrzygnięcie losu. (1865) .... 189—213 
Początek r. 1865 — 185. Powikłania związane 
ze sprawą Ohryzki — 190. Bezprzykładna szczerość 
Awejdy — 190. Widzenie się z Ohryzką — 193. Inda- 
gacje w związku z zeznaniami Awejdy — 194. Spra- 
wa „Komitetów damskich" — 196. Zeznania Ohryz- 
ki — 197. Zachowanie się członków komisji śled- 
czej — 199. Rozmowy z nimi — 200. Ostatnie widze- 
nie się z Juganem— 203. D-r Fowelin — 207. Ostat- 
nie chwile przed wyrokiem — 208. Wyrok — 209. Po- 
żegnania — 211. Stan interesów — 212. Uwagi — 213. 

ROZDZIAŁ XII. Na Sybir 216-242 

Wyjazd z Wilna— 216. Petersburg— 217. In- 
strukcja Gieysztora — 219. Stosunki z Jeleńskim — 
219. Wielkanoc w Petersburgu— 220. Znajomi— 221. 
Przybycie żony i dzieci — 222. Rozstanie z rodziną — 
225. Przez Rosję europejską — 226. Zajście z gu- 
bernatorem Zenowiczem w Tobolsku — 228. Podróż 
statkiem po Obi i Tamce— 232. W Tomsku— 234. 
Podróż tarantasem — 236. W Krasnojarsku i w 
Kańsku— 238. W Irkucku— 242. Do Usola— 242. 

DODATKI AUTORA: 

C. Rajnold Tyzeuhauz 243 

D. Ludwik Żyliński 251 



— 380 — 



str. 



E. Stanisław Montwilł (sen.) ...... 253 

F. Zoruch , 254 

Uzupełnienia 323 

INDEKSY. 

Scliematyczny spis członków organizacji 
(zestawiony według pamiętników Gieysztora i 

przypisów) , . 325 

Spis osób 332 

Spis miejscowości 355 

Spis autorów i osób, od których pochodzą 

wiadomości w przypisach 366 

Spis ilustracji 371 

Spis rzeczy 377 



1 



KONIEC. 



Niektóre z dostrzeżonych błędów. 



W tomie Im. 



Str 


wiersz 


zamiast 


ma być 


13 


15 od dołu 


1808 


1805 


44 


2 od dołu 


Unji Horodelskiej 


Unji Lubelskiej 


163 


19 od góry 


propozycje 


propozycję 


169 


4 od dołu 


Witold Starzeński 


Wiktor Starzeński 


285 


17 od góry 


wywiezienia 


wywiezienie 


311 


13 od dołu 


Krakowski 


krakowski 


313 


4 od góry 


Czasop. 


czasop. 


313 


11 od dołu 


wygłosili 


zgłosili 


325 


6 od góry 


Poszokwiniach 


Poszokorniach. 


327 


20 od góry 


na Komorze 


na komorze 


330 


paginacja 


320 


330 


332 


7 od dołu 


Limonowskiego 


Limanowskiego 


334 


11 od dołu 


1860 


1862 


334 


11 od dołu 


z denuncjacjami 


z demostracjami 


334 


9 od dołu 


74 


76 


337 


2 od góry 


na Ltwie 


na Litwie 


344 


8 od dołu 


muszlaełi 


(o muszlacli) 


349 


4 od dołu 


Kameralnym 


kameralnym 


350 


4 od dołu 


Kazimierz Skirmunt), 


Kazimierz Skirmunt, Ta 
deusz Wiszniewski), 


350 


2 od dołu 


więzienie 


wywiezienie 


351 


12 od góry 


z d. r. 


z r. 


353 


5 od dołu 


„Pamiętniki Kwestarza 
Chodźki" 


„Pamiętniki kwestarza" 
Cłiodźki 


353 


7 od dołu 


„Pieśni o ziemi naszej". 
Pola 


„Pieśni o ziemi naszej" 
Pola 


362 


12 od góry 


p. Marjana Dubickiego 


p. Marjana Dubieckiego 


362 


22 od góry 


pod Grundwaldem 


pod Grunwaldem 


364 


14 od dołu 


gdzie 


dokąd 


372 


9 od dołu 


więziony 


uwięziony 


384 


13 od góry 


w Jazionówce 


w Jasionówce 


389 


1 od góry 


Małocłiowec 


Mołochowiee 


390 


12 od góry 


w Kozłowie 


w Horłowie 


396 


5 od góry 


„wspomnień z przeszłości" 


„Wspomnień z przesz- 
łości" 



— 382 



Str. 

399 

401 
414 



Wiersz 

22 od góry 

6 od gory- 
li od dołu 



zamiast 

Strawiński, syn Maury- 
cego, 

1853 

z Antoniną Iwaszkiewi- 
czówną 



ma być 

Strawiński Józef, syn 

Maurycego, 
1863 

z Antoniną Iwanowiczów- 
ną 



52 

61 
63 
92 

128 
278 

287 
287 



13 od ( 


lołu 


1 od 


dołu 


16 od 


góry 


5 od 


dołu 


4 od 


góry 


16 od 


góry 


1 od 


góry 


5 od 


góry 



W tomie Il-m. 

Tekla z Daleckich. Jeni- 

kowa 
Du Leurens 
dziesiejszy 
że się mylił 
Ułanowski 

uzupełnić opuszczony 
zamiast: Do str. 100. 

uzupełnić opuszczony 



Tekla z Dalewskicłi Jeni- 

kowa 
Du Laurens 
dzisiejszy 
że sie nie mylił 
Ułanowski 
nadpis: Do str. 33 
Do str. 98. 
nadpis: Do str. 100. 



^^^^^i^rń^r 



mmmmim 



DK 

.5 
G5A3 
1913 
t.2 



Gieysztor, Jak6b Kazimierz 
Pamiętniki z lat 1857-1865 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 



UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY